Garbiąc Barbie

(tytuł wymyślił Nameste, który nie ma nic wspólnego z garbieniem Barbie)

Będzie trochę emonotka, ale musicie wykazać zrozumienie, ostatnio trochę czasu spędziłam z gotem i mnie napromieniował.

Połowa lat 80., początek mojej podstawówki, zapyziała i senna miejscowość pod Łodzią, w której, na szczęście, spędziłam tylko dwa lata. Pamiętam z niej dość fajny ogród, mniej fajne koleżanki i konieczność picia płynu Lugola. W komórkach przylegających do ogrodu lęgły się małe kotki, mieliśmy własny agrest, pod tarasem stała beczka z pachnącą smołą, a na tarasie zdarzało mi się opalać nago. Któregoś upalnego lipca wybuchł pożar trzy domy dalej, a ja miałam wówczas okropną schizę na punkcie zginięcia w płomieniach; obudziły mnie w środku nocy słowa taty „dom się pali”, trauma srsly większa niż Marsz Wilków z Pana Kleksa. Ot, takie okruchy wspomnień z czasów ośmioletniej, szczerbatej Szproty z włosami do pasa: wiocha, parne lato, dziecięce lęki.

I Barbie.

Barbie przywieziono mi z Włoch; nawet nie wiem, czy były w tym czasie dostępne w  Polsce – jeśli nawet, moich rodziców niezbyt było na nie stać. Nie było też tego, co nastąpiło jakieś siedem lat później: natłoku reklam z logiem Mattel, co trafiało w sam ośrodek hejtu u bardzo wówczas mrocznego, black-metalowego Szpro (nie chcielibyście mnie wtedy znać, kupa emo i autodestrukcji plus ocean kompleksów, jakie to szczęście, że w tych czasach nie było powszechnie dostępnego internetu i nie prowadziłam blogaska). Nie znosiłam Barbie, różowego, dziewczęcego, kokardkowego, popowego i słodkiego. Teraz odreagowuję.

Moja Barbie była opaloną blondynką, miała masakrycznie obciachowy kombinezonik i buciki na obcasie. Wnet została przebrana w domowe sweterki ścibolone przez moją mamę. Mam w ogóle wrażenie, że miała z tej lalki więcej radochy niż ja. Nie miałam fazy na przebieranie jej czy czesanie. Moja mama owszem, co po latach uważam za przeurocze. Dla mnie Barbie była kolejną z wielu zabawek, które już w tym czasie były reżyserowanymi przeze mnie  kukiełkami na scenie niż prawie żywymi uczestnikami moich zabaw; dystans do odgrywanych scenek był większy i raczej chodziło w nich o snucie opowieści niż wcielenie się w rolę.  Chociaż muszę przyznać, że cycki moja Barbie miała absolutnie prześliczne i to chyba była jedyna rzecz, jaką chciałam z niej mieć (no, miała zginane kolana jeszcze). Generalnie jednak nie miałam jakiegoś OMG TO BARBIE ZAWSZE CHCIAŁAM JĄ MIEĆ.

Dużo dużo później dowiedziałam się, że Barbie szkodzi, bo dziewczynki sobie internalizują wygląd Barbie: wciętą talię, wybujały biust, długie nogi i chcą wyglądać tak jak ona (a nie jak ulubione aktorki z seriali czy modelki?); widzą ją także w typowych rolach kobiecych: przy kuchni, w salonie tudzież leżącą i pachnącą (orly?orly?!) i ogólnie robi feminizmowi wbrew. Znaczy, bardziej niż lalki przypominające niemowlęta, które imprintują rolę dziewczynki jako przyszłej matki?

Dla mnie Barbie jest śliczną kukiełką, którą łatwo przebrać i wcielić w kolejne role. Na ile te role odzwierciedlały to, jak postrzegałam siebie jako kobietę? Oczywiście, że to postrzeganie nie funkcjonuje w oddzieleniu od treści, jakie przyswajałam jako dziecko, śmiem jednak twierdzić, że bardziej niż wygląd lalki na przyswajalność miał wpływ autorytet, od którego one wychodziły: rodzice, grupy rówieśnicze, w tamtym czasie w dość niewielkim stopniu mass media; potem to się przedefiniowało w okresie buntu młodzieńczego. Na moje postrzeganie kobiecości  Barbie nie miała wpływu.

Jestem skłonna upierać się przy zdaniu, że dużo bardziej niż śliczna, niewinna lalka krzywdę robią nam wbici w patriarchat rodzice i bliscy, prorodzinne seriale i treści w prasie. A te są ubogie w inne komunikaty niż „bądź szczupła, piękna, młoda, uległa, heteroseksualna, marząca o mężu i dziecku”.  I niewiele wskazuje na rychłe zmiany: jedna z popularnych polskich blogerek używa tranwestyty jako pojęcia deprecjonującego, inny bloger, wpuszczony na jedynkę portalu, wnosi o to, by kobiety ważące powyżej 70kg nie wkładały mini, bo to źle wygląda (a pytał cię ktoś o zdanie, bucu, czy to dobrze wygląda, normalnie myślący człowiek ubiera się tak, by samej czuć się dobrze, uczucia smętnego chłopczyka z masochistycznymi fantazjami mając raczej w odwłoku) (edit: to znaczy chłopczyk nie jest smętny z powodu masochistycznych fantazji, każdemu jego porno, ale lekki mindfuck robi mi to, że takie fantazje ma chłopiec przedstawiający się na fb jako niezły casanova). Na jednym z moich ulubionych forów ulubiona trollica upiera się, że pewna bohaterka musiała być wysportowana, bo gdyby nie była, byłaby tęga, a więc nie mogłaby być atrakcyjna (ona też uważa, że najważniejsze to być dobrą żoną; trochę mi trudno zaprzeczyć, bo dobre żony są miłe, chociaż jakoś  nie zawsze chcą być miłe dla mnie).

