#projektspódnica

W kraju wrze z powodu protestów pielęgniarek i położnych. Trochę więc wahałam się, czy ruszyć temat dużo lżejszy i pozbawiony polityki. O proteście napisano jednak dużo mądrzej i wnikliwiej, w tym Julia Kubisa w „Buncie białych czepków” niż mnie by się kiedykolwiek udało, a do pociągnięcia projektu zobowiązałam się ładnych kilka miesięcy temu. To chyba najwolniej realizowany projekt w polskiej blogosferze, bo wspomniana już Julia też miała coś napisać! (a może napisała, a ja nie umiem znaleźć?)

Wszystko zaczęło się od jakiegoś niemądrego konserwatywnego wpisu na losowym blogu, w którym autorka czy też interlokutorka klarowała, że odkąd nosi spódnice, wszystko jej się uklada. Ma pracę, męża, bodaj i udane dzieci, osiągnęla harmonię z naturą, chleb sam rośnie, mleko samo kiśnie, a czereśnie rodzą się dorodne i nierobaczywe. Wszystko dzięki tej jednej części garderoby, gdyż spodnie ode złego są, rozpraszają, wpijają się, eksponują, niszczą nadaną nam z natury kobiecą moc i kradną manę. Jak to z takimi wpisami bywa, obiegł lewicowy internet, powodując salwy śmiechu i lawinę świadectw, z których wynikało, że na udane życie pomaga raczej poszanowanie godności, wolności wyboru i bezpieczeństwo ekonomiczne, a kobiecość jest konstruktem, nieprawdaż, kulturowym. Czyli dość przewidywalnie. Obiecałyśmy sobie jednak z Julią i Lady Pasztet, że zabierzemy głos w sprawie spódnic jako feministki z różnych stron świata i obszarów tego ruchu. Lady Pasztet swoją opinię wyraziła już kilka miesięcy temu, czas więc i na mnie.

Zacząć należy od tego, że spódnicy samej w sobie praktycznie nie noszę. Jestem raczej sukienkowa i tuniczkowa. Głównie z tego prostego powodu, że jako osoba z nadwagą a wielce niewysoka mam spore trudności ze znalezieniem pasującej spódniczki; tuniki, które potrafią być jednocześnie sukienkami są pod tym względem łatwiejsze. Chciałabym jednak opowiedzieć wam swoją drogę do tego sposobu ubierania się, jako że przez lata całe chodziłam wyłącznie w spodniach i to ze wskazaniem na jeden konkretny krój typu bootcut (do tej pory zresztą ten fason lubię najbardziej).

Gdy miałam lat 14, był to sam początek lat 90., wybuchała wojna w Zatoce Perskiej, o rzeczach tak egzotycznych jak molestowanie seksualne nikt nie słyszał, a ja jak na swój wiek byłam wówczas przedwcześnie dojrzałą. Miesiączkowałam, porosłam włosem tu i tam, nosiłam stanik i nawet miewałam już jakieś myśli erotyczne (aczkolwiek głównie siedziałam w książkach i swoich rysuneczkach, starannie wyalienowana, bardzo skłonna do osądów i zafascynowana zespołem Roxette, bóg raczy wiedzieć, czemu). Dodać należy, że w klasie miałam sporą liczbę dorastających i średnio z tym sobie radzących chłopaków, z których dwóch przeszło tak przedziwne drogi, że nie oprę się chyba dygresji.

Tak więc: czasy były takie, że o rzeczach związanych z przemocą wiedziało się niewiele, chyba że działy się sprawy poważne jak pobicia. Nikt też nie ganił chłopaków zaczepiających dziewczyny na przerwach, a potrafili z nich być mali prześladowcy. Jeden z klasowych kolegów miał, na ten przykład, przemiły zwyczaj zadzierania nam spódnic i zaglądania pod nie. Bagatelizowano to, ot młody chłopak, wyrośnie (no i pewnie wyrósł). Był chyba jedynym człowiekiem, wobec którego użyłam fizycznej przemocy, bo gdy za którymś razem spódnicę zadarł mnie, odwróciłam się jak na dobrze naoliwionej osi i strzeliłam go w gębę. Nie jestem z siebie dumna, choć zyskałam tym parę punktów szacunu u reszty chłopaków.

