W połowie kwietnia internet obiegło nagranie pani Piaseckiej, żony (byłego) radnego PiS, dokumentujące, jak wyżej wymieniony znęca się nad nią, bije i wyzywa. Nie zamierzam podawać go dalej, bo wśród znajomych i obserwujących mam osoby, które doświadczyły przemocy; którym nie udało się tych doświadczeń nagłośnić i które niekoniecznie chcą do nich wracać. Nie chcę im robić krzywdy pokazując coś, co budzi najgorsze wspomnienia.

Prawicowiec bijący swoich bliskich i jednocześnie protestujący przeciw konwencji antyprzemocowej to sytuacja tak typowa, że można by na niej otworzyć punkt ksero. Konserwatywny światopogląd, stawiający kobiety gdzieś pomiędzy zwierzętami domowymi a ruchomościami o średniej wartości, sprzyja temu stanowi rzeczy.

Staram się, z czystej ciekawości poznawczej, pojąć postawę tradycjonalistyczną i zmianom niechętną. Pojmuję, że zapewnia ona poczucie pewnej stałości i że w tym chaotycznym, niepojętym świecie warto mieć kilka wartości, których można się trzymać, takich jak rodzina, dom czy też wspólnota.

Problem polega na tym, że w momencie, gdy do domu wkracza przemoc, trudno już mówić o wspólnocie i rodzinie. O czyje wartości troszczy się Piasecki, zalewając się krokodylimi łzami w programach telewizyjnych? Przecież nie o poczucie bezpieczeństwa swoich bliskich, którzy słyszeli jego przekleństwa i czuli jego ciosy. Tylko o siebie się troszczy – i na tym zasadza się mój problem z konserwatystami. Nic poza czubkiem własnego nosa.

Tu sprawy przyjęły skrajnie niebezpieczny obrót (wrócę jeszcze do nich), ale nie dalej jak dziś naczelny Superaka, osobnik bardziej tradycyjny niż żur na Wielkanoc, narzekał, że nie ma gdzie zaparkować, BO TYLE TYCH MIEJSC DLA NIEPEŁNOSPRAWNYCH. No halo, panie Sławku, chyba pan się nie chce zamienić z nimi na zdrowie?

Jastrzębowskiemu sekunduje równie postępowy i lotny dziennikarz, Łukasz Warzecha, którego za dawnych czasów podglądaliśmy po różnych prawicowych szamba portalach, a teraz, zdaje się, bryluje w głównym nurcie, no bo w końcu do władzy dorwali się jego ziomkowie od medialnego torcika.

Nie ma żadnej teorii spiskowej tak spójnej jak konserwatywny światopogląd: niech się nic nie zmienia, bo MNIE ma być wygodnie, MNIE jest teraz dobrze, JA rządzę swoim mikroświatem, JA podnoszę rękę i uciszam żonę i NIKT mi się nie wpieprza. To ja zaparkuję rządową limuzyną na kopercie, by ogłosić zamknięcie klas dla dzieciaków z niepełnosprawnościami (I kid you not), to ja się będę oburzać, gdy ktoś mi przypomni, że jestem wykształcona, z wielkiego miasta i z oszczędnościami na koncie w banku, krótko mówiąc, że mam przywilej, jakiego inni nie mają – bo na przykład mieszkali w gorzej dofinansowanej miejscowości albo w rodzinie, w której nie czytało się książek. Każda zmiana wywołuje panikę, bo zagraża wygrzanemu w ciepełku dulszczyzny status quo.

I też nie o to chodzi, by każdy rzucał wszystko i zaczynał się angażować politycznie czy społecznie. Absolutnie nie. Bardzo chciałabym, by ludzie w Polsce po prostu żyli sobie spokojnie, bez potrzeby stawiania się co chwila w stan alarmowy – ale też i mieli w sobie minimalne odruchy uczynności i empatii. W rozwijaniu tych ostatnich pomaga otwartość na zmiany i ekspozycja na różnorodność, czyli rzeczy konserwatyście dość obce i wstrętne. Woli on przecież mentalne owinięcie się w becik z rytuałów i uprzedzeń. Indywidualistyczny (brzydkie słowo) paradygmat jeszcze podbija to przeświadczenie o samodzielnym stanowieniu spraw, własnoręcznym dochodzeniu do sukcesów i osobistym wyborze ścieżki życiowej.

Trudno się czuć bezpiecznie, żyjąc w przeświadczeniu, że społeczeństwo składa się z podobnych jednostek – zapatrzonych tylko w siebie i drżących przed jakąkolwiek zmianą. Nawet mnie to przeraża, chociaż wiem, że nie jest aż tak źle. Widuję i ataki rasistowskie, i czarne protesty, chujowych facetów i wspaniałych sojuszników, strażniczki patriarchatu i waleczne kobiety. Więc – przy postrzeganiu świata w sposób bardziej czarno-biały (a i tym się przecież różnimy od konserwatystów, że widzimy świat nieco bardziej relatywnie) – ja się dziwię, że oni nie wstają co rano z atakiem paniki. Może zresztą wstają, a że jest im trudniej niż nam pójść do specjalisty, to się z tym męczą i przerzucają te strachy na uchodźców, kobiety i osoby LGBT+, w mniej więcej tej kolejności. No i robią się z tego Piaseccy i przyklaskujący im Warzechowie.

Zapisy konwencji antyprzemocowej miały nadawać kobietom podmiotową pozycję oraz wspierać prawnie i policyjnie te, które są bite i gwałcone. Rzecz niesłychana, ozdoby domu miałyby zyskać autonomię i wyrwać się spod władzy tych, którzy wzrastali w przekonaniu, że kobiety służą ich przyjemności i powinny pozostać pod ich kontrolą. Oczywiście, że budzi to opór, skoro przez tyle lat nikogo nie obchodziło, co się dzieje za ścianą – ważne, co w MOICH ścianach i nikomu nic do tego.

Piaseckiego nagrano. Nie nagrano setek tysięcy innych zdarzeń, kończących się pobytem w szpitalu lub śmiercią – co tydzień w Polsce umierają trzy kobiety w wyniku tzw. nieporozumień domowych, czyli dokładnie takich rzeczy, jakie Piasecki robi swojej żonie. Konwencja nie sprawi, że ludzie przestaną stosować przemoc, ale jeśli połączymy ją z uczeniem dzieci, że nikt nie jest niczyją własnością, ułatwi życie części osób doświadczających przemocy i ich bliskich. Dlatego te zapisy są ważne i potrzebne, choć oczywiście nie wystarczą.

Ci, którzy macie uważność i wrażliwość – jeśli słyszycie awanturę sąsiedzką, dzwońcie na policję. Lepiej wezwać niepotrzebnie niż być współodpowiedzialnym za to, że sąsiadka będzie miała połamane żebra. Nie musicie być bohaterami. Strach przed szalejącym oprawcą to zrozumiała reakcja. Ale przełamcie chociaż opór przed dzwonieniem. Osoba rozważająca wyrwanie się z kręgu przemocy potrzebuje świadków i dowodów – pomóżcie jej w tym.

