Idzie wiosna, czas kastracji

O tym, co myślę o sterylizacji zwierząt domowych, pisałam tu (wiem, że linkowanie do własnej notki to fapfapanie ego, ale co poradzę, że wolę powtarzać swoje dowcipy niż argumentację?).

Co trafia na jedynkę gazety.pl pozostawało dla mnie niezgłębioną tajemnicą, dopóki nie pojęłam, że chodzi o klikalność. Rzecz jest pewna, że notka zatytułowana „Sterylizacja kota a stosunki damsko-męskie” zaintryguje i sprawi, że gazetonauta przeczyta. Sądząc z komciów pod notką, nawet doceni autoironię autora notki i jego empatię wobec zwierzęcia.

Z tym, że niekoniecznie.

– Dzisiaj musimy pojechać z kotkiem do weterynarza. Odkładamy to już chyba ze trzy tygodnie – stwierdziłem autorytarnie ostatniej soboty. Wolałem nie używać słowa „kastracja” mówiąc o tym, co zrobimy kotu. Nie jestem do końca pewien jakie słowa nasz kot rozumie, a jakich nie, więc lepiej dmuchać na zimne.

Na dzień dobry srogie pierdolnięcie z cyklu „ja wam puszczę oczko, że wcale nie rządzę w tym domu, a wy się teraz zaśmiejecie, ale wszyscy wiemy, jaka jest prawda”. Oraz bardzo urocza projekcja własnych lęków kastracyjnych na biedne zwierzę. Będzie tego więcej.

– Eee, to jeszcze mały kotek, ma jeszcze czas – rzuciła moja Lepsza Połowa. Jakże nieodpowiedzialnie rzuciła, dodam. Przecież kotek może zacząć znaczyć teren każdego dnia. I co wtedy zrobimy? Ha? Ktoś w tym domu musi myśleć odpowiedzialnie!

Jak wiadomo, Lepsze Połowy nie myślą, a w każdym razie nie odpowiedzialnie. Lepsze Połowy to w ogóle cudny gonokok myślowy: w tej frazie jednocześnie dowiadujemy się, że jest druga połowa, bez której ta lepsza jest niepełna i w ogóle nie bardzo działa. Oraz że ta druga połowa jest gorsza. Nigdy nie wiadomo, pod jakim względem, ale coś mi mówi, że to jakiś atawizm z czasów frazy „nie zaprzątaj sobie tym ślicznej główki, kochanie”.

– Nie, jedziemy dzisiaj! – poczułem się w obowiązku okazać siłę i stanowczość prawdziwego mężczyzny.

Słabość i uległość jest bowiem dla bab i ciot. Elementarne, drogi Watsonie.

[Tu następuje epicki kawałek pogoni za kotem, podczas gdy partnerka, przepraszam: Lepsza Połowa siedzi, pachnie i się śmieje. Każdy kociarz zaganiający kota do kontenera zna go na pamięć, och, zagraj mi to jeszcze raz, Sam, odeśmiałam sobie dupę]

– Jesteś już gotowa? Bo my już czekamy – rzuciłem dumnie w kierunku mojej Lepszej Połowy, nawiązując do odwiecznego męsko-damskiego konfliktu jak wyjść z domu o zaplanowanym czasie i jak w tym czasie uwzględnić poprawianie makijażu.

– Muszę poprawić oczy, bo się upłakałam ze śmiechu – odpowiedziała.

No wiedziałem! Kobiety… Nigdy nie są gotowe na czas! Znowu poczułem się jak prawdziwy mężczyzna.

Wiemy, wiemy. Wy, prawdziwi mężczyźni, klikniecie się Axem po pachach, drapniecie po jajach i już możecie wychodzić.

Wchodzimy do weterynarza. Na ścianach pełno różnych tablic. Tak wygląda przekrój przez układ moczowo płciowy twojego kota – głosi jedna, na wprost mnie. Nie cierpię takich tablic. Pamiętam, jak miałem 6 lat i byłem u lekarza i wtedy… No, to może opowiem następnym razem. Ale żeby przekrój? Przez układ moczowo-płciowy? Może to ja mam zbyt bujną wyobraźnię, ale żeby od razu PRZEKRÓJ??? Zrobiło mi się tak jakby miękko w kolanach i poczułem, że muszę usiąść. Na szczęście w poczekalni były krzesełka.

