Roosevelta 5 oblężone!

W notce z 03.06.2011 WO wspomina „Kwiat Kalafiora” Małgorzaty Musierowicz. Jak się okazuje, jest to lektura gimnazjalna. Po przeczytaniu notki rozwija się dyskusja o twórczości tej autorki , pojawia się refleksja, na ile jej powieści są strawne dla współczesnego czytelnika i staje się to, co musi się stać – nadchodzą instrukcje. Lubię wypełniać instrukcje, zwłaszcza wydane przez ^michio, zwłaszcza gdy wypełnia je również ciocia ^astragalizo, bo wiem, że stoją zawsze po stronie piękna i dobra.

Rys biograficzny: na twórczość M.M. trafiłam, jak pewnie większość czytelniczek, w wieku 11-12 lat, jakieś nudne ferie, wyszło wznowienie Idy Sierpniowej i Opium w Rosole, człowiek sięgnęła i polubiła – Idę za krzepiące przesłanie, że zewnętrzne piękno nie jest istotne, jeśli się emanuje pięknem wewnętrznym (za chwilę wrócę do tego przesłania), Opium w Rosole za równie podnoszącą na duchu historię naprawiania relacji matka – dziecko. Prawdopodobnie przeczytałam wtedy najlepsze części, pomijając może Szóstą Klepkę z jedynym normalnym niemowlęciem (ryczącym po nocach), jedynym normalnym sześciolatkiem (bawiącym się w Nerona) i jedyną normalną matką (czytającą powieści SF podczas zmywania naczyń).

W trakcie dyskusji przypomniano, że było nie było – Kwiat Kalafiora powstał 35 lat temu. A i tak u WO kilka osób wspomniało, że ich rodzice – rówieśnicy seniorów Borejków – żyli w układzie bardziej partnerskim, z pracującą matką i ojcem nie popadającym w letargi i świnki w obliczu konieczności udźwignięcia ciężaru gospodarstwa domowego. Niemniej ktoś tę powieść umieścił na liście lektur szkolnych i idę o zakład, że nie jest omawiana z marginesem „kochani, to było ponad trzydzieści lat temu, potraktujmy to jako zapis parahistoryczny” – zresztą wystarczy przejrzeć fora fanowskie (poza oczywistym wyjątkiem dla tego na gazecie.pl), by zauważyć, że kolejne pokolenia nastolatek są wychowywane na tych książkach.

A książki pisane są nadal, na rok 2012 zapowiedziana jest wszak McDusia.

Tymczasem jest coraz gorzej. Przesłanie Idy Sierpniowej, to o wewnętrznym pięknie zostało z wielkim hukiem zawalone w Córce Robrojka.

Ida Borejko nie była ładna – niestety.
Szczerze mówiąc uchodziła za brzydactwo.

(ale po rozmowie z mamą, Milą Borejko:

…do skołatanej jej głowy trafiła nagle prosta i banalna prawda, iż to piękna dusza sprawia, że twarz ludzka jest piękna.

(Oczywiście pani M.M. pojmuje duszę w ściśle chrześcijańskim sensie, ale jeśli uprzemy się interpretować to jako przekaz, że interesująca osobowość ma przemożny wpływ na atrakcyjność, mnie pozostaje tylko przyklasnąć).

A co się dzieje w córce Robrojka?

Robrojek o Belli – osóbce niewysokiej i tęgawej myśli tak:

Nie była ładna. Niestety. Musiał to sobie powiedzieć, że – być może – i ona należała do tego samego, co on, gatunku: nieatrakcyjnych. Bał się, że mogłaby się tego domyślić, więc nadrabiał miną, żartował i prawił jej komplementy. Ale w gruncie rzeczy okropnie się lękał, że może ją czekać ten sam los: dyskwalifikacja.