Więc oooodpierdolcie się od Barbie.

A poza tym przeglądałam dziś amazon.co.uk i zobaczyłam Barbie jako Victorię z Twilight. Sami rozumiecie. Ej, no, rozumiecie, na pewno. Przecież na pewno macie Barbie, lego, kolejkę albo warhammerowe figurki (albo to wszystko naraz); nie wyglądacie mi na smutnych ludzi, którzy nie umieją się bawić.

Reklamy

Kolejne z wielu miast

Nastąpił moment, w którym wyścig po Europejską Stolicę Kultury zaczął mi zwisać martwym węgorzem.

Kibicowałam Łodzi w staraniach. Nie, serio; daleka jestem od czucia się lepszą dlatego, że mieszkam w Łodzi. Miasto jak miasto, wrosłam w nie, niektóre jego fragmenty znam na pamięć. Niemniej zawsze się podnoszę, gdy ktoś twierdzi, że tu jest brzydko: „daj mi jeden dzień, a pokażę ci taką Łódź, że odszczekasz”. Generalnie, ma potencjał. I słabo mi na samą myśl, jak bardzo jest zaprzepaszczany oraz coraz bardziej kusi mnie, by stąd pospierdalać i obserwować tę katastrofę z bezpiecznej odległości.

(Nie dalej jak w piątek wieczorem zburzono zabytkową, blisko stuletnią willę  pomimo wpisania jej do rejestru zabytków. Może przestańcie się szczypać i po prostu znukujcie Łódź z orbity? Będzie szybciej, a społecznikowskie oszołomy nie zdążą zaprotestować i narobić wam syfu)

Zatem kiedy okazało się, że ŁESK to tylko mokry sen idealisty (inaczej zresztą być nie mogło) – zobojętniałam. Z wyścigu odpadli nasi, więc zrobiło się nudno. „Pewnie Wrocław”, pomyślałam, słabo zresztą znając zaplecze kulturalne tego miasta; ot, wpadło się kiedyś na weekend, obejrzało się jakąś starówkę czy inny ogród japoński. W sumie: żadnemu miastu nie żałuję.

Oczywiście bardziej zaangażowani mają inaczej i to jest ten kawałek kuwety, którego nie ogarniam: jakiś hejt na Wrocław, jakieś „jest jednak sprawiedliwość” w komentowaniu wypadku Zdrojewskiego, jakiś, generalnie, pieprzony miastyzm, że skoro mojemu miastu się nie udało, należy w czambuł zdyskredytować pracę i ambicje tych, którzy zaangażowali się w promocję innych miast, bo przecież nasze miasto jest najnajsze. Ojejku, nie jest. Jest kolejnym z wielu miast, ze swoją historią, magicznymi i syfiastymi miejscami i to, że w nim mieszkasz, nie sprawia, bucu, że jest lepsze. Ty również nie jesteś lepszy dzięki temu, że tam mieszkasz.

Wpisuje się w tę narrację mem o warszawskich słoikach – czyli tych, którzy są w Warszawie od niedawna i, haha, wracając z weekendu u rodziców wiozą z sobą na cały tydzień żarcie w słoikach, haha. Wiecie, nie wierzyłam w to trochę, tzn. znałam taga na blipie, kojarzyłam stronę, do której linkuję i tak sobie myślałam: no ok, jest takie zjawisko, w wielkich miastach osobliwie powszechne, że przyjeżdżają tu ludzie za studiami i pracą, nie są związani z miastem od pokoleń, to nawet zabawne, że ktoś to opisał jednym celnym słowem. A potem dopatrzyłam się, jaka ilość uprzedzeń i ksenofobii idzie za tym określeniem:

Nie znoszę słoików, którzy korzystają z naszej infrastruktury, zabierają pracę i nie płacą podatków.

(Ostatnio usłyszałam to na żywo i rany, czasem żałuję, że nie bardzo umiem flejmować IRL; wychodzi mi to tylko z jednym kumplem z pracy. Tutaj miałam świeżutko poznaną i bardzo fakabilną warszawiankę, więc ugryzłam się w język i odreagowuję tutaj. Tak, nie da się czasem oddzielić porno od ideolo)

Rasizm w wydaniu lokalnym, innymi słowy.

Czasem mi trudno określić, gdzie się on zaczyna, a kończy normalne przywiązanie do miejsca, w którym się mieszka od lat.