Czy tylko feministki miesiączkują?

O spocie poznańskiej Manify napisał już Newsweek i Gazeta Wyborcza (brakuje mi do kompletu pudelka – bez kitu! – ale to pewnie kwestia czasu). Filmik opisywany jest jako kontrowersyjny; i chyba faktycznie taki jest. Pobudził do dyskusji, czy jest skuteczny – na to pytanie odpowiemy sobie zapewne dopiero w niedzielę, oceniwszy, ile kobiet tym razem przyszło na demonstrację; ale dyskusja dotknęła też innych kwestii, jak: w jaki sposób przedstawia się kobiece ciało w mediach i jak to może wpływać na odbiorczynie i odbiorców.

 

Ideą spotu, tak, jak ja go rozumiem, jest pokazanie, że kobiece ciała nie są tak nieskazitelne i sterylne, jak to wynika z okładek i jotpegów; i że nadszedł już czas, by popatrzeć na nas jak na ludzi, z całą naszą (nie)doskonałością. Z mojej strony propsy, stałe czytelniczki wiedzą, że mało co mnie jara mniej niż body acceptance i to nie tylko dlatego, że sama jestem krągła, niewysoka, nieprzystająca do dzisiejszego ideału urody, a mimo to mająca swoje ciało za dość wydolnie i dekoracyjnie funkcjonującą machinerię. Z wielu innych stron – gromy, że pokazywanie włosków na ciele czy, najgorzej! – plamy z okresu na kostiumie kąpielowym w basenie – to o wiele za dużo. Pojawiły się porównania do Marszu Szmat, który przez mocną nazwę i ideę półnagości również odbierany jest jako prowokujący.

Demonstracje mają dwa cele. Jeden, oczywisty: demonstrację żądania praw lub też uwidocznienia jakiejś grupy mniejszościowej albo społecznego problemu w przestrzeni publicznej. Marsz Szmat mówi tutaj: mogę się ubrać jak chcę lub być na wpół rozebrana, a i tak nie masz prawa dotykać mnie wbrew mej woli. Media piszą o temacie, sprawa hula po social mediach, zawsze jest szansa, że ktoś się zainteresuje, o co chodzi z tym całym molestowaniem. Drugi cel, mniej oczywisty dla tak zwanego obiektywnego obserwatora, ale zupełnie naturalny dla osoby, która np. od lat uczestniczy w pikietach itp działaniach dotyczy uczestniczek tudzież tych osób, które są tematem manifestacji: że oto dostają komunikat, że nie są z tym same, że jest grupa, która je widzi i wspiera. I to jest co najmniej równie ważny aspekt. Dziewczyny, które doświadczyły molestowania, zobaczyły, że nie są same z tym doświadczeniem. Dlatego, ilekroć jest Marsz Szmat w moim mieście, jestem na nim. Wsparcie jest ważne.

W przypadku manifowego filmu mamy podobnie: na poziomie zewnętrznym jest komunikat: hej, jesteśmy osobami z krwi i kości, rosną nam włosy, mamy rozstępy, a czasem miesiączkujemy i nam przecieknie; wiara w to, że jesteśmy gładkie, bezwłose i pachnące wyłącznie fiołkami jest szkodliwa dla wszystkich płci. Do wewnątrz mamy zaś silnie solidarnościową wiadomość, że pomimo różnic jest wiele spraw, które nas łączą.

A to, co nas łączy, to niezgoda na to, by ktokolwiek inny mówił nam, co mamy ze swoimi ciałami robić, czy to chodzi o depilację, czy o walkę z cellulitem, czy antykoncepcję, czy ubiór. Pod tyloma względami jesteśmy dyscyplinowane i oceniane, że naprawdę, naprawdę – już dość.

Nie chcę się oburzać, że ktoś nie rozumie spotu poznańskiej Manify, bo rozumiem, że widok owłosionej pachy czy zaplamionej pupy jest na tyle rzadki, że budzi sprzeciw. Więc proszę tylko o jedno: o chwilkę refleksji, skąd ten sprzeciw się bierze. Nie: czy to skuteczne, bo to ocenimy same, jesteśmy kompetentne, tylko: czemu pojawia się myśl, że to za wiele.

Klauzula bycia nieczułym bucem

Jak się znajome dobre osoby troszczące o prawa człowieka orientują, minister Radziwiłł dziś wziął zdrowy rozpęd i przydzwonił z całej siły nieprzesadnie zasobnym w wiedzę łbem o ścianę.

W poranku Radia Zet z jego ust szparek spłynęła bowiem następująca mądrość: nie przepisałby osobie, która doświadczyła gwałtu, pigułki „dzień po”, skorzystałby z klauzuli sumienia.

307dd34cded80827572686a5aa3622c1

Mam taką propozycję, by frazę „klauzula sumienia” zastąpić „byciem uprzywilejowanym mężczyzną u władzy, który wie lepiej, czy i kiedy kobieta ma rodzić”. Innymi słowy, byciem nieczułym bucem. Lepiej od tego nie będzie – ale za tych rządów nie ma co się łudzić, że prawa do decyzji o rodzicielstwie ulegną poprawie – ale za to minimalnie uczciwiej.

Zasadniczo powinnam pochylić się nad tym z pewnym zrozumieniem, jako socjolożka. Mężczyzn wychowuje się na nieczułych buców. Bycie nieczułym bucem jest męskie i skuteczne. Nieczułe buce rządzą.

tumblr_o3cxhyxhje1qfhve9o2_500

To, co dzieje się w Polsce, nie jest nowe. Za PO nie było jakoś drastycznie lepiej (i dlatego w żadnym wypadku, nawet gdybym nie była polityczką, nie chciałabym powrotu rządów Platformy). Taka jest różnica, że PiS się, kolokwialnie mówiąc, w tańcu nie pierdoli i to, co Platforma robiła białymi rękawiczkami na faktury, PiS robi obuchem, pałką, piłą i siekierą (czaicie, siekierą, minister Szyszko, wycinka drzew, haha). Po czym hojną rączką daje benefity, na które za moment nie wystarczy kasy i będą cięcia; jednym słowem ma napady czułości dokładnie tak samo jak przemocowy mąż, co po spuszczeniu łomotu przynosi pączusie i kwiaty.

groot-flower

Nie mam nic przeciw benefitom, wręcz przeciwnie, uważam, że powinny być uniwersalne, bo w tej chwili i tak zasiłek 500+ wyklucza część osób, którym by się przydał (np. samodzielne matki z jednym dzieckiem). Ale budżecik państwa nie jest z gumy i zaraz albo będzie trzeba komuś zabrać – coś mi mówi, że jakieś grupie o niewielkiej sile przebicia, może pielęgniarkom albo opiekunom osób z niepełnosprawnościami? – albo podnieść podatki. Przy PiS memlącym w uściech frazesy o prostym człowieku, ale przecież zasilanym przez oligarchów, co się dorobili na transformacji, różnych cinkciarzy od SKOK-ów i Corleonów od medialnego torciku – podniesienia podatków tym, którym stanowczo przydałoby się coś dorzucić do wspólnego worka, czyli najbogatszym jest tak samo odległe, co przyjazne kobietom środowisko IT czy niezasrane na przedwiośniu trawniki. A podniesienie mniej zamożnym będzie musiało zostać przeprowadzone w odmiennym stylu niż obecnie obowiązujące „jebłem to jebłem, na chuj drążyć”, by się lud nie wkurwił i nie wyszedł na ulice. Tak ostatnio tłumaczyłam jednemu miłemu Szwajcarowi i zgodziliśmy się, że faktycznie, jesteśmy w dupie ogólnie.