Masz zbyt bujną wyobraźnię. Tak, twój kot ma to w środku. Ty, z niewielkimi modyfikacjami, również. Co więcej, dzieci w szkołach do tej pory są prześladowane tymi przekrojami bez cienia roztkliwienia nad ich wrażliwością.

– No, wiesz, to poważna operacja… – dorzuciła moja Lepsza Połowa – W końcu wytną mu jajka.O żesz… Poczułem takie nieznośne ssanie w zębach połączone z nagłym paraliżem kolan.

OMG TYLKO NIE JAJKA!!1111ONE! (ale wiesz o tym, że kot, w przeciwieństwie do ciebie, nie ma poczucia, że jajka i penis stanowią o jego zajebistej męskości?)

[W desperacji bohater nam zzieleniał, co zauważa Lepsza Połowa i proponuje odroczenie wyroku. Jedność myśli tak poraża autora, że aż postanawia nie mieć litości dla czytelników i wali między oczy głęboką myślą]

Miłość niejedno ma imię ale zawsze jest koloru zielonego…

– Zapraszam – głos pani weterynarz przykuł mnie do podłogi. A już prawie zdążyłem wyjść!

A ja prawie zdążyłam wstać po przeczytaniu tamtej maksymy!

– Proszę do środka – dorzuciła z naciskiem, stojąc w progu gabinetu. Nie pozostawiła mi żadnej szansy na ucieczkę.

Ludzie i ich dziwne fantazje dotyczące pań w fartuchach, am I right?

Moja Lepsza Połowa weszła pierwsza do gabinetu. Ja szedłem powoli, noga za nogą, opóźniając nieuniknione.

A tłum ciskał grudami błota i łajna oraz skandował „na szafot! Na szafot!”

Kot miauczał. Pani weterynarz wywierała milczącą presję. Gabinet był wyłożony sterylnie niebieskimi kafelkami, na środku stał metalowy stół. Świetna dekoracja do zrobienia kociego Frankensteina – przemknęło mi przez głowę i to wcale nie poprawiło mojego humoru.

A mnie owszem. Nie byłabym bardziej spokojna niosąc kota do weterynarza, którego gabinet miałby klepisko, polepę i rój brzęczących much w pakiecie.

– Miaaaauuuu – zajęczał kot. Czasem mi się wydaje, że ten kot ma te same skojarzenia co ja. Albo ja te same co kot. Moja Lepsza Połowa częściej wskazuje na to drugie.

Great minds think alike, pomyślał autor zadowolony. Oesu, kot jest wystraszony nowym otoczeniem i wrzeszczy, po co mu przypisywanie ludzkich skojarzeń, zajęczała Szprota zażenowana.

– Proszę wyjąć kota z klatki. – rozkazała pani weterynarz.

Kobieta nie będzie mi rozkazywać, pomyślałem stanowczo i wyjąłem kota z klatki.

Cienias, trzeba było porwać klatkę i czule tuląc do łona, wybiec z gabinetu z pianą na pysku.

– Najpierw sprawdzę czy kot nie ma gorączki. Proszę go przytrzymać – dodała, widząc, że kot się wyrywa.

No, przez pierwsze parę sekund naprawdę musiałem się namęczyć, żeby kota przytrzymać. Wyrywał się, patrząc na mnie z wyrzutem.

Też byś się wyrywał, jakbyś nie wiedział, po cholerę ci wtykają rurkę w odbyt.

Nagle znieruchomiał. Zupełnie. W pół kroku. Tylko jego oczy, do tej pory i tak duże, zrobiły się jakby dwa razy większe. I nie było w nich już wyrzutu, była bezbrzeżna pogarda. Kot zesztywniał.

Jojku, jakie emo. Krzywdzą kotecka, mierząc mu temperaturę, aż kot gardzi człowiekiem, u którego mieszka. How about: kot nie lubi być przetrzymywany na siłę (kto lubi, zresztą) i zwyczajnie, instynktownie się wyrywa?

– Nie ma gorączki – powiedziała spokojnie pani weterynarz. – Kotek jest zdrowy.

Ładnie mi zdrowy! Czego oni ich uczą teraz na tych uczelniach! Mam sztywnego kota, a ona, że zdrowy! Od kiedy to rigor mortis w połączeniu z wytrzeszczem oczu jest oznaką zdrowia? Kobieta lekarz, no naprawdę… Prawie jak świnka morska, ani świnka ani morska…

Kolejny galopujący przykład tej, jak jej tam, ironicznej zabawy polityczną poprawnością. My wiemy, że autor udaje, że nie pisze tego serio, by mógł to spokojnie napisać i nie tłumaczyć się z męskiego szowinizmu. Haha. My też udajemy.