Zwyczaj tego kolegi starannie mnie jednak zniechęcił do noszenia kiecek. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałam przeświadczenie, że nie jestem w spódnicy bezpieczna i że łatwiej niż skarżyć się na niego lub powtarzać numer ze spoliczkowaniem będzie po prostu tych spódnic nie nosić. W tym też okresie zaczęło narastać we mnie przekonanie, że jestem gruba i nieatrakcyjna, więc też nie bardzo jest co eksponować.

Przekonanie ugruntowało się w szkole średniej. Tam wprawdzie już koledzy byli ciut mądrzejsi i kiecek nam nie zadzierali, byli natomiast przekonani, że ideałem urody są modelki pokroju Kate Moss i każda dziewczyna krąglejsza od tego wzorca powinna raczej przywdziać wór pokutny. Inaczej było się obiektem dość bezlitosnych kpin, czego doświadczyłam i przypłaciłam – teraz to wiem – pierwszą depresją.

12694600_1097098463655476_4358588505507914823_o (1)

Panel o przemocy. Foto: Piotr Stasiak

To, naturalnie, jeszcze bardziej skłoniło mnie do trzymania się koszulek XXL i luźnych spodni. Swoją drogą: ja chyba nawet nie miałam wtedy nadwagi. Po prostu miałam biodra i biust; możliwe też, że nie miałam takiego poczucia stylu jak moje atrakcyjniejsze koleżanki. Ciuchy zaczęłam sobie kupować dopiero na studiach, gdy miałam własne pieniądze; wcześniej raczej nosiłam to, co kupowała mi mama. A mama podtrzymywała we mnie przekonanie o byciu nieatrakcyjną grubaską i nieomylnie wybierała z mody to, co najgorsze: podwyższone stany, zwężane ku dołowi nogawki, watowane ramiona i podkreślone talie. Wszystkie te rzeczy naturalnie miałam prawo nosić bez narażania się na kpiny, ale sama nie czułam się w nich dobrze ani ładnie. Koło się zamykało.

Wyzwoleniem był okres studencki, gdy wreszcie kupowałam swoje za własne, uparcie jednak trzymając się raczej spodni i swetrów. W kiecki na stałe wskoczyłam kilka lat temu, gdy zaokrągliłam się na tyle, że kupno dobrych dżinsów stało się trudniejsze, a i jakoś się bardziej sobie zaczęłam podobać z widocznymi nogami i całą resztą (no dobrze, nie całą). Pomogły na to i różne terapie, i wsparcie coraz większej liczby coraz mądrzejszych przyjaciół, i przyrastanie mojego własnego rozumku.

10421974_10204535535129160_5188578693083416589_n

Z Marceliną w historycznej chwili rejestracji partii. Foto: Adrian Zanberg

 

Wiele jednak czasu musiało upłynąć, zanim pojęłam, że ja, tak jak i każda inna, ma prawo chodzić w tym, w czym jej wygodnie bez obawy o narażenie się na szyderstwo czy ostracyzm. Was, moje czytelniczki, pewnie przekonywać do tego nie muszę, wiem jednak, że i Wy się zmagacie ze swoimi demonami, jeśli chodzi o wizerunek własnego ciała. Pamiętajcie po prostu, że najważniejsze, jak czujecie się z nim Wy – nie Wasi rodzice, partnerzy, partnerki czy grupa rówieśnicza.

 

Ródź i równaj do hetero

Staram się nie popadać w antyPiSowską histerię, bo odpracowałam to za poprzednich rządów PiS-u. Przyszła PO, pełna obietnic i co: i nic, krok za krokiem przesuwała się w prawo, dodatkowo uśmieciawiając rynek pracy i prywatyzując medycynę oraz edukację. Tak naprawdę nie wierzę, by ludzie z tych ugrupowań politycznych różnili się czymkolwiek, może poza tym, że jedni bardziej kochają Balcerowicza i Bochniarz, a drudzy – Gowina i Kaczyńskiego. Poza tym zero różnic i wszyscy po jednych pieniądzach, dodajmy – niemałych.

Mimo to są chwile, gdy zaczynam się trząść ze strachu, ze złości, z bezsiły. I popadam w wisielczy humor, bo nie umiem inaczej, inaczej musiałabym w patos, a ten wolę zachowywać na szczęśliwe okazje.