Bierze nóż

Codziennie rano budzi mnie refren: „I, I, I, I am your butterfly/ I need your protection/ Be my samurai”. Nie lubię hip hopu, ale ten kawałek mi robi, głównie ze względu na teledysk, a już najbardziej ze względu na totalnie fapabilną Yo-Landi, która cudownie wpisuje mi się w fantazje o school girls, a gdy zdejmuje mundurek, OMG, OMG, nic tylko rzucić na wyrko . Budzi się we mnie ninja, który zamiast roztoczyć opiekę, o którą tak prześlicznie prosi –  wykorzystuje jej bezradność.

Z tym, że nie.

Staram się maksymalnie oddzielać porno od ideologii. Od razu zaznaczę, że pisząc „porno” mam na myśli szerokie znaczenie – wszystko, co sprawia mi przyjemność. Po prostu. Czy to jest erotyka (a #fetyszeszproty są na tyle liczne, że trudniej chyba wymienić, co nim nie jest), czy to jest muzyka (tak, lubię hard rock i heavy metal, lubię covery Acid Drinkers i jestem zdania, że połowa dance-popowych kawałków zyskuje po dołożeniu mięcha z gitary), czy to są sennheisery na uszach i pęd na rowerze, czy to jest bycie pasażerką na motocyklu, z, nieprawda, wiatrem i widokiem zachodzącego słońca na dwunastej.

I w większości tego porno nie ma żadnej racjonalności: to po prostu to, co cholernie, cholernie lubię. Nie musi być pożyteczne. Nie musi mieć sensu.  Bywa wręcz szkodliwe.

Dlatego gdy na dewirtualizacji wręczano mi nóż z taką oto narracją:

Znam wiele kobiet, są miłymi ludźmi…

[wróć]

Znam wiele kobiet, które czują się zagrożone. Permanentnie zagrożone. Nie radzą z tym sobie. Wiesz, co wtedy robię? Daję im nóż. I poczucie zagrożenia im przechodzi.

(czy to nie jest aby przekazanie penisa? – spytał na to kolega Eli Wurman, zwany również panem Markiem i nie wiem, czy tu można dodać coś więcej, ale dodam)

…nie odmówiłam tylko dlatego, że nie bardzo miałam siłę spierać się z darczyńcą. Ale można by się zastanawiać, skąd to poczucie zagrożenia się bierze:

  • bo ciągle się dowiadujemy o tym, że na ulicach dzieje się przemoc i przestępstwa na tle rabunkowym; generalnie świat po zmroku zapełnia się ludźmi, którzy chcą stosować jedno  i drugie, w dowolnej kolejności
  • bo nas ciągle wychowuje się, żeby słuchać starszych i żeby słuchać mężczyzn: combo starszy mężczyzna bywa zabójcze i dla mnie

  • bo, w związku z powyższym, czujemy się słabe, nadal, słabe i bezsilne

Nóż to placebo. Mam ten nóż, nie czuję się bezpieczniejsza – ale też i nie miałam wcześniej wspomnianego poczucia zagrożenia. Może dlatego, że ja się jednak ogólnie mało boję. Jestem słaba fizycznie, ale mogę krzyczeć, mogę uciec, mogę mieć oczy szeroko otwarte, nie reagować na zaczepki pijanych dresiarzy i wieczorami jednak wałęsać się bez słuchawek.

Funfact: mieszkam na Bałutach i chodzę po tej dzielnicy po nocy. Całe dwie sytuacje, w których poczułam się autentycznie zagrożona wydarzyły się w biały dzień, wśród ludzi, tylko jedna z nich w mojej dzielnicy. Nie zdążyłabym wyjąć noża, zresztą, no ludzie…

– Ej, poczekaj – rzekł do niego czlowiek w brunatnej tunice. – Zapomniałeś o czymś.
– O czym… panie?
– Wyjąłeś na mnie nóż.
Wyższa z dziewcząt zakolebała sie nagle na szeroko rozstawionych nogach, zakręciła w biodrach. Szabla, wydobyta nie wiadomo kiedy, świsnęła ostro w powietrzu. Głowa pryszczatego wyleciała w górę, łukiem, wpadła do ziejacego lochu. Ciało runęło sztywno i ciężko, jak zrąbany pień, pomiedzy pokruszone cegły.

(Andrzej Sapkowski, Granica Możliwości)

Może nie przesadzajmy z eskalacją przemocy, co? To trochę głupie w XXI wieku. Oraz: problem z potrzebą przekroczenia granic u innej osoby jest w głowie napastnika, nie w uzbrojeniu ofiary.

A tak silna pokusa zbrojenia potencjalnej ofiary w noże ma mnóstwo z porno. Dlatego stanowczo radzę tych dwóch zjawisk nie łączyć, a przynajmniej umieć wyłapywać granice.

I ma mnóstwo z przerzucania odpowiedzialności za przemoc. Co jest chyba jeszcze gorsze.

Roosevelta 5 oblężone!