589

Natomiast tam, gdzie jest się w dupie ogólnie, najbardziej w dupie są grupy mniejszościowe, w tym kobiety. Osobom chcącym uświadomić mnie, że kobiety to nie mniejszość odpowiem: liczebnie nie, ale jeśli chodzi o dostęp do władzy i dóbr już tak. Wszelkie organizacje antydyskryminacyjne rozpoznają kobiety jako grupę mniejszościową, kropka.

No bo tak: obraz stosunku do kobiet w Polsce jest bardzo spójny. Tnie nam się dostęp do antykoncepcji awaryjnej (ale także do globulek i płynów plemnikobójczych), bo mamy rodzić. Część miast wycofuje się z finansowania in vitro, ale mamy rodzić. Kolejne epigony Ordo Iuris kombinują, jak zakazać całkiem aborcji, bo mamy rodzić. Reforma na porodówkach sprawia, że akcja rodzić po nieludzki zatacza coraz szersze kręgi, niemniej mamy rodzić. W przypadku urodzenia dziecka z niepełnosprawnością dostaniemy ochłap pieniężny, więc mamy rodzić. O tym, że po urodzeniu mamy mniejsze niż nikłe wsparcie, nie chce mi się nawet już wspominać. Tak to wygląda ze strony miłościwie nam panujących; najświętsze jest życie napoczęte, gdy zaś wychynie już na ten świat, jakiekolwiek problemy związane z jego utrzymaniem i wychowaniem ponoszą rodzice, ze szczególnym wskazaniem na matkę.

tumblr_inline_nz5p8wurld1rxt9pr_500

Ciekawym elementem tego obrazu jest jednak to, co się dzieje po stronie opozycyjnej. Bo oczywiście: mamy Ogólnopolski Strajk Kobiet, który wzywa do strajku 8 marca. Mamy KOD, który po części pokrywa się ze środowiskiem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – ale na jego czele stoi dopiero na dniach demokratycznie wybrany Mateusz „nie płacę alimentów i co mi zrobicie” Kijowski; wśród jego popleczników jest także pan Wieczorek, bluzgający niemiłymi słowy na organizatorki Ściany Furii. Część osób z tego środowiska jest za tak zwanym kompromisem aborcyjnym, część nieszczególnie poddaje refleksji zabiegi wokół EllaOne. Oczywiście, każde ręce w tej walce się liczą, ale nie oszukujmy się, nie jest ich za wiele po stronie opozycji. Nawet na pozór opozycyjna telewizja TVN wydaje ze swych lędźwi program o mistrzach podrywu. Serio – nadaje jakiś reality show o pick-up artists, w którym młode, jurne byczki uczą się, jak być mroczniejszym niż Grey i bardziej błyszczącym niż Edward…

gif-1-4

…przy czym najprostsza z rad, jakiej, jak tu siedzę, udzieliłabym każdemu heteroseksualnemu mężczyźnie szukającemu partnerki: „Słuchaj jej i wspieraj ją” – nie wchodzi w grę. Kto by tam bab słuchał, toż wiadomo, że nie wiedzą, czego chcą, ich „nie” znaczy „tak”, no i lepiej przecież, by nie powiedziała zbyt entuzjastycznie „tak”, zdzira jedna, bo jeszcze by się okazało, że ma oczekiwania i roszczenia.

No bo wiecie: bo zanim urodzimy, musimy przynajmniej raz rozłożyć nogi, więc trzeba pokolenie młodych mężczyzn nauczyć, jak nas do tego nakłaniać i wtłoczyć im w głowy, że jesteśmy niczym innym jak przedmiotami, nad którymi odprawiane są gusła z księgi „Klauzula sumienia”.

Władcy macic

Tego taga używa Anna Dryjańska opisując ludzi (dziwnym trafem, przeważnie mężczyzn) wyciągającym łapska po nasze prawo do decydowania, czy i kiedy chcemy mieć dzieci.

Niby w ostatnich miesiącach się uodparniam. Dzieje się tego tyle, że właściwie to wstaję co rano i zastanawiam się, czym nas dziś zaskoczą. A to ordojurki. A to trumienkowe. A to poseł PiS radzi używać kondomów po gwałcie (w sumie trudno się dziwić, że nie wie, jak się je stosuje, ale to może niech nie doradza?) No i w tym wszystkim – bam, genetyczka w Centrum Zdrowia Dziecka, niejaka Malina Świć, której światłe wypowiedzi można sobie przeczytać na fanpeju Seksizmu Naszego Powszedniego. Portal mamadu zdecydował się na wywiad z tą panią, no włos się jeży, mózg truchleje, cóż to za paskudny sposób myślenia.

Tabletki nie są pewne i nie chronią przed zakażeniami. Natomiast jest to mentalność seksu bez konsekwencji, bardzo niebezpieczna. A chore dziecko można przekazać do adopcji.

Tabletki są jedną z najpewniejszych metod antykoncepcji, natomiast faktycznie przed zakażeniami chronią prezerwatywy. Przypis dla posłów PiS: stosowane w trakcie stosunku, nie po. Konsekwencją seksu powinna być natomiast zmysłowa przyjemność z orgazmem włącznie plus ewentualne podtrzymanie więzi w związku  – i faktycznie, jeśli ludzie idą do łóżka nie chcąc tych konsekwencji, jeśli nie zależy im na tym, by było im przyjemnie i żeby wzmogło się pomiędzy nimi poczucie bliskości, to jest tu coś mocno nie tak.

Ewentualnie, jeśli wszystkie osoby zaangażowane w akt erotyczny tego pragną, konsekwencją seksu może być poczęcie potomka, ale dokładnie tak jak z w/w konsekwencjami, byłoby fajosko, superowo i w dechę, gdyby wszyscy w nim uczestniczący wyrazili na to entuzjastyczną zgodę.

4-2-gonna-make-a-baby

Każdy lekarz zasłaniający się klauzulą i dyskryminujący kobiety ze względu na to, że wybierają stosowanie antykoncepcji, musi liczyć się z tym, że będzie atakowany przez oburzone kobiety.

