Jak zażenować cyckami na jutubie czyli tłuste wąsy

Takie rzeczy, że mnie trochę, nie będę kryć, urwało dupę. Mamy oto młodego poe…  humanistę i sportowca w jednej osobie, który po  splątaniu sobie ścieżek kariery mistrza kick-boxingu (oraz zapoznaniu  się ze wspinaczką i spelelogią, oddaniu serii skoków spadochronowych, jak również  wzięciu udziału w przedstawieniach teatralnych, kabaretach, serialach emitowanych w telewizji i reklamach)  pouczęszczał na kółko historyczne, na którym zainteresował się polityką. W związku z czym postanowił spróbować swoich sił w tejże dziedzinie i wyprodukował spot wyborczy.

BUM

Spot jest fascynujący na wielu poziomach, tak się go ogląda z rosnącym WTF, dlaczego to takie złe, nie, to nie może być aż tak złe, o chryste, jednak może. Mamy kieszonkowego supermanka broniącego kobiety przed napastnikami, mamy straszny hip-hopowy bit, mamy przechujowe ujęcia komórkowego filmu amatorskiego rodem z 2005 roku. Mamy kult macho, seksizm, korupcję wyborczą i generalnie ohydne, tłuste wąsiska wyglądające zza kadru. Oraz mamy cycki, którymi wdzięczna niewiasta próbuje podziękować wybawcy za mężne stawienie czoła. Wybawca jest jednak mądrzejszy od cycatej blondynki, nie godzi się na łatwy seks, ale łaskawie zezwala, by na niego zagłosować.

Nieno, mogło być gorzej, dobrze, że zauważył, że kobiety mogą głosować.

Serio, chłopaku, jesteś młody, ja rozumiem, że z połączenia humanizmu ze sportem nie może wyniknąć nic dobrego, ale może się jeszcze ogarniesz, co? (albo trzymaj się tej wspinaczki, to wspaniały sport i uprawiają go śliczni ludzie)

Łukasz Wabnic, bo o nim mowa, pisze o sobie tak:

Nie jest to prawdziwy obraz mojej osoby, a ich forma i charakter wynika z brutalnej rzeczywistości. Brak odpowiednich funduszy powoduje że moja kampania jest bardzo ograniczona. Nie stać mnie na wiele elementów, na które mogą sobie pozwolić inni kandydaci. Dlatego postanowiłem zastosować dosyć ryzykowną formułę prezentacji. Po raz pierwszy zastosowałem ją kandydując do rady miasta. Liczyłem że poprzez formę spotów moja osoba zaintryguje a chęć dowiedzenia się „co to za jeden” pozwoli wyszperać w sieci nieco więcej materiałów na mój temat, które mają szansę poprawić mój wizerunek.

No więc ja wyszukałam i pochwalam, że Łukasz ma serduszko po właściwej, lewej stronie. Ale to nie tak działa. Jak trafiam na psią kupę na chodniku, naprawdę nie mam ochoty szukać psa, który ją zrobił, po prostu robi mi się niedobrze.

Zagiąć sprzedawcę

Jest taka kwestia, że żyjemy w świecie coraz bardziej nachalnych reklam. Gapią się na nas z billboardów, mrugają bannerami, wrzeszczą w trakcie słuchania plejlisty na jutubie lub podczas programu telewizyjnego. Pomimo adblocków czy niekorzystania z radia i telewizji stykamy się z nimi: ludzi rozdających ulotki mijamy obojętnie, śmieciówę ze skrzynki na listy wygarniamy od razu do śmietnika, a sprytne filtry w gmailu odsiewają nam spam. Jednym słowem, unikamy reklam jak możemy i dość często przegrywamy w tej walce.

Warto pamiętać, że zawierając umowę o świadczenie usług (z bankiem, z operatorem telekomunikacyjnym); wysyłając zgłoszenie w konkursie; zamawiając coś przez sklep internetowy czy zakładając kartę stałego klienta – wyrażamy zgodę na otrzymywanie elektronicznej informacji handlowej. Kanał komunikacji często zależy od profilu i branży usługodawcy, ale przeważnie oznacza to, że możemy otrzymywać rozkoszne mejle z bardzo złą poezją effuniaków, SMSy zachęcające do udziału w loterii o potworną ilość mercedesów lub telefony cierpliwych i troskliwych telemarketerów. Mejla można wywalić (po uprzednim obśmianiu), SMSa zignorować, co jednak zrobić z telemarketerem?

