Czemu to sobie robisz

Jedną z rzeczy, których szczerze nie znoszę, to pytanie, jakie jest zadawane względem kobiet tkwiących w chorych, niszczących relacjach, np. żon alkoholików. Pytanie to oczywiście brzmi: “dlaczego ona po prostu nie odejdzie”? Nienawidzę tego pytania, bo przenosi część odpowiedzialności za utrzymywanie związku, w którym cierpią wszyscy (no co za durna baba, jak lubi cierpieć, niech cierpi, nie? tylko niech nie wciąga w to innych, na przykład dzieci, myślmy o dzieciach).

No więc sprawy mają się tak, że to nigdy nie jest po prostu. Z kilku przyczyn.

Dość istotną przyczyną jest to, że partnera do intensywnie emocjonalnej relacji wybieramy na poziomie bardzo nieświadomym. Funkcjonuje to w ramach mechanizmu pattern recognition i owszem, pomimo dość sceptycznego stosunku do rewelacji o nagrywaniu w dziecku pierwszych miesięcy życia jestem zdania, że pewne wzory relacji wynosimy z domu, w którym się wychowywaliśmy; to przeważnie tam uczymy się, jak nakreślać swoje granice, podejmować decyzje co do okazania gniewu i poczucia krzywdy – ale także i to, w jaki sposób wpływamy na zachowanie innych, bowiem pewnych drobnych manipulacyjek dopuszcza się każde z nas.

Zatem (znów: przeważnie; piszę tutaj o osobach, które mają przeciętne social skills) wychodząc w ten dziwny świat dorosłych uczuć mamy już w sobie pewnie rozeznanie w związkach międzyludzkich, wiemy, co czynić, by ludzie robili to, co chcemy i jak lawirować między nimi, by funkcjonować bez większych zgrzytów w grupie.  Jeśli z domu wynosimy, że w obliczu bezsilności działa płacz, płaczemy, jeśli sankcjonowano nas za okazywanie gniewu, będziemy mieć trudności z jego uzewnętrznieniem, jeśli wzrośniemy w przekonaniu, że na życzliwość i miłość musimy zasłużyć, jeśli zaś ich nie dostajemy od najbliższych, robimy coś źle – przeniesiemy to także na relacje z innymi dorosłymi.

Tak więc z jednej strony mamy siebie i swoje wypracowane mechanizmy, o których już wiemy, że działają i zdają egzamin; z drugiej – tę drugą osobę, której zachowania i reakcje wydają nam się znajome. Jakby z tej samej gliny. Jak wspomniałam, proces rozpoznania tych wzorów dzieje się w warstwie emocjonalnej i nie ma nic wspólnego z zaciekłym “nigdy nie znajdę sobie faceta, jak mój ojciec”. Oh yes you will. Oczywiście – jest to do przeskoczenia, jak większość gówien, które robi nam emo, ale wymaga pracy i rozeznania w tym, co się czuje.

Czyli jednym z powodów, dla których się tak po prostu nie przerywa niezdrowego związku jest to, że daje nam w pewien pokręcony sposób poczucie bezpieczeństwa: jest znajomy, wiemy, czego się spodziewać.

Drugim z powodów są kwestie ekonomiczne i socjalne; nam się oczywiście bardzo łatwo dziwić z naszych wielkich miast i ergonomicznych laptopów, czemu na rozstanie nie zdecyduje się kobieta, która wraz z dziećmi cyklicznie doświadcza przemocy domowej. A gdzie ja się podzieję? – pyta taka kobieta i jest to pytanie zarówno dosłowne (nie wszyscy mamy wspierających rodziców, dom samotnej matki w okolicy i środki do życia ze stałego etatu), jak i obnażające problem braku dostatecznej informacji o tym, gdzie szukać pomocy w razie podjęcia decyzji o rozstaniu (chociaż na szczęście tutaj dzieje się coraz lepiej, są kampanie informacyjne, ulotki i plakaty).

Trzecim z powodów jest sama struktura szkodliwego związku, zmontowana, zabawna rzecz (only not) tak, by decyzja o odejściu przyszła jak najpóźniej, najlepiej w chwili całkowitego odbijania się od dna. Za notką podrzuconą mi przez obdarzoną bardzo złym serduszkiem ciocię Sendai możemy wyszczególnić kilka sposobów na to, by chory układ trwał i miał się dobrze. Na przykład: partner absorbuje nas na tyle intensywnie, że nie mamy czasu myśleć. Obsypuje nas SMS-ami, w których zapewnia o swoich uczuciach; ugruntowuje nas w przekonaniu, że jesteśmy dlań całym życiem, a bez nas runie i utonie. Utrzymuje nas to także w stanie ciągłego przemęczenia. Ponieważ naprawa układu wymagałaby zmian, te zaś z kolei wysiłku, na który nie mamy ani energii, ani czasu – układ trwa.

Istotną kwestią dla trwałości takiej relacji jest stały niedobór. Cały czas jest coś nie tak, niewystarczająco, trzeba dołożyć wszelkich starań, by się poprawiło. Człowiek w takim związku jest opętany myślą “będzie lepiej, jeśli tylko…”. Kojarzy się to nieco z myśleniem życzeniowym w uzależnieniach: tam również pojawia się Wielkie Marzenie i całkowity brak działań w kierunku jego realizacji. Ale to zrazu nie ma znaczenia: ważna jest nadzieja, jaka przychodzi z zapewnieniem “to tylko zły czas, który minie, gdy znajdę pracę”.