W ogóle, to… zaraz… stój… to miał być pan weterynarz a nie pani weterynarz… Nie pozwolę kobiecie… wycinać… jaj… mojego kota…

Gdyż? Ujmie skalpelek wargami sromowymi, że to ma jakieś znaczenie?

– Proszę go obrócić, sprawdzę jąderka. – powiedziała spokojnie, nieświadoma moich myśli, pani weterynarz.

Kobieta nie będzie mi rozkazywać, pomyślałem i obróciłem kota.

Pani weterynarz zaczęła obmacywać kota. Kot wciąż był sztywny, nie musiałem się wysilać trzymaniem. Kocie oczy natomiast były złożone z samych źrenic. No, właściwie to ze źrenic, pogardy dla mnie i upokorzenia. Upokorzenie było widać pomimo tego, że kot się wyraźnie starał, żeby nie było tego widać.

Bo poczucie wstydu jest immanentną cechą każdego kota. Już pierwsze koty w raju, gdy Kociczka Ewa upolowała pierwszą myszkę z Pola Wiadomości Dobrego i Złego, pojęły, że są nagie i że to wstyd mieć genitalia.

Ja, podobnie jak kot, poczułem się jeszcze bardziej niepewnie. Przede mną kobieta, macająca jądra i patrząca przy tym prosto w moje oczy. Pode mną kot, macany po jądrach i patrzący prosto w moje oczy. Obok mnie moja Lepsza Połowa, niezaangażowana w macanie, ale również patrząca baaardzo uważnie w moje oczy.

Nie… zniosę… dłużej… tej… presji…

I wszystko byłoby w porządku z tą scenką, gdyby nie fakt, że nasz bohater bardziej przeżywa fakt, że kot jest obmacywany po JĄDRACH, ROZUMIECIE, niż, że kocisko się boi.

– Proszę przyjść za miesiąc – przerwała ciszę pani weterynarz. – Ten kot prawie nie ma jeszcze jąder. To byłaby mikrochirurgia.

– Miaaaaaauuuu – zajęczało ego mojego kota, rozpadając się na kawałki.

  • JEBS! – trzasnęła moja klawiatura, dalej jak wyżej.

– No, to w takim razie nadal mam w domu obydwu facetów z jajami – rzuciła moja Lepsza Połowa i uśmiechnęła się do pani weterynarz. Ta odpowiedziała szerokim uśmiechem.

Pokrywając tym samym dziką zazdrość o Prawdziwych Samców in Da Hauz zapewne.

Kobiety. One mają chyba jakiś tajny szyfr do porozumiewania się.

Pomyślałam w pierwszej chwili, że wniosek jakby nieco z czapki wzięty, ale nie, to zabieg stylistyczny, za który bardzo państwa przepraszam.

My mężczyźni nie jesteśmy gorsi w porozumiewaniu się. Po przyjściu do domu zaaplikowaliśmy sobie naturalne męskie lekarstwo na bladość twarzy i wytrzeszcz oczu. Koniak. Kot wypił dwa kieliszki, ja chyba ze cztery.

Może lepiej zamiast skupiać się na kastracji kota, autor by pomyślał, że alkohol kotu szkodzi, hę?

Kot opowiedział mi, co wyprawiał z taką jedną kotką z sąsiedztwa, ja opowiedziałem kilka historii ze studiów o przygodach ze znajomymi dziewczynami, które mieszkały w akademiku w pokoju obok – słowem – wieczór miło upływał na zmyślaniu historii dobrych dla ego.

Brakowało tylko kibolskich wspominek i przechwałek, ile to się wypiło podczas ostatniej imprezy w akademiku. Oraz notki na blogasku, oh wait.

– Chodź wreszcie do łóżka – powiedziała moja Lepsza Połowa z sypialni, kończąc męski wieczór.

Te kobiety, zawsze nie w porę…!

Nie będzie mi kobieta mówiła, co mam robić! – pomyślałem buńczucznie, idąc chwiejnie do łóżka.

Kot spał po koniaku, jak prawdziwy mężczyzna, ze swoim ulubionym pluszowym reniferkiem przy boku.

