Przedmiot: kobieta

It’s official: żyję w dziwnym miejscu. I ilekroć powtarzam sobie, nurkując w otchłani, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć, okazuje się, że jednak nadal mam w sobie pokłady dziwienia się światu.

Ale czemu ja się dziwię, skoro to tutaj nadal można przeczytać pełen pozytywnego zaskoczenia wpis o tym, że „istnieją w Polsce piękne, inteligentne feministki z klasą, które nie obrzuca Cię wulgaryzmami, kiedy puścisz je w drzwiach czy wykręcisz żarówkę”. Atoci. W ogóle w XXIw łyknięcie memu z feministką, która tłucze za przepuszczanie w drzwiach powinno być powodem do wstydu. Oraz bardzo mnie śmieszy, że autor swoją tezę o pięknych i inteligentnych feministkach bogato ilustruje zdjęciami z organizacji Femen. Przyznaję, że te ilustracje potwierdzają tezę o feministkach ładnych i rozweselających krocze, z tym, że taka feministka to naprawdę żadne curiosum. Bardzo także pochwalam cycki i nagość, ale nie pojmuję, jak ich widok ma przekonywać do intelektu i stanowić teh ultimate response na słuszność feministycznych postulatów. Przedmiotowe traktowanie tej części ciała jest domeną raczej tych odklejonych od praw kobiet, o czym za chwilę.

Poza tym zawsze mnie trochę rozczula, jak facet z pretensjami do bycia intelektualistą nie potrafi przyznać sam przed sobą, że zwyczajnie kręcą go cycki, osobliwie ładne i musi do tego dopisać całą racjonalizację. Może powinnam dopisać racjonalizację do włochatych klat?

Uderzenie w przedmiotowo potraktowane cycki (i cipki) nadeszło z niespodziewanej strony, bo ze strony kobiety, która zdobyczom feminizmu zawdzięcza na przykład to, że jest minister zdrowia. Sporo (i słusznie) na ten temat napisała Tram, trochę dał ognia ^btd, o merytoryczność otarł się ^mdh. Nie znoszę argumentować: dude, masz penisa, jesteś genderowo facetem, więc co ty, kurwa, wiesz o upokarzaniu kobiet, bo doświadczenie mnie przekonuje, że są i tacy, którzy wiedzą. Niemniej i ^btd, i^mdh missnęli pointa o lata świetne. A mnie śmierdzi przymus. Zwłaszcza w odniesieniu do badań intymnych i nieprzyjemnych. Zwłaszcza w odniesieniu do sfery rozrodczości, jakby mało było przykładów na to, że kobiecą rolą w Polsce jest dawać się zapładniać (z opcjonalnym gwałtem) i rodzić. Zwłaszcza że na mitycznym Zachodzie w ramach profilaktyki walki z rakiem przymusu badań nie ma, zaś dodatkowe ubezpieczenia, wymuszające tego typu badania, wykupuje mniej więcej ta sama grupa, która u nas (w ramach chociażby zbiorowych korpoubezpieczeń) i tak się regularnie bada. Jestem także przekonana, że zachętą do regularnych badań byłoby raczej zdjęcie otoczki OMG BYŁA U GINA WIĘC PEWNIE PO TABSY ALBO JEST W CIĄŻY i wprowadzenie w zamian podejścia, że jest to element ogólnego przeglądu, jakiemu dbająca o zdrowie człowiek powinna się raz na jakiś czas poddawać. Przy czym w badaniu piersi sugerowałabym raczej dobranie metody do wieku pacjentki, bo mammograficzna urawniłowka jest wyjątkowym kretyństwem. Innymi słowy edukacja i np. WdŻ prowadzone przez kompetentnych biologów, a nie katechetki.

Do kompletu maksymalnie cuchnie mi narracja „wiemy lepiej, co dla was dobre, boście za głupie, baby, by same o siebie zadbać”. No, niestety, ale jest w tym seksizm. Zawsze czuję się zdradzona, gdy to przejawia się u kobiety.

O pigułkach w przychodni Bonifratrów już wspominałam przy okazji przeprosin za Ich Troje i Comę, ale obiecałam sobie (i jednej z czytelniczek), że popastwię się nad nimi w nieco większym stopniu. Bo to się nieźle wpisuje w obraz roli polskiej kobiety, która nie powinna mieć fanaberii pod postacią uprawiania seksu z zabezpieczeniem. Bicie w katolicki pogląd na kobietę to trochę kopanie szczeniaczka, on jest samowystarczalny i znakomicie kompromituje się sam: ma być heteroseksualna, zamężna oraz przyjmować ciążę jako błogosławieństwo. Co jest fajne w przypadku heteroseksualnej kobiety, która świadomie sobie wybrała bycie żoną i matką. Może nie miałabym zastrzeżeń, gdyby nie to, że jednak na przykładzie przychodni Bonifratrów widać, jak bardzo jest to model obowiązujący i jak bardzo wyklucza inne. Plus czerpanie pełną garścią z zasobów NFZ w przypadku placówki, która w leczeniu pacjentów nie kieruje się nauką, lecz irracjonalną wiarą – how batshitcrazy is that?

