Palikota pogrzało

Staram się nie komentować polityki po wyborach w październiku. Chociaż nie zrobiło się normalnie i naciskami Cymańskiego ostatnio zepsułam się dokumentnie, przecież jednak atmosfera generalnie jest inna – przynajmniej ja to tak odczuwam.

Niemniej Palikota dziś nie zdzierżyłam. I nie chodzi tu w żadnym wypadku o to, że ośmiela się tak pisać o głowie państwa. Lata mi, szczerze powiedziawszy, czy to jest o głowie państwa, czy o jakiejkolwiek innej części jakiegokolwiek innego organizmu. Nie – to, o co mam pretensje, to brak komentarza, który pozwoliłby zrozumieć czytelnikom, że domysły na temat alkoholizmu nie są zarzutem, a wyrazem troski. Po prostu szlag mnie trafia, że z choroby czyni się oręż, oskarżenie, trupa w szafie i brzydki sekret w rodzinie.

Podkreślmy to jeszcze raz, dla tych, którzy myślą, że alkoholicy są sami sobie winni, bo kto im kazał tyle chlać: alkoholizm jest chorobą. Chory nie jest winny temu, że zapada na tę chorobę.
Polecam tutaj artykuł, o dziwo, w Poradniku Domowym.

Za danymi z PARPA: granicą ryzykownego picia jest 400 piw rocznie dla dorosłego mężczyzny, co nam daje liczbę niewiele powyżej jednego piwa dziennie. Ilu facetów w czasie weekendu, np. długiej sobotniej nocy w klubie, wypija osiem piw? Obawiam się, że całkiem sporo. U kobiet ta granica jest niższa, wystarczy pięć piw tygodniowo. Przeliczam na piwo, bo ono właśnie jest postrzegane chyba najbardziej jako napój omal bezalkoholowy i niegroźny. Niżej podpisana może stwierdzić z własnego grzbietu, że nic bardziej mylnego. Oczywiście nadszedł ten moment, gdy upijałam się do nieprzytomności, zerzygania, pójścia spać i ponownego uchlania, ale początek to był jeden – dwa browary po zajęciach i trochę szaleństwa podczas weekendowych imprez w Forum Fabricum. Jednym słowem: piłam na początku tyle, co wszyscy, nie wyróżniałam się ilością i pewnie tylko całkowita abstynencja uchroniłaby mnie od zapadnięcia w tę chorobę. Tak, że błędnym jest mniemanie, że alkoholik to ten, co nie mógł się powstrzymać i chlał więcej niż inni.

Oczywiście mógł nie pić w ogóle, ale tutaj pozwolę sobie zwrócić uwagę na fakt, że alkoholicy, prócz czynnika genetycznego znacznie zwiększającego ryzyko zachorowania, charakteryzują się również wmontowanym czynnikiem społecznym – co oznacza, że wzrastali w takiej grupie odniesienia, która go wyuczyła załatwiać pewne życiowe sprawy alkoholem (w przypadku mojego domu było to akurat niewinne, polskie świętowanie imienin i nagradzanie się po ciężkim dniu). Są także determinowani czynnikiem psychicznym, który wyposaża potencjalnego alkoholika w specyficzną wrażliwość dającą efekt w postaci zwątpienia w siebie i mierzenia swojej wartości przy pomocy akceptacji otoczenia. Innymi słowy, osoby ze skłonnością do alkoholizmu mają większą tendencję do zabiegania o poczucie bycia lubianym czy popularnym niż reszta i sięgają po alkohol albo by to osiągnąć (wyluzować się i stać się duszą towarzystwa) albo by wreszcie to otoczenie mieć w dupie (to mój scenariusz).

Podsumowując: mamy oto młodą osobę, dajmy na to, na studiach z dala od domu, która już wie, że dobrze zdaną sesję trzeba oblać, że aby ci fajni ludzie z roku ją polubili, trzeba się z nimi napić… no i pije jak reszta. Genetyka bądź dobrzy przyjaciele zadecydują, co będzie dalej: czy popłynie, czy nie ma po temu tendencji, czy ktoś bliski odpowiednio wcześnie szturchnie ją w bok i powie „martwię się o ciebie” (u mnie mój ówczesny facet był za mało stanowczy – nie winię go, bo skąd miał wiedzieć, że to aż tak niebezpieczne – ale pewnie gdyby postawił ultimatum „ja albo browar” coś by do mnie już wtedy dotarło).

Nie wiem, jak państwo, ale ja kogoś takiego potępić nie umiem.

Reklamy