Podsumowanie: zasadniczo wiem, że autor zawarł sobie z nami niepisaną umowę, że napisze pewne rzeczy, a my zrozumiemy, że posługuje się ironią. Zdaję sobie też sprawę, że potraktowanie tej notki ze śmiertelną powagą może wykazać mój brak poczucia humoru, a wolałabym, by się to nie wydało i ci nieliczni, którzy tu zaglądają, trwali nadal w złudzeniu. Już wyjaśniam, czemu tak podeszłam: zadaję sobie pytanie, gdzie, po pierwsze, ta ironia autora się kończy (bo nie jest na tyle oczywista, by wyznaczyć jej granice nie znając innych notek), po drugie, jak wielu czytelników pojmie, że jest to ironia, a nie kolejny kominkowy tekst o relacjach damsko-męskich. I o ile teksty o mężczyźnie od stanowczych decyzji budzą lekki uśmieszek politowania, o tyle kawałki o zawstydzonym kocie już pewien niepokój.

Zatem, dla porządku, przypomnę, że antropologizowanie zwierzaka to wyjątkowa ludzka arogancja. Zwierzę ma uczucia, ma instynkty, ale nie ma przypisywanego mu w powyższej notce poczucia wstydu, a swoje genitalia traktuje jak każdą inną część swojego ciała: do spełniania swojej funkcji.

Dlatego też zaprezentowana w notce męska histeria kastracyjna, nawet jeśli ujęta w cudzysłów ironii, jest słaba i nie mogłam się powstrzymać od szyderstwa.

 

 

Edit: autor notki został poinformowany o analizie i nawet usiłował podsunąć jakieś swoje gimnazjalne wypracowanie do kolejnej analizy. Ponieważ nie bardzo ogarniał, jak to się stało, ze ktos zobaczył jego notkę na jedynce i doznał wkurwu na machobucerię, wolał na wszelki wypadek zbanować mnie, Mrw i Lady Gagę (por. Obrażony Pisak bądź Ałtoreczka). Serdeczne gratulacje!

Reklamy

Idealna Manifa

(obrazek zaczerpnięty z http://e-ffectica.pl, dołożyłam napis)

Co roku odbywam flejma dotyczącego feminizmu i co roku kończy się to bólem głowy i chęcią stratowania połowy polskiego internetu. Co roku odbieram między oczy zdrową garść solidnych przesądów, od niegolenia pach po odwołania do III Rzeszy. Czasem sobie myślę: meh, przecież jak się taki gazetonauta uprze, nie przetłumaczę. Ale jak mówi Slotna (buzi!), przecież to forum mogą czytać dzieci!!!111one! Tego dyskutanta pewnie faktycznie nie przeciągnę na swoją stronę, ale jakiegoś bezstronnego obserwatora dyskusji już mogę, bo kto wie, może nas czyta ktoś inteligentny i na podstawie rozsądnych argumentów da się przekonać.

W tym roku święto uczyniła mi współdyskutantka z podforum, które zostało wydzielone z forum Fanów Małgorzaty Musierowicz, a na którym głównie wrzeszczymy na siebie w tematach religijno-politycznych. Bywa śmiesznie. Współdyskutantka charakteryzuje się wysokim oddaleniem od poręczy, stosowaniem zasady „nie wiem, nie przeczytałam, ale i tak się wypowiem” oraz obrażaniem się, gdy jej się dowiedzie, że nie ma racji. Sto z nią pociech, a to wszystko podane w długaśnych, podlanych pseudpsychologicznym bełkotem postach. W tym roku, z dużym oburzeniem, oprotestowała formę łódzkiej Manify pod hasłem „Pierdolę, nie rodzę”. Dała do zrozumienia, że rodzić nikt nikomu nie każe, zaś samo hasło jest po maksie agresywne i kojarzy jej się z ustawkami skinheadów. Dodatkowo, prócz formy, miała zastrzeżenia także do treści: że postawa roszczeniowa.  A to z tych feministek niewdzięcznice, zamiast cieszyć się tym, co mają, chcą więcej. No naprawdę. Oraz, że życie jest nieprzewidywalne i chęć przejęcia kontroli nad jego pewnymi dziedzinami jest niewarta splunięcia.