Na skutki takiego podejścia do roli kobiety nie trzeba czekać długo: jakiś czas temu przez fejsa przeleciało ogłoszenie ze słupskiej gazety. Artykuł zdenerwował mnie na wielu poziomach, bo same przyczyny decyzji o zamieszczeniu ogłoszenia o oddaniu dziecka są nieopisanie smutne. Ale chyba jeszcze bardziej zirytowało mnie to:

…wiele samotnych matek, które znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, nie radzi sobie z biurokratycznymi formalnościami, niezbędnymi przy staraniu się o pomoc socjalną. – Ale możemy ją przyjąć i dopiero potem pomóc w załatwianiu papierków – deklaruje zakonnica. – Nie musi oddawać dziecka!

Nie radzą sobie, bo skąd niby mają wiedzieć, jak się o nią starać? Mówią o tym w państwowej telewizji, wplatają takie wątki w Klan, piszą w gazetach? Jeśli, to rzadko – w mejnstrimie nie ma biedy na poziomie „nie stać mnie na pieluchy”.

Nie ma też matek myślących o oddaniu dziecka do adopcji. I to jest drugi, dużo większy kawałek mojego hejtu: „nie musi oddawać”, bo co – jak odda, to już jest wyrodna matka i w ogóle zasługuje na potępienie? No ludzie, kobiety mają prawo z różnych przyczyn nie poradzić sobie z macierzyństwem i móc zrzec się praw rodzicielskich; wbijanie ich w poczucie winy z tego powodu jest obrzydliwe i szkodliwe. Hint: nasze łódzkie dzieci w beczkach zlądowały tam dlatego, że jakaś matka z jakichś przyczyn nie wzięła pod uwagę możliwości zrzeczenia się praw rodzicielskich. Jak myślicie, na ile na to wpłynęło ogólne potępienie dla wyrodnych matek? Na ile na sam fakt urodzenia dzieci wpłynęła mała dostępność antykoncepcji u najuboższych? Na ile na sam fakt niesięgnięcia po antykoncepcję wpłynęło podejście do wizyt u ginekologa jako takich, którym towarzyszyć może tylko ciąża lub chęć jej zapobiegnięcia?

Sami jesteście dewianci

W maju w Łodzi dzieje się tyle, że jak nigdy odpuściłam sobie weekend z nader rzadko występującą Slotną i Radkowieckim i postanowiłam pozostać w swoim rodzinnym mieście, by przynajmniej po części wziąć udział. Wśród wydarzeń szczególnie mnie interesujących był Maraton Równości, a zwłaszcza Marsz Równości. Na parę dni przed marszem już było wiadomo, że w pobliskim parku organizuje się kontrmanifestacja o szumnej nazwie PIKIETA W OBRONIE TRADYCYJNYCH WARTOŚCI RODZINY. Co to jest, że jak coś ma w nazwie tradycyjne i wartościowe, od razu wiadomo, że przyciągnie tych, których tradycją i wartością jest nienawiść do jakichkolwiek innych?

[w ogóle, JA PIERDZIU JAKI ODJECHANY PERON:

homoseksualizm, czyli klasyczny przykład skrzywienia umysłowego o podłożu seksualnym, wywołanego błędami w wychowaniu podczas dorastania, brakiem równowagi między wzorcem męskim a damskim, lub konsekwencją molestowania seksualnego i umysłowego

  • skąd wy, rodzinni wartościowcy bierzecie te definicje? wysysacie z brudnego palucha? ja rozumiem, że niektórym marzy się, by w szkołach uczono tylko tego, co uczniów interesuje, ale póki co chyba macie biologię? i skoro jesteśmy wedle was tacy strasznie chorzy, jak bardzo altmedową jest praktyka leczenia nas za pomocą obrzucania artykułami spożywczymi?]

Gdy przypedałowałam na Stary Rynek na parę minut przed 14:00, moim oczom ukazał się następujący widok: w samym rynku coś około setki osób (potem mi powiedziano, że blisko dwie – nie umiem oszacować liczebności ludzi na oko, niestety), poubieranych, wbrew doniesieniom łódzkiej prasy papierowej, przeróżnie, rzekłabym, że nie inaczej niż na codzienną ulicę. Kolor czynili głównie bębniarze (absolutnie cudowna ekipa, nie mogłam oderwać od nich wzroku) plus baloniki, które pod koniec marszu frunęły pod niebo. Było trochę cyklistów. Generalnie, gdyby nie transparenty, poważnie obawiałabym się pomylenia manifestacji.

Chociaż – nie. Po TAMTEJ STRONIE, w parku Staromiejskim, odgrodzeni kordonem policji (yay, mundury i pałki na wierzchu) zbierali się obrońcy wartości i tradycji. Różnili się od nas, prócz napisów na transparentach, tym, że mieli pozasłaniane szalikami wdzięczne twarzyczki. Oraz przynieśli prowiant. Pokrzykiwali dość raźno i muszę przyznać, że było ich, cholera, więcej. Co jest w dzidę smutne.