Tak, ideologia rzekomych praw… No i niestety brak kultury osobistej.

I ja się tu zgodzę z panią Maliną: faktycznie wyznaje ona ideologię rzekomych praw; praw zarodków, które jako żywo ani nie czują, ani nie myślą, ani nawet nie mają poczucia, że są kimkolwiek; no nie są ludźmi, część z nich będzie, część się samoistnie poroni, a część przeobrazi się w tak miluchne stworzonka jak zaśniad groniasty. Jest to także rzekome prawo władczyni macic do decydowania, który seks jest spoko, a który nie. Na ten przykład, tylko małżeński, tylko heteroseksualny i tylko kończący się ryzykiem poczęcia. Och, droga pani Malino, związki i seksy to o wiele więcej niż ten jeden model.

tumblr_nban74whwi1r3wairo1_500

Natomiast ja nie mam obowiązku brać udziału w rzeczach nieetycznych i w gruncie rzeczy nieleczniczych. Bez pigułek i bez amniopunkcji przecież się nie umiera.

Śmiem twierdzić, że zapobieżenie ciąży u nastolatki (bo nie udawajmy, że nastolatki nie uprawiają seksu) czy u kobiety chorej ma jak najbardziej funkcję leczniczą. I owszem: bez antykoncepcji i aborcji się umiera – wystarczy spojrzeć na statystyki śmierci przy porodach.

O etyce się z tą panią spierać nie będę, bo nie poznałaby etyki, rozumianej jako zapobieganie cierpieniu, nawet gdyby wpadła jej do gabinetu przez okno i zażądała ciepłego kocyka oraz kawałka pizzy hawajskiej.

Władczyni macic (nie ma co się łudzić: nie jedyna, jej kolegów jest cała dywizja) zasłania się „sumieniem”, by w poczuciu wyższej moralności pouczać, jakie badania genetyczne są dobre i miłe, a jakie nie. Bredzi o postawie roszczeniowej względem bezpiecznego seksu i odpowiedzialnego życia erotycznego.

Miałam tutaj stek wyzwisk, serio, miałam, bo dawno mnie nic tak nie wkurwiło, jak ta bezczelność, ale to donikąd nie doprowadzi, a tę panią utwierdzi tylko w przekonaniu, że jest obiektem ataków wściekłych, rozpasanych feministek (na marginesie: jak w oczach antyfeministów łączymy rozpasanie z faktem, że nikt by nas nawet kijem nie dotknął?). Tak, jestem wściekła, a fakt, czy jestem rozpasana nie jest niczyją sprawą.

Ujmę więc to tak: jak nie znoszę sformułowania „postawa roszczeniowa”, bo uważam, że musimy sobie rościć i się domagać, nikt za nas praw nie wywalczy – tak postawa tej pani jest właśnie roszczeniowa. Oczekuje, że każda jej pacjentka i każda zatrudniająca ją instytucja uzna jej wyobrażenia o moralności za obowiązujące. Jest to tak skrajny indywidualizm i chciejstwo, że dziw, że ta pani jest w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu z innymi i oddychać tym samym powietrzem. Już nie nawet nie to, że jest to wręcz socjopatia – to jest nawet niezgodne z duchem niekoniecznie wyznawanego przeze mnie katolicyzmu, który mówi dużo o wspólnocie.

Więcej dystansu

Andrzej Mleczko ma bucerskie rysunki, jak również ma brzydkie rysunki.

Z tymi brzydkimi no to już trudno, taką ma kreskę, są tacy, co lubią, ja dostaję nerwowej wysypki. Z bucerskimi gorzej.

Parę dni temu fanpejcz tegoż rysownika opublikował rozkoszną złotą myśl:

15036538_10154207977008722_887118761352434727_n

I tu przekleję, co pisałam na fb:

Rysunek jest z 2004 roku, co dawałoby nadzieję, że Mleczko od tamtego czasu wysubtelniał w żarcie lub nauczył się sprawniej używać ironii. Niemniej – to dziś, w 2016, odgrzano ten przedni wic i to dziś, w 2016, mnóstwo osób, deklarujących się inteligencko i postępowo, zerwało sobie oba boki ze śmiechu.

Mnie nie bawi; być może dlatego, że jako kobieta doświadczyłam i tego, że ktoś mnie uznał za brzydką, i molestowania. Być może dlatego, że molestuje ktoś, kto uważa, że może potraktować drugą osobę jak kawałek mięsa, a nie uroda tej drugiej osoby. Być może po prostu dlatego, że jest to rzecz, jaką powie nam podpity wujek na nieszczęsnej corocznej imprezie rodzinnej, i temu wujkowi można w sumie to wybaczyć, bo jest na przykład człowiekiem, który całe życie pracował fizycznie, teraz sobie popił i po prostu nie wie, jak niechcący przykrą rzecz właśnie powiedział, no bo kto robi edukację antydyskryminacyjną kuśnierzom, włókniarzom czy też kierowcom. No ale Mleczko jest przecież artystą z kapitałem kulturowym i można od niego wymagać więcej. Można, nie?

Molestowanie jest codziennym doświadczeniem milionów kobiet. Jest to przemoc. Krzywdzi. Odbiera poczucie wiary we własne siły, wbija w błędne koło samoobwiniania się o tę sytuację i podkopuje zaufanie do innych ludzi. Umiem sobie wyobrazić dobry żart ze stereotypowego myślenia o przemocy seksualnej, ale dowcip wiążący atrakcyjność kobiety z tym doświadczeniem nie jest ani dobry, ani nie skłania do zmiany myślenia.

Nie wiem, czy satyrze wolno więcej; nawet jeśli, to po to, by coś zmienić w głowie patrzącego. Czy tu jest zmiana? Czy może jednak pozostajemy w miłym poczuciu, że utwierdziliśmy się w stereotypie co do brzydkiej baby, której nikt nie zmolestuje, choćby bardzo chciała, a jak już, to niechże biedaczek nie odpokutuje za bardzo?

Są głosy, że poniższa krotochwila to ironia, no możliwe, ale z ironią jest taki drobiazg, że cholernie łatwo ją przeoczyć (między innymi dlatego nie przepadam za nią w humorze; da się nią pograć przy dłuższym stand-upie, gdy jest czas na nakreślenie ram dowcipu, w rysunku jest to karkołomne).

Z humorem zaś jest tak, że funkcjonuje kontekstowo. I kontekst polskiego humoru jest taki, że jest on, zwłaszcza w ostatnich latach, szalenie oparty na stereotypie i wykluczeniu. Dlatego bardzo mi przykro, ale nie wierzę w ironię, sarkazm i ostrze satyry wymierzone w heheszkujących z gwałtu Polaków.