W notce z 03.06.2011 WO wspomina „Kwiat Kalafiora” Małgorzaty Musierowicz. Jak się okazuje, jest to lektura gimnazjalna. Po przeczytaniu notki rozwija się dyskusja o twórczości tej autorki , pojawia się refleksja, na ile jej powieści są strawne dla współczesnego czytelnika i staje się to, co musi się stać – nadchodzą instrukcje. Lubię wypełniać instrukcje, zwłaszcza wydane przez ^michio, zwłaszcza gdy wypełnia je również ciocia ^astragalizo, bo wiem, że stoją zawsze po stronie piękna i dobra.

Rys biograficzny: na twórczość M.M. trafiłam, jak pewnie większość czytelniczek, w wieku 11-12 lat, jakieś nudne ferie, wyszło wznowienie Idy Sierpniowej i Opium w Rosole, człowiek sięgnęła i polubiła – Idę za krzepiące przesłanie, że zewnętrzne piękno nie jest istotne, jeśli się emanuje pięknem wewnętrznym (za chwilę wrócę do tego przesłania), Opium w Rosole za równie podnoszącą na duchu historię naprawiania relacji matka – dziecko. Prawdopodobnie przeczytałam wtedy najlepsze części, pomijając może Szóstą Klepkę z jedynym normalnym niemowlęciem (ryczącym po nocach), jedynym normalnym sześciolatkiem (bawiącym się w Nerona) i jedyną normalną matką (czytającą powieści SF podczas zmywania naczyń).

W trakcie dyskusji przypomniano, że było nie było – Kwiat Kalafiora powstał 35 lat temu. A i tak u WO kilka osób wspomniało, że ich rodzice – rówieśnicy seniorów Borejków – żyli w układzie bardziej partnerskim, z pracującą matką i ojcem nie popadającym w letargi i świnki w obliczu konieczności udźwignięcia ciężaru gospodarstwa domowego. Niemniej ktoś tę powieść umieścił na liście lektur szkolnych i idę o zakład, że nie jest omawiana z marginesem „kochani, to było ponad trzydzieści lat temu, potraktujmy to jako zapis parahistoryczny” – zresztą wystarczy przejrzeć fora fanowskie (poza oczywistym wyjątkiem dla tego na gazecie.pl), by zauważyć, że kolejne pokolenia nastolatek są wychowywane na tych książkach.

A książki pisane są nadal, na rok 2012 zapowiedziana jest wszak McDusia.

Tymczasem jest coraz gorzej. Przesłanie Idy Sierpniowej, to o wewnętrznym pięknie zostało z wielkim hukiem zawalone w Córce Robrojka.

Ida Borejko nie była ładna – niestety.
Szczerze mówiąc uchodziła za brzydactwo.

(ale po rozmowie z mamą, Milą Borejko:

…do skołatanej jej głowy trafiła nagle prosta i banalna prawda, iż to piękna dusza sprawia, że twarz ludzka jest piękna.

(Oczywiście pani M.M. pojmuje duszę w ściśle chrześcijańskim sensie, ale jeśli uprzemy się interpretować to jako przekaz, że interesująca osobowość ma przemożny wpływ na atrakcyjność, mnie pozostaje tylko przyklasnąć).

A co się dzieje w córce Robrojka?

Robrojek o Belli – osóbce niewysokiej i tęgawej myśli tak:

Nie była ładna. Niestety. Musiał to sobie powiedzieć, że – być może – i ona należała do tego samego, co on, gatunku: nieatrakcyjnych. Bał się, że mogłaby się tego domyślić, więc nadrabiał miną, żartował i prawił jej komplementy. Ale w gruncie rzeczy okropnie się lękał, że może ją czekać ten sam los: dyskwalifikacja.

Ciekawe, na ile fraza „nie była ładna – niestety” została powtórzona świadomie. Ciekawe, na ile M.M. pisała od siebie, z charakterystycznym dla siebie tworzeniem jako ładnych wyłącznie wysokich i smukłych bohaterek, przy krąglejszych robiąc wyjątek jedynie dla Pulpecji (a i tak podkreślając zdecydowanie zbyt często, jak bardzo jej kształty są opływowe). Na ile celowo napisała Robrojka jako ojca, który swoje własne dorastające dziecko postrzega poprzez pryzmat atrakcyjności. Brak urody jako dyskwalifikacja pojawia się wprawdzie już w Opium w Rosole, gdzie główna bohaterka odrzuca względy nieładnego Jacka, bo wzdycha za pięknym Maćkiem, ale powiedzmy sobie, że nastoletnim miłościom możemy to wybaczyć i udawajmy, że to wcale nie skończyło się małżeństwem. U M.M. licealne miłości generalnie kończą się małżeństwem. Co miało swój wdzięk, gdy powieści były tworzone jako odrębne historyjki ku pokrzepieniu nastolatek, a spotworniało, gdy Jeżycjada zmieniła się w sagę.

Do tego w sagę, która powinna była skończyć się na „Kalamburce”. Pamiętam, że to była pierwsza część, którą odłożyłam z niesmakiem: co to się stało? Skąd w autorce, szafującej ciepłem, dobrem i miłością – tyle jadu, tyle historycznego butthurtu, takiej niechęci do ludzi innych niż Borejkowie? (a i tak to był jeszcze tom broniący się ciekawą konstrukcją i postacią Gizeli, krytykującej bezlitośnie Ignacego B. od samego początku!)