Nigdy nie mija. Prawdziwe zwycięstwa, o jakie toczy się batalia w takim kryzysowym związku nigdy nie są osiągane. Poczucie wygranej osiągane jest tylko przy niedużych kroczkach do sukcesu (as in “wprawdzie nie podejmuję terapii, ale dziś na imprezie rodzinnej wypiłem tylko jeden kieliszek zamiast się upić”), ale na co dzień osoby uwikłane w relację są tak zajęte troską o partnera i zażegnywaniem rychłej katastrofy, że nie mają czasu zauważyć, jak bardzo daremna jest to walka.

To jest jedna strona medalu: to, dlaczego w ogóle taka relacja ma szansę trwać. Permanentny kryzys, koncentracja na jego zwalczeniu, poczucie absolutnej niezbędności dla partnera i nieregularne drobne zwycięstwa.

Drugą zaś jest to, co partner stopniowo zaczyna nam robić. Zaznaczę tutaj, że płeć/ gender partnera jest obojętna, używam rodzaju męskiego tylko z lenistwa. Nie natłukłabym ponad ośmiuset słów tylko po to, by opisać kilka mechanizmów na codzienny zwyczajny związek, jaki ma mój sąsiad za ścianą lub koleżanka z forum. Zatem: pamiętajmy, że mamy do czynienia z osobą, która wymaga stałej troski i uwagi.  Która gra swoją bezradnością. Której świat całkowicie się zawali, gdy odejdziemy. I która, z dużą dozą prawdopodobieństwa, jest równie pokręcona i wątpiąca w siebie, co my, bo w innym przypadku nie rozpoznalibyśmy w niej znajomych wzorców.  Co oznacza, że naprawdę, naprawdę zrobi wszystko, by nas przy sobie utrzymać i podbudować własne ego.

Rzućmy okiem, co o przejawach przemocy psychicznej – bo toksyczny związek to nic innego jak układ, w który się ta przemoc wkradła – mówią specjaliści. Otóż mówią oni wyraźnie, że dodatkową nitką do pajęczyny chorej relacji są naprzemienne akty przemocy z chwilami czułości i oddania. To sprawia, że osoba, która ugrzęzła w takim związku jest zdezorientowana. Jednocześnie, w wyniku opisanej wyżej troski i przekonania o bezradności partnera będzie robić wszystko, by go zadowolić.

Akty przemocy mają charakter narastający. To też jest powód, dla którego rozmowy o przemocy psychicznej są okraszane pytaniem: dlaczego na to pozwalała? Prawdopodobnie najczęstszą odpowiedzią jest: “bo tak nie było zawsze, kiedyś taki nie był”. Oczywiście, że nie był! Kiedyś ograniczał się do pytania “gdzie byłaś i czemu tak długo” lub lekkiego skrzywienia, gdy zobaczył w twoim komputerze zdjęcie kolegi. Teraz robi awantury o to, że spotykasz się z innymi i przegląda twoje mejle. Kiedyś ci leciutko przygryzał, gdy zapomniałaś zalać herbatę, teraz ci mówi, że nie nadajesz się nawet do garów. Kiedyś po prostu miał zły humor, bo się nie wyspał, teraz dowiadujesz się, że to twoja wina, bo nie dopilnowałaś jego pory położenia się spać. Oczywiście: pytanie, gdzie byłaś, leciutka zazdrość czy nieszkodliwa kpina z drobnego potknięcia nie świadczą o niczym. Jeśli jednak płynnie przechodzą w ograniczanie kontaktów z innymi, przeglądanie twojej korespondencji i upokarzanie cię, zwłaszcza w obecności innych – jest źle i trzeba kreślić plan ewakuacji.

To, co chciałabym bardzo mocno podkreślić: nie ma żadnej winy osoby doświadczającej przemocy psychicznej. Nie jest tak, że sama tego chciała i że tkwi w tym, bo lubi. Nie lubi, nie chce, inaczej na chwilę obecną nie umie, ze swoich doświadczeń wie, że inne relacje nie działają, więc tkwi. Wyjdzie, gdy pojawi się impuls: nagle pojmie bezsens układu, ujrzy się w innej, zdrowszej relacji, wyrwie się z klaustrofobicznej diady w inne środowisko w pogoni za lepszą pracą, pojawi się kompetentny specjalista lub po prostu cierpliwy, rozumiejący przyjaciel.

Warto rzucić okiem, co na ten temat ma do powiedzenia obdarzona złym sercem ciocia Sendai.

PS: Aha, no i zapraszam na stronę niebieskiej linii, prawda.

Feministki nie zabiją

Nowy rok, poza narkotykami dostarczonymi przez Marcelego, odkryciem Pornophonique (tak, 8bitowe bollywoodzkie piosenki są piękne) i zasubskrybowaniem tagu #przed35 na blipie przyniósł także kilka dręczących pytań.

Na przykład: co jest nie tak z panią Łepkowską? Tuż przed sylwestrem, cichcem chyłkiem, na portalu wyborcza.pl pojawił się wywiad z Pierwszą Damą Telenowelowego Skryptu pod hurrdurrr tytułem “Feministki mnie zabiją!“. Jejku jej. Jak powszechnie wiadomo, feministka jest kimś na kształt tego wygłodzonego wilkołaka z Sapkowskiego “Trochę Poświęcenia”, co przychodzi rozrywać gardła, ale widzi, że to tylko Jaskier, więc odchodzi. I nawet chciałam podobnie, ramion wzrusz, z gardła meh, no bo co nowego: pani, której się udało, nie wierzy w szklany sufit; kobieta, której się nie udaje być równie dobrą, co mężczyźni, z całą pewnością robi coś źle. No ileż można…

Pani Łepkowskiej ładnie nagryzł gardło pan Pacewicz, punktując to, co z wywiadu bije po oczach. Zauważył zaprzeczanie istnieniu szklanego sufitu, zaobserwował posługiwanie się stereotypowym wynaturzeniem drugofalowego feminizmu polegającym na zatarciu różnic między genderami, nie umknęło jego uwadze lekceważenie potrzeby parytetów oraz kompletnie chybiona diagnoza przyczyn sytuacji kobiet na rynku pracy (kobiety zarabiają mniej, bo są mniej dyspozycyjne).