Jak łatwo się domyślić, rysunek czy też raczej: aforyzm zyskał rzeszę obrońców i obrończyń. Nie ustają nawoływania do nabrania dystansu. Sugeruje się, że Mleczko prawą ręką przez lewe ucho naprawdę wymierzył ostrze satyry w miłościwie nam panujących, a oburzone i oburzeni tym bon-motem po prostu nie widzą ironii i sarkazmu. Widziałam nawet stwierdzenie, że no przecież Mleczko to ogólnie równy chłop, na manify chodzi, rysował z poparciem praw reprodukcyjnych i dla Koalicji Ateistycznej, jak można więc tej całej ironii nie widzieć?!

tumblr_ms83q9joht1sxz8n4o1_400

HUMOR

Przez ostatnich kilka lat godziłam się z faktem, że ja tak właściwie to nie mam poczucia humoru – no i trudno, nie muszę go mieć, aby funkcjonować, uszanujcie to. Ale dziś mnie tknęło, po kolejnym fajerwerku dowcipu Mleczki, że może jednak je mam, tylko ludzi irytuje moje pytanie, co ich właściwie tak bawi?

Znów się zacytuję, tym razem artykułem dla Wakatu Online:

Jednym z najlepszych polskich skeczów określających granice humoru jest skecz Kabaretu „Pod Egidą” pt „Awas”. Z punktu widzenia intelektualistki czy osoby o wysokich kompetencjach kulturowych nie jest on szczególnie zabawny, jednak poddany analizie pokazuje nam, czym charakteryzuje się polski humor. Co ma humor do wykluczenia? (można by spytać) Otóż polski ma całkiem sporo, a ja w odpowiednim czasie postaram się to wam wyjaśnić. Większość czytelniczek zapewne zna ów skecz, jest do obejrzenia w serwisie youtube, pozwolę jednak go sobie przypomnieć: na scenę wychodzi Piotr Fronczewski i zaczyna swój monolog od konstatacji, że poczucie humoru jest ważne w życiu i trzeba je mieć. Po czym postanawia opowiedzieć anegdotę, w której istotą rolę odgrywa humor słowny i żart z gruzińskiej formy zdrobnienia imienia („Mnie Nikołaj Stiepanowicz, a was?” „Awas” „Mnie Nikołaj, a was?” „Awas”). Żart bawi widownię niemal tak samo, jak Fronczewskiego, na tę feerię śmiechu wychodzi Pszoniak i pyta, z czego się śmieją. Fronczewski opowiada anegdotę po raz wtóry i nagle okazuje się, że żart Pszoniaka nie bawi – popatruje on na Piotra z wyczekującym uśmiechem, wygląd mając ogólnie lichy i durnowaty. Dykteryjka zostaje mu opowiedziana po raz drugi, trzeci, czwarty, za każdym razem jednak jej puenta jest kwitowana słabym uśmiechem zamiast aplauzem. Fronczewski upewnia się, czy Pszoniak ma świadomość, jak się tworzy gruzińskie zdrobnienia, okazuje się, że tak, że sam jest Gruzinem. Mimo tej kompetencji (a może przez nią?) Pszoniak żartu nie rozumie; scenka staje się groteskowa: Fronczewski zaczyna wpadać w furię, na przemian szarpać rozmówcę i obcałowywać go po policzkach, zabawnie się przejęzyczać, ostatecznie w wybuchu ekstremalnej złości wybiega ze sceny. Na placu zostaje Pszoniak, wodzi poczciwym wzrokiem po roześmianych twarzach widowni i w końcu pyta bezradnie: – No i z czego wy się, głupki, śmiejecie?

Zanim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się przez chwilę, co właściwie zaszło w trakcie tej scenki. Moja interpretacja jest taka: Fronczewski w pierwszym zdaniu narzuca reguły: mówi, że poczucie humoru jest niezbędne do akceptacji grupy, następnie zaś podaje ramy humoru, w jakich powinniśmy się poruszać – za pomocą anegdoty, opartej wprawdzie na humorze słownym, wymagającym przecież pewnych kompetencji kulturowych, ale jednak za przedmiot żartu mającej niewiedzę w kwestii obcojęzycznych imion. Jest to więc w pewnym sensie żart wykluczający. Postać Pszoniaka przeprowadza dekonstrukcję tej anegdoty: możemy się domyślać, że skoro postać odtwarzana przez Pszoniaka jest Gruzinem, rozumie on, że Awas to imię, być może nawet rozumie grę słów pomiędzy „a was” „Awas”, jednak nie uznaje jej za humorystyczną. Odmowa udziału w żartowaniu z niewiedzy doprowadza Fronczewskiego do furii, widownię do spazmów radości, a Pszoniaka do pytania, w czym tkwi żart.

Mam taką tezę, że żart tkwi w przyjęciu reguł Fronczewskiego przez widownię: musimy się śmiać. Powinniśmy mieć poczucie humoru, także na swój temat, dystans do siebie, a może nawet być ironicznymi i sarkastycznymi (kto wie). Śmiech z anegdoty jest i śmiechem z humoru słownego, i śmiechem z niekompetencji bohatera anegdoty, i śmiechem dla towarzystwa – nikt przecież nie chce wyjść na ponuraka. Późniejsze pojawienie się Pszoniaka uprawomocnia śmiech z niekompetencji – no bo doprawdy, jak można nie pojąć tak prostego żartu! Im dalej w skecz, tym śmiech jest jednak coraz bardziej nerwowy, może nawet trochę nam szkoda Pszoniaka i chcemy, by Fronczewski przestał się tak złościć i tak uparcie powtarzać żart (pewnym punktem zwrotnym w atmosferze jest przejęzyczenie się Fronczewskiego, dzięki któremu on również staje się śmieszny i bezradny). Dzieła dekonstrukcji dokonuje końcowe pytanie Pszoniaka: z czego tak naprawdę śmialiśmy się w trakcie tego skeczu? Wychodzi na to, że lwią część scenki zajmuje kpina z niewiedzy, a właściwie co w niej takiego śmiesznego? Czemu czujemy, że mamy przyzwolenie na śmiech z ignorancji, a przy śmiechu z biedy czy choroby jest nam jednak nieswojo? (pewnie nie wszystkim, ale zakładam, że zwracam się do osób, dla których niższy status materialny czy słabsze zdrowie nie jest tematem do żartów).

Polski humor, zwłaszcza w wydaniu współczesnych kabaretów, lubi wykluczać. Gros żartów, jakie widzimy w mainstreamowych mediach, to żarty ze stereotypów, z niższej pozycji kobiet, mniejszości seksualnych, religijnych i etnicznych oraz jakże banalne złamanie tabu pod postacią użycia wulgaryzmu. Gdy zadać pytanie, z czego właściwie się śmiejemy, w dużej mierze odpowiemy: z tego, że inni mają gorzej. Humor, prócz ogłoszeń w prasie lokalnej i grafitti jest jednym z najczulszych probierzy zeitgeistu. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli masom serwuje się humor oparty na wykluczeniu, masy oprą swoje ramy kulturowe na wykluczeniu właśnie; będą czuły, że mają na to przyzwolenie i będą używać argumentu z poczucia humoru jako rozstrzygającego, czy tak się powinno żartować.