(w sumie to żyjemy w cudownych czasach; za parędziesiąt lat pojawią się nam interaktywne i obdarzone świadomością boty i co wtedy)

Zanim powiem, co zrobić z telemarketerem, przypomnę, że tak, jak wyrażamy zgodę na otrzymywanie spamu, tak możemy ją w każdej chwili wycofać. To nam gwarantuje prawo. Zatem, jeśli taki telemarketer nas nagabuje przez telefon, z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że ma na to naszą zgodę i, no cóż, jest takim nie do końca nieproszonym gościem.

Nic mnie tak nie wkurwia, jak gniewomirskie przechwałki, jak to się zagięło telemarketera!

[No dobrze, jest mnóstwo rzeczy, które wkurwiają mnie bardziej: durna Madzia Żuraw, która wmawia kobietom, że ich miejsce jest przy garach, a sama pcha się do sejmu; humorzaste małolaty wyżywające się na swoich przyjaciółkach w chwilach rozdrażnienia; pasywna agresja wrednych zdanek zakończonych uśmieszkami; gorące deklaracje o konieczności unikania opresyjnego języka stojące w jawnej sprzeczności z realnym zachowaniem; motobuce;  rowerobuce;  słabości zbiorkomu, pogoda tego lata; ludzie mówiący na nieprzeciętnie szczupłe kobiety per anorektyczki…]

…ale tłuczenie telemarketerów jest dość wysoko na liście. Dodam, że w mojej branży to trochę choroba zawodowa. Sama, znając dość dobrze ofertę telefonii, w której pracuję, miewałam te wredne momenty, gdy po wysłuchaniu oferty telemarketera pytałam, na ile moje konto zostało przeanalizowane, bo oferta nijak nie odpowiada moim potrzebom (srsly, dodatkowy pakiet minut dla osoby, która prawie w ogóle nie dzwoni, bo nie po to kupiła smartfona z klawiaturą querty, by dzwonić jak w XX wieku). Ale to było dawno i teraz się tego wstydzę.

(Trochę mniej się wstydzę drugiej choroby zawodowej czyli darcia łacha z klientów dnia, bo gdzieś po drodze zrozumiałam, że wprawdzie klient nie musi wiedzieć wszystkiego i chichot typu „haha PINu od PUKu nie odróżnia, co za cep” jest gimbusowy; niemniej nadal zdarza się, że bywam oszołomiona argumentacją naszych abonentów, sposobem budowania fraz i napięcia oraz ich wyobrażeniami na temat działania sieci GSM. Ale to tak na marginesie.)

No więc z tymi telemarketerami jest tak, że ich praca polega na sprzedaży, a ich prowizja zależy od skuteczności tej sprzedaży. Nie zawsze jest aż tak tragicznie jak w tym artykule, ale stawki są niskie, zaś presja na wynik tym samym wysoka. Dodatkowo: telesprzedawcy są szkoleni do tego, by rozmowy istotnie przeciągać. Muszą podjąć co najmniej dwie próby finalizacji sprzedaży, wydobyć obiekcje pytając „dlaczego nie jest pani zainteresowana” i umiejętnie je zbić. Rozmowy telemarketerów bywają monitorowane, a ich jakość może przekładać się na to, czy w ogóle otrzymają premię. Namolny rozmówca jest namolny nie dlatego, że kieruje nim małpia złośliwość, tylko dlatego, że od tego zależą jego, przeważnie bardzo niewielkie, pieniądze. To, co nas najbardziej w nich drażni nie wynika z ich złej woli, a z takich, a nie innych wymagań pracodawcy; następnie z takiego, a nie innego rynku pracy i takiego, a nie innego prawa, nadal średnio chroniącego konsumentów choćby w zakresie ich prywatności. Nawet nie doświadczywszy tej pracy można się zatem zdobyć na minimum uprzejmości i w przypadku niezainteresowania ofertą po prostu spokojnie, stanowczo odmówić (i, ewentualnie, dopytać sprzedawcę, skąd ma nasze dane, jeśli jesteśmy pewni, że nie zgadzaliśmy się na otrzymywanie reklam).

No, chyba że nie umiemy tego minimum uprzejmości, ale to w takim razie pretensje nie do telemarketera, tylko do rodziców, że nas źle wychowali.

Sobotnie combo

Pierwsze BUM:

Moim przyjaciołom ukradziono rowery:

I stało się – komuś bardzo spodobały się nasze rowery.
Był to francuz Peugeot – biały z pomarańczowo-czerwonymi emblematami, na tylnym kole blokada z kluczykiem, do kluczyka doczepiony odblaskowy duszek i pomarańczowy materiałowy puzzel LESK2016, na kierownicy biała przybrudzona owijka. Na prawym ramieniu kierownicy klamka od zmiany biegów nałożona na kierownicę, nie była dokręcona, ponieważ uniemożliwiała to owijka. Na lewym ramieniu kierownicy stary dzwonek, na sztycy przykręcony był również biały dzwonek z Łódzkiej Masy Krytycznej 07.2011 (chlip, chlip :(). Przednia opona oryginalna z białymi bokami, tylna cała czarna, wymieniona niecały miesiąc temu. Niecały miesiąc temu wymienione zostały też klocki hamulcowe, więc są w miarę świeże.