Linkowany przeze mnie artykuł marszrutę opisuje mocno chaotycznie, więc w dużym skrócie: wyszedłszy z rynku poszliśmy ulicą, wcinającą się w park Staromiejski, w stronę Piotrkowskiej. My ulicą i chodnikiem po prawej stronie, z lewa kordon stu policjantów, za nimi młodziutcy i pełni werwy obrońcy, którzy zaczęli zużywać prowiant, tj. ciskać w nas jajkami. Śmiechom i żartom na temat troski o nasze apetyty nie było końca. Obrońcy wznosili również okrzyki, których treść mi umknęła, jako że bębniarze dawali czadu i mieli moc.

[edit: na tym zdjęciu dobrze widać, jak szczelnie – i całe szczęście! – byliśmy odgrodzeni]

Było także rzeczą dość oczywistą, że podczas, gdy my będziemy szli Pietryną, chłopcy narodowcy (nie, to nie seksizm, ja naprawdę w ich tłumku nie widziałam ani jednej kobiety; waham się wysnuwać z tego wnioski) będą przemykać ulicami równoległymi i czynić spontaniczne wypady z przelotowych bram. Ludzie na samej Piotrkowskiej reagowali przeróżnie, a było ich dużo, bo trwało Święto Łodzi – od okrzyków, że gówniarzom się poprzewracało, przez (co najczęstsze) wyciąganie aparatów i komórek celem uwiecznienia marszu po brawa. I faktycznie, osłonięte szalikami mordeczki co i rusz wychynały z kolejnych bram, a w pewnym miejscu istotnie nas zastopowali, blokując przecznicę i dokładając do jajek – ziemniaki. No, przynajmniej jeden poleciał w naszą stronę, co zostało powitane radością, że jest oto i obiad.

Blokada wzbudziła pewną konsternację. Obrońcy wartości zaczęli skakać, nolens volens w rytm naszych bębnów, krzycząc, że kto nie skacze, jest pedałem. Gdy już odeśmialiśmy sobie dupska, odskandowaliśmy „skaczcie do góry jak kangury”. Po parunastu minutach narodowcom skończyły się zarówno pomysły co do groźnych okrzyków, jak i zapał, z którym podjęli decyzję o blokadzie. Nie bez wpływu na to była stanowcza postawa policji, która sprawnie oddzielała nas od nich i twardo nie dopuszczała do jakiejkolwiek konfrontacji. I sobie poszli. „Marsz równości idzie dalej” – wyskandowaliśmy i ruszyliśmy, by w sumie po dwóch przecznicach zawrócić, gdyż na wysokości Andrzeja/ Tuwima Piotrkowska była już odgrodzona od ruchu ze względu na jarmark.

Nie oszukujmy się, ja wiem, że gdyby nie obecność policji, najprawdopodobniej nie darłabym łacha z dramy obrońców rodzinnych wartości, bo sam fakt, że coś, co nosiło nazwę pikieta, miało w swoje działania wpisane ciskanie przedmiotów w tłum, pozwala sądzić, że manifestacja nie miała być pokojowa. Z tego, co mi wiadomo, środowiska wycierające sobie gębę wartościami rodzinnymi generalnie mają zamiar w ten sposób zakłócać kolejne marsze i parady manifestujące poparcie dla praw LGBTQ, a same „pikiety” organizują pod na tyle neutralnymi hasłami, że trudno ich przyłapać na hate speech i nawoływaniu do agresji. To już się dzieje w czasie pikiet – i cóż, mam nadzieję, że wszędzie ochrona policji będzie równie sprawna, bo może być różnie.

O tym, jak bardzo nie pojmuję, dlaczego parady i marsze budzą taki gniew u rzeczonych obrońców, chyba wspominać już nie muszę. Chyba trochę słabe te wartości, skoro grupa ludzi z bannerem jest w stanie im zagrozić i trzeba stawać w obronie, nie?

Łódź przeprasza za Ich Troje, Comę i przychodnie Bonifratrów

Co do Ich Trojga, to tłumaczyć nie trzeba. Były czasy, kiedy Michał Wiśniewski przychodził na karaoke do Wall Street, zaś sam zespół grzał miejsca w poczekalni Listy Przebojów Radia Łódź. Potem sukces, z Wall Street zniknęły najfajniejsze kawałki do lansu przed mikrofonem, a potem zaczęło boleć.

Nie będę mieć litości, zrobiłam sobie krzywdę posłuchawszy tego przed chwilą, więc i Was nie oszczędzę.

Chciałabym popełnić przynajmniej jedną notkę bez wyrazów uważanych powszechnie za pięcioliterowe (każdy czasem ma dzień, że hejterzy jak lord), ale ojejku, jejku, jakie to jest bardzo złe.

Odnośnie Comy, to być może jest tak, że jak ludzie #po40 nie kumają CKOD (ohai, Vauban), tak ludzie #po30 nie kumają Comy. No nie ogarniam, jak można słuchać bez poczucia obciachu płyty Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków. Albo z powagą przyjmuje tekst „Patrz ta jesień jak miłość purpurą rozkrwawia nam wzrok/ Mam poezję i wino, będziemy się kochać co noc”. Dobra, wiem, że muzycznie jest akceptowalnie, Rogucki ma mocny głos i jest to wszystko bardzo dobre, dzielne i miłe, z tym, że wcale nie. Nie znoszę grafomanii w tekstach, srsly, jak nie umiesz, człowieku, napisać dobrego tekstu, to posap zmysłowo do mikrofonu, zapodaj wokalizę albo rób covery, a za pisanie się nie bierz, bo to potem dzieci czytają i myślą, że tak można. Ja wiem, że ja tak często o tych dzieciach, na które zazwyczaj nie daję faka, ale lubię tę frazę, odwołującą się, nieprawda, do odpowiedzialności za to, co się tworzy i co potem inni mogą próbować naśladować. Więc, domorośli tekściarze, nie naśladujcie Comy. Lepiej piszcie o cyckach i dupie, to już jest zaiste dobre, dzielne i miłe.

Poza tym mam odwieczne skojarzenie smętnych czarnych firan, które przychodziły na Hard Zone’y do starej Dekompresji i jak leciała Coma siadywały w kółku, kiwając się nabożnie i osłaniając głowy rękami, gdyż smutek był ich radością. Dla mnie, Aarda, b00g13go czy mojej żony Keltoi radością była raczej radość i robienie pajacyków pod „Butelki z benzyną i kamienie” CKOD.

Za CKOD nie przeproszę, jako porządna, łódzka biedahipsterka kojarzę ich z czasów pierwszych koncertów Forum Fabricum. Na blipie właśnie trwa piękny flejm o CKOD. Czy ich poza na hejterzących, a wszak zaprzedanych komersze postpanczurów była od początku świadoma? Z mojego punktu widzenia – była, to był generalnie okres, gdy łódzkie kapele bawiły się w klimaty okołopunkowe z pełną świadomością, jak dalece daremna jest to poza; zabawa, trolling i nic więcej. Poza tym wieje mi od nich blokowiskami Łodzi do tej pory i mam sentyment. Łódź ma taki rozkrok między umiłowaniem anarchii a tęsknotą za porządkiem i dobrobytem.

Muzyczność tej notki zepsuje niestety ostatnia rzecz, za jaką przepraszam w imieniu Łodzi: Ginekolodzy pracujący w przychodni i szpitalu zakonu Bonifratrów im. Jana Bożego w Łodzi odmawiają przepisywania pigułek antykoncepcyjnych. No i bardzo ślicznie, że placówka kieruje się irracjonalnymi względami wobec pacjentów, tylko niech może jednak sobie odpuści umowę z państwową instytucją, jaką jest NFZ, bo trochę mi szkoda mojej składki na takie hucpy.

OTRZYMALIŚMY INSTRUKCJE

Brukselska centrala cywilizacji śmierci (z siedzibą w Brukseli) rzucila mnie dzisiaj na odcinek jedynki wyborczej.pl. Powiedziano mi: w taki dzień jak dziś na pewno znajdziesz coś, co być może będzie zasadzonym ziarnem w trybikach naszej machiny nienawiści. Zrazu pomyślałam „A cóż to za dzień?”. No, pierwszy maja, tatko dwadzieścia parę lat temu wracał podchmielony z pochodów, siedem lat temu równiuśko o północy śpiewałam na całe gardło Międzynarodówkę z okazji wstąpienia do Unii, ładna data, ale cóż nam ona wbrew. A otóż wbrew, gdyż zbeatyfikowano, i in immortal words of Inżynier Mruwnica, po wejściu na jedynkę wyborczej „Ale to nie taki zwykły spodziewany beatyfikacyjny kutas w twarz, tylko potężny pytong jakiego potrafi skonstuować tylko GW-papizm.”

Innymi słowy, GW skonstruowała wedle najlepszej polskiej szkoły reportażu Polskiej Szkoły Reportażu (tj. wysyłamy stażystów w teren i niech nagrywają, kogo złapią) monumentalne dzieło pt. „Sekrety pokolenia JP2„. W którym to dziele, na dziewięciu stronach tl;dr kolejni bohaterowie z ulicznej łapanki sprzedają testimoniala jako pokolejenie dżejpitu. So now I give you something to cry about.

Jeśli Wam będzie mało – a będzie! Będziecie na kolanach błagać o więcej! – to częstujcie się jeszcze dekoktami z wyabortowanych płodów u ^astragalizo i ^asmoetha.

Na pierwszy ogień niech pójdzie pani Marzena, 25 lat, od prawie trzech lat żona, od półtora roku mama, mąż katecheta, niegdyś klerykktóra „nie czuje się godna, żeby reprezentować pokolenie JP2, żeby dawać świadectwo. Ale spróbuje.”  W pani Marzenie zauroczyły mnie omal pierwsze zdania:

Mam przyjaciółki z kościoła, znamy się po dziesięć lat. One żegnają się przed każdą podróżą samochodem. Kiedy przyszłam do pracy do restauracji, byłam zdumiona, że połowa dziewczyn tutaj to samotne matki albo rozwódki. Do tej pory słyszałam tylko, że takie rzeczy się gdzieś tam dzieją, a tu, w takim małym zakładzie pracy… szok.

Dodam, że pani Marzena jest blisko 10 lat ode mnie młodsza. Nie wiem, w jakich warunkach była wychowywana, ale moim zdaniem powinno to być karalne pod zarzutem wprawiania dziecko w deprywację sensoryczną. Albowiem z trudem przyjmuję do wiadomości fakt, że kobieta, która powinna w normalnych warunkach mieć dostęp do telewizji i od nastoletnich czasów do internetu, nie potrafi sobie wyobrazić, że rozwódki i samotne matki są absolutnie wszędzie.

Czasem z powodu mojego katolicyzmu spotykają mnie przykrości. Nieraz się siedzi na piwku – bo ja nie jestem wcale taka święta – i toczą się głupie rozmowy. Wiadomo, dziś jest coraz więcej ludzi, co jadą na księży. Sama znam wielu, co robią naprawdę głupie rzeczy. Nieraz już brak mi słów, żeby ich bronić. Moja odpowiedź na najazdy na księży jest taka: im jest więcej dane i bardziej wszystko rozumieją, więc na Sądzie Ostatecznym będą inaczej sądzeni. Ale te dyskusje bolą. Tak samo jak pytania, po co ja chodzę do kościoła, po co mi to wszystko. Albo – dlaczego nie jem słodyczy w Wielkim Poście? (Teraz nie dałam rady, mąż w niedzielę przyniósł mi paczkę batonów, ale przecież jesteśmy tylko ludźmi).

Nie wiem, co ma świętość do picia, jak to ujmuje pani Marzena, piwka. O powiązaniach wiary z terapią uzależnień być może strzelę odrębną notkę, bo wielu ludziom się to plącze, ale generalnie korelacja picia alkoholu z wiarą jest lekko creepy, zważywszy dwupostaciowość komunii w niektórych odłamach chrześcijaństwa.

Co do głupich (a przede wszystkim złych) rzeczy czynionych przez księży, pani Marzena pozwoli, że zadedykuję piosenkę:

Osobiście mam nadzieję, że znajdzie się sąd nie Ostateczny, a świecki, który ich z tego wreszcie przykładnie, rzetelnie rozliczy.

Nie rozumiem także, dlaczego panią Marzenę bolą pytania o niejedzenie słodyczy w Wielkim Poście. Czyżby przeczuwała, że troska o dietę z innych przyczyn niż zdrowie jest mało racjonalna i dlatego poszukiwanie odpowiedzi jest tak bolesne?

Niewierzący mi nie przeszkadzają. W grę wchodzi nawet przyjaźń z takim człowiekiem. Czasem się modlę za nich. Żeby z powrotem weszli na dobrą drogę, nawrócili się.

Nawet! Ludzka pani! Kochana pani Marzeno: ateiści (bądź, jak pani woli, niewierzący) nie są na złej drodze. Jak już pani przełamie ból, jaki sprawiają pani pytania o nieracjonalność w religijnych dogmatach, niech sobie pani poszuka odpowiedzi – w sobie, nie z nieobecnej góry – czy moralność jest bardziej moralna ze strachu przed piekłem i potępieniem czy też z przyjęcia zasady, że krzywdzenie innych istot obsysa.

Z innych ciekawostek dostarczanych przez naszą pierwszą uroczą rozmówczynię – dziwi się na przykład, że papież miał się z czego spowiadać. Mnie generalnie dziwi instytucja spowiedzi jako taka, nawet w czasach funkcjonowania po drugiej stronie nie bardzo ogarniałam, czemu mam opowiadać obcemu gościowi, co nabroiłam (kościelna trauma: kiedyś jeden z tych obcych gości nakrzyczał na mnie, że kłamię, bo przyłapał mnie na rozbieżności między tym, co mówiłam ja, a co mówił on, na jakimś kazaniu, a on przecież nie kłamie; wyrzucił z konfesjonału i nie rozgrzeszył. Wycisnęłam cmokasa w stułę, pomodliłam się za gościa i bez ochyby powiem, że to była moja ostatnia spowiedź). Zasadniczo jednak KRK ma na tyle opresyjne podejście do codzienności, że jestem skłonna uwierzyć, że nawet starszy człowiek w specyficznych warunkach papieżowania miałby okazję do zgrzeszenia myślą, mową, uczynkiem, bądź, co najbardziej prawdopodobne, zaniedbaniem. F_a_t_e   podpowiada, że grzeszył również złośliwością i poczuciem humoru, czego dowodzą zbiorki anegdot. Jestem skłonna się zgodzić, że tego typu humor jest zły.

Pani Marzena twierdzi także, że pokolenie JP2 wciąż istnieje. Hm, wciąż? O mnie ta fraza obija się, like, od sześciu lat, dziwnie zazębiona z pewnym kwietniowym wieczorem, dyżur na słuchawkach, klienci nie przestali dzwonić. I owszem, sporo dzieciaków łyknęło papieża jak kremówkę, o czym szerzej pisał Gothmucha, więc ja już nie muszę, bo, dla odmiany i kontrastu, się z nim zgadzam.

Stosunek do antykoncepcji mam negatywny. Z mężem mamy odmienne poglądy na ten trudny temat. Ja nie zabezpieczałam się nigdy. Sumienie nie dałoby mi spokoju. A on się ze mnie śmieje! Jak poszłam na pierwszą wizytę do mojego ginekologa po porodzie, po badaniu zapytał, jakich środków będziemy używać. Powiedziałam, że poradzę sobie sama. Był zdumiony i zapytał, czy pracuję. Powiedział, że obserwować swoje ciało przez cały dzień to można w rodzinie Carringtonów, a nie jak się co dzień chodzi do pracy.

Ja tam się nie znam, ale primo, co wy z tą antykoncepcją, że to zło? Totalnie tu jest Polska i nie ogarniam. Secundo, w sumie sprawa pani Marzenki i jej męża, ale gdyby mnie się trafił partner z innym poglądem na antykoncepcję, to raczej by nic z tego nie wyszło. A tu proszę, wychodzi, a mąż, były kleryk zresztą, zamiast, no nie wiem, wytłumaczyć, linki jakieś pokazać ze wskaźnikiem Pearla albo co, się tylko śmieje. To chyba to słynne katolickie poczucie humoru, co nie?

Czy papież jest odpowiedzialny za zakażenia wirusem HIV w Afryce, bo nie dopuszcza używania prezerwatyw? Pierwszy raz słyszę taki głos. Myślę, że mogliby się tam w Afryce w jakiś sposób powstrzymać od seksu. Tym bardziej że wiedzą, czym grozi.

Najmniejsze zdziwienie świata, skoro mówimy o osobie zszokowanej obecnością rozwódek i samotnych matek. I jaka piękna, ach, jaka piękna jazda bez poręczy: w sumie to Afryka dzika (wmejnstrimieniemarasizmu) sama sobie winna epidemii AIDS, bo się seksi. Seks bowiem jest zły, zły i groźny. Oraz wziąwszy pod uwagę, że pani Marzenka nie strzymała w czystości do ślubu, kuriozalne jest, że od calutkiej Afryki jednak oczekuje, że strzymie.

Rany, ludzie, jak mi was czasem żal.

Dokąd zmierza świat? Do końca. To już się dzieje, myślę, że skończy się jeszcze za mojego życia. Koniec świata to nie będzie takie wielkie „bum!”. Będzie, jak mówi Apokalipsa: pożary, trzęsienia ziemi, zaćmienia słońca. Proroctwo się już spełnia, znaki są widoczne, wystarczy popatrzeć na Japonię czy wulkan na Islandii. Tak jest napisane.

Wszystko się zazębia i zgrzyta normalnie, laboga. OK, obiecuję ciszej kichać, zapewniam, że część znaków na niebie i ziemi będzie wówczas mniej znacząca.

Od pani Marzeny płynnie przechodzimy do pani Justyny, 27 lat, kieruje stroną internetową eKAI w Katolickiej Agencji Informacyjnej. Do Warszawy przyjechała spod Przemyśla. Dwa lata temu wyszła za Kubę (34 lata), mają rocznego synka Jasia.

Pani Justynie podobało się w papieżu na przykład to, że bronił swojego stanowiska w kwestii antykoncepcji czy aborcji, choćby gromy się sypały. Ciekawa jestem, czy pani Justyna bierze pod uwagę konsekwencje zakazu używania prezerwatyw czy aborcji, skoro jej się tak to podoba.

Myślę, że nie, bo generalnie, jako kobieta, nie zaznaje łaski samodzielnego myślenia. Zacytujmy jej słowa:

Uważam, że głos decydujący należy do mężczyzny. Poważnie. Jeżeli jest ważna decyzja do podjęcia, np. czy rodzina powinna gdzieś wyjechać albo podjęcia pracy przez którąś stronę, i są dwie opcje, to powinnam posłuchać męża. Bo on jest bardziej odpowiedzialny niż ja. Nawet według tego, co jest w Piśmie Świętym, on jest głową. I uważam, że ma łaskę podjęcia dobrej decyzji.

I wszystko jasne. Nieważna umiejętność racjonalnego oglądu sytuacji, nieważne kompetencje poznawcze, ważny jest penis, który jest głową rodziny oraz ma łaskę. Nie, nie sparaseruję tego na laskę, chociaż bardzo mnie kusi.

Ale karny kutasik w pysk dam, bo mogę. Pani Justyno. Dzięki temu, że kobiety przestały słuchać mężczyzn, mogła się pani wyrwać spod Przemyśla i stać się pracującą żoną. Niech pani ma choć odrobinę przyzwoitości i przestanie smęcić, że kobieta jest głupsza i ma słuchać faceta, bo jest to koszmarnie niewdzięczne i szkodliwe. Przecież mogą przeczytać to dzieci i pomyśleć, że pani tak serio.

Pojęcie czystości jako takiej jest dla mnie trudne do pojęcia. Nie dlatego, że nie pojmuję wstrzemięźliwości seksualnej, chociaż też jest dla mnie  nieco dziwaczna, bo po jaką cholerę powstrzymywać naturalną potrzebę. Ale dlatego, że znów za nią czai się pojęcie erotyzmu jako czegoś złego i brudnego.

Byliśmy z Kubą ze sobą przed ślubem trzy lata. Po półtora roku się zaręczyliśmy. Do ślubu mieszkaliśmy oddzielnie i nie współżyliśmy ze sobą. (…) A teraz naprawdę nie żałujemy. Czuję się poszanowana przez Kubę – że czekał na mnie, chciał być ze mną. Mieliśmy prawdziwą noc poślubną.

Zasadniczo bardzo gratuluję i hooray for boobies. Tylko co ma brak seksu z szacunkiem do drugiej istoty wspólnego, nadal nie wiem – może to i lepiej.

Na trzecie danie skonsumujemy pana Andrzeja, 26 lat, wykształcenie średnie, fryzjer, gej (jakże kanonicznie).  Pana Andrzeja nie mam serca dręczyć jakoś zanadto, bo jak pisałam w poprzedniej notce, sam fakt, że gej pozostaje we wspólnocie KRK czyni mi mocne WTF. Poza tym jego świadectwo budzi we mnie sympatię. Dlatego czepnę się tylko zdania, które wynika z tego, że jednak pewne chrześcijańskie memy pan Andrzej zinternalizował sobie za bardzo:

Chciałbym z nim odprowadzać wspólnie podatki. Ale nigdy się nie zgodzę na adopcję dzieci. Bo dziecko nie powinno widzieć tego, co jest nienaturalne.

Panie Andrzeju, postąpił pan w dobrym kierunku: wie pan już, że miłość homoseksualna się niczym poza pierdółkami technicznymi nie różni od heteryckiej. To jeszcze parę kroczków: nie jest nienaturalna. Z rękawa mogę panu wysypać przykłady ze świata zwierząt z homokomunami. Tak jak tu siedzę, mogę panu przypomnieć, że rodzina typu kobieta, mężczyzna plus dziecko to dość świeży wynalazek. Dziecku może zaszkodzić wiele rzeczy na psyche, w tym kładzenie mu do łba, że homoseksualizm jest zły, ale na pewno nie wychowywanie w kochającej rodzinie składającej się z dwóch panów lub z dwóch pań (sama znam dziewczynkę wychowywaną przez dwie lesbijki i życzę sobie, żeby każda dziewczynka w jej wieku była tak straumatyzowana).

W tym roku było tak, że wszedł ksiądz do naszego nowego mieszkania i pyta: a panowie tutaj wynajmują, studiują? Nie, mieszkamy razem. Ale to brat? Nie, to mój partner. Ksiądz nie wiedział, jak się zachować, a ja go poprosiłem, żeby nam poświęcił to nowe mieszkanie, żeby tu było normalnie. To zaczął sobie od niechcenia kropić, ale co najważniejsze – kopertę wziął. Było 200 zł, będzie miał na benzynę. Ksiądz był obojętny, taki zimny.

W sumie pana Andrzeja sprawa, ale trochę smutne, że przy świadomości, jaki KRK ma stosunek do aktywnej miłości homoseksualnej jeszcze ich wspiera finansowo.

Na czwarty ogień niech pójdzie pan Waldek, co ma 31 lat, mieszka z rodzicami i młodszą siostrą, skończył Policealne Studium Informacji, Archiwistyki, Księgarstwa w Warszawie. Siedzę na rękach, żeby się nie przyczepić do faceta po trzydziestce, co nadal mieszka z rodzicami, ale w sumie każdemu jego porno.

Speakin’ of which, niech przemówi sam pan Waldek:

Po szkole archiwistyki miałem praktyki w IPN-ie, ale to było dość żmudne. Dorywczo statystuję, na przykład w „Wojnie żeńsko-męskiej” miałem mieć przerażoną minę i dopominać się spotkania z lekarką. Praca na etat jest lepsza, bo daje zdolność kredytową.

Rzeczony film jest określany mianem bezpruderyjnego, ale zakładam, że nie jest odważniejszy niż losowo wybrane sceny z True Blood czy L Word. Tym samym jestem szczerze zafascynowana, co sprawiło, że pan Waldek wołał lekarza. Oraz co sprawia, że nie znajduje tej pracy na etat. Trzydziestolatek w Warszawie, po studiach, że przypomnę.

Pan Waldek nie szczędzi nam intymnych wyznań.

Zdarzyło mi się kiedyś świętokradztwo. Otóż w zeszłym roku byłem osobą towarzyszącą na weselu i przystąpiłem do komunii bez spowiedzi. Bo wie pani, bo rodzice, bo wypada, bo rodzina. Miałem olbrzymie wyrzuty sumienia, muszę tu powiedzieć. To akurat dla mnie było coś nieprawdopodobnego. Czułem się fatalnie. Poszedłem wyspowiadać się. Starałem się potem bardziej zaangażować w modlitwę, podwójnie nawet uczestniczyć. Ale nie licząc tej spowiedzi, to generalnie od trzech lat do spowiedzi nie chodzę. Jestem w tym gronie osób, które chodzą do kościoła, ale nie do spowiedzi. Powinno się chyba chodzić do spowiedzi raz w miesiącu, ale ja to traktuję jako indywidualną sprawę.

Bardzo lubimy panów Waldków, którzy traktują religię na zasadzie bezmyślnego powtarzania rytuału ze względu na to, co ludzie powiedzo. Oraz pomimo credo w apostolski kościół lepiej wiedzą, kiedy i jak często się spowiadać.

Pan Waldek miał również bliskie kontakty trzeciego stopnia z lewicą i nie mam na myśli tego, czego wy, leworęczni masturbanci.

Mam kontakty z grupami antykapitalistycznymi – Pracownicza Demokracja. Oni studiują tam dzieła Lenina, ale nie wszystko mi się podobało. Namówił mnie kolega, z którym byłem na wyprawie w górach w Rosji, i zacząłem przychodzić na ich spotkania. Uczestniczyłem z nimi w demonstracji przeciwko wojnie w Iraku. Lewicowe organizacje są przeciwko wojnie, ale oglądałem film z papieżem i on powiedział: „Nigdy więcej wojny”.

Zobaczyłem, że niby szukam czegoś po organizacjach lewicowych, a przecież papież był bardzo antywojenny, był symbolem pokoju. W tej grupie lewicowej nie podobał mi się też ich stosunek do aborcji.

Dobra. Jak ktoś odnajdzie logikę w tym zdaniu, to bardzo proszę się nią zaopiekować, nakarmić, zaszczepić i przyprowadzić do mnie. Na moje oko bowiem została ona wywalona na zbity pysk i czuję się tym osobiście dotknięta.

Pan Waldek jest także doświadczony.

Obecnie mam przesyt – bardzo dużo dziewczyn się mną interesuje. Ostatnie sylwestry spędzałem z dziewczynami – każda inna. Rok temu akurat z dziewczyną bardzo młodą, 19 lat, i można powiedzieć taką trochę nieporządną. No bo przepraszam bardzo, ale jak jedziemy taksówką, wracamy z klubu i ona z taksówkarzem przechodzi właściwie na ty i się umawia na następny dzień na kawę? Taki typ imprezowy.

No OMG jaka szmata, z taksówkarzem na ty i na kawę, przecież taki taksówkarz powinien znać swoje miejsce. Z drugiej strony, pan Waldek dla siebie jest nieco mniej surowy:

Spotykałem się z kilkoma dziewczynami, ale ja mam takie zdanie, że niezależnie, czy to jest przygodny seks, czy nie, to od tego momentu, nawet jak traktuje się to przygodnie, to ta czynność seksualna jest początkiem czegoś. Jeśli ktoś nie podejmuje po współżyciu dalszej znajomości, to uważam, że jest to dowodem albo jakiejś niedojrzałości jednej ze stron, albo nieodpowiedzialności. Jak nam się zdarzy stosunek seksualny przygodny, to naszą dojrzałością jest to, aby tę znajomość kontynuować.

Ja tam też uważam, że seks jest jakimś powodem do znajomości, ale żeby do tego od razu dokładać ideolo o dojrzałości? Oraz zapamiętajmy: stosunki seksualne przygodne dobrze, przechodzenie na ty z taksówkarzem złe. Miasta dla rowerów, nie dla samochodów, wszyscy chórem.

A co jest najtrudniejsze dla pana Waldka? (na pewno jesteście bardzo ciekawi. Nie, no, co wy. Jesteście).

Seks, czyli dochowanie czystości przedmałżeńskiej, masturbacja, trudności z modlitwą, niechodzenie regularnie na msze. Ale słyszałem, że jak coś staje się chorobą, to nie jest grzechem. Masturbacja na przykład może być nałogiem i w tym momencie nie jest grzechem. Słyszałem w Radiu Józef, że jak to się staje nałogiem, to nie jest grzechem. Ale nie biorę tego jako wyznacznika w moim życiu.

A nie, to spoko. To ja może popadnę w nałóg strzelania karnymi kutasikami w twarz takich panów Waldków i dajcie mnie rozgrzeszenie? Że co? Że kutasikami krzywdzę ludzi, a masturbacja nie krzywdzi? Ano właśnie.

Na deser dołożę Wam straszliwy skandal w łódzkiej parafii (Łódź zwycięska, robotnicza czerwona Łódź!). Mój też nie. I sądząc z tego, jak bardzo dziwnie myślą ludzie, którzy wierzą, że papież jest ich ojcem, naprawdę się cieszę.