Innymi słowy, obrona Mleczki bierze się z ogólnego przyzwolenia na ten typ humoru i z równie ogólnego konsensusu, że aby być osobą o odpowiednich kompetencjach społecznych, należy charakteryzować się poczuciem humoru i niebraniem żartów do siebie. Nieśmianie się z żartu i dopytywanie, co w nim zabawnego jest grzechem towarzyskim, zakłóceniem płynnych i niekonfrontacyjnych relacji w grupie; grupa odruchowo i naturalnie reaguje na to wykluczeniem.

Aby więc tego uniknąć, potrzebna jest strategia przetrwania.

STRATEŻKI PRZETRWANIA

W przypadku mężczyzn dość łatwo jest sobie wytłumaczyć, czemu bronią żartu Mleczki i szerzej: prawa do kpienia z takich rzeczy jak przemoc seksualna. Na przykład: nie doświadczają tego w ogóle albo w o wiele mniejszym stopniu niż kobiety. Wychodząc z domu ryzykują czasem dostanie w pysk za szalik lub przypinkę, ale prawie nigdy –  faceta każącego im się uśmiechnąć, faceta komplementującego ich tyłek, ocierającego się o nich faceta, faceta usilnie zapraszającego na kawę i wyzywającego od szmat, gdy mu się odmówi. Większość moich kolegów jest zaskoczona i przerażona, gdy w trakcie rozmowy o molestowaniu w przestrzeni publicznej rozwiązuje się worek ze zwierzeniami i ogromna większość obecnych kobiet mówi: tak, miałam takie doświadczenie. Wystarczy zerknąć zresztą na świadectwa na Hollaback! Polska; codziennie przybywa kilka nowych.

Nam jest strasznie trudno z tym gdzieś pójść, to pozostaje w opowieściach, na stronie Hollaback!; no bo co: panie władzo, ktoś mnie złapał za tyłek? A w co była pani ubrana, w legginsy? A no to trzeba było w luźne dżinsy albo najlepiej worek pokutny, trzeba było nie mieć tyłka.

giphy1

Te opowieści są gremialnie lekceważone i jest to ściśle powiązane z tym, że tyle osób śmieszy żart Mleczki, wspierający bagatelizowanie takiego drobiazgu jak nieszanowanie naszych granic i traktowanie nas jak kawałka mięska do obmacania. Tak się wychowuje mężczyzn; tego uczy mainstreamowa prasa, literatura i pornografia; części z nich udaje się wyzwolić i wesprzeć, wzorem Jacksona Katza, co zawsze doceniam, bo sprawa jest wspólna. Niemniej przy przeciętnym polskim stole to mężczyzna nada ton, nakreśli ramy i przestrzeń do rozmowy, kobiece tematy spychając na bok jako błahe, sentymentalne i niemające wpływu na losy świata. Tak było, tak jest i tak pewnie jeszcze przez ładnych parę lat będzie.

Co zatem z kobietami, które przyłączają się do chóru mężczyzn nawołujących do dystansu i braku przewrażliwienia? Przecież to zdrada, przecież mają te same doświadczenia, jak mogą tego nie widzieć? To jest strasznie przykre, co robią; wydawałoby się, że od towarzyszek niedoli można by oczekiwać wsparcia. A one są jak tralala, w kieszeni mam gaz, nic mi się nigdy nie przydarzy, bo trzymam życie krótko przy jajach, właściwie to ja jestem takim półfacetem i to działa, polecam serdecznie, żanetkaleta.

tumblr_nz72idvaho1uulkbto1_500

Spoko, tylko ja nie chcę być pół-ani całym facetem, ani kulturowo, ani fizycznie; jestem dużo niższa i słabsza, interesują mnie ciuchy i kosmetyki, lubię sukienki i makijaże i nie zamierzam się tego zrzekać, by być traktowaną poważnie. Ale po długiej rozkminie zrozumiałam, że jest w tym przejmowaniu męskich (kulturowo!) reguł gry strategia przetrwania, że zwłaszcza dla kobiety nie czującej się najlepiej w świecie skrojonym pod wygląd i pielęgnację ciała jest ona wygodna i bezpieczna. Strategia ta jest też łatwiejsza niż forsowanie poglądu, że kobiece tematy takie jak: jesteśmy czymś więcej niż wygląd naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż płodność naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż dostępność naszych ciał – są co najmniej równie ważne. Dotyczą przecież ponad połowy ludzkości.

Czy mogę je za to winić? Trochę mogę, ostatecznie część z nich dzięki tej strategii wywalcza pozycję, w której mogłaby zostać emisariuszką praw kobiet. Na pewno znajduję to cholernie irytującym. Czuję się zdradzona; zauważam też, że wtórujące żartownisiom kobiety są wykorzystywane jako przykłady „a zobacz, a Karolinkę też żart bawi”. Ale zjawisko jest jednak wtórne wobec tego, o czym Wam tutaj (troszkę dziś przydługo) opowiadam: o prawie do zaznaczenia: ten żart mnie nie bawi.

No bo co w nim jest właściwie śmiesznego?

Jak być z Natalią

Czarny Protest przejdzie do historii. Po raz pierwszy od wielu lat polskie kobiety najpierw zasiliły hasztaga w mediach społecznościowych, a następnie masowo wyszły na ulice. Wieloletnie działaczki mówią „czekałam na to tyle lat”. Znajome, które wcześniej nie określały swojego stosunku do praw kobiet, nagle stają po jednej ze stron. Coś się w nas zmieniło i być może zmieniło się trwale: wiemy już, że jest moc w proteście na ulicy, w poczuciu solidarności, w świadomości, że nawet jeśli sprawa nie dotyczy mnie, to zaprotestuję za inne.

Strajk trwa; środowiska walczące o prawa człowieka zaczynają sobie zadawać pytania o strategie; nie obywa się bez zarzutów o zawłaszczanie protestu i przywłaszczanie sobie zasług. Osobiście trwam przy teorii harmonii i współpracy różnych środowisk. Bez anarchizującego kolektywu Porozumienie Kobiet 8 Marca nie byłoby mnie w polityce; bez niego nie ma warszawskich Manif.  Bez Kongresu Kobiet wiele kobiet z mniejszych miejscowości nie miałyby okazji do zawierania znajomości i utrzymywania relacji, co przy ogólnopolskich działaniach jest po prostu kluczowe. Bez NGOsów nie byłby znany rozmiar podziemia aborcyjnego, braki w edukacji seksualnej i skala przemocy seksualnej. Są potrzebne skrupulatne naukowczynie, które zbadają feminizację biedy i rzutkie działaczki, które w odpowiedniej chwili krzykną do mikrofonu odpowiednie słowa. Są nam wreszcie potrzebne partie polityczne – posłanki .Nowoczesnej wpuszczające po pięć osób na swoje przepustki do sejmu i opozycja pozaparlamentarna (tak, mówię o tobie, moja partio Razem), która przyjdzie na protest, przyciągnie media i przemyci temat aborcji do rozmowy o prywatyzacji opieki medycznej. Myślę, że jeśli to uznamy i zgodzimy się na wspólną obecność w przestrzeni publicznej, dojdziemy do celu szybciej i skuteczniej.