Pewnikiem jest to, że okres po 1990 r. twórczości Małgorzaty Musierowicz bardzo zaszkodził. Opium w Rosole (1983) wróciło z redakcji z komentarzem „a teraz napisz to samo, tylko dużo, dużo ciszej”. Teraz M.M. może głośno, może kościelnie, prawicowo i z prorodzinnym przytupem. Nie bez znaczenia jest fakt, że redakcją zajmuje się jej córka, zaś sama M.M. ma świadomość, że cokolwiek nie wyprodukuje, sprzeda się na pniu – jeśli nie kupią jej egazaltowane nastolatki zachwycające się poleconym we Frywolitkach de Mello, to ich mamy, mające dobre wspomnienia po Szóstej Klepce.

Strzelanie z feministycznego działa do M.M. to trochę kopanie kotka. W Szóstej Klepce Julia wbrew swojej artystycznej naturze uczy się gotować dla Toleczka. Kłamczucha wyrywa się z Łeby do Poznania za wakacyjnym romansem. Gaba stroi się w firany celem przeistoczenia się w Romantycznego Motyla. Ida zaczyna pojmować, że jest piękna i wspaniała dopiero pozyskawszy względy nieśmiałego Klaudiusza, w którejś z kolejnych części (Brulionie?) jest opisana natomiast „jak skończona feministka”, gdyż zerwała ze Sławeczkiem jako że chciała jednak studiować, a nie lepić pierogi.

Wydawać by się mogło, że kolejne lata, rewolty polityczne i przełomy obyczajowe wpłyną na zachowania bohaterek, ale nie: chyba jedna z najbardziej lubianych przez samą M.M. postaci, Róża „Pyza” Pyziak (sympatię do tworzonej postaci u M.M. poznaje się poprzez nagromadzenie przymiotników „dzielna” i „miła”; Róża jest dzielna i miła od opiętego szortami krągłego tyłeczka po miedzianą grzywkę, w którą dmucha dla kurażu) stosuje klasyczną mężologię czyli wybiera studia nie podług zainteresowań (humanistycznych – hejt na ścisłowców jest jedną z bardziej charakterystycznych cech Borejków) ani podług perspektywy pracy, lecz idzie na astronomię za ukochanym. Po czym z właściwym sobie pasywno-agresywnym wdziękiem wpada w krzaki jałowc… tfu, po romantycznej nocy w obserwatorium, po nader owocnym polerowaniu teleskopów, odkrywa z zaskoczeniem, że jest w ciąży.

Wątek ciąży Pyzy to omal największy fail Jeżycjady XXI wieku (omal, bo jeszcze postać Laury, ale po kolei, po kolei): z rozmów Borejków dowiadujemy się, że w tym domu nie rozmawia się o antykoncepcji, bo dzieci się kocha, a nie planuje, a ukochany Pyzy, Fryderyk (z tego imienia proszę się nie śmiać, bo mój najlepszy szkolny przyjaciel miał tak na imię) zostaje odsądzony od czci i wiary, gdyż dowiedziawszy się o ciąży w przeddzień wyjazdu na stypendium nie rzuca wszystkiego, lecz jednak wyjeżdża.

[No dobrze, oczekiwanie wsparcia od przyszłego tatusia jest zrozumiałe, ale może jednak warto było mu, no nie wiem, dać trochę więcej czasu na załatwienie kwestii stypendium? Fryc dowiedział się o ciąży w okolicach 12. tygodnia, możemy zakładać, że Pyza miała co najmniej dwa tygodnie na Przeprowadzenie Rozmowy o Przyszłości]

I co najbardziej urocze, pomimo buńczucznych zapewnień Róża przyjmuje Fryca powróconego z rzeczonego stypendium – przyjmuje z otwartymi ramionami oraz proponuje herbatki. A także, pomimo równie rozdzierających deklaracji, nie podejmuje jednak pracy w budce z kurczakami, lecz wręcz przeciwnie, bierze urlop dziekański i kultywuje swój błogosławiony stan. Zaś po urodzeniu Mili uznaje, że wreszcie ma po co żyć – jej dotychczas puste ramiona zostały wypełnione. Co prawdopodobnie byłoby uzasadnione fabularnie w ustach trzydziestoparolatki. Pyza ma wówczas 23 lata.

Drugą, równie spektakularną porażką jest postać Laury. Już w Noelce wkrada się narracja, która znakomicie odzwierciedla stosunek M.M. do pisanej bohaterki:

Pyzunia była jej absolutną faworytką i, szczerze mówiąc, wydawała się jej babcinemu oku stuprocentową Borejkówną. Tygrysek natomiast… cóż, po pierwsze, to przezwisko uniemożliwiało myślenie o niej jak o dziewczynce. W najlepszym razie udawało się określać ją w rodzaju nijakim. Po drugie, to dziecko było jakieś tajemnicze i zamknięte w sobie. Jakby tylko obserwowało życie, podczas gdy Pyza rzucała się w nie z głową.