Na przykład wtedy, gdy z okazji jubileuszu chrztu Polski zapowiada się całkowity zakaz aborcji. I nie ma, że w czasie, gdy tę nieszczęsną Polskę chrzczono, zarodek poczęty nie był uważany za nosiciela duszy czy innego pierwiastka metafizycznego. Ot, garstka sytych panów u władzy, przedziwnym przypadkiem mocno wprawionych w opowiadaniu historii o niewidzialnym patriarsze, uznała, że polskie kobiety mają za wiele kontroli nad własnymi ciałami i własnymi życiami. Co się taka jedna z drugą będzie rozporządzać. Jeszcze zacznie gazety czytać, w posły chodzić i poglądów nabierze.

Rodzić nam tu! Nie przerywać, jak już się zaszło, nawet jeśli zaszło się z gwałtu albo wie się, że w łonie taszczy się bezmózgiego potworka, który nie przeżyje pierwszej doby. Czy jesteś nastolatką, która wyczytała, że za pierwszym razem się nie wpada, czy kobietą po pięćdziesiątce, co myślała, że już nie zajdzie czy też może studentką mieszkającą w wynajętym na spółkę pokoju, pamiętaj: tyle jesteś warta, ile twoja macica.

Rodzić! I nawet nie myśleć o antykoncepcji awaryjnej; każda pęknięta guma, każdy niekonsensualny seks powinny się kończyć poważnym ryzykiem ciąży, abyście zrozumiały wreszcie, że seks to ma być przyjemność dla mężczyzn, a nie dla was, no chyba wam się w dupach poprzewracało, skoro myślicie inaczej. Właściwie to odpuśćcie też myśl o globulkach. No ostatecznie możecie być bogate i z dużych miast, to wtedy będzie wam trochę łatwiej. Ale nawet wtedy nie zapominajcie, co powinniście w pierwszej kolejności.

Rodzić! I to żeby nam było naturalnie, a nie, że probówki, szklane rurki i szlochające w ciekłym azocie blastocysty. Nie przywiązujcie się do myśli o wielkim szacunku do Matki Polki. Szacunek jest do Polskiego Embriona, Polskiego Biskupa, Polskiego Biznesmena i Polskiego Władcy. Rodzaj męski, zwróćcie uwagę. Wy tu jesteście od tego, by począć naturalnie i naturalnie powić. Im bardziej boli, tym lepiej. Życie nie jest od tego, by wam było przyjemnie.

Rodzić! I nie pytać, co dalej. Dał dzieci, da i na dzieci. Że z roboty wyrzucą? To posiedzi w domu, na utrzymaniu męża, może jej fantazje o rozwodzie przy okazji wyjdą z głowy. Albo niech się więcej stara, wiadomo, że pracowite kobiety los nagradza prezesurą i synekurą. A jak już rozwiedziona i czeka nieskutecznie na alimenty, no cóż, państwo to nie matka, było się zastanowić przed rozwodem.

Zauważyłyście, że piszę wyłącznie o związkach hetero? Nie bez powodu. Jak powszechnie wiadomo, na tych leniwych piachach ziemi Żeromskiego nikomu nie żyje się tak dobrze, jak parom nieheteronormatywnym. Sąsiedzi pozdrawiają ich ciepłymi opowieściami o częściach rowerowych, łysi chłopcy wklejają ich zdjęcia na serwisy społecznościowe z czułymi ofertami kontaktów cielesnych, a politycy wciąż myślą, jak im jeszcze bardziej to i owo usłać różami. Stąd, jak się domyślacie, te wszystkie projekty redefiniujące rodzinę i prawo własności.

Równać do hetero! Bo tutaj jest Polska, 2016 i nie ma powodu sądzić, że kiedykolwiek uwzględnimy prawa jakiejkolwiek mniejszości. Solidarność dla tych ludzi to tylko okruchy ze styropianu, a wspólnotę to ostatnio widzieli podpisując intercyzę u notariusza. Więc czemu się przejmować setkami tysięcy ludzi, którzy żyją sobie w bloku obok, robią zakupy w tym samym sklepie czy posyłają swoje dzieci do tego samego przedszkola?