Jest rzeczą oczywistą, że przy masowości zjawiska środowiska wspierające sprawę nie są tak homogeniczne jak wtedy, gdy mieściły się w jednej salce w Feminotece. Różne są pobudki kobiet wspierających protesty. Mnie od początku chodziło o to, by docelowo doprowadzić do dopuszczalności przerywania ciąży, przede wszystkim odpowiednim zapisem w ustawie. Innym – wystarcza to, co jest i gdyby „kompromis” działał, gdyby przypadki wymienione w ustawie w 1993 były respektowane, byłabym nawet w stanie to zrozumieć. Nie poprzeć, bo ograniczenie prawa do przerwania ciąży uważam za brak zaufania do rozsądku kobiety – no ale przynajmniej zrozumieć. Że zaś obecna ustawa nie działa, wystarczy spojrzeć w liczbę legalnych aborcji, w tym aborcji z czynu zabronionego i chwilę się zamyślić. Oraz, jeśli ma się trochę serca, wkurwić.

Mimo wszystko jestem zbudowana tym, co się dzieje. O prawach do świadomego rodzicielstwa wreszcie się mówi. Przestały być domeną niszowych kolektywów i organizacji pozarządowych. Nie jestem zaskoczona tym, że na ulice wyszły kobiety w mniejszych miejscowościach – tam problem niechcianej ciąży dotyka je o wiele bardziej, trudniej o antykoncepcję, trudniej o zaufanego ginekologa, a życie erotyczne toczy się swoim trybem niezależnie od liczby mieszkańców w danej jednostce administracyjnej.

Coming outy nie są rzeczą nową. Były wcześniej znane kobiety, które mówiły: no tak, miałam aborcję i żyję. Była Kasia Bratkowska z jej brawurowym (nadal jestem nim zachwycona!) wigilijnym oświadczeniem. Była Joanna Dziwak. Sama znam kilka dziewczyn, które ciąże przerwały i ich życia toczą się dalej – bez traum i rozdrap.

No i od wczoraj mamy wstrząs po wyznaniu Natalii Przybysz. Im więcej takich wyznań, tym lepiej dla sprawy, temat się oswaja, ktoś miał aborcję, ktoś stracił pracę, ktoś zaadoptował dziecko, ktoś chadza do psychiatry, ktoś rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. Nie jakaś zupełnie powszednia rzecz, na pewno wymagająca namysłu, a czasem i wsparcia, ale też rzecz, która nie powinna wywoływać poczucia winy czy wstydu. Natalia jest dorosłą kobietą, która rozstrzygnęła, co dla niej najważniejsze w obliczu niechcianej ciąży. Jedyne, czego żałuję, to tego, że musiała się nałykać najpierw tych cholernych tabletek i wydać taką kupę hajsu – powinna móc to zrobić bezpłatnie, w Polsce, bez narażania zdrowia. Mam nadzieję, że pokolenia tych licealistek, które wrzucały selfiki na hasztag z czarnym protestem, będą mogły tak wybrać.

Parę słów do święcie oburzonych wyznaniem Natalii, a jest ich niemało, także po stronie strajku kobiet. Po pierwsze i najważniejsze, po jaki chuj wspierasz protest, skoro przy byle okazji zaczynasz prawo do przerwania ciąży obkładać w warunki? Czy chcesz być żandarmem, który rozstrzygnie, czy odpowiednio brała pigułkę, czy nie pękła jej gumeczka, czy obmacasz ją po mózgu i uznasz, że jeśli ma zapaść w depresję, to spoko, ale jeśli tylko chodzi o zbyt małe mieszkanie, to już wygodna bździągwa i roszczeniowa lewaczka? Chcesz, by to samo robiono tobie? Jeszcze raz: po co wsparłaś ten protest?

Po drugie: antykoncepcja zawodzi. Każda. Z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem może zdarzyć się wyjątkowo dziarski plemnik z wyjątkowo ruchliwym ogonkiem, który zapuka do komórki jajowej i zakrzyknie „no cześć, mała, niespodzianka”. Jesteś pewna, że zawsze, ale to zawsze łyknęłaś pigułę? Nigdy nie pękła ci gumka? Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym przy spóźniającym się okresie?

Po trzecie: tak, warunki bytowe takie jak kwota na koncie w banku czy rozmiar mieszkania są zadziwiająco istotne w procesie powoływania na świat potomka. Rozważałaś bycie matką? Chcesz zapewnić dziecku najlepsze warunki? Powstrzymywałaś się przed seksem zanim zamieszkałaś w rezydencji z miejscem na pokój dziecka i blat do przewijania?

I po czwarte wreszcie: przestań opowiadać o zabijaniu dzieci, gdy mowa o aborcji, a płód przypomina kijankę i z ogromną dozą prawdopodobieństwa nic nie czuje. Jak chcesz poopowiadać o dzieciach, to pomyśl o 80 tysiącach dzieci w domach dziecka, które miesiącami czekają na rodzinę. Przejdź się do placówki, w której dzieciaki z różnymi orzeczeniami niepełnosprawności zostają na dzień, posiedź z nimi, wyobraź sobie, że masz to na codzień. Pomyśl o rodzicach dzieci z niepełnosprawnościami, którymi zadziwiająco często ostatecznie okazują się samotne matki, bo ojcowie odchodzą. Bo mogą, bo nikt ich nie wini za to, że nie zdzierżyli trudów opieki nad chorym dzieckiem. A jak chcesz koniecznie o zabijaniu, to pomyśl o tych kobietach, co zmarły w wyniku niebezpiecznie przeprowadzonej aborcji lub połogu.

Nie obchodzi mnie, jaka jest twoja ocena aborcji – czy jest to dla ciebie, jak dla mnie, wyzbyty z oceny etycznej zabieg, czy trudna decyzja moralna – dopóki uznajesz, że prawo wyboru należy do kobiety, która z nim zostaje.

#projektspódnica

W kraju wrze z powodu protestów pielęgniarek i położnych. Trochę więc wahałam się, czy ruszyć temat dużo lżejszy i pozbawiony polityki. O proteście napisano jednak dużo mądrzej i wnikliwiej, w tym Julia Kubisa w „Buncie białych czepków” niż mnie by się kiedykolwiek udało, a do pociągnięcia projektu zobowiązałam się ładnych kilka miesięcy temu. To chyba najwolniej realizowany projekt w polskiej blogosferze, bo wspomniana już Julia też miała coś napisać! (a może napisała, a ja nie umiem znaleźć?)