Oczywiście Pyza wcale nie rzuca się w nic z głową, Pyza siedzi w domu i się nie obnosi, to Laura – Tygrysek jest aktywna. Niemniej już w przypadku siedmioletniej wówczas Laury pojawia się element obcości w rodzinie Borejków. Obie siostry, Róża i Laura, są z jednego ojca, Janusza Pyziaka, który porzucił ich matkę, gdy była w ciąży. Laura kłamie „jak jej ojciec”, ma oczy „jak jej ojciec”, w Tygrysie i Róży po stokroć udowadnia swoją wyrodność – zamiast biernie przyjąć, jak Róża, że o Januszu się w tym domu nie rozmawia (po czternastu latach od rozstania!), wyrusza na jego poszukiwania do Torunia. Za co później serdecznie matkę przeprasza, bo powinna była wszak chodzić na paluszkach wobec porozwodowej traumy i nie pytać. Chodzi przecież zaledwie o jej, niewidzianego nigdy, ojca.

Bardzo lubię Laurę w tamtym okresie: jest konsekwentnie pisana jako postać płynąca pod prąd, zbuntowana, z wybaczalnym dla dziewczyny w wieku gimnazjalnym bucerskim rysem (opera i jazz nowoorleański, no błagam). Niestety, w kolejnych częściach M.M. postanawia zepsuć tę postać i dopisuje jej wręcz patologiczną chęć wyrwania się z domu rodzinnego poprzez zamążpójście. Gdyż ma już dwadzieścia lat i nie jest już taka młoda. Wątek omal zamążpójścia Laury w Czarnej Polewce jest przerażający; od strony literackiej ni to slapstick, ni to polska wariacja na temat komedii romantycznych, zawieszenie niewiary z hukiem spada z kołka, a wszystko przyprawione bynajmniej nie homeopatycznymi ilościami poezji, tfu, romantycznej.

Obie córki Gabrieli Stryby są pisane jak dzieci z rodziny dysfunkcyjnej: Róża wchodzi w rolę rodzinnej maskotki, będąc grzeczną, miłą i dzielną oraz wykazując porażający brak troski o swoje potrzeby (symptomatyczny wątek spotkań z kolejnymi randkowiczami, podczas których idzie do lokalu, za którym nie przepada, zjada wysokokaloryczny obiad mimo diety, zmienia plany pod wpływem jeszcze innego pomimo świadomości, że kogoś wystawi do wiatru). Laura z kolei przyjmuje na siebie rolę tej złej, klasycznego kozła ofiarnego. Nasuwa to oczywisty wniosek, że obie córki nie czują się dobrze w tej rodzinie. I nawet można byłoby oddać hołd M.M., bo postaci są napisane nieźle, z potoczystym, zgrabnym stylem, gdyby nie to, że komentarz odautorski jest z tym niewybaczalnie sprzeczny: rodzina Borejków jest miła i ciepła, coraz milsza, coraz cieplejsza, coraz bardziej zamknięta w sobie.

To, za co najbardziej znielubiłam współczesnych Borejków to bowiem syndrom oblężonej twierdzy: jedyny przyjazny im świat to ten w kamienicy przy Roosevelta 5, wśród podobnych im, bibliofilom, humanistom, obrońcom wartości rodzinnych. Nie ma w nim miejsca na ludzi brzydkich, na ludzi z bloków, na ludzi tylko z maturą, na ludzi w związkach nieformalnych. Inne narodowości pojawiają się opisane w sposób karykaturalny i stereotypowy, ciemnoskóra rodzina Ocabressów przy co drugim akapicie ma dokładany opis, że ich policzki są czekoladowe, a ich polszczyzna niezdarna i zabawna. W Jeżycjadzie nie występują inne kobiety niż dobre matki (chyba że ujęte w sposób przerysowany jak bezdzietna policjantka czy słynna zemsta na Kindze Dunin, kopcącej w biedne, chore oczy), nie występują inni mężczyźni niż dobrzy ojcowie (nawet naczelny szwarccharakter, Janusz Pyziak, przecież wraca i dokonuje pojednania przy herbatce), mniejszości seksualne nie są widoczne w ogóle.

I to nadal czytają dzieci i myślą, rozumiecie, że tak trzeba. Nie, serio: można lekceważąco machnąć, że och, pensjonarska lekturka, ale popatrzmy sobie na to tak: po te  książki sięgają dziewczyny, które mają fetysz na czytanie i naprawdę wdrukowują sobie wartości, jakie M.M. przemyca. Można sobie zadać pytanie, co sobie wdrukuje gimnazjalistka czytając o studentce we wpadkowej ciąży („uwiodłam go, bo myślałam, że to nas do siebie zbliży”) lub o maturzystce ciągnącej swojego chłopaka przed ołtarz.

Prawdopodobnie tl;dr

No i toczy nam się debata o związkach partnerskich; siłą rzeczy toczy się także dyskusja o adopcji przez pary jednopłciowe.

Znaczy dla mnie to już jest kawałek, który przeskoczyłam i gdy gdzieś natykam się na flejma na ten temat, czuję się zaskoczona. No jak to, ludzie? Mamy XXI wiek, rodziny patchworkowe, kilkadziesiąt tysięcy par jednopłciowych wychowuje dzieci, dysponujemy badaniami, że dzieciom to nie szkodzi (myślmy o dzieciach!), a wy nadal się wahacie?

Ano, się wahają. Moje ulubione forum przeszło ostatnio pewną rewolucję, ale zanim to się stało, jeszcze wówczas niezbanowana, urocza interlokutorka argumentowała tymi słowy:

…chodzi o to, aby osoby homo mogły mieć związki, być traktowane w społeczeństwie z szacunkiem należnym każdemu człowiekowi bez względu na jego orientację seksualną czy wyznanie itp., ale nie zgadzam się na to, aby kogoś krzywdziły, a adopcja (czy „majstrowanie”) przez nich dzieci jest dla tych dzieci krzywdą.

Ktoś nie znający forumowiczki pewnie w ripoście by odparł „no ale co, uważasz, że dzieci są wychowywane genitaliami, że tak bardzo według ciebie liczy się to, że rodzice są różnych płci? Przecież to, co najbardziej układa człowieka w odpowiedniej szufladce z orientacją, odbywa się jednak nie przy dzieciach. Czy nie?”

Ale nie, nie, tu sięgamy głębiej, a papcio Freud zaczyna ganiać grabarzy.

Psychologia obecnie ma 100% pewności, że każde uczucie w dziecku nagrywa się. Zabranie dziecka od matki i pozbawienie go tej kontynuacji kontaktu, której ono będzie potrzebowało do prawidłowego rozwoju psychiki przez najbliższe lata, jest strasznym doświadczeniem i „nagrywa się” w dziecku. Potem, owszem, inne ręce je noszą, przewijają, karmią z butelki (Elton John kupował mleko z kobiecej piersi, kurier je dowoził codziennie), ale dla dziecka to nie to samo co ta kontynuacja bycia z matką i ssania jej piersi, której potrzebuje.

Nagrywanie uczuć to mem, którym nasza dyskutantka uwielbia się posługiwać. Wyczytała u jakiejś Alice M. czy innej antypedagogiczki, że się nagrywają (na wewnętrzną taśmę magnetofonową w kasecie normalnie) i koniec, można jej mówić, że nie, relacja matki z noworodkiem nie ma znaczącego wpływu na emocje, nic z tego. Zwracam Wam również uwagę na dodatkowy terror laktacyjny: jesteś złą matką, jeśli nie karmisz piersią! (OK, OK, cycki są miłe, ale umówmy się: nie każda może, nie każda chce, niech sobie wybierze, skoro wreszcie może, a nie).

Skutki tego oddzielenia dadzą o sobie znać na sto procent, ale najbardziej w dorosłym życiu tego dziecka i spowodują wiele trudności. Zależnie od tego jaką dziecko ma jaźń i jak jest silne, będą one mniejsze lub większe, ale zawsze będzie to jakaś „otchłań” w tym człowieku, która będzie nim kierowała w jakąś stronę (uzależnienia?, destrukcja?, szukanie „psychicznej matki”?), aż się połapie o co chodzi i jakoś to opłacze i pozbiera się (albo nie).

Dobra, ja mam zboczenie socjologiczne, mam duże zaufanie do wpływu środowiska, socjalizacji pierwotnej, ale głupotą byłoby nie pojmować, że człowieka kształtuje triada geny – środowisko – indywidualna emocjonalność. Tym samym fakt oderwania noworodka od cyca jako jedyna przyczyna skłonności, w szerokim sensie, autodestrukcyjnych, jest tak absurdalny, że mogę tylko odeśmiać sobie tyłek.

Na forum MM pisała jedna z kobiet, że została właśnie oddzielona od matki jako noworodek i choć zaadoptowana przez parę heteroseksualną i wychowywana jak córka, z miłością, to jednak potem odzywały się w niej dziwne rzeczy w psychice, właśnie taka „otchłań” i miała/ma wiele problemów ze sobą, m.in. uzależnienie. Jest to jeden z przykładów, ale ja znam ich więcej i jest to pewnik, że oddzielenie od matki nie może być czymś obojętnym dla psychiki.

Wiecie, że chyba dopiero w tym kawałku dostrzegłam nadużycie, jakiego dopuszcza się dyskutantka: pisząc o oddzieleniu od matki przemyca dodatkowo narrację, że oto kochającej matce odebrano przemocą dziecko, bo jacyś inni ludzie chcieli sobie to dziecko, like, lepiej wychować. Jak córkę, ale wszyscy wiemy, że to takie udawanie, bo tylko krew z krwi, kość z kości, ja tu widzę łono. Ten diss na adopcję jest wyjątkowo ohydny, jest w nim jakiś pieprzony genizm, że tylko rodzone dziecko jest prawdziwe, tylko biologiczni rodzice mają znaczenie w rozwoju dziecka. Nie mają. Wcześnie wyadoptowane dziecko nie zauważy różnicy. Po prawdzie, będzie mu też obojętne, czy wychowują go ludzie tej samej czy różnych płci, bo, heloł, dzieci do jakiegoś 7-8 roku życia generalnie przyjmują wszystko as it comes.

Dodam, że tak naprawdę powoływana przez Ginestrę kobieta pisała:

Nie widzę, przyznam szczerze, większych dysfunkcji niż w znajomych, którzy tego nie zaznali. A spora część wzorców, jakie powielam, wynika raczej z tych podpatrzonych u moich aktualnych rodziców (przecież wiem, że zaciskam usta zupełnie jak mama, gdy coś budzi moją dezaprobatę!). Więc może jednak ten pierwszy rok jest trochę przeceniany, jeśli później rodzice dołożą starań, by załatać doznaną przez dziecko dziurę w poczuciu bezpieczeństwa?

Lubię fora na gazecie, zwłaszcza te, na których dobrze się znam z forumowiczkami: za przekłamanie znaczenia tego posta tylko po to, by jej pasował pod tezę „homoseksualiści się nie nadają do wychowywania dzieci” została solidnie zglanowana i zbanowana. Co jest trochę smutne, a trochę radosne, że wreszcie dało się buckę zaorać.

Za to dużo zabawniej  robi się teraz:

Oprócz wzorca więzi pierwotnej, czyli pewnego wzoru, który dziecko uwewnętrznia, a w którym optymalne jest, że powinien obejmować więź z matką (hetero) i ojcem (hetero), istnieje też „nieświadome modelowanie” (dziewczynka na matce, chłopiec na ojcu) plus wiele innych nieświadomie wchłanianych przez dzieci rzeczy, które przekazują rodzice i przy adopcji homoseksualnej dziecko nie ma możliwości modelowania na jednej konkretnej matce albo na jednym konkretnym ojcu i widzenia jak każde z rodziców różni się płcią, a co za tym idzie, różnymi cechami i sposobami reagowania na świat i na nie.

Innymi słowy: rodziny niepełne nie wymodelujo nam odpowiednio dzieci. Stanowczo najlepiej jest, gdy tatuś leje mamusie po pysku lub mamusia leży pijana w betach do południa, ale wymodelują, niż gdy dziecko trafi do zdrowej rodziny jednopłciowej, bo się zmodeluje w sposób homoseksualny. Co oczywiście jest złe. Ładny jest też ten neuroseksistowski kawałek o płci różnicującej reakcje na świat i dzieci. Palce lizać.

We mnie budzi sprzeciw i grozę wszelki handel ludźmi i traktowanie człowieka jak przedmiot.

No, na przykład jako inkubatora. Też się sprzeciwiam.

W przypadku par homoseksualnych jest tak, że naprawdę przecież kobieta nie zapłodni kobiety, ani mężczyzna nie zapłodni mężczyzny, aby mieli „razem” dziecko, a więc, jak chcą mieć dziecko, to będą musieli to dziecko sobie „kupić” albo w jakiś inny sposób wziąć spreparować.

Weźmisz czarno kure i zasuszonego homunkulusa. Iiiiigoooor!!!

Będzie [to dziecko, zwłaszcza u lesbijek] bez ojca i bez możliwości „uwewnętrznienia” obrazu ojca.

BO DZIECI LESBIJEK NIE MAJĄ BIOLOGICZNYCH OJCÓW,  A ICH MATKI PRZYJAŹNIĄ SIĘ TYLKO Z KOBIETAMI.

U kobiet ponadto odzywają się nieświadome mechanizmy, bo dziecko jest „bardziej jednej” i jest nieświad. rywalizacja i mechanizmy „zapobiegania jej” u obu pań – ze szkodą dla dziecka. Tego nie ma u rodziców hetero.

Absolutnie nie. Nie tworzą się żadne podgrupy, grupki wsparcia i koalicje, nawet w niedysfunkcyjnych rodzinach. Nie wiem, co ona zażywa, but it should be illegal.

Następnie gazetonautkę przepełnia zgroza:

Do stworzenia człowieka potrzeba po prostu trochę spermy i jajeczko.

NO SHIT, SHERLOCK.

I nieważna jest osoba, w której to jajeczko dojrzewa, i że z chwilą poczęcia dziecka, ta osoba jest matką i tworzy się w dziecku ta nierozerwalna więź z jego matką.

Ta więź to pępowina i owszem, nadchodzi moment, w którym powinno się ją odciąć.

Nieważne, kim jest ten ktoś drugi, kto dał mu życie, do kogo dziecko będzie potem podobne, czyli ojciec – można go zredukować do paru mililitrów spermy.

Albo do koloru oczu i włosów, w żadnym przypadku gościa, z którym się człowiek bawiła matchboxami, torem wyścigowym lub układał puzzlowe mapy. Jezujezu.

Dla mnie takie podejście jest nieludzkie. (A propos, czytałam o Eltonie, że ten chłopiec ma pięcioro rodziców: jajeczko jednej kobiety wszczepiono innej (surogatce), a sperma pochodziła od młodego faceta, bo Elton i jego partner są za starzy i ich sperma mogła być gorsza, plus są „rodzice”: Elton =mama i ten drugi=tata). :((

Dla mnie nieludzką jest emotka na końcu posta stwierdzającego fakt adopcji przez parę homoseksualną.

Zwłaszcza, że choć wprawdzie pan poseł Gowin sobie ręki nie poda, to jednak z sondażu wynika, że większość ma inne zdanie (ok, ok, wiem, że takimi sondażami łatwo manipulować, ale):