Równać do hetero! Lepiej napiętnować, odmówić praw i wyrzucić poza nawias społeczeństwa. Lepiej rozstrzygać o ich wartości tylko na podstawie tego, kto im się podoba i z kim chcą spędzać życie. Lepiej opowiadać obleśne żarty o lesbijkach, chichotać przy osobach transseksualnych i mówić dużo o seksie analnym w obecności gejów. Jak wiadomo, heterycy robią dokładnie to samo: jak tylko zorientują się, kto jak lubi, nie marnują okazji, by do tego nawiązać, a boki przy tym zrywać.

Równać do hetero! Lepiej powtarzać niepotwierdzone bzdury o męskich wzorcach, które dziecko ma sobie wgrać w wewnętrzny twardy dysk niż pogodzić się z faktem, że rodzinę tworzą, tak po prostu, bliscy sobie ludzie. Tacy, którzy mieszkają razem, i tacy, którzy często się odwiedzają. I skąd to przekonanie, że wzorce wynosi się tylko z domu? Chciałoby się! Tymczasem dziecko idzie do szkoły, nawiązuje przyjaźnie i serio, serio – mnóstwo wpływu mają wówczas na nie rówieśnicy. Może więc martwmy się raczej o to, czy nasi znajomi wychowują swoje dzieci na wyrozumiałe, tolerancyjne i serdeczne zamiast martwić się o brak mężczyzny czy kobiety w domu?

Bo jedyny godny naśladowania wzorzec to ten, co szanuje, traktuje podmiotowo i wspiera. Bardzo bym chciała, by tacy byli polscy politycy. Bardzo tak nie jest. Póki co jedyne, co mogę zrobić, to napisać gniewną notkę.

Ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.

 

 

Hejt stop, nienawiść start

Kochane i kochani, dziś opowiem Wam o nienawiści.

Nienawiść to coś innego niż hejt. Hejtem ostatnio nazywa się wszystko, co nie jest lajkiem. Każda krytyka i każdy niepozytywny komentarz to hejt. Hejtem jest zakopanie artykułu na wykopie, kciukas w dół na jutubie czy przesunięcie w lewo delikwenta na tinderze. Oczywiście, są komentarze paskudne i pełne pogardy, jak choćby ten Kukiza z powyższego obrazka. Mam w sobie  sprzeciw, by tego typu komunikaty sprowadzać do hejtu – w wypowiedzi Kukiza czai się już prawdziwa, złowroga nienawiść. Hejt odbiera jej moc. Słowa mogą ranić, mogą nakręcać spiralę przemocy, mogą sprawić, że komuś stanie się krzywda.

Uczyniwszy ten wstęp, zapraszam Was do lektury artykułu, jaki mną wstrząsnął we wtorkowy poranek. Słońce wschodziło, kot pukał mnie w ramię i pytał, czy mam może chwilę na rozmowę o zbawczej funkcji mruczenia, więc odbywszy tę rozmowę zerknęłam w internety, tamże pozyskałam nowy numer tygodnika, co do którego nieraz miewałam mieszane uczucia i sen mnie odszedł w parę chwil. Tygodnik zaserwował frapujący artykuł z superherosem, więc dałam się porwać wartkiej akcji, zwrotom fabularnym i delikatnemu rysowi hagiograficznemu.

Był zdruzgotany. Chodził na terapię, przyjmował leki.

Kiedy zobaczyłem, ze staje na nogi, to wiedziałem, ze ktoś będzie mial kłopoty, bo on tej sprawy tak nie zostawi. Znajdzie tego kogoś, kto mu zniszczył życie. Nie tylko zawodowe, ale także prywatne, jego żony i dziecka. Wiedziałem, ze tego nie odpuści.

Opis wydarzeń jak z dobrego czytadła sensacyjnego. Oto wokół bohatera zacieśnia się krąg pomówień, oskarżeń, złych spojrzeń tudzież języków. Zaszczuty, popada w stany psychiczne, wymagające opieki lekarza. Nie poddaje się jednak. Złamany, lecz nie pokonany, wzrasta na nowo niczym zmaltretowana wątroba Prometeusza w wersji tylko dla orłów. Świat wprawdzie się uwziął, bo to przecież właśnie świat robi bohaterom, ale nic to. Walczymy. Przetrwamy. Nie będzie oszczerca pluł nam w twarz.