(Dobra, skądinąd wiem, że ona nie z pokolenia, które oglądało Matrixa na wielkim ekranie, z wywalonym na cały wygar nagłośnieniem, z opadem szczęki i kopcąc peta za petem. Ale dla mnie jednym z ważniejszych dialogów jest: „Do you believe in fate? No, I don’t like the idea I’m not in control of my life”. W dupie mam późniejsze parabuddyjskie zadęcie, jakie się pobudowało wokół tego filmu: w tym momencie pozamiatał  i tyle)

Kawałek, w którym szczególnie odjechał jej peron, leci tak:

Nie będę teraz próbowała tego wyrazić bardziej szczegółowo, ale w zarysie: wszystkie roszczenia kierowane są do państwa, żeby państwo wyręczało je w kierowaniu własnym życiem, i żeby mieć wszystko za darmo. Upraszczając taki jest ideał: chcą uprawiać seks bez konsekwencji, więc państwo ma dać darmową antykoncepcję, a jak antykoncepcja zawiedzie, to państwo ma dać za darmo „pigułkę po”, a jak za późno na pigułkę „po”, to państwo ma dać za darmo wszechdostępną, bezproblemową aborcję, a jak okaże się, że po latach nie mogą mieć dzieci wskutek problemów i odkładania macierzyństwa w czasie, to znów: państwo ma dać bezpłatne in-vitro, a jak szczęśliwie urodzą dzieci, to państwo ma im zapewnić to, żeby nie musiały się tymi dziećmi zajmować, i żeby państwo się zajęło nimi tworząc żłobki i dając wyższe pensje, bo chcą nie być kurami domowymi i chcą mieć wysoki poziom życia, w którym dziecko nic nie zmienia i tak dalej. Jest to uproszczenie i jestem tego świadoma.

So wrong on so many levels, że nie wiadomo, od czego zacząć. Wkleję (z niewielkimi przeróbkami, co jej odpisałam) gwoli zadowolenia łódzkiego fap circle. I tak to zostawię. Może ktoś coś dołoży w komentarzach, będzie to mile widziane (dajcie komcia, dajcie, błaga moja wewnętrzna AŁtoreczka).

Na początek, w celu odświeżenia wiedzy, przypomnę, czym jest agresja. Otóż agresja (łac. aggresio – napaść) to w psychologii określenie zachowania ukierunkowanego na zewnątrz lub do wewnątrz, mającego na celu spowodowanie szkody fizycznej lub psychicznej.
Krzyk czy wulgarne słowo mogą, lecz nie muszą być agresywne. Mogą także być wyrazem gniewu, rozpaczy czy bezsilności. W przypadku manify, co zostało już wielokrotnie podkreślone, hasło i hałaśliwa forma mają na celu zwrócenie uwagi. Dokładnie tak samo, jak zwróceniem uwagi jest jakakolwiek inna manifestacja: marsz milczenia przeciw przemocy, protest ekologów czy Masa Krytyczna. Ten krzyk nie jest agresją, bo nie jest wymierzony na wyrządzenie szkody.

Manifestacja (poza nielicznymi wyjątkami) musi odbyć się za zgodą władz miasta i musi być pokojowa. Tym samym porównanie do bojówek czy ustawek skinheadów jest nie tylko krzywdzące, ale także świadczy (nie po raz pierwszy zresztą) o bezbrzeżnej ignorancji w tym temacie.

Co do kwestii przymusu rodzenia, dla przypomnienia: niezbywalnym, konstytucyjnym prawem człowieka winno być decydowanie o rozrodczości (w ogóle decydowanie o swoim życiu i śmierci). Oczywiście, że nie da się kontrolować wszystkiego; ale z podejściem, że życie jest tylko bezładną plątaniną przypadków równie dobrze można usiąść i zaczekać, aż to minie. Jeśli ktoś chce, bardzo proszę, ale niech ma świadomość, że to dzięki tym, którzy jednak nie siedzą i nie czekają, aż to minie, odbywa się postęp. Nie tylko w kwestii kobiecej; skłonna jestem twierdzić, że we wszystkich dziedzinach.

Zatem: postęp się odbywa, w większości krajów Cywilizacji Śmierci z siedzibą w Brukseli kobiety mogą decydować, czy i kiedy chcą zostać matkami (ojcowie zresztą o swoim rodzicielstwie również). Seks został oddzielony od prokreacji. Nawiasem mówiąc, postulat ciąży jako kary za seks („skoro uprawiałaś seks, to masz, ponieś konsekwencje!”) to wyjątkowo ponury fantazmat. Kobiety nie roszczą sobie jakichś wydumanych fanaberii, tylko czegoś, co im się zwyczajnie należy (tak jak się należy wykształcenie czy możliwość podjęcia pracy zarobkowej). Tutaj nadal im się tego odmawia.