Drugi to holender grafitowy Super Style, jak na zdjęciu. Proszę o rozpropagowanie i rozglądanie się. Niestety dla nas bez rowerów to trochę jak bez jednej ręki.

…napisała Breblebrox na forum Masy Krytycznej.

Łodzianie (i okoliczni mieszkańcy), zwróćcie uwagę, zwłaszcza na giełdach i bazarkach. I nie chcę czytać komentarzy, że mogli lepiej przypiąć rowery, ok?

Drugie BUM:

Ministerstwo Zdrowia uznało, że osobom z uszkodzeniami słuchu jest za dobrze i postanowiło uprzyjemnić im życie, wprowadzając rozporządzenie, zgodnie z którym osoby z dużym niedosłuchem, głuche, głuchonieme nie mogą prowadzić pojazdów silnikowych. Gdyż bo niesłyszenie tego, co się dzieje na ulicy wpływa na sprawność kierowcy jak? (wiemy, że prawdopodobnie nijak, bo normalny kierowca patrzy w lusterka, no ale na to trzeba wyjąć głowy z dup)

Całość skomentowała Cyborg, cóż tu można dodać, poza opadem rąk.

Edit: no może to. Co wyjaśnia, czemu słyszę syreny nawet przez moje cudowne coloudy z Hello Kitty.

Edit 2: WTEM! Ministerstwo  zdecydowało się jednak wycofać z rozporządzenia.

Piotr Olechno, rzecznik resortu, przyznaje, że akapit z którego jasno wynikało, że i głusi i niedosłyszący mogą mieć prawo jazdy, zniknął z rozporządzenia przez pomyłkę. – Naprawimy to w ciągu miesiąca – zapewnia Olechno i dodaje, że w nowym rozporządzeniu znajdą się też regulacje dotyczące oznaczania aut, w których za kierownicą siedzą osoby niesłyszące.

A trzecie BUM jest lajtowe i emocjonalne, noram sobie archiwalne notki na jednym z blogów (nie ma ostatnio wieczorynek, nie ma…) i wtem w oko wpada mi tekst  „Na lirykę trzeba trochę tornistra trzeba ponosić i podoświadczać”. Czemu nie rańca, ja się pytam. „Wsęsie poeci, którzy piją do rańca? prawdziwi poeci tak rzeczywiście robią, a nie że tornister”, odpowiada mi Gammon no.82, no i właśnie, o to chodzi: może nawet nie o picie do rańca, bo, jak między wersami sugerowałam w notce o Amy, ten mit jest niebezpieczny. Na lirykę nie pomogą tornistry i kolejne kamienie milowe, mijane w drodze do kolejnych szkół i instytucji. Chodzi o to, by na przykład przypomnieć sobie babcię, która na tornister mówi „raniec” i jak wychodzisz w zimny wrześniowy poranek do szkoły, to ci poprawia przy nim szelki; pamiętać, by się wzruszyć i pomyśleć o niej z miłością.

(nawet jeśli nie żyje od 10 lat)

Biedna mała dziewczynka

No więc było tak, że Ameba, jak kto dobry, poszła na spotkanie programistów i poszła z nimi na browar, i podczas spotkania pochwaliła się, w tym zmaskulinizowanym, prawda, środowisku, że jest feministką. No i dostała maksymalnie bucerskim, antyfeministycznym tekstem w pysk. I wiecie, co zrobiła? Nie wdziała majtek na rajstopki, nie wsiadła do czołgu i nie rozjechała towarzystwa; nie: wstała, wyszła, popłakała i poszła obsmarować tych okropnych programistów na blogasku.

Biedna, mała dziewczynka, jak ona chce zostać feministką, skoro od byle tekstu płacze. Tak się kończy bawienie się z chłopcami ich zabawkami, niech to będzie dla was przestrogą.

…tutaj mogłabym skończyć notkę i nawet trochę mnie kusiło, by sprawdzić, ile osób spośród, np., moich znajomych na fb, przytaknęłoby mi: tak, tak, sama sobie winna, mogła się nie pchać we wilcze stado jak ostatnia owca. I jeszcze co, zamiast się odwinąć, uciekła, no ja bym tak nie zrobiła, ci seksiści powinni znać mores, a ja, lalala, w kieszeni mam gaz, a w rękawie garść ripost, NIGDY MI SIĘ TO NIE ZDARZY, by mnie tak potraktowano.