W innym akapicie mamy podmuch serdeczności, ciepła i wsparcia dla swojaka-Ślązaka.

Tutaj nadal jest bohaterem, nadal jest bardzo popularny. To nasz człowiek, stąd. Warszawka może się zastanawiać, czy był winny, czy niewinny, ale tutaj nikt tak nie robi. Nikt go nie wytyka palcami, nie uśmiecha się za plecami. Afera  została wyparta.

Wiemy już, że winną jest szeroko rozumiana Warszawka, która zapewne w wolnych chwilach pomiędzy zapierdolem w Mordorze a siorbaniem sojowego latte zajmuje się życiorysami innych ludzi. Jak powszechnie wiadomo, w innych miejscach w Polsce ludzie nie pracują w korporacjach i nie pijają kaw. Wykazują też całkowity brak zainteresowania tym, co inni ludzie robią sobie i innym.

Tylko, że nie.

Jak również Hanysy majom anong, co jes molestowanie seksualne i żodyn niy popiero przemocy wobec frelek, dziołszek i bab.

O Durczokgate mówi już wtedy cala Polska. TVN powołuje wewnętrzną komisję, która ma sprawdzić, czy w redakcji „Faktów” rzeczywiście działo się coś złego. Po dwutygodniowym śledztwie komisja ustala, ze trzy osoby zatrudnione w firmie „mogły być przedmiotem mobbingu lub molestowania w miejscu pracy”. Nie wskazuje winnego. Jako zadosćuczynienie TVN proponuje ofiarom 6-krotność miesięcznego wynagrodzenia. Rozwiązuje tez umowę z Kamilem Durczokiem za porozumieniem stron.

Myślę, że część z Was domyśliła się wcześniej, że międlę Durczoka. Ostatecznie nie co dzień przejmuję się, co tygodniki wypisują o bohaterach. Wolę bohaterki, a ogólnie to komiksy.  Tu komiksu nie ma (może to i lepiej, po dojściu PiSu do władzy polityczne komiksy satyryczne stały się równie lotne co smsy widzów do Szkła Kontaktowego). Bohaterek też nie. A warto przypomnieć, że to one w tej historii są najważniejsze.

Przede wszystkim: kilka tygodni temu serwis kulisy24.pl ujawnił raport z komisji TVN. Czy serwis jest wiarygodny, nie mnie oceniać, prowadzony jest jednak przez dziennikarzy śledczych, a Latkowskiemu zdarzały się wcześniej petardy wyjątkowo trafnych śledztw (wyjątkowo nietrafnych też, dlatego podchodzę do niego z pewnym sceptycyzmem). Raport w każdym razie wygląda na autentyczny. Stoi w nim jak byk, że:

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.54.55

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.56.16

Jeśli to nie jest wskazanie sprawcy, to nie wiem, co to jest – kotek z gry neko atsume na zielonej poduszce? W raporcie jest również potwierdzenie, że prócz molestowania Durczok dopuszczał się mobbingu na pracownikach, a także – że niezalecana jest dyscyplinarka z uwagi na dobro osób poszkodowanych. Być może nie jest to autentyczny dokument, jest on jednak całkiem wiarygodny. O Durczoku krążyły więcej niż plotki. Był artykuł we Wprost, buntowniczy felieton Kasi Nowakowskiej na foch.pl, publikacje na Codzienniku Feministycznym, tuż przed detonacją bomby Latkowskiego feministyczno-dziennikarski światek aż wibrował od informacji przekazywanych przez byłe współpracownice tak zwanego znanego dziennikarza. Wyłaniał się z nich obraz mężczyzny, w sposób cyniczny i wyrachowany wykorzystującego swoją władzę, by znęcać się nad innymi i zaspokajać swoje przyjemności. Człowieka, który skrzywdził co najmniej trzy, a prawdopodobnie o wiele więcej kobiet, a którego z racji sprawowanej funkcji bardzo długo nie można było powstrzymać.