Ciekawe, na ile fraza „nie była ładna – niestety” została powtórzona świadomie. Ciekawe, na ile M.M. pisała od siebie, z charakterystycznym dla siebie tworzeniem jako ładnych wyłącznie wysokich i smukłych bohaterek, przy krąglejszych robiąc wyjątek jedynie dla Pulpecji (a i tak podkreślając zdecydowanie zbyt często, jak bardzo jej kształty są opływowe). Na ile celowo napisała Robrojka jako ojca, który swoje własne dorastające dziecko postrzega poprzez pryzmat atrakcyjności. Brak urody jako dyskwalifikacja pojawia się wprawdzie już w Opium w Rosole, gdzie główna bohaterka odrzuca względy nieładnego Jacka, bo wzdycha za pięknym Maćkiem, ale powiedzmy sobie, że nastoletnim miłościom możemy to wybaczyć i udawajmy, że to wcale nie skończyło się małżeństwem. U M.M. licealne miłości generalnie kończą się małżeństwem. Co miało swój wdzięk, gdy powieści były tworzone jako odrębne historyjki ku pokrzepieniu nastolatek, a spotworniało, gdy Jeżycjada zmieniła się w sagę.

Do tego w sagę, która powinna była skończyć się na „Kalamburce”. Pamiętam, że to była pierwsza część, którą odłożyłam z niesmakiem: co to się stało? Skąd w autorce, szafującej ciepłem, dobrem i miłością – tyle jadu, tyle historycznego butthurtu, takiej niechęci do ludzi innych niż Borejkowie? (a i tak to był jeszcze tom broniący się ciekawą konstrukcją i postacią Gizeli, krytykującej bezlitośnie Ignacego B. od samego początku!)

Pewnikiem jest to, że okres po 1990 r. twórczości Małgorzaty Musierowicz bardzo zaszkodził. Opium w Rosole (1983) wróciło z redakcji z komentarzem „a teraz napisz to samo, tylko dużo, dużo ciszej”. Teraz M.M. może głośno, może kościelnie, prawicowo i z prorodzinnym przytupem. Nie bez znaczenia jest fakt, że redakcją zajmuje się jej córka, zaś sama M.M. ma świadomość, że cokolwiek nie wyprodukuje, sprzeda się na pniu – jeśli nie kupią jej egazaltowane nastolatki zachwycające się poleconym we Frywolitkach de Mello, to ich mamy, mające dobre wspomnienia po Szóstej Klepce.

Strzelanie z feministycznego działa do M.M. to trochę kopanie kotka. W Szóstej Klepce Julia wbrew swojej artystycznej naturze uczy się gotować dla Toleczka. Kłamczucha wyrywa się z Łeby do Poznania za wakacyjnym romansem. Gaba stroi się w firany celem przeistoczenia się w Romantycznego Motyla. Ida zaczyna pojmować, że jest piękna i wspaniała dopiero pozyskawszy względy nieśmiałego Klaudiusza, w którejś z kolejnych części (Brulionie?) jest opisana natomiast „jak skończona feministka”, gdyż zerwała ze Sławeczkiem jako że chciała jednak studiować, a nie lepić pierogi.

Wydawać by się mogło, że kolejne lata, rewolty polityczne i przełomy obyczajowe wpłyną na zachowania bohaterek, ale nie: chyba jedna z najbardziej lubianych przez samą M.M. postaci, Róża „Pyza” Pyziak (sympatię do tworzonej postaci u M.M. poznaje się poprzez nagromadzenie przymiotników „dzielna” i „miła”; Róża jest dzielna i miła od opiętego szortami krągłego tyłeczka po miedzianą grzywkę, w którą dmucha dla kurażu) stosuje klasyczną mężologię czyli wybiera studia nie podług zainteresowań (humanistycznych – hejt na ścisłowców jest jedną z bardziej charakterystycznych cech Borejków) ani podług perspektywy pracy, lecz idzie na astronomię za ukochanym. Po czym z właściwym sobie pasywno-agresywnym wdziękiem wpada w krzaki jałowc… tfu, po romantycznej nocy w obserwatorium, po nader owocnym polerowaniu teleskopów, odkrywa z zaskoczeniem, że jest w ciąży.