Wszystko zaczęło się od jakiegoś niemądrego konserwatywnego wpisu na losowym blogu, w którym autorka czy też interlokutorka klarowała, że odkąd nosi spódnice, wszystko jej się uklada. Ma pracę, męża, bodaj i udane dzieci, osiągnęla harmonię z naturą, chleb sam rośnie, mleko samo kiśnie, a czereśnie rodzą się dorodne i nierobaczywe. Wszystko dzięki tej jednej części garderoby, gdyż spodnie ode złego są, rozpraszają, wpijają się, eksponują, niszczą nadaną nam z natury kobiecą moc i kradną manę. Jak to z takimi wpisami bywa, obiegł lewicowy internet, powodując salwy śmiechu i lawinę świadectw, z których wynikało, że na udane życie pomaga raczej poszanowanie godności, wolności wyboru i bezpieczeństwo ekonomiczne, a kobiecość jest konstruktem, nieprawdaż, kulturowym. Czyli dość przewidywalnie. Obiecałyśmy sobie jednak z Julią i Lady Pasztet, że zabierzemy głos w sprawie spódnic jako feministki z różnych stron świata i obszarów tego ruchu. Lady Pasztet swoją opinię wyraziła już kilka miesięcy temu, czas więc i na mnie.

Zacząć należy od tego, że spódnicy samej w sobie praktycznie nie noszę. Jestem raczej sukienkowa i tuniczkowa. Głównie z tego prostego powodu, że jako osoba z nadwagą a wielce niewysoka mam spore trudności ze znalezieniem pasującej spódniczki; tuniki, które potrafią być jednocześnie sukienkami są pod tym względem łatwiejsze. Chciałabym jednak opowiedzieć wam swoją drogę do tego sposobu ubierania się, jako że przez lata całe chodziłam wyłącznie w spodniach i to ze wskazaniem na jeden konkretny krój typu bootcut (do tej pory zresztą ten fason lubię najbardziej).

Gdy miałam lat 14, był to sam początek lat 90., wybuchała wojna w Zatoce Perskiej, o rzeczach tak egzotycznych jak molestowanie seksualne nikt nie słyszał, a ja jak na swój wiek byłam wówczas przedwcześnie dojrzałą. Miesiączkowałam, porosłam włosem tu i tam, nosiłam stanik i nawet miewałam już jakieś myśli erotyczne (aczkolwiek głównie siedziałam w książkach i swoich rysuneczkach, starannie wyalienowana, bardzo skłonna do osądów i zafascynowana zespołem Roxette, bóg raczy wiedzieć, czemu). Dodać należy, że w klasie miałam sporą liczbę dorastających i średnio z tym sobie radzących chłopaków, z których dwóch przeszło tak przedziwne drogi, że nie oprę się chyba dygresji.

Tak więc: czasy były takie, że o rzeczach związanych z przemocą wiedziało się niewiele, chyba że działy się sprawy poważne jak pobicia. Nikt też nie ganił chłopaków zaczepiających dziewczyny na przerwach, a potrafili z nich być mali prześladowcy. Jeden z klasowych kolegów miał, na ten przykład, przemiły zwyczaj zadzierania nam spódnic i zaglądania pod nie. Bagatelizowano to, ot młody chłopak, wyrośnie (no i pewnie wyrósł). Był chyba jedynym człowiekiem, wobec którego użyłam fizycznej przemocy, bo gdy za którymś razem spódnicę zadarł mnie, odwróciłam się jak na dobrze naoliwionej osi i strzeliłam go w gębę. Nie jestem z siebie dumna, choć zyskałam tym parę punktów szacunu u reszty chłopaków.

Zwyczaj tego kolegi starannie mnie jednak zniechęcił do noszenia kiecek. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałam przeświadczenie, że nie jestem w spódnicy bezpieczna i że łatwiej niż skarżyć się na niego lub powtarzać numer ze spoliczkowaniem będzie po prostu tych spódnic nie nosić. W tym też okresie zaczęło narastać we mnie przekonanie, że jestem gruba i nieatrakcyjna, więc też nie bardzo jest co eksponować.

Przekonanie ugruntowało się w szkole średniej. Tam wprawdzie już koledzy byli ciut mądrzejsi i kiecek nam nie zadzierali, byli natomiast przekonani, że ideałem urody są modelki pokroju Kate Moss i każda dziewczyna krąglejsza od tego wzorca powinna raczej przywdziać wór pokutny. Inaczej było się obiektem dość bezlitosnych kpin, czego doświadczyłam i przypłaciłam – teraz to wiem – pierwszą depresją.

12694600_1097098463655476_4358588505507914823_o (1)

Panel o przemocy. Foto: Piotr Stasiak

To, naturalnie, jeszcze bardziej skłoniło mnie do trzymania się koszulek XXL i luźnych spodni. Swoją drogą: ja chyba nawet nie miałam wtedy nadwagi. Po prostu miałam biodra i biust; możliwe też, że nie miałam takiego poczucia stylu jak moje atrakcyjniejsze koleżanki. Ciuchy zaczęłam sobie kupować dopiero na studiach, gdy miałam własne pieniądze; wcześniej raczej nosiłam to, co kupowała mi mama. A mama podtrzymywała we mnie przekonanie o byciu nieatrakcyjną grubaską i nieomylnie wybierała z mody to, co najgorsze: podwyższone stany, zwężane ku dołowi nogawki, watowane ramiona i podkreślone talie. Wszystkie te rzeczy naturalnie miałam prawo nosić bez narażania się na kpiny, ale sama nie czułam się w nich dobrze ani ładnie. Koło się zamykało.

Wyzwoleniem był okres studencki, gdy wreszcie kupowałam swoje za własne, uparcie jednak trzymając się raczej spodni i swetrów. W kiecki na stałe wskoczyłam kilka lat temu, gdy zaokrągliłam się na tyle, że kupno dobrych dżinsów stało się trudniejsze, a i jakoś się bardziej sobie zaczęłam podobać z widocznymi nogami i całą resztą (no dobrze, nie całą). Pomogły na to i różne terapie, i wsparcie coraz większej liczby coraz mądrzejszych przyjaciół, i przyrastanie mojego własnego rozumku.

10421974_10204535535129160_5188578693083416589_n

Z Marceliną w historycznej chwili rejestracji partii. Foto: Adrian Zanberg

 

Wiele jednak czasu musiało upłynąć, zanim pojęłam, że ja, tak jak i każda inna, ma prawo chodzić w tym, w czym jej wygodnie bez obawy o narażenie się na szyderstwo czy ostracyzm. Was, moje czytelniczki, pewnie przekonywać do tego nie muszę, wiem jednak, że i Wy się zmagacie ze swoimi demonami, jeśli chodzi o wizerunek własnego ciała. Pamiętajcie po prostu, że najważniejsze, jak czujecie się z nim Wy – nie Wasi rodzice, partnerzy, partnerki czy grupa rówieśnicza.