Wokół przemocy tworzy się zmowa milczenia. Gdy jesteś osobą wrażliwą (oczywiście, że jesteś, skoro mnie czytasz) i widzisz przemoc, zrazu nie wierzysz własnym oczom; nie chcesz zrozumieć, że ludzie świadomie i dobrowolnie robią sobie takie rzeczy. Potem, na przykład, słyszysz: „nie mów nikomu, bo pożałujesz”, a masz do stracenia pracę i dobre imię, które mężczyzna przy władzy może ugniatać jak kulkę plasteliny. Albo też inaczej, słyszysz: „nie mów nikomu, bo mi wstyd”. I myślisz sobie, że dokładać tej osobie, co właśnie ją skrzywdzono, to faktycznie będzie za wiele. Trzeba ją chronić. Bo jak rozpowiesz, otworzysz puszkę Pandory i pożałujesz nie tylko ty, pożałuje mnóstwo osób. Więc milczysz.

Aby przerwać ten zamknięty krąg, musi powstać masa krytyczna osób, które doświadczyły przemocy z ręki tego samego człowieka; masa, która porozumie się między sobą i pojmie, że nie jest w tym osamotniona. W moim środowisku był gość, który molestował – zaczęło się od obleśnych uwag i podszczypywanek, skończyło na upiciu dziewczyny i gwałcie. Dopiero wtedy jedna z dziewczyn zdecydowała się na nagłośnienie historii, dzięki czemu zaskakująca liczba naszych koleżanek wyszła z cienia i potwierdziła „tak, ja też miałam z tym typkiem przemocowe doświadczenie”. Koleś ostatecznie został całkowicie wybanowany ze środowiska, bo też i środowisko, zorientowawszy się w procederze, murem stanęło po stronie dziewczyn. Niemniej do przełamania zmowy milczenia trzeba odwagi i desperacji, której nie mamy prawa oczekiwać od osób doznających przemocy. Niezbędne jest także środowisko, które je wesprze, a z tym, co widać choćby po cytowanym przeze mnie artykule z Newsweeka, jest źle. Bezpieczniej się staje po stronie silniejszego.

Jako świadkowie przemocy możemy reagować – ucinać seksistowskie żarty kolegów, nie zgadzać się na nienawistny język wobec innych, powstrzymywać kumpla przed zaciągnięciem pijanej koleżanki do pustego pokoju w akademiku. Jesteśmy w stanie tworzyć środowisko, w którym te i ci, którzy doświadczają przemocy, będą mieć wsparcie. I tak, wiem, że w przypadku kogoś z władzą, np pracodawcy, jest to dodatkowo trudne, bo prócz świadomości tego, co słuszne, mamy zrozumiały lęk o swoją pracę i bezpieczeństwo. Ale innej drogi nie ma.

Zobaczmy przecież, co się dzieje, gdy środowisko wspiera sprawcę. Pojawiają się takie hiobowe fanfiki, jak ten w Newsweeku. Otwiera go opis, jak to Durczok prowadzi jakiś kongresik dla przedsiębiorców (kapitaliści mili). W środku rzewna wstawka o tym, że Durczok własnymi rękami barszcz bezdomnym nalewał. Na końcu – buńczuczne obietnice, że ci, co mu „zniszczyli życie” zapłacą za to. Nikt nie pyta, co się dzieje z kobietami, które molestował i kto zapłaci za ich krzywdę. W opowieści o przemocy mamy wyjątkową tendencję do stosowania strony biernej, co sprawia, że staje się ona wyłącznie problemem osób jej doświadczających. Tymczasem są sprawcy. Są świadkowie. Da się coś zrobić.

Tylko, żeby zacząć, trzeba rozpalić w sobie gniew. Poczuć w sobie nienawiść do przemocy i chronienia jej sprawców. Dlatego mówię: nienawiść start.

(A w niedzielę w różnych miejscach na całym świecie przekuwamy nienawiść w taniec i śpiew. Przyjdźcie koniecznie!)

Równouprawnienie żądań

Zawsze mam lekkie wątpliwości, czy powinnam, gdy rozważam polemikę nie z ideologiczną oponentką, a podobną mnie feministką. Nade wszystko nie chciałabym przecież sprawić wrażenia, że podgryzam siostry po feminizmie. Złożę więc takie oto oświadczenie, że wolę rzeczoną polemikę podjąć z kimś, o kim wiem, że walczy po tej samej stronie. Mam wtedy o wiele większą szansę na ciekawą dyskusję i wymianę opinii zakończoną konkretnym wnioskiem zamiast ostrzeliwania się argumentami z okopanych pozycji.

Uczyniwszy to zastrzeżenie, spieszę wyjaśnić, o co chodzi: o noworoczny felieton Anny Dryjańskiej w WO. Przede wszystkim, samo meritum nie budzi moich zastrzeżeń i nie dalej jak w poprzedniej notce wspominałam o tym: że niezależnie od naszych osiągnięć naukowych nadal my, kobiety, jesteśmy postrzegane przez pryzmat atrakcyjności. Wciąż naszym podstawowym obowiązkiem jest podobać się mężczyznom. Niezależnie od tego, czy chcemy się podobać wszystkim, jednemu czy żadnemu. Pisze o tym Anna i podkreśla: nie fiksujmy się na wyglądzie, róbmy swoje, jesteśmy świetne.

Niemniej tytuł (nie wykluczam, że nadany przez redakcję) wyświadcza felietonowi Anny niedźwiedzią przysługę, bo i cytat jest dziwnie nietrafny:

Równouprawnienie będzie wtedy, gdy łysa i gruba kobieta, idąc ulicą, będzie myślała, że jest obiektem marzeń wszystkich przechodzących mężczyzn

Nie mam wprawdzie doświadczeń kobiety łysej, mam natomiast doświadczenia kobiety grubej (chudej też, tak na marginesie). I gdy idę ulicą, najbardziej to myślę o tym, żeby dotrzeć sprawnie i bezpiecznie do biura, domu czy sklepu. Nie upaść na oblodzonym chodniku. Nie wdepnąć w psią kupę. Nie zgubić się pod przejściem podziemnym. Nie zasapać się po schodach. Jeśli zostać zaczepioną, to pytaniem o drogę lub pomoc w przejściu na pasach, a nie o to, czemu się nie uśmiecham. Szlag by mnie trafił, gdybym była tym obiektem marzeń i zamiast świętego spokoju czułabym na sobie pożądliwe spojrzenia.

Mówi wam to osoba, która naprawdę nie boi się chodzić po ulicach, dzień czy w nocy. Lubię miasto, lubię przemierzać je pieszo, źle się czuję zamknięta w czterech ścianach domu czy biura (nawet przy dzisiejszych mrozach). Nie jestem też aseksualna, bywałam w sytuacjach, gdy wstrzymywano oddech na mój widok i było to doskonałe. Ale: wtedy, gdy sobie zaplanowałam. Wśród konkretnych osób. W konkretnych okolicznościach. Nie w codziennym zgiełku między pralnią a spożywczakiem.

Więc kiedy będzie równouprawnienie? Dla mnie jednak wtedy, gdy łysa i gruba kobieta będzie miała równe szanse w znalezieniu pracy, wygodny dojazd z pracy do domu i możliwość ubrania się w to, co lubi – wygodne, seksowne czy śmieszne – bez dziwnych spojrzeń i szeptów na boku.

Comrade_X_lobby_card

Przeszła do historii grając orgazm

…głosi tytuł w gazecie wyborczej, a na fanpejdżu opis jest nawet ciekawszy:

W sensie, możliwe, że się czepiam. Oraz mam bardzo dużo sympatii do grania orgazmów (chociaż może nie przez osoby niepełnoletnie, bo ryzyko, że nie jest to świadoma i dobrowolna decyzja znacząco wzrasta). Nie chcę też tworzyć irytującego, infantylnego podziału, że dopiero, jak się zajmujemy naukami ścisłymi, a nie aktorstwem, wizerunkiem czy istnieniem i pachnieniem, zaczyna się nas traktować poważnie. Nas, kobiety. Wszyscy zasługujemy na szacunek niezależnie od tego, czy konstruujemy mosty, czy spędzamy czas fotografując kotki na instagrama.

Ale: jednak mnie rusza, że właśnie ten aspekt kariery Hedy Lamarr GW postanowiła uwypuklić w tytule. Że sprowadza wszechstronnie utalentowaną, błyskotliwą i skuteczną naukowczynię do fap-materiału.

Przychodzi mi do głowy, że niezależnie od tego, jak bardzo poważnie wejdziemy w role przez długie lata obstawiane wyłącznie przez mężczyzn, zawsze znajdzie się ktoś, kto przypomni, że furda rad, polon czy FHSS – naszym podstawowym zadaniem jest się podobać.