Wyjątkowo wstrętnym uproszczeniem jest ten ciąg myślowy o kobietach, które żądają bezpłatnego in vitro, bo ociągały się z macierzyństwem. Ja w tym widzę znów motyw winy i kary: niepłodność jako kara za to, że nie zaciążyły w wieku nastu lat. Ośmielam się twierdzić, że świadomy wybór terminu macierzyństwa wiąże się z dojrzałością, prawdopodobnie nawet pozwala mieć nadzieję, że dwudziestoparo- czy trzydziestolatka będzie do tej roli lepiej przygotowana niż nastolatka. Ja już nie mówię o tym, że niepłodność jako kara to batshitcrazy, jaki do tych pór słyszałam tylko z ust Nelly Rokity. To także fraza obrażająca wiele kobiet. To dopiero jest szkodliwe, to jest właśnie agresja (utajona, owszem, więc tym bardziej groźna), a nie proste, uliczne słówko, tak raniące wrażliwe uszka naszej uroczej dyskutantki.

Jeszcze jedno: mieszkam w dużym mieście, pracuję w korporacji. Mam ten komfort, że mogę sobie wybrać ginekologa, a gumki anonimowo nabyć przy kasie w markecie. Mam ten komfort, że gdybym zaszła w ciążę, pracodawca mnie nie zwolni, a po porodzie będę mieć zagwarantowany powrót do pracy, dodatkowe dni na opiekę nad dzieckiem, brak konieczności zostawania na nadgodzinach czy, opcjonalnie, dofinansowanie do urlopu. Mam jednak świadomość, że kobiety to nie tylko ja i moja sytuacja, że mieszkają w mniejszych miejscowościach, pracują w mniejszych firmach (albo nie pracują, bo na rozmowie o pracę wygadały się, że są mężatkami i planują dzieci).

Coś pomiędzy recenzją Chłopów a przewodnikiem po Oranie

Ja: Mam pomysł na nową notkę.
Kotbert: O czym będzie notka? O turach i oraniu?
Ja: o oraniu chyba owszem.
Kotbert: Będziesz:
a.  nawoływać do reformy KRUS
b. krytykować przygotowania do tegorocznych matur
c. recenzować „Chłopów”
d. omawiać wady i zalety bron
e. pisać przewodnik po Algierii, tylko Ci się wyraz źle napisał
?
Ja: Coś pomiędzy recenzją Chłopów a przewodnikiem po Oranie.

A konkretnie to:

Dorastając uświadamiamy sobie, że nie tylko rodzice mieli plany wobec nas. Także zyskujemy świadomość, że ich role nie kończą się na byciu rodzicami – gdy stajemy się dorośli, oni stają się odrębnymi od rodzicielstwa bytami, z pakietem swoich zainteresowań, możliwości, kompleksów i traum. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że i my wobec nich mamy jakieś oczekiwania, ale różnie to bywa… Moja matka, w wieku, który wahałabym się nazwać starością, co najwyżej piękną dojrzałością, ładna, nie tyle intelektualistka, co obdarzona olbrzymią intuicją i doświadczeniem życiowym, z jednej strony jest powodem mojej dumy, z drugiej powodem ogromnej psychicznej rany, z którą nie mogę sobie poradzić. Świetnie się ubiera, była sekretarką, po moim wyfrunięciu z domu rozwinęła swoje zainteresowania. Nie wiem już, gdzie poznała tego mężczyznę. Dozowała wiadomości o Nim. Najpierw mówiła, że to kolega ratujący przed samotnością z dala od domu, potem, że przyjaciel. Słysząc to, czułam ogromny ból. Teraz planuje z Nim przyszłość, ‚bo jest to wspaniały człowiek’! Tłumaczyłam jej zagrożenia wynikające z takich związków: różnice światopoglądowe, reakcje różnych ateistów, wchodzenie ludziom na języki (to też mi przeszkadza, niestety). Jak może wiązać się z kimś takim? Z kimś, kto wierzy w księgę pisaną przez kilkaset lat przez niezliczoną ilość omylnych skrybów?  Złościłam się na nią, obrażałam, nie odpowiadałam na e-maile. Obydwie rozżalone na siebie milczałyśmy i obydwu nam było z tym źle. Pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała, że on  jej wytłumaczył, iż ja się tak zachowuję, bo ją bardzo kocham. Ona mnie zrozumiała, ja niby też ją rozumiem, ale ciężko mi wszystko zaakceptować. Córeczko, on nie chce nas dzielić!’. Wiem, że nie chce! Ale inaczej sobie wyobrażałam jej szczęście, nigdy z katolikiem. Czy mam prawo, by nie akceptować rzeczywistości?