W tym jest zaklinanie rzeczywistości, nie? I mean, złe rzeczy przydarzają się ludziom, codziennie, ciągle, bez przyczyny; trwają wojny, wybuchają wulkany, na ulicach toczą się zamieszki, a w bramach mordobicia. I przeważnie nie mamy na to najmniejszego wpływu. No to od czasu do czasu musimy sobie powiedzieć: mam kontrolę. I don’t like the idea I’m not in control of my life, prawda?  I’d rather die than give you control, prawda?

Trudno godzimy się z bezsilnością. Branżowo dodam, że był to dla mnie też najtrudniejszy kawałek do przepracowania w terapii: że tak, są rzeczy, jak choroba, jak upływający czas, jak złe rzeczy przydarzające się ludziom wszędzie, na które nic nie zaradzę. Mogę sobie wyobrażać, że będę najlepiej przygotowana do starcia z takim tekstem, jakim dostała Ameba, ale prawda jest taka, że równie dobrze mogę nie zrobić nic; nawet tego, co ona: wstać i wyjść, bo, na przykład, bardziej boję się grupy albo bardziej mi zależy na akceptacji jak największej ilości ludzi albo dam sobie wmówić, że to jednak moja wina, było się nie obnosić. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak się zachowam, kiedy coś takiego mnie spotka, ale już wiem, że na to, że spotka, wpływu nie mam.

I czy to w ogóle ma znaczenie, co zrobiła? Czy to coś zmienia? Co by się stało, gdyby  bucujący kolega dostał z liścia i jakby się to miało do stereotypu „feministki są agresywne”? Co by się stało, gdyby bucujący kolega otrzymał ripostę „ty za to pewnie masz dziewczynę.jpg” i jakby się to miało do stereotypu „feministki nie mają dystansu do siebie”?

„Odzewem na chamstwo i traktowanie kobiet przedmiotowo przez fachowców (albo i nie) jakiejkolwiek dziedziny nie może i nie ma być ‚to się uodpornij, odpyskuj albo zmień dziedzinę’. To nie kobieta jest tu problemem”

skomentowała na g+ jedna z czytelniczek (Ameba miała dosłowny wykop-efekt tym wpisem) i tak, właśnie o to chodzi.

Mnie w sumie ten bucujący kolega średnio interesuje: nie chcę stawiać diagnoz o kompleksach, jego życiu osobistym, naprawdę, nic mnie nie interesuje jego cera, stan włosów, uzębienia i BMI, rozległość zainteresowań czy upodobania muzyczne. Zakładam, że jego zachowanie nie było wynikiem złej woli, lecz braku wiedzy o feminizmie (no bo, umówmy się, skąd i, co ważniejsze, po co, ma taki sobie zwykły programista czerpać wiedzę, z obrazków na kwejku?) oraz milczącego wsparcia grupy.

Nawet mi przyszło do głowy zadać pytanie „czemu nikt inny nie zareagował”, ale ono jest trochę bezcelowe. Po pierwsze: w końcu dwie osoby wyszły z Amebą. Po drugie, cały czas wam tutaj opowiadam historię o zetknięciu jednostki z grupą. W tej historii ważne jest to, że jednostka działa tak, jak jej wygodnie, z różnych przyczyn. Ktoś wyszła, ktoś został, każde z nas ma swoje sposoby działania w grupie; jedni biorą za pysk i porywają miliony, inni milkną i obserwują, by dostosować się do zasad.

Więc może ważniejszym jest pytanie, jakie zasady działały w grupie, w której znalazła się Ameba; na co jest w niej przyzwolenie i do czego ono prowadzi.

No i – na ile mamy moc je zmieniać.

(a w ogóle to odpierdolcie się od biednych małych dziewczynek; im się należy opieka i wsparcie, a nie masturbacyjna argumentacja z „trzeba było”)

Edit: o sprawie wspomnieli też Cześćjacek i VN, link na wykopie i do Koziołka litościwie pominę.

I want to live alone, I could be happy on my own

Od czasu do czasu Gazeta Wyborcza usiłuje podjąć mężne zmagania z pojęciem singlostwa, co jest drażniące na kilku poziomach, no bo tak:

  • co to kogo obchodzi, czy jest się w związku czy nie (o ile w grę nie wchodzi romans z tą osobą)
  • dlaczego słowo „samotność” tak bardzo gryzie

W określeniu „singiel” pędzi podskórnie taka narracja, że ze względu na źródłosłów pojęcia jest to jakaś zgniłozachodnia, przemijająca moda, niezakorzeniona w naszej rzeczywistości. