Więcej dystansu

Andrzej Mleczko ma bucerskie rysunki, jak również ma brzydkie rysunki.

Z tymi brzydkimi no to już trudno, taką ma kreskę, są tacy, co lubią, ja dostaję nerwowej wysypki. Z bucerskimi gorzej.

Parę dni temu fanpejcz tegoż rysownika opublikował rozkoszną złotą myśl:

15036538_10154207977008722_887118761352434727_n

I tu przekleję, co pisałam na fb:

Rysunek jest z 2004 roku, co dawałoby nadzieję, że Mleczko od tamtego czasu wysubtelniał w żarcie lub nauczył się sprawniej używać ironii. Niemniej – to dziś, w 2016, odgrzano ten przedni wic i to dziś, w 2016, mnóstwo osób, deklarujących się inteligencko i postępowo, zerwało sobie oba boki ze śmiechu.

Mnie nie bawi; być może dlatego, że jako kobieta doświadczyłam i tego, że ktoś mnie uznał za brzydką, i molestowania. Być może dlatego, że molestuje ktoś, kto uważa, że może potraktować drugą osobę jak kawałek mięsa, a nie uroda tej drugiej osoby. Być może po prostu dlatego, że jest to rzecz, jaką powie nam podpity wujek na nieszczęsnej corocznej imprezie rodzinnej, i temu wujkowi można w sumie to wybaczyć, bo jest na przykład człowiekiem, który całe życie pracował fizycznie, teraz sobie popił i po prostu nie wie, jak niechcący przykrą rzecz właśnie powiedział, no bo kto robi edukację antydyskryminacyjną kuśnierzom, włókniarzom czy też kierowcom. No ale Mleczko jest przecież artystą z kapitałem kulturowym i można od niego wymagać więcej. Można, nie?

Molestowanie jest codziennym doświadczeniem milionów kobiet. Jest to przemoc. Krzywdzi. Odbiera poczucie wiary we własne siły, wbija w błędne koło samoobwiniania się o tę sytuację i podkopuje zaufanie do innych ludzi. Umiem sobie wyobrazić dobry żart ze stereotypowego myślenia o przemocy seksualnej, ale dowcip wiążący atrakcyjność kobiety z tym doświadczeniem nie jest ani dobry, ani nie skłania do zmiany myślenia.

Nie wiem, czy satyrze wolno więcej; nawet jeśli, to po to, by coś zmienić w głowie patrzącego. Czy tu jest zmiana? Czy może jednak pozostajemy w miłym poczuciu, że utwierdziliśmy się w stereotypie co do brzydkiej baby, której nikt nie zmolestuje, choćby bardzo chciała, a jak już, to niechże biedaczek nie odpokutuje za bardzo?

Są głosy, że poniższa krotochwila to ironia, no możliwe, ale z ironią jest taki drobiazg, że cholernie łatwo ją przeoczyć (między innymi dlatego nie przepadam za nią w humorze; da się nią pograć przy dłuższym stand-upie, gdy jest czas na nakreślenie ram dowcipu, w rysunku jest to karkołomne).

Z humorem zaś jest tak, że funkcjonuje kontekstowo. I kontekst polskiego humoru jest taki, że jest on, zwłaszcza w ostatnich latach, szalenie oparty na stereotypie i wykluczeniu. Dlatego bardzo mi przykro, ale nie wierzę w ironię, sarkazm i ostrze satyry wymierzone w heheszkujących z gwałtu Polaków.

Jak łatwo się domyślić, rysunek czy też raczej: aforyzm zyskał rzeszę obrońców i obrończyń. Nie ustają nawoływania do nabrania dystansu. Sugeruje się, że Mleczko prawą ręką przez lewe ucho naprawdę wymierzył ostrze satyry w miłościwie nam panujących, a oburzone i oburzeni tym bon-motem po prostu nie widzą ironii i sarkazmu. Widziałam nawet stwierdzenie, że no przecież Mleczko to ogólnie równy chłop, na manify chodzi, rysował z poparciem praw reprodukcyjnych i dla Koalicji Ateistycznej, jak można więc tej całej ironii nie widzieć?!

tumblr_ms83q9joht1sxz8n4o1_400

HUMOR

Przez ostatnich kilka lat godziłam się z faktem, że ja tak właściwie to nie mam poczucia humoru – no i trudno, nie muszę go mieć, aby funkcjonować, uszanujcie to. Ale dziś mnie tknęło, po kolejnym fajerwerku dowcipu Mleczki, że może jednak je mam, tylko ludzi irytuje moje pytanie, co ich właściwie tak bawi?

Znów się zacytuję, tym razem artykułem dla Wakatu Online:

Jednym z najlepszych polskich skeczów określających granice humoru jest skecz Kabaretu „Pod Egidą” pt „Awas”. Z punktu widzenia intelektualistki czy osoby o wysokich kompetencjach kulturowych nie jest on szczególnie zabawny, jednak poddany analizie pokazuje nam, czym charakteryzuje się polski humor. Co ma humor do wykluczenia? (można by spytać) Otóż polski ma całkiem sporo, a ja w odpowiednim czasie postaram się to wam wyjaśnić. Większość czytelniczek zapewne zna ów skecz, jest do obejrzenia w serwisie youtube, pozwolę jednak go sobie przypomnieć: na scenę wychodzi Piotr Fronczewski i zaczyna swój monolog od konstatacji, że poczucie humoru jest ważne w życiu i trzeba je mieć. Po czym postanawia opowiedzieć anegdotę, w której istotą rolę odgrywa humor słowny i żart z gruzińskiej formy zdrobnienia imienia („Mnie Nikołaj Stiepanowicz, a was?” „Awas” „Mnie Nikołaj, a was?” „Awas”). Żart bawi widownię niemal tak samo, jak Fronczewskiego, na tę feerię śmiechu wychodzi Pszoniak i pyta, z czego się śmieją. Fronczewski opowiada anegdotę po raz wtóry i nagle okazuje się, że żart Pszoniaka nie bawi – popatruje on na Piotra z wyczekującym uśmiechem, wygląd mając ogólnie lichy i durnowaty. Dykteryjka zostaje mu opowiedziana po raz drugi, trzeci, czwarty, za każdym razem jednak jej puenta jest kwitowana słabym uśmiechem zamiast aplauzem. Fronczewski upewnia się, czy Pszoniak ma świadomość, jak się tworzy gruzińskie zdrobnienia, okazuje się, że tak, że sam jest Gruzinem. Mimo tej kompetencji (a może przez nią?) Pszoniak żartu nie rozumie; scenka staje się groteskowa: Fronczewski zaczyna wpadać w furię, na przemian szarpać rozmówcę i obcałowywać go po policzkach, zabawnie się przejęzyczać, ostatecznie w wybuchu ekstremalnej złości wybiega ze sceny. Na placu zostaje Pszoniak, wodzi poczciwym wzrokiem po roześmianych twarzach widowni i w końcu pyta bezradnie: – No i z czego wy się, głupki, śmiejecie?

Zanim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się przez chwilę, co właściwie zaszło w trakcie tej scenki. Moja interpretacja jest taka: Fronczewski w pierwszym zdaniu narzuca reguły: mówi, że poczucie humoru jest niezbędne do akceptacji grupy, następnie zaś podaje ramy humoru, w jakich powinniśmy się poruszać – za pomocą anegdoty, opartej wprawdzie na humorze słownym, wymagającym przecież pewnych kompetencji kulturowych, ale jednak za przedmiot żartu mającej niewiedzę w kwestii obcojęzycznych imion. Jest to więc w pewnym sensie żart wykluczający. Postać Pszoniaka przeprowadza dekonstrukcję tej anegdoty: możemy się domyślać, że skoro postać odtwarzana przez Pszoniaka jest Gruzinem, rozumie on, że Awas to imię, być może nawet rozumie grę słów pomiędzy „a was” „Awas”, jednak nie uznaje jej za humorystyczną. Odmowa udziału w żartowaniu z niewiedzy doprowadza Fronczewskiego do furii, widownię do spazmów radości, a Pszoniaka do pytania, w czym tkwi żart.

Mam taką tezę, że żart tkwi w przyjęciu reguł Fronczewskiego przez widownię: musimy się śmiać. Powinniśmy mieć poczucie humoru, także na swój temat, dystans do siebie, a może nawet być ironicznymi i sarkastycznymi (kto wie). Śmiech z anegdoty jest i śmiechem z humoru słownego, i śmiechem z niekompetencji bohatera anegdoty, i śmiechem dla towarzystwa – nikt przecież nie chce wyjść na ponuraka. Późniejsze pojawienie się Pszoniaka uprawomocnia śmiech z niekompetencji – no bo doprawdy, jak można nie pojąć tak prostego żartu! Im dalej w skecz, tym śmiech jest jednak coraz bardziej nerwowy, może nawet trochę nam szkoda Pszoniaka i chcemy, by Fronczewski przestał się tak złościć i tak uparcie powtarzać żart (pewnym punktem zwrotnym w atmosferze jest przejęzyczenie się Fronczewskiego, dzięki któremu on również staje się śmieszny i bezradny). Dzieła dekonstrukcji dokonuje końcowe pytanie Pszoniaka: z czego tak naprawdę śmialiśmy się w trakcie tego skeczu? Wychodzi na to, że lwią część scenki zajmuje kpina z niewiedzy, a właściwie co w niej takiego śmiesznego? Czemu czujemy, że mamy przyzwolenie na śmiech z ignorancji, a przy śmiechu z biedy czy choroby jest nam jednak nieswojo? (pewnie nie wszystkim, ale zakładam, że zwracam się do osób, dla których niższy status materialny czy słabsze zdrowie nie jest tematem do żartów).

Polski humor, zwłaszcza w wydaniu współczesnych kabaretów, lubi wykluczać. Gros żartów, jakie widzimy w mainstreamowych mediach, to żarty ze stereotypów, z niższej pozycji kobiet, mniejszości seksualnych, religijnych i etnicznych oraz jakże banalne złamanie tabu pod postacią użycia wulgaryzmu. Gdy zadać pytanie, z czego właściwie się śmiejemy, w dużej mierze odpowiemy: z tego, że inni mają gorzej. Humor, prócz ogłoszeń w prasie lokalnej i grafitti jest jednym z najczulszych probierzy zeitgeistu. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli masom serwuje się humor oparty na wykluczeniu, masy oprą swoje ramy kulturowe na wykluczeniu właśnie; będą czuły, że mają na to przyzwolenie i będą używać argumentu z poczucia humoru jako rozstrzygającego, czy tak się powinno żartować.

Innymi słowy, obrona Mleczki bierze się z ogólnego przyzwolenia na ten typ humoru i z równie ogólnego konsensusu, że aby być osobą o odpowiednich kompetencjach społecznych, należy charakteryzować się poczuciem humoru i niebraniem żartów do siebie. Nieśmianie się z żartu i dopytywanie, co w nim zabawnego jest grzechem towarzyskim, zakłóceniem płynnych i niekonfrontacyjnych relacji w grupie; grupa odruchowo i naturalnie reaguje na to wykluczeniem.

Aby więc tego uniknąć, potrzebna jest strategia przetrwania.

STRATEŻKI PRZETRWANIA

W przypadku mężczyzn dość łatwo jest sobie wytłumaczyć, czemu bronią żartu Mleczki i szerzej: prawa do kpienia z takich rzeczy jak przemoc seksualna. Na przykład: nie doświadczają tego w ogóle albo w o wiele mniejszym stopniu niż kobiety. Wychodząc z domu ryzykują czasem dostanie w pysk za szalik lub przypinkę, ale prawie nigdy –  faceta każącego im się uśmiechnąć, faceta komplementującego ich tyłek, ocierającego się o nich faceta, faceta usilnie zapraszającego na kawę i wyzywającego od szmat, gdy mu się odmówi. Większość moich kolegów jest zaskoczona i przerażona, gdy w trakcie rozmowy o molestowaniu w przestrzeni publicznej rozwiązuje się worek ze zwierzeniami i ogromna większość obecnych kobiet mówi: tak, miałam takie doświadczenie. Wystarczy zerknąć zresztą na świadectwa na Hollaback! Polska; codziennie przybywa kilka nowych.

Nam jest strasznie trudno z tym gdzieś pójść, to pozostaje w opowieściach, na stronie Hollaback!; no bo co: panie władzo, ktoś mnie złapał za tyłek? A w co była pani ubrana, w legginsy? A no to trzeba było w luźne dżinsy albo najlepiej worek pokutny, trzeba było nie mieć tyłka.

giphy1

Te opowieści są gremialnie lekceważone i jest to ściśle powiązane z tym, że tyle osób śmieszy żart Mleczki, wspierający bagatelizowanie takiego drobiazgu jak nieszanowanie naszych granic i traktowanie nas jak kawałka mięska do obmacania. Tak się wychowuje mężczyzn; tego uczy mainstreamowa prasa, literatura i pornografia; części z nich udaje się wyzwolić i wesprzeć, wzorem Jacksona Katza, co zawsze doceniam, bo sprawa jest wspólna. Niemniej przy przeciętnym polskim stole to mężczyzna nada ton, nakreśli ramy i przestrzeń do rozmowy, kobiece tematy spychając na bok jako błahe, sentymentalne i niemające wpływu na losy świata. Tak było, tak jest i tak pewnie jeszcze przez ładnych parę lat będzie.

Co zatem z kobietami, które przyłączają się do chóru mężczyzn nawołujących do dystansu i braku przewrażliwienia? Przecież to zdrada, przecież mają te same doświadczenia, jak mogą tego nie widzieć? To jest strasznie przykre, co robią; wydawałoby się, że od towarzyszek niedoli można by oczekiwać wsparcia. A one są jak tralala, w kieszeni mam gaz, nic mi się nigdy nie przydarzy, bo trzymam życie krótko przy jajach, właściwie to ja jestem takim półfacetem i to działa, polecam serdecznie, żanetkaleta.

tumblr_nz72idvaho1uulkbto1_500

Spoko, tylko ja nie chcę być pół-ani całym facetem, ani kulturowo, ani fizycznie; jestem dużo niższa i słabsza, interesują mnie ciuchy i kosmetyki, lubię sukienki i makijaże i nie zamierzam się tego zrzekać, by być traktowaną poważnie. Ale po długiej rozkminie zrozumiałam, że jest w tym przejmowaniu męskich (kulturowo!) reguł gry strategia przetrwania, że zwłaszcza dla kobiety nie czującej się najlepiej w świecie skrojonym pod wygląd i pielęgnację ciała jest ona wygodna i bezpieczna. Strategia ta jest też łatwiejsza niż forsowanie poglądu, że kobiece tematy takie jak: jesteśmy czymś więcej niż wygląd naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż płodność naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż dostępność naszych ciał – są co najmniej równie ważne. Dotyczą przecież ponad połowy ludzkości.

Czy mogę je za to winić? Trochę mogę, ostatecznie część z nich dzięki tej strategii wywalcza pozycję, w której mogłaby zostać emisariuszką praw kobiet. Na pewno znajduję to cholernie irytującym. Czuję się zdradzona; zauważam też, że wtórujące żartownisiom kobiety są wykorzystywane jako przykłady „a zobacz, a Karolinkę też żart bawi”. Ale zjawisko jest jednak wtórne wobec tego, o czym Wam tutaj (troszkę dziś przydługo) opowiadam: o prawie do zaznaczenia: ten żart mnie nie bawi.

No bo co w nim jest właściwie śmiesznego?

Jak być z Natalią

Czarny Protest przejdzie do historii. Po raz pierwszy od wielu lat polskie kobiety najpierw zasiliły hasztaga w mediach społecznościowych, a następnie masowo wyszły na ulice. Wieloletnie działaczki mówią „czekałam na to tyle lat”. Znajome, które wcześniej nie określały swojego stosunku do praw kobiet, nagle stają po jednej ze stron. Coś się w nas zmieniło i być może zmieniło się trwale: wiemy już, że jest moc w proteście na ulicy, w poczuciu solidarności, w świadomości, że nawet jeśli sprawa nie dotyczy mnie, to zaprotestuję za inne.

Strajk trwa; środowiska walczące o prawa człowieka zaczynają sobie zadawać pytania o strategie; nie obywa się bez zarzutów o zawłaszczanie protestu i przywłaszczanie sobie zasług. Osobiście trwam przy teorii harmonii i współpracy różnych środowisk. Bez anarchizującego kolektywu Porozumienie Kobiet 8 Marca nie byłoby mnie w polityce; bez niego nie ma warszawskich Manif.  Bez Kongresu Kobiet wiele kobiet z mniejszych miejscowości nie miałyby okazji do zawierania znajomości i utrzymywania relacji, co przy ogólnopolskich działaniach jest po prostu kluczowe. Bez NGOsów nie byłby znany rozmiar podziemia aborcyjnego, braki w edukacji seksualnej i skala przemocy seksualnej. Są potrzebne skrupulatne naukowczynie, które zbadają feminizację biedy i rzutkie działaczki, które w odpowiedniej chwili krzykną do mikrofonu odpowiednie słowa. Są nam wreszcie potrzebne partie polityczne – posłanki .Nowoczesnej wpuszczające po pięć osób na swoje przepustki do sejmu i opozycja pozaparlamentarna (tak, mówię o tobie, moja partio Razem), która przyjdzie na protest, przyciągnie media i przemyci temat aborcji do rozmowy o prywatyzacji opieki medycznej. Myślę, że jeśli to uznamy i zgodzimy się na wspólną obecność w przestrzeni publicznej, dojdziemy do celu szybciej i skuteczniej.

Jest rzeczą oczywistą, że przy masowości zjawiska środowiska wspierające sprawę nie są tak homogeniczne jak wtedy, gdy mieściły się w jednej salce w Feminotece. Różne są pobudki kobiet wspierających protesty. Mnie od początku chodziło o to, by docelowo doprowadzić do dopuszczalności przerywania ciąży, przede wszystkim odpowiednim zapisem w ustawie. Innym – wystarcza to, co jest i gdyby „kompromis” działał, gdyby przypadki wymienione w ustawie w 1993 były respektowane, byłabym nawet w stanie to zrozumieć. Nie poprzeć, bo ograniczenie prawa do przerwania ciąży uważam za brak zaufania do rozsądku kobiety – no ale przynajmniej zrozumieć. Że zaś obecna ustawa nie działa, wystarczy spojrzeć w liczbę legalnych aborcji, w tym aborcji z czynu zabronionego i chwilę się zamyślić. Oraz, jeśli ma się trochę serca, wkurwić.

Mimo wszystko jestem zbudowana tym, co się dzieje. O prawach do świadomego rodzicielstwa wreszcie się mówi. Przestały być domeną niszowych kolektywów i organizacji pozarządowych. Nie jestem zaskoczona tym, że na ulice wyszły kobiety w mniejszych miejscowościach – tam problem niechcianej ciąży dotyka je o wiele bardziej, trudniej o antykoncepcję, trudniej o zaufanego ginekologa, a życie erotyczne toczy się swoim trybem niezależnie od liczby mieszkańców w danej jednostce administracyjnej.

Coming outy nie są rzeczą nową. Były wcześniej znane kobiety, które mówiły: no tak, miałam aborcję i żyję. Była Kasia Bratkowska z jej brawurowym (nadal jestem nim zachwycona!) wigilijnym oświadczeniem. Była Joanna Dziwak. Sama znam kilka dziewczyn, które ciąże przerwały i ich życia toczą się dalej – bez traum i rozdrap.

No i od wczoraj mamy wstrząs po wyznaniu Natalii Przybysz. Im więcej takich wyznań, tym lepiej dla sprawy, temat się oswaja, ktoś miał aborcję, ktoś stracił pracę, ktoś zaadoptował dziecko, ktoś chadza do psychiatry, ktoś rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. Nie jakaś zupełnie powszednia rzecz, na pewno wymagająca namysłu, a czasem i wsparcia, ale też rzecz, która nie powinna wywoływać poczucia winy czy wstydu. Natalia jest dorosłą kobietą, która rozstrzygnęła, co dla niej najważniejsze w obliczu niechcianej ciąży. Jedyne, czego żałuję, to tego, że musiała się nałykać najpierw tych cholernych tabletek i wydać taką kupę hajsu – powinna móc to zrobić bezpłatnie, w Polsce, bez narażania zdrowia. Mam nadzieję, że pokolenia tych licealistek, które wrzucały selfiki na hasztag z czarnym protestem, będą mogły tak wybrać.

Parę słów do święcie oburzonych wyznaniem Natalii, a jest ich niemało, także po stronie strajku kobiet. Po pierwsze i najważniejsze, po jaki chuj wspierasz protest, skoro przy byle okazji zaczynasz prawo do przerwania ciąży obkładać w warunki? Czy chcesz być żandarmem, który rozstrzygnie, czy odpowiednio brała pigułkę, czy nie pękła jej gumeczka, czy obmacasz ją po mózgu i uznasz, że jeśli ma zapaść w depresję, to spoko, ale jeśli tylko chodzi o zbyt małe mieszkanie, to już wygodna bździągwa i roszczeniowa lewaczka? Chcesz, by to samo robiono tobie? Jeszcze raz: po co wsparłaś ten protest?

Po drugie: antykoncepcja zawodzi. Każda. Z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem może zdarzyć się wyjątkowo dziarski plemnik z wyjątkowo ruchliwym ogonkiem, który zapuka do komórki jajowej i zakrzyknie „no cześć, mała, niespodzianka”. Jesteś pewna, że zawsze, ale to zawsze łyknęłaś pigułę? Nigdy nie pękła ci gumka? Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym przy spóźniającym się okresie?

Po trzecie: tak, warunki bytowe takie jak kwota na koncie w banku czy rozmiar mieszkania są zadziwiająco istotne w procesie powoływania na świat potomka. Rozważałaś bycie matką? Chcesz zapewnić dziecku najlepsze warunki? Powstrzymywałaś się przed seksem zanim zamieszkałaś w rezydencji z miejscem na pokój dziecka i blat do przewijania?

I po czwarte wreszcie: przestań opowiadać o zabijaniu dzieci, gdy mowa o aborcji, a płód przypomina kijankę i z ogromną dozą prawdopodobieństwa nic nie czuje. Jak chcesz poopowiadać o dzieciach, to pomyśl o 80 tysiącach dzieci w domach dziecka, które miesiącami czekają na rodzinę. Przejdź się do placówki, w której dzieciaki z różnymi orzeczeniami niepełnosprawności zostają na dzień, posiedź z nimi, wyobraź sobie, że masz to na codzień. Pomyśl o rodzicach dzieci z niepełnosprawnościami, którymi zadziwiająco często ostatecznie okazują się samotne matki, bo ojcowie odchodzą. Bo mogą, bo nikt ich nie wini za to, że nie zdzierżyli trudów opieki nad chorym dzieckiem. A jak chcesz koniecznie o zabijaniu, to pomyśl o tych kobietach, co zmarły w wyniku niebezpiecznie przeprowadzonej aborcji lub połogu.

Nie obchodzi mnie, jaka jest twoja ocena aborcji – czy jest to dla ciebie, jak dla mnie, wyzbyty z oceny etycznej zabieg, czy trudna decyzja moralna – dopóki uznajesz, że prawo wyboru należy do kobiety, która z nim zostaje.

#projektspódnica

W kraju wrze z powodu protestów pielęgniarek i położnych. Trochę więc wahałam się, czy ruszyć temat dużo lżejszy i pozbawiony polityki. O proteście napisano jednak dużo mądrzej i wnikliwiej, w tym Julia Kubisa w „Buncie białych czepków” niż mnie by się kiedykolwiek udało, a do pociągnięcia projektu zobowiązałam się ładnych kilka miesięcy temu. To chyba najwolniej realizowany projekt w polskiej blogosferze, bo wspomniana już Julia też miała coś napisać! (a może napisała, a ja nie umiem znaleźć?)

Wszystko zaczęło się od jakiegoś niemądrego konserwatywnego wpisu na losowym blogu, w którym autorka czy też interlokutorka klarowała, że odkąd nosi spódnice, wszystko jej się uklada. Ma pracę, męża, bodaj i udane dzieci, osiągnęla harmonię z naturą, chleb sam rośnie, mleko samo kiśnie, a czereśnie rodzą się dorodne i nierobaczywe. Wszystko dzięki tej jednej części garderoby, gdyż spodnie ode złego są, rozpraszają, wpijają się, eksponują, niszczą nadaną nam z natury kobiecą moc i kradną manę. Jak to z takimi wpisami bywa, obiegł lewicowy internet, powodując salwy śmiechu i lawinę świadectw, z których wynikało, że na udane życie pomaga raczej poszanowanie godności, wolności wyboru i bezpieczeństwo ekonomiczne, a kobiecość jest konstruktem, nieprawdaż, kulturowym. Czyli dość przewidywalnie. Obiecałyśmy sobie jednak z Julią i Lady Pasztet, że zabierzemy głos w sprawie spódnic jako feministki z różnych stron świata i obszarów tego ruchu. Lady Pasztet swoją opinię wyraziła już kilka miesięcy temu, czas więc i na mnie.

Zacząć należy od tego, że spódnicy samej w sobie praktycznie nie noszę. Jestem raczej sukienkowa i tuniczkowa. Głównie z tego prostego powodu, że jako osoba z nadwagą a wielce niewysoka mam spore trudności ze znalezieniem pasującej spódniczki; tuniki, które potrafią być jednocześnie sukienkami są pod tym względem łatwiejsze. Chciałabym jednak opowiedzieć wam swoją drogę do tego sposobu ubierania się, jako że przez lata całe chodziłam wyłącznie w spodniach i to ze wskazaniem na jeden konkretny krój typu bootcut (do tej pory zresztą ten fason lubię najbardziej).

Gdy miałam lat 14, był to sam początek lat 90., wybuchała wojna w Zatoce Perskiej, o rzeczach tak egzotycznych jak molestowanie seksualne nikt nie słyszał, a ja jak na swój wiek byłam wówczas przedwcześnie dojrzałą. Miesiączkowałam, porosłam włosem tu i tam, nosiłam stanik i nawet miewałam już jakieś myśli erotyczne (aczkolwiek głównie siedziałam w książkach i swoich rysuneczkach, starannie wyalienowana, bardzo skłonna do osądów i zafascynowana zespołem Roxette, bóg raczy wiedzieć, czemu). Dodać należy, że w klasie miałam sporą liczbę dorastających i średnio z tym sobie radzących chłopaków, z których dwóch przeszło tak przedziwne drogi, że nie oprę się chyba dygresji.

Tak więc: czasy były takie, że o rzeczach związanych z przemocą wiedziało się niewiele, chyba że działy się sprawy poważne jak pobicia. Nikt też nie ganił chłopaków zaczepiających dziewczyny na przerwach, a potrafili z nich być mali prześladowcy. Jeden z klasowych kolegów miał, na ten przykład, przemiły zwyczaj zadzierania nam spódnic i zaglądania pod nie. Bagatelizowano to, ot młody chłopak, wyrośnie (no i pewnie wyrósł). Był chyba jedynym człowiekiem, wobec którego użyłam fizycznej przemocy, bo gdy za którymś razem spódnicę zadarł mnie, odwróciłam się jak na dobrze naoliwionej osi i strzeliłam go w gębę. Nie jestem z siebie dumna, choć zyskałam tym parę punktów szacunu u reszty chłopaków.

Zwyczaj tego kolegi starannie mnie jednak zniechęcił do noszenia kiecek. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałam przeświadczenie, że nie jestem w spódnicy bezpieczna i że łatwiej niż skarżyć się na niego lub powtarzać numer ze spoliczkowaniem będzie po prostu tych spódnic nie nosić. W tym też okresie zaczęło narastać we mnie przekonanie, że jestem gruba i nieatrakcyjna, więc też nie bardzo jest co eksponować.

Przekonanie ugruntowało się w szkole średniej. Tam wprawdzie już koledzy byli ciut mądrzejsi i kiecek nam nie zadzierali, byli natomiast przekonani, że ideałem urody są modelki pokroju Kate Moss i każda dziewczyna krąglejsza od tego wzorca powinna raczej przywdziać wór pokutny. Inaczej było się obiektem dość bezlitosnych kpin, czego doświadczyłam i przypłaciłam – teraz to wiem – pierwszą depresją.

12694600_1097098463655476_4358588505507914823_o (1)

Panel o przemocy. Foto: Piotr Stasiak

To, naturalnie, jeszcze bardziej skłoniło mnie do trzymania się koszulek XXL i luźnych spodni. Swoją drogą: ja chyba nawet nie miałam wtedy nadwagi. Po prostu miałam biodra i biust; możliwe też, że nie miałam takiego poczucia stylu jak moje atrakcyjniejsze koleżanki. Ciuchy zaczęłam sobie kupować dopiero na studiach, gdy miałam własne pieniądze; wcześniej raczej nosiłam to, co kupowała mi mama. A mama podtrzymywała we mnie przekonanie o byciu nieatrakcyjną grubaską i nieomylnie wybierała z mody to, co najgorsze: podwyższone stany, zwężane ku dołowi nogawki, watowane ramiona i podkreślone talie. Wszystkie te rzeczy naturalnie miałam prawo nosić bez narażania się na kpiny, ale sama nie czułam się w nich dobrze ani ładnie. Koło się zamykało.

Wyzwoleniem był okres studencki, gdy wreszcie kupowałam swoje za własne, uparcie jednak trzymając się raczej spodni i swetrów. W kiecki na stałe wskoczyłam kilka lat temu, gdy zaokrągliłam się na tyle, że kupno dobrych dżinsów stało się trudniejsze, a i jakoś się bardziej sobie zaczęłam podobać z widocznymi nogami i całą resztą (no dobrze, nie całą). Pomogły na to i różne terapie, i wsparcie coraz większej liczby coraz mądrzejszych przyjaciół, i przyrastanie mojego własnego rozumku.

10421974_10204535535129160_5188578693083416589_n

Z Marceliną w historycznej chwili rejestracji partii. Foto: Adrian Zanberg

 

Wiele jednak czasu musiało upłynąć, zanim pojęłam, że ja, tak jak i każda inna, ma prawo chodzić w tym, w czym jej wygodnie bez obawy o narażenie się na szyderstwo czy ostracyzm. Was, moje czytelniczki, pewnie przekonywać do tego nie muszę, wiem jednak, że i Wy się zmagacie ze swoimi demonami, jeśli chodzi o wizerunek własnego ciała. Pamiętajcie po prostu, że najważniejsze, jak czujecie się z nim Wy – nie Wasi rodzice, partnerzy, partnerki czy grupa rówieśnicza.

 

Ródź i równaj do hetero

Staram się nie popadać w antyPiSowską histerię, bo odpracowałam to za poprzednich rządów PiS-u. Przyszła PO, pełna obietnic i co: i nic, krok za krokiem przesuwała się w prawo, dodatkowo uśmieciawiając rynek pracy i prywatyzując medycynę oraz edukację. Tak naprawdę nie wierzę, by ludzie z tych ugrupowań politycznych różnili się czymkolwiek, może poza tym, że jedni bardziej kochają Balcerowicza i Bochniarz, a drudzy – Gowina i Kaczyńskiego. Poza tym zero różnic i wszyscy po jednych pieniądzach, dodajmy – niemałych.

Mimo to są chwile, gdy zaczynam się trząść ze strachu, ze złości, z bezsiły. I popadam w wisielczy humor, bo nie umiem inaczej, inaczej musiałabym w patos, a ten wolę zachowywać na szczęśliwe okazje.

Na przykład wtedy, gdy z okazji jubileuszu chrztu Polski zapowiada się całkowity zakaz aborcji. I nie ma, że w czasie, gdy tę nieszczęsną Polskę chrzczono, zarodek poczęty nie był uważany za nosiciela duszy czy innego pierwiastka metafizycznego. Ot, garstka sytych panów u władzy, przedziwnym przypadkiem mocno wprawionych w opowiadaniu historii o niewidzialnym patriarsze, uznała, że polskie kobiety mają za wiele kontroli nad własnymi ciałami i własnymi życiami. Co się taka jedna z drugą będzie rozporządzać. Jeszcze zacznie gazety czytać, w posły chodzić i poglądów nabierze.

Rodzić nam tu! Nie przerywać, jak już się zaszło, nawet jeśli zaszło się z gwałtu albo wie się, że w łonie taszczy się bezmózgiego potworka, który nie przeżyje pierwszej doby. Czy jesteś nastolatką, która wyczytała, że za pierwszym razem się nie wpada, czy kobietą po pięćdziesiątce, co myślała, że już nie zajdzie czy też może studentką mieszkającą w wynajętym na spółkę pokoju, pamiętaj: tyle jesteś warta, ile twoja macica.

Rodzić! I nawet nie myśleć o antykoncepcji awaryjnej; każda pęknięta guma, każdy niekonsensualny seks powinny się kończyć poważnym ryzykiem ciąży, abyście zrozumiały wreszcie, że seks to ma być przyjemność dla mężczyzn, a nie dla was, no chyba wam się w dupach poprzewracało, skoro myślicie inaczej. Właściwie to odpuśćcie też myśl o globulkach. No ostatecznie możecie być bogate i z dużych miast, to wtedy będzie wam trochę łatwiej. Ale nawet wtedy nie zapominajcie, co powinniście w pierwszej kolejności.

Rodzić! I to żeby nam było naturalnie, a nie, że probówki, szklane rurki i szlochające w ciekłym azocie blastocysty. Nie przywiązujcie się do myśli o wielkim szacunku do Matki Polki. Szacunek jest do Polskiego Embriona, Polskiego Biskupa, Polskiego Biznesmena i Polskiego Władcy. Rodzaj męski, zwróćcie uwagę. Wy tu jesteście od tego, by począć naturalnie i naturalnie powić. Im bardziej boli, tym lepiej. Życie nie jest od tego, by wam było przyjemnie.

Rodzić! I nie pytać, co dalej. Dał dzieci, da i na dzieci. Że z roboty wyrzucą? To posiedzi w domu, na utrzymaniu męża, może jej fantazje o rozwodzie przy okazji wyjdą z głowy. Albo niech się więcej stara, wiadomo, że pracowite kobiety los nagradza prezesurą i synekurą. A jak już rozwiedziona i czeka nieskutecznie na alimenty, no cóż, państwo to nie matka, było się zastanowić przed rozwodem.

Zauważyłyście, że piszę wyłącznie o związkach hetero? Nie bez powodu. Jak powszechnie wiadomo, na tych leniwych piachach ziemi Żeromskiego nikomu nie żyje się tak dobrze, jak parom nieheteronormatywnym. Sąsiedzi pozdrawiają ich ciepłymi opowieściami o częściach rowerowych, łysi chłopcy wklejają ich zdjęcia na serwisy społecznościowe z czułymi ofertami kontaktów cielesnych, a politycy wciąż myślą, jak im jeszcze bardziej to i owo usłać różami. Stąd, jak się domyślacie, te wszystkie projekty redefiniujące rodzinę i prawo własności.

Równać do hetero! Bo tutaj jest Polska, 2016 i nie ma powodu sądzić, że kiedykolwiek uwzględnimy prawa jakiejkolwiek mniejszości. Solidarność dla tych ludzi to tylko okruchy ze styropianu, a wspólnotę to ostatnio widzieli podpisując intercyzę u notariusza. Więc czemu się przejmować setkami tysięcy ludzi, którzy żyją sobie w bloku obok, robią zakupy w tym samym sklepie czy posyłają swoje dzieci do tego samego przedszkola?

Równać do hetero! Lepiej napiętnować, odmówić praw i wyrzucić poza nawias społeczeństwa. Lepiej rozstrzygać o ich wartości tylko na podstawie tego, kto im się podoba i z kim chcą spędzać życie. Lepiej opowiadać obleśne żarty o lesbijkach, chichotać przy osobach transseksualnych i mówić dużo o seksie analnym w obecności gejów. Jak wiadomo, heterycy robią dokładnie to samo: jak tylko zorientują się, kto jak lubi, nie marnują okazji, by do tego nawiązać, a boki przy tym zrywać.

Równać do hetero! Lepiej powtarzać niepotwierdzone bzdury o męskich wzorcach, które dziecko ma sobie wgrać w wewnętrzny twardy dysk niż pogodzić się z faktem, że rodzinę tworzą, tak po prostu, bliscy sobie ludzie. Tacy, którzy mieszkają razem, i tacy, którzy często się odwiedzają. I skąd to przekonanie, że wzorce wynosi się tylko z domu? Chciałoby się! Tymczasem dziecko idzie do szkoły, nawiązuje przyjaźnie i serio, serio – mnóstwo wpływu mają wówczas na nie rówieśnicy. Może więc martwmy się raczej o to, czy nasi znajomi wychowują swoje dzieci na wyrozumiałe, tolerancyjne i serdeczne zamiast martwić się o brak mężczyzny czy kobiety w domu?

Bo jedyny godny naśladowania wzorzec to ten, co szanuje, traktuje podmiotowo i wspiera. Bardzo bym chciała, by tacy byli polscy politycy. Bardzo tak nie jest. Póki co jedyne, co mogę zrobić, to napisać gniewną notkę.

Ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.

 

 

Hejt stop, nienawiść start

Kochane i kochani, dziś opowiem Wam o nienawiści.

Nienawiść to coś innego niż hejt. Hejtem ostatnio nazywa się wszystko, co nie jest lajkiem. Każda krytyka i każdy niepozytywny komentarz to hejt. Hejtem jest zakopanie artykułu na wykopie, kciukas w dół na jutubie czy przesunięcie w lewo delikwenta na tinderze. Oczywiście, są komentarze paskudne i pełne pogardy, jak choćby ten Kukiza z powyższego obrazka. Mam w sobie  sprzeciw, by tego typu komunikaty sprowadzać do hejtu – w wypowiedzi Kukiza czai się już prawdziwa, złowroga nienawiść. Hejt odbiera jej moc. Słowa mogą ranić, mogą nakręcać spiralę przemocy, mogą sprawić, że komuś stanie się krzywda.

Uczyniwszy ten wstęp, zapraszam Was do lektury artykułu, jaki mną wstrząsnął we wtorkowy poranek. Słońce wschodziło, kot pukał mnie w ramię i pytał, czy mam może chwilę na rozmowę o zbawczej funkcji mruczenia, więc odbywszy tę rozmowę zerknęłam w internety, tamże pozyskałam nowy numer tygodnika, co do którego nieraz miewałam mieszane uczucia i sen mnie odszedł w parę chwil. Tygodnik zaserwował frapujący artykuł z superherosem, więc dałam się porwać wartkiej akcji, zwrotom fabularnym i delikatnemu rysowi hagiograficznemu.

Był zdruzgotany. Chodził na terapię, przyjmował leki.

Kiedy zobaczyłem, ze staje na nogi, to wiedziałem, ze ktoś będzie mial kłopoty, bo on tej sprawy tak nie zostawi. Znajdzie tego kogoś, kto mu zniszczył życie. Nie tylko zawodowe, ale także prywatne, jego żony i dziecka. Wiedziałem, ze tego nie odpuści.

Opis wydarzeń jak z dobrego czytadła sensacyjnego. Oto wokół bohatera zacieśnia się krąg pomówień, oskarżeń, złych spojrzeń tudzież języków. Zaszczuty, popada w stany psychiczne, wymagające opieki lekarza. Nie poddaje się jednak. Złamany, lecz nie pokonany, wzrasta na nowo niczym zmaltretowana wątroba Prometeusza w wersji tylko dla orłów. Świat wprawdzie się uwziął, bo to przecież właśnie świat robi bohaterom, ale nic to. Walczymy. Przetrwamy. Nie będzie oszczerca pluł nam w twarz.

W innym akapicie mamy podmuch serdeczności, ciepła i wsparcia dla swojaka-Ślązaka.

Tutaj nadal jest bohaterem, nadal jest bardzo popularny. To nasz człowiek, stąd. Warszawka może się zastanawiać, czy był winny, czy niewinny, ale tutaj nikt tak nie robi. Nikt go nie wytyka palcami, nie uśmiecha się za plecami. Afera  została wyparta.

Wiemy już, że winną jest szeroko rozumiana Warszawka, która zapewne w wolnych chwilach pomiędzy zapierdolem w Mordorze a siorbaniem sojowego latte zajmuje się życiorysami innych ludzi. Jak powszechnie wiadomo, w innych miejscach w Polsce ludzie nie pracują w korporacjach i nie pijają kaw. Wykazują też całkowity brak zainteresowania tym, co inni ludzie robią sobie i innym.

Tylko, że nie.

Jak również Hanysy majom anong, co jes molestowanie seksualne i żodyn niy popiero przemocy wobec frelek, dziołszek i bab.

O Durczokgate mówi już wtedy cala Polska. TVN powołuje wewnętrzną komisję, która ma sprawdzić, czy w redakcji „Faktów” rzeczywiście działo się coś złego. Po dwutygodniowym śledztwie komisja ustala, ze trzy osoby zatrudnione w firmie „mogły być przedmiotem mobbingu lub molestowania w miejscu pracy”. Nie wskazuje winnego. Jako zadosćuczynienie TVN proponuje ofiarom 6-krotność miesięcznego wynagrodzenia. Rozwiązuje tez umowę z Kamilem Durczokiem za porozumieniem stron.

Myślę, że część z Was domyśliła się wcześniej, że międlę Durczoka. Ostatecznie nie co dzień przejmuję się, co tygodniki wypisują o bohaterach. Wolę bohaterki, a ogólnie to komiksy.  Tu komiksu nie ma (może to i lepiej, po dojściu PiSu do władzy polityczne komiksy satyryczne stały się równie lotne co smsy widzów do Szkła Kontaktowego). Bohaterek też nie. A warto przypomnieć, że to one w tej historii są najważniejsze.

Przede wszystkim: kilka tygodni temu serwis kulisy24.pl ujawnił raport z komisji TVN. Czy serwis jest wiarygodny, nie mnie oceniać, prowadzony jest jednak przez dziennikarzy śledczych, a Latkowskiemu zdarzały się wcześniej petardy wyjątkowo trafnych śledztw (wyjątkowo nietrafnych też, dlatego podchodzę do niego z pewnym sceptycyzmem). Raport w każdym razie wygląda na autentyczny. Stoi w nim jak byk, że:

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.54.55

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.56.16

Jeśli to nie jest wskazanie sprawcy, to nie wiem, co to jest – kotek z gry neko atsume na zielonej poduszce? W raporcie jest również potwierdzenie, że prócz molestowania Durczok dopuszczał się mobbingu na pracownikach, a także – że niezalecana jest dyscyplinarka z uwagi na dobro osób poszkodowanych. Być może nie jest to autentyczny dokument, jest on jednak całkiem wiarygodny. O Durczoku krążyły więcej niż plotki. Był artykuł we Wprost, buntowniczy felieton Kasi Nowakowskiej na foch.pl, publikacje na Codzienniku Feministycznym, tuż przed detonacją bomby Latkowskiego feministyczno-dziennikarski światek aż wibrował od informacji przekazywanych przez byłe współpracownice tak zwanego znanego dziennikarza. Wyłaniał się z nich obraz mężczyzny, w sposób cyniczny i wyrachowany wykorzystującego swoją władzę, by znęcać się nad innymi i zaspokajać swoje przyjemności. Człowieka, który skrzywdził co najmniej trzy, a prawdopodobnie o wiele więcej kobiet, a którego z racji sprawowanej funkcji bardzo długo nie można było powstrzymać.

Wokół przemocy tworzy się zmowa milczenia. Gdy jesteś osobą wrażliwą (oczywiście, że jesteś, skoro mnie czytasz) i widzisz przemoc, zrazu nie wierzysz własnym oczom; nie chcesz zrozumieć, że ludzie świadomie i dobrowolnie robią sobie takie rzeczy. Potem, na przykład, słyszysz: „nie mów nikomu, bo pożałujesz”, a masz do stracenia pracę i dobre imię, które mężczyzna przy władzy może ugniatać jak kulkę plasteliny. Albo też inaczej, słyszysz: „nie mów nikomu, bo mi wstyd”. I myślisz sobie, że dokładać tej osobie, co właśnie ją skrzywdzono, to faktycznie będzie za wiele. Trzeba ją chronić. Bo jak rozpowiesz, otworzysz puszkę Pandory i pożałujesz nie tylko ty, pożałuje mnóstwo osób. Więc milczysz.

Aby przerwać ten zamknięty krąg, musi powstać masa krytyczna osób, które doświadczyły przemocy z ręki tego samego człowieka; masa, która porozumie się między sobą i pojmie, że nie jest w tym osamotniona. W moim środowisku był gość, który molestował – zaczęło się od obleśnych uwag i podszczypywanek, skończyło na upiciu dziewczyny i gwałcie. Dopiero wtedy jedna z dziewczyn zdecydowała się na nagłośnienie historii, dzięki czemu zaskakująca liczba naszych koleżanek wyszła z cienia i potwierdziła „tak, ja też miałam z tym typkiem przemocowe doświadczenie”. Koleś ostatecznie został całkowicie wybanowany ze środowiska, bo też i środowisko, zorientowawszy się w procederze, murem stanęło po stronie dziewczyn. Niemniej do przełamania zmowy milczenia trzeba odwagi i desperacji, której nie mamy prawa oczekiwać od osób doznających przemocy. Niezbędne jest także środowisko, które je wesprze, a z tym, co widać choćby po cytowanym przeze mnie artykule z Newsweeka, jest źle. Bezpieczniej się staje po stronie silniejszego.

Jako świadkowie przemocy możemy reagować – ucinać seksistowskie żarty kolegów, nie zgadzać się na nienawistny język wobec innych, powstrzymywać kumpla przed zaciągnięciem pijanej koleżanki do pustego pokoju w akademiku. Jesteśmy w stanie tworzyć środowisko, w którym te i ci, którzy doświadczają przemocy, będą mieć wsparcie. I tak, wiem, że w przypadku kogoś z władzą, np pracodawcy, jest to dodatkowo trudne, bo prócz świadomości tego, co słuszne, mamy zrozumiały lęk o swoją pracę i bezpieczeństwo. Ale innej drogi nie ma.

Zobaczmy przecież, co się dzieje, gdy środowisko wspiera sprawcę. Pojawiają się takie hiobowe fanfiki, jak ten w Newsweeku. Otwiera go opis, jak to Durczok prowadzi jakiś kongresik dla przedsiębiorców (kapitaliści mili). W środku rzewna wstawka o tym, że Durczok własnymi rękami barszcz bezdomnym nalewał. Na końcu – buńczuczne obietnice, że ci, co mu „zniszczyli życie” zapłacą za to. Nikt nie pyta, co się dzieje z kobietami, które molestował i kto zapłaci za ich krzywdę. W opowieści o przemocy mamy wyjątkową tendencję do stosowania strony biernej, co sprawia, że staje się ona wyłącznie problemem osób jej doświadczających. Tymczasem są sprawcy. Są świadkowie. Da się coś zrobić.

Tylko, żeby zacząć, trzeba rozpalić w sobie gniew. Poczuć w sobie nienawiść do przemocy i chronienia jej sprawców. Dlatego mówię: nienawiść start.

(A w niedzielę w różnych miejscach na całym świecie przekuwamy nienawiść w taniec i śpiew. Przyjdźcie koniecznie!)

Równouprawnienie żądań

Zawsze mam lekkie wątpliwości, czy powinnam, gdy rozważam polemikę nie z ideologiczną oponentką, a podobną mnie feministką. Nade wszystko nie chciałabym przecież sprawić wrażenia, że podgryzam siostry po feminizmie. Złożę więc takie oto oświadczenie, że wolę rzeczoną polemikę podjąć z kimś, o kim wiem, że walczy po tej samej stronie. Mam wtedy o wiele większą szansę na ciekawą dyskusję i wymianę opinii zakończoną konkretnym wnioskiem zamiast ostrzeliwania się argumentami z okopanych pozycji.

Uczyniwszy to zastrzeżenie, spieszę wyjaśnić, o co chodzi: o noworoczny felieton Anny Dryjańskiej w WO. Przede wszystkim, samo meritum nie budzi moich zastrzeżeń i nie dalej jak w poprzedniej notce wspominałam o tym: że niezależnie od naszych osiągnięć naukowych nadal my, kobiety, jesteśmy postrzegane przez pryzmat atrakcyjności. Wciąż naszym podstawowym obowiązkiem jest podobać się mężczyznom. Niezależnie od tego, czy chcemy się podobać wszystkim, jednemu czy żadnemu. Pisze o tym Anna i podkreśla: nie fiksujmy się na wyglądzie, róbmy swoje, jesteśmy świetne.

Niemniej tytuł (nie wykluczam, że nadany przez redakcję) wyświadcza felietonowi Anny niedźwiedzią przysługę, bo i cytat jest dziwnie nietrafny:

Równouprawnienie będzie wtedy, gdy łysa i gruba kobieta, idąc ulicą, będzie myślała, że jest obiektem marzeń wszystkich przechodzących mężczyzn

Nie mam wprawdzie doświadczeń kobiety łysej, mam natomiast doświadczenia kobiety grubej (chudej też, tak na marginesie). I gdy idę ulicą, najbardziej to myślę o tym, żeby dotrzeć sprawnie i bezpiecznie do biura, domu czy sklepu. Nie upaść na oblodzonym chodniku. Nie wdepnąć w psią kupę. Nie zgubić się pod przejściem podziemnym. Nie zasapać się po schodach. Jeśli zostać zaczepioną, to pytaniem o drogę lub pomoc w przejściu na pasach, a nie o to, czemu się nie uśmiecham. Szlag by mnie trafił, gdybym była tym obiektem marzeń i zamiast świętego spokoju czułabym na sobie pożądliwe spojrzenia.

Mówi wam to osoba, która naprawdę nie boi się chodzić po ulicach, dzień czy w nocy. Lubię miasto, lubię przemierzać je pieszo, źle się czuję zamknięta w czterech ścianach domu czy biura (nawet przy dzisiejszych mrozach). Nie jestem też aseksualna, bywałam w sytuacjach, gdy wstrzymywano oddech na mój widok i było to doskonałe. Ale: wtedy, gdy sobie zaplanowałam. Wśród konkretnych osób. W konkretnych okolicznościach. Nie w codziennym zgiełku między pralnią a spożywczakiem.

Więc kiedy będzie równouprawnienie? Dla mnie jednak wtedy, gdy łysa i gruba kobieta będzie miała równe szanse w znalezieniu pracy, wygodny dojazd z pracy do domu i możliwość ubrania się w to, co lubi – wygodne, seksowne czy śmieszne – bez dziwnych spojrzeń i szeptów na boku.

Comrade_X_lobby_card

Przeszła do historii grając orgazm

…głosi tytuł w gazecie wyborczej, a na fanpejdżu opis jest nawet ciekawszy:

W sensie, możliwe, że się czepiam. Oraz mam bardzo dużo sympatii do grania orgazmów (chociaż może nie przez osoby niepełnoletnie, bo ryzyko, że nie jest to świadoma i dobrowolna decyzja znacząco wzrasta). Nie chcę też tworzyć irytującego, infantylnego podziału, że dopiero, jak się zajmujemy naukami ścisłymi, a nie aktorstwem, wizerunkiem czy istnieniem i pachnieniem, zaczyna się nas traktować poważnie. Nas, kobiety. Wszyscy zasługujemy na szacunek niezależnie od tego, czy konstruujemy mosty, czy spędzamy czas fotografując kotki na instagrama.

Ale: jednak mnie rusza, że właśnie ten aspekt kariery Hedy Lamarr GW postanowiła uwypuklić w tytule. Że sprowadza wszechstronnie utalentowaną, błyskotliwą i skuteczną naukowczynię do fap-materiału.

Przychodzi mi do głowy, że niezależnie od tego, jak bardzo poważnie wejdziemy w role przez długie lata obstawiane wyłącznie przez mężczyzn, zawsze znajdzie się ktoś, kto przypomni, że furda rad, polon czy FHSS – naszym podstawowym zadaniem jest się podobać.

No więc ja osobiście wolę tu mieć wybór, czego sobie i Wam życzę z okazji Dnia Feministki.