Wątek ciąży Pyzy to omal największy fail Jeżycjady XXI wieku (omal, bo jeszcze postać Laury, ale po kolei, po kolei): z rozmów Borejków dowiadujemy się, że w tym domu nie rozmawia się o antykoncepcji, bo dzieci się kocha, a nie planuje, a ukochany Pyzy, Fryderyk (z tego imienia proszę się nie śmiać, bo mój najlepszy szkolny przyjaciel miał tak na imię) zostaje odsądzony od czci i wiary, gdyż dowiedziawszy się o ciąży w przeddzień wyjazdu na stypendium nie rzuca wszystkiego, lecz jednak wyjeżdża.

[No dobrze, oczekiwanie wsparcia od przyszłego tatusia jest zrozumiałe, ale może jednak warto było mu, no nie wiem, dać trochę więcej czasu na załatwienie kwestii stypendium? Fryc dowiedział się o ciąży w okolicach 12. tygodnia, możemy zakładać, że Pyza miała co najmniej dwa tygodnie na Przeprowadzenie Rozmowy o Przyszłości]

I co najbardziej urocze, pomimo buńczucznych zapewnień Róża przyjmuje Fryca powróconego z rzeczonego stypendium – przyjmuje z otwartymi ramionami oraz proponuje herbatki. A także, pomimo równie rozdzierających deklaracji, nie podejmuje jednak pracy w budce z kurczakami, lecz wręcz przeciwnie, bierze urlop dziekański i kultywuje swój błogosławiony stan. Zaś po urodzeniu Mili uznaje, że wreszcie ma po co żyć – jej dotychczas puste ramiona zostały wypełnione. Co prawdopodobnie byłoby uzasadnione fabularnie w ustach trzydziestoparolatki. Pyza ma wówczas 23 lata.

Drugą, równie spektakularną porażką jest postać Laury. Już w Noelce wkrada się narracja, która znakomicie odzwierciedla stosunek M.M. do pisanej bohaterki:

Pyzunia była jej absolutną faworytką i, szczerze mówiąc, wydawała się jej babcinemu oku stuprocentową Borejkówną. Tygrysek natomiast… cóż, po pierwsze, to przezwisko uniemożliwiało myślenie o niej jak o dziewczynce. W najlepszym razie udawało się określać ją w rodzaju nijakim. Po drugie, to dziecko było jakieś tajemnicze i zamknięte w sobie. Jakby tylko obserwowało życie, podczas gdy Pyza rzucała się w nie z głową.

Oczywiście Pyza wcale nie rzuca się w nic z głową, Pyza siedzi w domu i się nie obnosi, to Laura – Tygrysek jest aktywna. Niemniej już w przypadku siedmioletniej wówczas Laury pojawia się element obcości w rodzinie Borejków. Obie siostry, Róża i Laura, są z jednego ojca, Janusza Pyziaka, który porzucił ich matkę, gdy była w ciąży. Laura kłamie „jak jej ojciec”, ma oczy „jak jej ojciec”, w Tygrysie i Róży po stokroć udowadnia swoją wyrodność – zamiast biernie przyjąć, jak Róża, że o Januszu się w tym domu nie rozmawia (po czternastu latach od rozstania!), wyrusza na jego poszukiwania do Torunia. Za co później serdecznie matkę przeprasza, bo powinna była wszak chodzić na paluszkach wobec porozwodowej traumy i nie pytać. Chodzi przecież zaledwie o jej, niewidzianego nigdy, ojca.

Bardzo lubię Laurę w tamtym okresie: jest konsekwentnie pisana jako postać płynąca pod prąd, zbuntowana, z wybaczalnym dla dziewczyny w wieku gimnazjalnym bucerskim rysem (opera i jazz nowoorleański, no błagam). Niestety, w kolejnych częściach M.M. postanawia zepsuć tę postać i dopisuje jej wręcz patologiczną chęć wyrwania się z domu rodzinnego poprzez zamążpójście. Gdyż ma już dwadzieścia lat i nie jest już taka młoda. Wątek omal zamążpójścia Laury w Czarnej Polewce jest przerażający; od strony literackiej ni to slapstick, ni to polska wariacja na temat komedii romantycznych, zawieszenie niewiary z hukiem spada z kołka, a wszystko przyprawione bynajmniej nie homeopatycznymi ilościami poezji, tfu, romantycznej.

Obie córki Gabrieli Stryby są pisane jak dzieci z rodziny dysfunkcyjnej: Róża wchodzi w rolę rodzinnej maskotki, będąc grzeczną, miłą i dzielną oraz wykazując porażający brak troski o swoje potrzeby (symptomatyczny wątek spotkań z kolejnymi randkowiczami, podczas których idzie do lokalu, za którym nie przepada, zjada wysokokaloryczny obiad mimo diety, zmienia plany pod wpływem jeszcze innego pomimo świadomości, że kogoś wystawi do wiatru). Laura z kolei przyjmuje na siebie rolę tej złej, klasycznego kozła ofiarnego. Nasuwa to oczywisty wniosek, że obie córki nie czują się dobrze w tej rodzinie. I nawet można byłoby oddać hołd M.M., bo postaci są napisane nieźle, z potoczystym, zgrabnym stylem, gdyby nie to, że komentarz odautorski jest z tym niewybaczalnie sprzeczny: rodzina Borejków jest miła i ciepła, coraz milsza, coraz cieplejsza, coraz bardziej zamknięta w sobie.

To, za co najbardziej znielubiłam współczesnych Borejków to bowiem syndrom oblężonej twierdzy: jedyny przyjazny im świat to ten w kamienicy przy Roosevelta 5, wśród podobnych im, bibliofilom, humanistom, obrońcom wartości rodzinnych. Nie ma w nim miejsca na ludzi brzydkich, na ludzi z bloków, na ludzi tylko z maturą, na ludzi w związkach nieformalnych. Inne narodowości pojawiają się opisane w sposób karykaturalny i stereotypowy, ciemnoskóra rodzina Ocabressów przy co drugim akapicie ma dokładany opis, że ich policzki są czekoladowe, a ich polszczyzna niezdarna i zabawna. W Jeżycjadzie nie występują inne kobiety niż dobre matki (chyba że ujęte w sposób przerysowany jak bezdzietna policjantka czy słynna zemsta na Kindze Dunin, kopcącej w biedne, chore oczy), nie występują inni mężczyźni niż dobrzy ojcowie (nawet naczelny szwarccharakter, Janusz Pyziak, przecież wraca i dokonuje pojednania przy herbatce), mniejszości seksualne nie są widoczne w ogóle.

I to nadal czytają dzieci i myślą, rozumiecie, że tak trzeba. Nie, serio: można lekceważąco machnąć, że och, pensjonarska lekturka, ale popatrzmy sobie na to tak: po te  książki sięgają dziewczyny, które mają fetysz na czytanie i naprawdę wdrukowują sobie wartości, jakie M.M. przemyca. Można sobie zadać pytanie, co sobie wdrukuje gimnazjalistka czytając o studentce we wpadkowej ciąży („uwiodłam go, bo myślałam, że to nas do siebie zbliży”) lub o maturzystce ciągnącej swojego chłopaka przed ołtarz.

Reklamy

42 uwagi do wpisu “Roosevelta 5 oblężone!

  1. Ja to mam wrażenie, że po 1990 to Musierowicz się trochę odechciało, ale kasa nęciła, więc zrobiła szablonik i według niego pisze. Nie, nie pisze – uzupełnia tabelkę. Stały schemacik i tylko detale inne, ale zawsze ma być młoda dziewczyna, młody chłopak, miłość, ślub. Koniec, kropka. Oraz nagle wszyscy porośli w pierze i mają mieszkania, domy, samochody, zmywarki i tak dalej – co jakoś niekoniecznie jest wytłumaczone skąd mają na to kasę. Problemy finansowe w magiczny sposób znikają, a im mniej ich, tym mniej życia w tych wszystkich ludziach.

    Lubię to

  2. Ale, ale, z Idą to jednak nie do końca tak, Klaudiusz zaczyna ją podziwiać jak ona zaczyna się zachowywać tak, jakby była piękna i wspaniała i nie patrzy na niego oczami spaniela, a udaje niedostępną. Owszem cieszy się, jak on ją zaprasza na randkę, ale jej wiara jest wcześniejsza, a wynika z mądrej rozmowy z matką.

    Lubię to

  3. No właśnie z Idą mam takie #samaniewiem, miałam zawsze wrażenie, że Ida gra „piękną i wspaniałą” bez poczucia, że taka faktycznie jest – i dopiero zainteresowanie Klaudiusza ją w tym utwierdza.

    Lubię to

  4. Teraz pewnie sie komus naraze, ale z czasow raczkujacego w Polsce Internetu zapamietalem podsumowanie jednej z nieistniejacych od dawna stron: „jesli sie Wam nie podoba,to wracajcie do Mietka Szczesniaka i Malgorzaty Musierowicz”.
    Nie mam zamiaru nikogo obrazac, ale wlasnie mi sie przypomnialo,dlaczego nie zmoglem zadnej z jej ksiazek :)

    Lubię to

  5. Dodałabym jeszcze, że „Szósta klepka” to jedyna książka MM, w której nie ma też hejtu na nauki ścisłe (i przyrodnicze swoją drogą), a Feynmanna się czyta.

    Lubię to

  6. @Sikorsky: no więc ja do tych starych – Szósta Klepka, Ida, Opium – czasem wracam. Są dobrze napisane, w Opium dodatkowo są fajne tropy historyczne ze stanu wojennego.

    @sanciasancia: racja. Oraz prócz Feynmanna mamy normalnych chłopaków, emocjonujących się meczami czy koncertami – w późniejszej Jeżycjadzie sportem interesuje się właściwie tylko samczyk alfa, Józinek (urgh).

    Lubię to

  7. jak dla mnie to ^astragalizo moze pojsc na karnego jezyka i plakac w kacie. swietna notka.
    Po prostu napisana a nie wykrzyczane z ambony z piana na ustach. Takie wrazenie odnioslem czytajac najpierw jedna a potem druga.

    Lubię to

  8. @szprota
    Mnie przeszkadza pisanina Musierowicz, więc wydłubywanie co mi przeszkadza bardziej jest dla mnie za trudne. A co do ładnizmu, to temat na poprawność polityczną w notce u Czescjacka, której do dziś nie napisał. Od siebie mogę tylko skrobnąć, że w tym cały urok narratora, że dzieli się z nami tym, co mu/ jej przyszło do głowy. Żądanie obiektywnego lub poprawnie politycznego widzenia świata popsułoby niejedną wybitną powieść.

    Lubię to

  9. Wszystko prawda, a mnie jakoś smutno. Pamiętam, kiedy jako Ponury Produkt Patologicznej Rodziny czytywałam te książki i wyobrażałam sobie, że mam taką rodzinę, gdzie ktoś mi zrobi herbatki, jak będę miała kłopoty. Zrozumienie, o co tam chodzi, było jednym ze smutniejszych momentów dorastania. Chlip.

    Lubię to

  10. Czytałam MM jako naiwna gimnazjalistka i żyję ;) Lubiłam Różyczkę jako dziecko, bo sama byłam dość mamejowata (ale nie głupia, nie sprzątałam wszystkiego z dzielnym usmiechem ;P), ale znielubiłam ją w momencie, gdy poszła na tą nieszczęsną astrofizykę, czy co to tam było, wbrew zdrowemu rozsądkowi i własnym zainteresowaniom. Przeczytałam „Sprężynę” z czystej ciekawości, ale następne części raczej sobie daruję. Ta rodzina będzie już tylko się rozrastać i wielbić świętą Gabrielę, przecież tam nie ma nawet już za bardzo wątków pobocznych…

    A od wątku prawie małżeństwa Laury w Czarnej Polewce gorszy jest wątek zakochania Laury w Sprężynie. Zgroza normalnie, to dopiero wzór dla małych dziewczynek…

    Lubię to

  11. Hm, jako matka gimnazjalistki czytającej pasjami, chcę uprzejmie donieść, że Jeżycjady się nie czyta. To jest shit i nuda. Wampiry są na topie. Także nic się nie wdrukuje ;-)

    Lubię to

  12. Wampiry ogólnie, Meyerowa już passe. Na relację Belli i Edwarda trudno dać się nabrać ;-) Kwiat kalafiora był chyba w 6 klasie, moaj gimnazjalistka czyta Dziady, Potop i Solaris, w ramach lektur.

    Lubię to

  13. @StaraBaba, mlodym gryzoniem bedac czytalem MM z bardzo podobnymi odczuciami. W nieco starszym wieku przyszlo mi do glowy poprosic autorke listownie, coby chociaz w jednej ksiazce opisala naprawde niepelna rodzine czy homoseksualnych nastolatkow, zebym mogl tam znalezc kogos podobnego do siebie, przeciez uniesmiertelnila Marka Palysa… i wtedy do mnie dotarlo, ze ona raczej celowo nie uwzglednia takich kreatur.

    Lubię to

  14. Ja kilka tomow Jezycjady przeczytalam dosyc pozno , wiec nie mam sentymentow oraz resentymentow.
    Rozumiem wybor Mili Borejko (IMHO naprawde nie kazda kobieta musi pracowac), czulam troche sympatii do Ignacego (ludzie z nieoplacalna pasja naukowa sa fajni), ale zawiesilam sie na Kwiecie Kalafiora.
    Rodzina ma byc jakoby tradycyjna, ognisko srognisko, a zadna z panienek nie wpada na mysl, ze mozna by umyc po sobie kibel, a matka nie dopuszcza ich do zadnej pomocy w domu.

    Lubię to

  15. Shigella: no ok, ale tutaj z tomu na tom Borejkowie stają się coraz bardziej jedynie słusznym wzorcem rodzinnym. Gdybyż zostali w jednym tomie… Nawet nie w KK, w Opium w Rosole. Tam nie było Ignaca i od razu zrobiła się z nich fajna rodzina.

    Lubię to

  16. Z innych ciekawszych wątków z ostatnich czterech tomów: 1) bardzo charakterystyczne jest opisywanie dzieci, które są całkowicie wzorowane na dorosłych (chłopcy dzielą się na mole książkowe i uczciwych prostaków, dziewczynki są albo ciapowate, albo dzielne niczym Żaba, bohatersko szorująca patelnie) i 2) wynikająca z tego fiksacja na punkcie związków między dziećmi, te dziewięciolatki, poważnie rozważające podrywanie koleżanek, podniecenie, tęsknoty kraszone cytatami z łaciny – to jest jakieś straszliwie straszne. No i 3) te subtelne klasizmy, Laura, której wpada w oko miłośnik Mozarta i jej ból, kiedy wsiada do furgonetki ogrodniczej. I podkreślana przez cały tom ulga, że nie jest robotnikiem i nagroda w postaci polonisty.

    Lubię to

  17. Jezu, w ogóle postać Żaby – dziewczyna ma 15 lat, jest w wieku Idy czy Kłamczuchy, które, choć mają nastoletnie emo, czyta się jednak jak dorosłe kobiety – a Żaba jest zupełnym dzieckiem. Sytuacja, w której któryś z tych odrażających Żeromskich próbuje ją pocałować cuchnęła omal pedofilią, bleh

    Lubię to

  18. Dziewczęciem młodym będąc podczytwałam książki MM z lubością i nawet nabywszy, na półeczce ustawiałam. Ostatnio zaś włączył mi się sentyment za wieżyczką z myszami i czytam całość cyklu – z bólem zębów. Zgadzam się że od lat 90. pani nie ma już wiele do zaoferowania i kultywuje skostniały schemacik, w którym poraża mnie zwłaszcza toporny patriarchalizm. Panie do garów, panowie do salonu, wszystkie laski jak na komendę rodzą bachory i nie mają żadnych zainteresowań poza romansowaniem (i pomyśleć, że Gaba była zdolną koszykarką, a Aniela maniaczką teatru – Pyzunia biedne dziecko interesuje się dmuchaniem w grzywkę i gotowaniem kleiku). Poza tym nieodmiennie mi żal postaci Nutrii, która zapowiadała się na urocze lesbiątko, bo najpierw mówiła o sobie w rodzaju męskim, w dodatku basem, a potem dłuuugo nie mogła sobie znaleźć Mężczyzny. Ech, stracony potencjał.

    Lubię to

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s