Nie chcę podpowiadać interpretacji, ale sądzę, że zgodzimy się, że tekst napisała po pierwsze osoba uprzedzona do katolików, po drugie, przesadnie skoncentrowana na życiu matki, zamiast na swoim własnym. Zgadzamy się, tak? Nikt nie ma wątpliwości?

So check this out.

Miałam w głowie już całe emo na temat „ojej, to wcale nieprawda, że w mainstreamie nie ma rasizmu”. Po czym pomyślałam, że redakcja WO ma jakiś cel w publikacji (inna sprawa, że także nagrodzenia książką i kosmetykami autorki) listu. Zastanawiam się tylko, czy to Wojtek Orliński, odkurzywszy bucerkę Kydryńskiego, zalegitymizowaną wówczas na fali Wizyt Białasa u Dzikich w wydaniu Cejrowskiego przyczynił się do faktu, że ten temat zaczynają podchwytywać media; czy też może zadziałała chłodna kalkulacja: jest kontrowersyjny temat, jest flejm, są trolle, jest jedynka, jest klikalność w reklamki.

Sądząc z komentarzy pod listem, flejmu specjalnie nie będzie. Pytanie jednak, do ilu osób dotrze forma papierowa i ile osób pochyli się ze zrozumieniem nad dylematem autorki listu, bezkrytycznie wierząc, że to, co wydrukowane, niesie z sobą jakąś wartość i jest wspierane przez opiniotwórczą gazetę.

Trudno mi to rozstrzygnąć. Życzę sobie jednak, by pojawiło się jakieś postscriptum do tego listu.

Do życzeń dołączam piosenkę:

O zbiorkomie do znudzenia

Znienacka nadszedł marzec i mój coroczny urlop na przedwiośniu, na który zaplanowałam generalne porządki (dobre, dobre!), dokończenie analizy i doczytanie Dawkinsa (i być może Hitchensa, jeśli uda mi się go pozyskać w jakiejkolwiek polskojęzycznej formie).

Urlop zaczął się wyprawą do Torunia, w którym zaznałam Vaubana z żoną oraz Anutka. Względem Anutka był uknuty niecny plan uwzględniający wręczenie prezentu – wygląda na to, że jej się spodobało. Co do Vaubana i żony, z przyjemnością stwierdzam, że choć nie widzieliśmy się od czterech lat, nadal mamy mnóstwo, a nawet więcej, tematów do omówienia. Internet to jednak potęga w dobieraniu znajomych pod kątem zbliżonych poglądów na świat i całą resztę.

Dni wolne upływają mi leniwie, porządki ograniczyłam do potagowania wpisów na blogasku i wygarnięcia kilkudziesięciu książek z sypialni (na co komu trzydziestoletnie książki o dziewiarstwie, ja się pytam: mama już to wszystko umie, ja się nie nauczę z obrazków, leżą i blokują półkę, na której mogę sobie ułożyć Pratchetta i Brzezińską). Dziś szykuje się spotkanie i bardzo się na nie cieszę, ale najpierw przyhejterzę z lekka.

Mój stosunek do MPK przeszedł pewną przemianę. Od szalejącej nienawiści połączonej z pseudoanarchistycznym „nie będę płacić tym brakorobom” przez „no dobra, będę płacić, bo postawa roszczeniowa niepłacącego klienta jest cokolwiek słaba” po „a może być tak pięknie”. Niemały wpływ na tę ewolucję ma fakt rosnącej sympatii do starych tramwajów, które, no cóż, są po prostu ładne. Generalnie zbiorowa komunikacja szynowa budzi mój aplauz i jestem zdania, że im więcej, tym lepiej (o warszawskim metrze i głosie Ksawerego Jasieńskiego już nawet nie wspomnę, bo wyć się chce). Słowem, zimą byłabym bardzo wdzięcznym pasażerem, gdybym tylko miała możliwość dojeżdżać do mojej pracy tramwajem.

Niestety, zakład pracy mieści się w zachodnio-północnych rubieżach Łodzi, w pobliżu Kochanówki, czasem sarkamy, że to dobre sąsiedztwo zresztą (niełodzianie niech sobie wygooglają). Aktualnie z mojego miejsca zamieszkania bezpośredniego tramwaju nie mam. Autobus owszem, przystanek bardzo blisko domu, równie blisko zakładu pracy, więc zimą nim jeżdżę. Z nadejściem cieplejszej pory pewnie znów przesiądę się na rower.

Trasa, którą jeżdżę to trafnie zaobserwowane kiedyś przez Bimbo circle of life: szpital, szkoły i cmentarze. O mojej stałej porze nie ma tłoku, jeżdżą na niej głównie ci sami ludzie, których twarze rozpoznaję i od pewnego czasu nawet pozwalam sobie na porozumiewawcze skinienie głową. I jakkolwiek w upały wolę autobusy typu rozjęczany jelcz (bo przewiewne oraz derma na siedzeniach nie wchłania potu i innych wydzielin czy wręcz wydalin), to zimą widzę tylko ich jedną zaletę: pojedynczy rząd krzeseł, dzięki któremu nie muszę siedzieć obok kogokolwiek i narażać się, że ktoś mi lurka w telefon plus dodatkowo chucha czosnkiem.

Tu offtop: uwielbiam czosnek w kuchni. W połączeniu z curry jest absolutną ambrozją. Ale, na bora liściastego, ile tego cholerstwa trzeba zeżreć, żeby śmierdzieć nim po całości, nie tylko oddechem, ale i całym ciałem? Ludzie w autobusach zimą generalnie nie pachną: a to przycapią naftaliną z futerka z mysich picek, a to wioną zeszłorocznym potem spod ortalionu, a to chuchną tym, co łyknęli dla rozgrzewki. Mieszanka kulek na mole, potu, przetrawionego alkoholu i wypoconego czosnku – welcome to Bolanda, psiakrew. A palę od blisko dwudziestu lat i naprawdę, naprawdę węch mam mocno przytępiony. Odmawiam rzucenia palenia z uwagi na powyższe.

Zimą rozjęczany jelcz polega na zakuciu biednego pasażera w lodową trumienkę, silnie przewiewną, w przypadkach ekstermalnych z bonusowym opadem atmosferycznym wewnątrz. Człowiek, czyli Szpro jedzie, waha się zdjąć rękawiczki i wyjąć ręce z kieszeni, bo grabieją. I nawet nie przypędzi na białym koniu królewicz z kontrzaklęciem, no znikąd pomocy. Ja naprawdę wiele rozumiem: taboru nie ma i nie będzie, bo nie ma pieniędzy. Ale wieźć pasażera w nieogrzewanym autobusie przy minus piętnastu na zewnątrz to są jednak niezbyt wyrafinowane tortury. W XXI wieku, rozumiecie. W środku Europy!

Kwestię ściągalności opłat za bilety, która wszak przekłada się na skromny empekowski budżecik mogłabym zostawić, ale jednak trochę się przyczepię: między Ustką a Słupskiem kursują autobusy po bodaj 2,50 za kurs, czasem są to nawet double-deckery i mieszczą w sobie ludzi tłum, zaiste większy niż moje 87 podczas kursu 8:09 z Julianowskiej. Pomimo tego przez ów tłum przeciska się miła panienka z podręczną kasą fiskalną i kasuje każdego pasażera za bilet. Pewnie są tacy, którzy przejadą bez uiszczenia opłaty, ale są to wyjątki. Można? Można. U nas póki co idą zmiany, i dobrze, ale efekt poznamy pewnie w perspektywie lat kilku. A autobusy niskopodłogowe sypią się już.

Potępiam to wszystko nie do końca bezinteresownie: wprawdzie pewnie najdalej za miesiąc odpalę Calinę i pomknę przez Berlinek i Teofilów nie zważając na to, czym wozi ludzi MPK, ale wiele wskazuje na to, że cykl pór roku odpracuje, co swoje i w pewnym momencie temperatury znów spadną poniżej dziesięciu stopni, a ja znów wsiądę w autobus. I co wtedy? Ja chcę, żeby było lepiej wtedy.