No więc ja osobiście wolę tu mieć wybór, czego sobie i Wam życzę z okazji Dnia Feministki.

Informacyjnie

Na czas kampanii wyborczej, a więc do czasów wyborów w październiku przenoszę się z wpisami na http://katarzynapaprota.blox.pl/html.

Jak część z was pewnie wie, kandyduję do sejmu z ramienia partii RAZEM. Tym samym wszystko, co piszę w ostatnich dniach może być rozumiane jako element kampanii. Mam natomiast świadomość, że część z was przyszło tutaj nie dla polityczki konkretnego ugrupowania, tylko dla szyderczej feministki i wojującej ateistki. Nie chciałabym więc was agitować politycznie w miejscu, które do tej pory służyło raczej dzieleniu się opiniami i ideami, nie programami politycznymi.

Te i ci z was, którzy jednak mi kibicują i popierają start w wyborach, zapraszam do śledzenia bloga na bloxie.

okladka final

Dekada ajentów

U mnie nie ma Żabki, jest Małpka. Widzę jednak, jak często zmieniają się ludzie za ladą – co już przywyknę, że codziennie widzę tę krągłą blondynkę z ukraińskim akcentem, zastępuje ją mocno gadatliwa dwudziestolatka, która komplementuje kolor moich włosów. Wypadają mi z orbity i codziennej rutyny. Przeważnie nie poświęcam im dłuższej refleksji poza ogólnosystemowymi pomysłami na reformy. Cieszę się więc, że ktoś to zrobił – z pasją, zaangażowaniem i energią badawczą.

Dekada ajentów. System agencyjny sieci Żabka Polska Joanny Jurkiewicz to pierwsza w Polsce książka napisana na podstawie o badań socjologicznych przeprowadzonych w jednej z największych sieci handlowych. Na książkę złożyły się m.in. wywiady z kilkudziesięcioma ajentami sieci Żabka, analizy dokumentów (w tym sądowych i prokuratorskich) i materiały, które otrzymują kandydaci na ajentów. Joanna Jurkiewicz napisała książkę o ludziach zdeterminowanych i walecznych, którzy próbują przetrwać w Żabce, przeciwstawiając się wielkiej firmie i obojętnemu państwu.

(z materiałów wydawcy)

Stowarzyszeniu Obywatele Obywatelom już udało się zgromadzić pieniądze na wydanie tej książki. Będzie dodruk i spotkania autorskie, które posłużą dyskusji na temat sytuacji polskich pracowników. Od paru lat ekonomistki czy socjologowie zaczynają zauważać, że pogłębia się rozwarstwienie społeczne. Wmawiano nam przez ostatnie lata, że każde z nas jest chwilowo zubożonym milionerem i że każde z nas odpowiednio ciężką pracą dotrze tam, gdzie dziś są prezesi. Pracujemy więc ciężko i zastanawiamy się, co robimy nie tak, że jesteśmy od nich dalej niż kiedykolwiek.

Może jednak więc sama ciężka praca za komiczną stawkę godzinową nie jest jedyną drogą. Chcemy żyć na godziwym poziomie. Nie martwić się o jutrzejszy obiad czy wakacje dla dzieci. Nie godzić się na urągajace prawom człowieka warunki pracy tylko dlatego, że innej pracy nie ma. Nie wyjeżdżać za granicę za lepszymi świadczeniami zdrowotnymi i socjalnymi. Móc pójść do dobrej szkoły ogólnokształcącej, zawodowej lub technikum nie martwiąc się o dojazd do niej. Nie iść na studia po to, by podwyższać swoje szanse na wymagającym rynku pracy, ale po to, by zgłębiać wiedzę nad pasjonującą nas dziedziną — i mieć pewność, że studia te skończymy bez gorączkowego szukania środków do ich sfinansowania. Jednym słowem, chcemy, by nam wszystkim żyło się spokojniej, pewniej i bezpieczniej.

Rozmowa na temat warunków zatrudnienia w takich franczyzach jak Żabka może się do tego przyczynić. Wesprzyjmy ją.

Strona kampanii: https://wspieram.to/dekadaajentow

Wydarzenie na Facebooku: Ciemna strona sieci Żabka

Za udostępnienie materiałów dziękuję Magdalenie Komudzie.