Ciekawy jest ten fragment:

- …jako pracodawca wiem też, że gdy pracownica idzie na urlop wychowawczy – i słusznie, tak powinno być, bo dzieci muszą się rodzić – to ja zostaję z nieobsadzonym etatem, na który muszę przyjąć czasowego pracownika, bo jak kobieta wróci z urlopu wychowawczego, to musi mieć zapewnioną pracę. To jest sprawiedliwe, ale dla pracodawcy to jest kłopot, prawda?

- Jest. Ale nie jest to powód do dyskryminacji kobiet na rynku pracy. Poza tym mężczyźni też mają dzieci.

- Tak, dzieci mają ojców. Jedna z moich współpracownic zarabia lepiej niż mąż i to on poszedł na urlop macierzyński i tacierzyński.

Mężczyźni mają dzieci. Dzieci mają ojców. Nacisk przesunięty z dorosłego na dziecko, w kontekście pracy dorosłego. Iswydt.

Urlop tacierzyński. Ani Agnieszka Kublik, rozmawiająca z Iloną Łepkowską, ani Piotr Pacewicz nie wydają się być szczególnie przywiązani do idei urlopu rodzicielskiego, bez rozróżnienia na płeć/ gender rodzica, a szkoda: bardzo ona skutecznie niweluje powiązanie “kobieta = dziecko”. Nie, nie, kochani, od ładnych paru lat wiadomo, że powiązanie jest takie: “dorosły człowiek w wieku rozrodczym = być może dziecko”. Nie wszyscy chcą mieć dzieci, nie wszyscy mogą mieć dzieci, a przede wszystkim: nie każda kobieta będzie mieć dziecko, a urodziwszy, pójdzie na urlop, może bowiem nań pójść ojciec dziecka. Głównie z przyczyn finansowych, ale przecież nie tylko, co również umyka naszym bohaterom. Nadal bowiem zgodnie wykonują rytualny taniec Bractwa Małe Morulki (Blogdebart TM), że to jednak matka chce przebywać z dzieckiem w tych pierwszych, jakże ważnych tygodniach.

No trochę niezakoniecznie, prawda, nie ma powodów, dla których nie mógłby poprzebywać z dzieckiem ojciec. Partner. Ktokolwiek bliski.

Jest rzeczą oczywistą, że Ilona Łepkowska tego nie rozumie, skoro w tym samym wywiadzie nagle wydaje z siebie taki oto neuroseksistowski bełkot:

Ale uważam też, że jest rzeczą absolutnie normalną, że jak kobieta ma małe dziecko, które jest ciężko chore, to będąc w pracy, nawet zostawiwszy je pod dobrą opieką, jakaś część jej mózgu jest nastawiona na to, co się dzieje z dzieckiem. To jest biologia. I byłoby źle, gdyby tak tego nie odczuwała. Nie wmawiajmy sobie, że kobieta, która ma kilkoro małych dzieci, jest w pełni wydajnym pracownikiem. Tak nie jest!

Powiedzmy sobie wprost: matka dysponuje zaledwie częścią mózgu, bo reszta zostaje przyklejona na stałe do dziecka. Tak, ja też mam dziwne wizualizacje. Oraz pokażcie mi dziecko, które ani razu nie zachorowało w dzieciństwie.

Ciekawa rzecz, że opisanego niepokoju (bo ten niepokój o dziecko przecież faktycznie jest, tylko niekoniecznie powiązany wyłącznie z chorobami, o czym mi donoszą zaprzyjaźnieni rodzice) nie odczuwają już w świecie Łepkowskiej mężczyźni. Najwidoczniej cycki dają +10 do odklejenia mózgu.

Czego jeszcze nie wychwycił pan Pacewicz? Tego kawałka:

- Mamy przywilej rodzenia dzieci i dlatego mamy być gorzej traktowane?

- Jesteśmy lepiej traktowane, bo natura dała nam ten przywilej.

Eeee.

Nie, serio. Ja to sobie chyba rozrysuję.

1. jestem kobietą

2. mogę rodzić (no, potencjalnie)

3.  mam przywilej z bycia matką

4.  pracodawca mnie mniej chętnie zatrudni, bo urodzę i przysiędę na macierzyńskim

5.  mniej zarobię

6.  będę mieć mniejszą emeryturę

7. …

8. nie, no, błagam, jaki profit?!

No dobra, pośmialiśmy się, to na koniec jeszcze jedna perełeczka, chrum:

Mówię zupełnie szczerze: gdybym zobaczyła, że poziom scenariuszy mojej scenarzystki z małymi dziećmi się obniża, tobym jej powiedziała, żeby sobie zrobiła przerwę w pracy, że będzie mogła wrócić, jak się ogranie w nowej roli życiowej. Być może to byłby seksizm, ale tak bym zrobiła i wzięła kogoś innego na jej miejsce.

Kochana pani Ilono. Tak, byłby to seksizm. Byłby to także obrzydliwy korwinistyczny model pracodawcy. Nie, feministki pani nie zabiją, bo feminizm kocha kobiety, także te, które z gładkim czołem sadzą takie kloce w mejnstrimowej prasie.  Jednej z nich jest tylko zwyczajnie po ludzku przykro, że ktoś, kto kształtuje myśli w milionach  głów i uczucia w milionach serc ani przez chwilę się nie zawstydzi tym, że utrwala stan, w którym kobietom jest gorzej: tam, gdzie wygodniej –  zaprzeczając istnieniu tego stanu, tam, gdzie wygodniej – twierdząc, że jest on do naprawienia bez rozwiązań systemowych, ot tak, sam z siebie. Się ustoi. Samo się zrobi. Z natury, jak przywilej bolesnego porodu w kraju, w którym trzeba robić akcje “Rodzić po ludzku”.

List z przyszłości

Szanowni państwo, w XXI wieku skończył się terror politycznej poprawności.
Nagle się okazało, że pojęcie politycznej poprawności nie istnieje. Zniknęli żandarmi dający w pysk za murzynów i pedałów. Nikt już więcej nie usłyszał o adminach na forach, tnących hasła antysemickie i faszystowskie. Wszyscy szybko zapomnieli o chrześcijańskich serwisach informacyjnych umacniających antyfeminizm i homofobię, redwatch.info zaginęło bez wieści, zaś telewizja przestała emitować programy z udziałem Cejrowskiego, Wojewódzkiego i większości prawicowych polityków.

Niektórzy starsi narzekali wręcz na nudę i wspominali z rozrzewnieniem czasy, gdy przy porannej kawie przeczesywali internetsy, trochę ku uciesze, a trochę celem wyłowienia buca do zaorania. Prędzej czy później cel zostawał osiągnięty. Czasem wystarczyło spojrzeć, kogo zalinkowano na jedynce gazety. Nawet popularne wówczas blogerki nie ustrzegły się przed brakiem elementarnej wrażliwości, żonglując słowem transwestyta jako pojęciem dezawuującym. Czasem trzeba było sięgnąć głębiej i wygrzebać Peadara de Burcę, którego felietoniki w katowickiej prasie lokalnej zyskują duży zakwik czytelniczek i czytelników, wchłaniających tak złe na różnych poziomach frazy jak „MOJA PRAKTYCZNA ŚLĄSKA ŻONA obdarzyła mnie córeczką”. Niekiedy pomagało przejrzenie serwisu YouTube pod kątem najnowszych dokonań polskich komików i kabaretów; była to jednak wyjątkowo niewdzięczna praca z uwagi na mocne stężenie płaskich żartów i szkodliwych stereotypów, rozpisywano zatem czasem konkursy, by podejmowali się jej najodporniejsi psychicznie lub ci z najmniejszym poczuciem obciachu.

Nie natrafialiśmy zatem na większe trudności, by z mejnstrimowych mediów wydłubać fragment, w którym byłoby jakieś dyskryminujące przesłanie. Były to bowiem czasy, gdy wprawdzie obserwowało się pod pewnymi względami zmiany na lepsze: już nie można było o ludziach o ciemniejszym kolorze skóry per zwierzątka; pod innymi jednak względami dało się zauważyć uwstecznienie: z powagą dyskutowano o życiu poczętym w odniesieniu do kilkutygodniowych zarodków.

W tych czasach na porządku dziennym było pisanie o grupach wykluczonych tak, jakby same były winne wykluczenia; budowano narracje oparte na piętrzeniu podziałów; tworzono syndromy oblężonych twierdz i potęgowano poczucie zagrożenia ze strony rzeczonych grup. Zdarzali się wówczas ludzie, którzy na poważnie brali teorie o homolobby trzęsącym rynkiem wydawniczym. Widywano przekonanych o feminizmie kończącym się na wnoszeniu szafy na szóste piętro.

Być może was zaskoczę, ale nawet nadal spotykano ludzi upierających się przy micie prowokatorek w mini lub szafujących seksistowskimi żarcikami! Ileż dział musieliśmy wówczas wytaczać; jak bardzo przypominać, że język kształtuje postrzeganie świata! Wielokrotnie mieliśmy poczucie walenia głową w mur, gdy pomimo machania definicją seksizmu w języku: „ignoruje kobiety i ich osiągnięcia, opisuje kobiety tylko jako zależne od mężczyzn i im podporządkowane, gdy przedstawia kobiety jedynie w stereotypowych rolach, gdy poprzez stereotypowe postrzeganie interesów kobiet odmawia im pewnych dziedzin, kiedy je upokarza i ośmiesza.” (za pismami Senty Trömel Plötz, Ingrid Guentherodot , Marlis Hellinger i Luisy Pusch, całość zjawiska opisana tu) okazywało się, że rysunkowy dowcip z puszczalską blondyną nie jest postrzegany jako spełniający te kryteria (nie upokarza? nie ośmiesza?!). Utrwalanie tej narracji nawet w niewinnych z pozoru żartach było przez nas postponowane jako krecia robota. Zaznaczaliśmy: oddzielajmy nasze małe, prywatne pornografie od naszych wielkich, publicznych ideologii. To, co osobiste, nie jest tym, co ważne, a politycznym się staje dopiero wtedy, gdy o osobistych sprawach (jak rozmnażanie czy stan cywilny) decydują za nas zinstytucjonalizowane struktury; nigdy na odwrót.

Bardzo smucącym nas wówczas zjawiskiem było to, że nawet w grupach wykluczonych pojawiali się tacy ze zinternalizowanym selfhejtem: mizoginistyczne kobiety czy homofobiczni geje. Logika nam podpowiadała: ok, ci spoza grupy mają chociaż powód „mnie to nie dotyczy”, ale ci wewnątrz? Uważaliśmy ich za najbardziej szkodliwych, bo stanowiących omal piątą kolumnę. Byli wszak wodą na młyn tych, którzy mówili „znam gejów i oni sami nie lubią przegiętych ciot”. Bardziej wyrozumiali z nas podpowiadali, że wzrastamy w kulturze wiecznego poczucia winy. To nic dziwnego, mówili, że ktoś odrzuca w sobie to coś, co decyduje o jego przynależności do mniejszości, a i nawet artykulacja tego odrzucenia w gniew przeciw całej grupie jest całkiem zrozumiałym zjawiskiem. Rozumieć jednak, dodawali, nie znaczy usprawiedliwiać: to, że ty nie chcesz nigdy zawrzeć związku partnerskiego czy przygarnąć dziecka nie oznacza, że masz gardłować przeciw tym rozwiązaniom. Ciebie nikt nie zmusi, daj wybór innym.

Przespaliśmy rewolucję. Tak bardzo chcieliśmy obserwować, jak po kolei milkną, szarzeją i znikają. Nie odbyło się to na naszych oczach. Jeszcze wczoraj mieliśmy towarzyszące przez całe życie przeświadczenie, że ze światem jest coś nie tak, że jesteśmy samotni, spędzamy noce ślepiąc w monitory i wyświetlacze, cały czas z nadzieją, że to dzięki nam się dokona. Dokonało się samo, niezauważalnie; obudziliśmy się i nagle okazało się, że nikt nikomu nie chce zrobić krzywdy szydząc z jego cech wrodzonych.
I wcale nam tego nie brakuje.

Ala ma hifa

Światowy dzień walki z AIDS uświetnił Polski Czerwony Krzyż, prowadząc (już od jakiegoś czasu) kampanię ”Życie to nie Facebook, nie przyjmuj zaproszenia od nieznajomych” za pośrednictwem przydługiego i zajeżdżającego Smack my bitch up filmiku, w którym bohater poznaje na fejsbuniu Alę oraz bzyka się z nią na imprezie. Jego przypadkowy seks zostaje przykładnie ukarany: Ala ma HIV.

[w ogóle, czy tylko mnie drażni ta elementarzowa infantylizacja? Ala ma kota, Ala ma HIV? Serio? Serio?]

…”Ty już też” – dowiaduje się bohater, trochę jak w tym sucharowym dowcipie o zajączku, który gwałci lisiczkę (“zajączek, a masz papier, że nie masz HIV?” “Mam” “To go podrzyj”; skłamałam: dowcip ma sensowniejszy wydźwięk). No cóż, sam sobie winien, kto idzie do łóżka z kimś ledwo co poznanym i to jeszcze, widziane to rzeczy, poznanym przez internet. Powinien przecież poznać ją tak, jak poznawać ludzi należy: w pracy, szkole, oazie lub kursie tańca brzucha. W internecie to same anonimy siedzą. Powinien wszak zaznać przyjemności erotycznej wyłącznie w ugruntowanym, stałym związku, najlepiej po wymianie krucjat kurtuazyjnych u teściów i defalutowego w takich razach biżu. A przede wszystkim uważać na złe, rozwiązłe kobiety: te porządne z całą pewnością HIV nie mają, bo nieprzypadkowo HIV i hedonizm zaczynają się na tę samą literę.

How about using condoms, kids?

Krew mnie zalewa, gdy widzę w tej kampanii obwinianie kobiety o roznoszenie HIV, już nawet nie tylko dlatego, że zarażonych wirusem kobiet jest blisko siedmiokrotnie mniej niż mężczyzn. Ale także dlatego, że aktywną seksualnie kobietę ukazuje jako przyczynę tragedii. Co w kraju, w którym, zgodnie z raportem Feminoteki, 20% prokuratorów i 40% policjantów uważa, że nie da się zgwałcić kobiety – jest po prostu przerażające.

Blablablogersi

Swój rajd po doskonale złych filmach kończę filmem Blogersi.

Jest coś niezwykle rozczulającego w tym, że

  • Film „Blogersi” powstawał w okresie wrzesień 2010-październik 2011.
  • Film jest efektem współpracy niezależnej ekipy, liczącej blisko 10 osób.
  • Sceny nagrywano w Warszawie i w Gdańsku.
  • Podczas licznych wywiadów nagrano kilkadziesiąt godzin materiału wideo.

- i z tego zmontowano całych 19 minut filmu, z czego co najmniej dwie zajmuje GOTOWANIE BUDYNIU. I ciskanie łyżką po kaflach.

 Film sam nie wiedział, czy ma być dokumentem o blogerach i ich Sile w Internecie, czy też fanfikiem o Kominku, więc jest jednym i drugim, łącząc te dwa aspekty w zaskakująco żenującą nową jakość. Jak czytamy na stronie poświęconej filmowi, autorzy skupiają się w krótkim filmie na temacie potencjalnej władzy tkwiącej w rękach blogerów. Tu nie ma miejsca na wątpliwości: blogerzy z filmu przejęli władzę, mają podobny wpływ na opinię publiczną co media publiczne i mejnstrimowe oraz o wiele większe niż rzeczone media poczucie misji czynienia dobra swoim czytelnikom. Tezę tę potwierdzają kolejno wypowiedzi Kominka, Gniewomira, Maćka Budzicha, Igora Janke czy Artura Kurasińskiego, kontrapunktowane przyciętymi komunikatami od strony Jacka Żakowskiego i Kamila Durczoka, którzy ośmielają się podważać jednak siłę sprawczą i moce warsztatowe blogerów.

Jeśli coś ma większy rozczul factor od rocznego hajpa na niewiele ponad kwadrans biedafilmiku, to z całą pewnością poczucie władzy u bohaterów filmu.

Zawodowi dziennikarze usiłowali wprawdzie podjąć tematykę odpowiedzialności za słowa; w dyskusji po filmie roztrząsano także kwestię anonimowości w internecie (K. Durczok łączył ją, nie wiedzieć czemu, z konformizmem, trochę to jak z 2001; I mean: rozpoznawalny nick ma taką samą moc jak nazwisko). Niestety, z kilkudziesięciu godzin filmu zmontowano dziewiętnaście minut, więc nie dowiadujemy się nic poza stwierdzeniem “bloger ma zawsze rację i możemy sobie pozwolić na bezczelne łganie w internetach”. Wiedziałam, że obracam się w innej blogosferze niż bohaterowie filmu, ale żeby aż tak, że oni są w tej pozbawionej dostępu do internetu poza ich blogaskami (bo jak inaczej wytłumaczyć tę pewność bezkarności mijania się z prawdą?)

Trochę nie mam natomiast serca kopać tych fragmentów z Kominkiem. Znaczy, no, jaki Kominek jest, każdy widzi.  Zjawisko kominkowego fandomu mogę na własny użytek wyjaśnić celebrytozą i (domniemanym) rozdźwiękiem między jego personą internetową a tą from real life; osobiście jego internetową kreację znajduję na tyle odstręczającą, że nieszczególnie mam ochotę na zgłębianie wielkości rozdźwięku. Rozpaczliwa była ta jego fanka, Ellie Dyduch, deklamująca z zachwytem uniwersalność jego poglądów na sprawy damsko męskie. Wysoce obojętne było to, że celem podpimpowania blogaska Kominek z tą firmą się nie lubi, a z tamtą wręcz przeciwnie. Lekko ucieszne były kuchenne sceny gotowania mleka; po tak rozciągniętym i zbędnym wstępie człowiek odruchowo czekał na pornola (co celnie zauwazyla Dzid). Silnie zabawne były sceny na odrapanej klatce, podczas których Kominek czytał złą poezję.

Smutne w ogóle było to, że film prawie kompletnie zniknął polskie blogerki, wrzucając tylko pojedyncze wypowiedzi Natalii Hatalskiej i Porcelanowej plus pokazał w ramach dziwa na występach gościnnych azerską blogerkę, Arzu Geybullayevą,  która Napisała Prawdę i Świat Ją Zauważył. Zatem, dziewczyny, nie łudźmy się, jeśli nawet władza jest w rękach blogerów (hahaha), to i tak są to męskie ręce, my możemy pozostać co najwyżej ich wiernymi fankami.

 

Dream House

W drugiej połowie lat 90., które, jak już wszyscy wiemy, wracają, grałam w grę o nazwie Fantasmagorie.
Miała ona bardzo obiecujący początek: młoda para sprowadza się do domu z przeszłością i odkrywa Mroczną Przeszłość Poprzedniego Właściciela. Eksploracja miała odpowiednią oprawę z przekonującym soundtrackiem, obowiązkowymi artefaktami jak stare kołyski, butelki absyntu, zakurzone notesy, najstarszy mieszkaniec miasteczka tudzież mroczne piwnice; wciągała do tego stopnia, że znajomi przestali reagować zdziwieniem na komunikat “szukam sekretnego przejścia w kaplicy” w odpowiedzi na pytanie, co robię.

Gry ostatecznie nie skończyłam; mój życiorys graczki składa się z nielicznych i niedokończonych gier. Ostatnie rozdziały są takie denerwujące.

Brak mi zaplecza memetycznego, by wskazać, gdzie i jak umiejętnie została wykorzystana ta klisza przeprowadzki do starego domu z mroczną tajemnicą; dość, że poznałam ją i polubiłam na tyle, że zobaczywszy trailer Dream House poczułam lekkie mrowienie w czubkach palców: chcę to. Obecność Craiga w obsadzie miała być na deser.

I cóż, mamy tutaj wydawcę, który własnie rzuca wydawnictwo, by napisać książkę życia oraz posmakować sielanki rodzinnej w, a jakże, starym domku. Wydawca ma śliczną, emocjonalną żonę oraz śliczne córeczki. Dodatkowo w pakiecie dostajemy gorącą, atrakcyjną sąsiadkę rozwiedzioną z psychopatycznym mężem i zbuntowaną nastolatkę, córkę sąsiadki w uroczych emociuszkach. To nie może skończyć się dobrze. Może jednak dać się rozegrać na kilka różnych sposobów, bo przyznacie sami, że wszystkie postaci wydają nam się przyjemnie znajome. Tu mamy kanon, tu jest budżet, a tu mamy nasze umiejętności trollerskie, let’s party!

Only not.

Puszczę wam trailer, bo ładny:

I wiecie co? On pali najlepszy twist w filmie. Po tym, jak Will-Peter odkrywa, że to jego żona i córeczki zginęły w strzelaninie, robi się tylko gorzej: nasz bohater podejmuje próby rozwikłania tajemnicy, ucinając sobie pogawędki i astralne seksiki ze zjawą żony, gorąca sąsiadka oczywiście wierzy w jego niewinność i macha mentalnymi pomponami zagrzewając do śledztwa; zbuntowana nastolatka zasyła pozdrowienia do duch-córeczek; Ilona Łepkowska kiwa głową z aprobatą; lokalna policja jest niepomocna, spasiona i skorumpowana, oh hai, samotny kowboju, a mówili, że wyginąłeś wraz z ostatnią sekretną schadzką pod Brokeback Mountain.

Sekwencję finałową serdecznie polecam tym, którzy tak jak ja uwielbiają to potworne uczucie upodlenia i zażenowania, jakie zwykle następuje po rzezi na zdrowym rozsądku i dobrym smaku. Szwarccharakterowi na widok Craiga wydaje się, że gra w Bondzie i zdradza przez telefon wszystkie swoje plany – czy są na widowni jakieś dzieci? Z pewnością docenią motyw znany z filmów animowanych. Domostwo płonie, morderca i jego niezgułowaty pomocnik dostają słuszny omłot, Craig zamiast wykorzystać to, że gorąca sąsiadka jest przywiązana do krat piwnicy w doskonale cieszący wszystkich fetyszystów sposób odwiązuje ją i wynosi na rękach. Po czym wraca, a pożar szaleje. Radujcie swoje oczy, bo więcej efektów specjalnych nie będzie.

- Wyciemnienie, koniec filmu? – myśli sobie widz z nadzieją. To byłoby takie ładne: wraca pogadać z ektoplastyczną żoną i trafia go szlag w tym pozarze; takie fajne przesłanie, że ludzie mający niewidzialnych przyjaciół dostają to, na co zasłużyli. Ale gdzie tam, tu się robi holiłód, a nie opowiada dobre historie: bohater nie tylko zdąża wycisnąć ostatniego całuska na fantomowych usteczkach żony, nie tylko żona zdąża popuścić łzę, przez którą szepcze “idź już”, to jeszcze nasz heros ze schowka pod schodami wyciąga Zapiski, Dzięki Którym Prawda Wyjdzie na Jaw.

Myślicie, że to już koniec? Haha, nie; strzelbą z pierwszego aktu jest wszak to, że nasz bohater pisze powieść życia. Oczywiście, że ją wydaje, oczywiście, że z gigantycznym sukcesem, oczywiście, że w ostatniej scenie przystaje przed wystawą z uśmieszkiem przypominającym nam, jaką straszną ceną okupiony był ten sukces.

A widz stwierdza, że dwadzieścia złotych na tani wtorek w Arkadii jest ceną nawet straszniejszą.

Fuck globally

W potępionym w ostatniej notce statusie facebookowym nie tknęłam jednego, najbardziej oczywistego poziomu, trochę z nadziei, że komuś innemu będzie się chciało go podniszczyć bardziej i uda się wystrzelić z dwururki do jednego z tysięcy idiotyzmów widocznych na portalach społecznościowych.

Chodzi mianowicie o diss na globalizację. O niczym poza stereotypowymi i powierzchownymi danymi nie podpartym przekonaniem, że Wielkie Korporacje niszczą pracowników w przeciwieństwie do małych przyjaznych rodzinnych lokalnych firemek. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że warunki pracy np. w Chinach są doskonałe, ale nie idealizujmy też rodzimego wąsatego byznesu. W polskich warunkach to pracownice  korporacji mają większą pewność powrotu do pracy po ciąży, ochronę antymobbingową i antymolestacyjną i brak kolejek do lekarzy specjalistów. Gdyż pani Wandzia z Pcimia zwolniona z zakładu szwalniczego przez swojego wujaszka nie pójdzie skarżyć się w PIP czy sądzie pracy. Eks pracownik korpo owszem, a i PIP sama z siebie patrzy korporacjom mocno na ręce.

No i sorasy, ale nie każde sześcioletnie dziecko marzące o lego zrozumie, że mamusia nie kupi mu klocków, bo zamiast dać prezent, jaki się dziecku podoba woli zachwycić się swoim antyglobalizmem.

(Oczywiście mam na myśli tych rodziców, którzy odmawiają kupna takiego prezentu pomimo że mieści się w ich budżecie; wspominałam juz o tym, ze nienawidzę robienia sobie dobrze za pomocą wyboru zrobienia sobie źle, bo nie wszyscy mają wybor).

Aha. I nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam dzisiejsze czasy: poniższą notkę piszę na smartfonie, za chwilę ją opublikuję, a potem jednym kliknięciem sprowadzę sobie z UK płytę Metric na imieniny.

I wszystkim chcącym wrócić do czasów, w których tego nie było serdecznie życzę wyfistowania na prawie pracy przez pana Zenka z Rokicin.

PS pisanie na notki na htc desire zet wygląda tak:

image

zróbmy tak, aby było dobrze

Zdecydujmy się na kupno prezentów Bożonarodzeniowych od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, od tego, który oparł się globalizacji w naszych okolicach… Zróbmy tak, aby nasze pieniądze dotarły do zwykłych ludzi, którzy ich potrzebują, nie do firm międzynarodowych i wielkich przedsiębiorców, które płacą zbyt mało swoim pracownikom i przemieszczają firmy w inny koniec świata…Jeśli tak zrobimy, więcej osób będzie mogło przeżyć szczęśliwe Boże Narodzenie. Jeśli się zgadzasz, skopiuj to i wklej na swojej tablicy.

Taki (lub podobny, za to z brzydkim błędem gramatycznym) statusik wkleiło dziś mnóstwo fejsbukowiczów.

RRRRRRRRRRRRRRRREEEEEEEEEEEEJDŻ.

Wiecie, czego najbardziej w świętach nie lubi małe Szpro w wielkim mieście? Przymusu. Przymusu dawania prezentów w ten konkretny dzień, przymusu spędzania tego czasu z ludźmi, którzy są mi niekoniecznie bardzo bliscy, przymusu oglądania telewizora z obowiązkowym Kevinem i wybranym romkomem z Sandrą Bullock lub Rickmanem. To jest przeważnie czas, w którym czuję się jeszcze bardziej nie na miejscu niż zwykle: niewiele mnie obchodzą urodziny jakiegoś gościa sprzed 2000 lat, a miłość i przywiązanie wolę okazywać wtedy, gdy je czuję, a nie z okazji daty w kalendarzu. Ludzie, wolne trzy dni, idealny czas, by oglądać, co się lubi, napieprzać w gierki, spać do południa i jarać faję za fają między bzykaniem, a nie wbijać się w eleganckie niewygodne ciuchy i zasuwać z makowcem pod pachą przez pół miasta w mrozie i śniegu. Po czym oberwać w pysk ościstym karpiem, tłustym barszczem i życzeniami, których spełnienia wcale się nie chce.

W tych dniach nie ma żadnej innej magii poza tą, która jest w naszych głowach i kupienie drewnianego konika zamiast konsoli tego nie zmieni.

Więc przestańcie napędzać kolejny przymus tymi durnymi komunikatami. Pretty pretty plz.

I think I’m paranoid

Rok 1998: skończyłam drugi rok studiów i wraz z moim ówczesnym, Maticem, pojechaliśmy na wakacje do Holandii – dorobić przy taśmie na farmie tulipanowej. Mieszkaliśmy w ichniejszym Pcimiu Dolnym, jakieś 30km od Amsterdamu. Cóż to były za doskonałe wakacje, jak przystało na Klub21 przeżyłam wówczas swój pierwszy raz, także z trawą: te coffee shopy, w których przepraszają, że marihuana wyszła i mają tylko haszysz! Do dyspozycji mieliśmy domek i własny pokoik (niezamykany, więc śmiechom i żartom nie było końca), domek zaś dzielili z nami nasza przyjaciółka Jola, Irlandczyk Ali i Węgier Peter. Genialna ekipa.

Jola ciułała przy taśmie kasę na wesele, gdyż postanowiła, że jej kapelą weselną będzie Voo Voo. I tak, uciułała, bawiłam się na tym weselu.

Ali miał zabawnie wystające zęby, jakby już uszykowane do mówienia f-word:”Ali, we’re going shopping, need something? Yeah, I need some fucking bread”, poza tym zaś był nieziemsko hot i trochę przy nim gryzłam się po paluchach.

Peter zaś charakteryzował się dreadami, o które bardzo się troszczył, koniecznością celebracji posiłków, wybuchowym charakterem (co wiązaliśmy trochę z tym, że jednak częściej chodził zbakany niż nie) oraz miłością do Garbage. Po ponad dziewięciu godzinach na taśmie człowiekowi chciało się jedynie ślepić w stacje muzyczne, a tego lata Garbage wydało Version 2.0 i lansowało się utworem I Think I’m Paranoid. Wystarczyło zatem, że ujrzałam namiętne usteczka Shirley i podnosiłam wrzask na cały domek PETER! IT’S GARBAGE!!! (i siadaliśmy zgodnie chłonąc wideosa, bo choć dość jednostajny, przecież było na co popatrzeć).

Luuuudzie, jak ja się cieszę, że moda z najntinsów wraca! Obczajcie: ciężkie buty, króciutka wąska kiecka, ukośnie cięta grzywa,  OBRÓŻKA, cały outfit Shirley jest zajedosko!
(a kawałek daje radę do tej pory)

ZAUFAJ LUDZIOM WIERZĄCYM W BOGÓW

Obiecuję, że wkrótce będzie jakaś poważna, orząca prawaków notka, ale póki co musiałam się skoncentrować na sprawach bardziej osobistych.

So, teen dramas, teen dramas, bardziej dramatyczne i zawinione przeze mnie niżem zrazu oceniała. Do olabogi dołączamy piosenkę.

Więc żeby się zresetować poszłam wczoraj na Immortals. Film, przed obejrzeniem którego należy pobrać okulary 3D, a także powinno się zdeponować mózg.

Z pozytywów: widoczki śliczne. Bardzo ładna obsada, Ivan Vanko Rourke urzekająco obleśny i wielki, chociaż bardzo śmiesznie wyglądał z krewetkowymi szczypcami na głowie, zwłaszcza że szpetny pysk okalały mu wówczas dodatkowo zęby rosiczki (don’t ask me, wymyślili mu taki hełm):

Wyrocznia przeurocza, chociaż próbowano jej powiększyć krojem kiecki cycki and I was like WTF małe cycki są śliczne właśnie wtedy, gdy nie udają dużych plus pokazuje pupkę jak jabłuszko. Tezeusz bardzo ładnie wyglądał z łukiem (uwielbiam łuki, wiecie). I tu chyba bez żadnego chociaż. Niebka jak z moich fotek, z poszarpanymi chmurami i kolorami, jakie przeważnie widać tylko na kwasie. Sceny walki, zwłaszcza z udziałem bogów, no muszę napisać to słowo, epickie, z satysfakcjonującą ilością juchy, flaków i matrixowych zatrzymań w kadrze.

Natomiast dialogi i fabuła takie niedobre, że kulaliśmy się ze śmiechu, Luke Aramis Evans był bardzo płaksiwym Zeusem, któryś z bogów miał hełm w formie dwóch rogatych buł (serio, ten od hełmów musiał wciągać coś nielegalnego). Dołóżmy do tego zmierzch Apolla w konwencji Loony Tunes (dziura w murze w kształcie ofiary + wprasowanka na kamieniu) oraz brawurowy skok na główkę w wykonaniu Posejdona, który leci, leci, leci i steruje lot wyciągniętą ręką zakończoną pięścią; widno kolejni superherosi wzorowali się na nim właśnie.

Mimowolny przekaz filmy był taki: ZAUFAJ LUDZIOM WIERZĄCYM W BOGÓW, A MOŻESZ ZAMYKAĆ BRAMY MIASTA I SZYKOWAĆ SIĘ NA WOJNĘ; generalnie rozszalała pochwała genizmu, rozwiązań przemocowych i irracjonalności: poleca się dla uczestników Marszów Niepodległości i zwolenników teorii o lewackich bojówkach.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 34 other followers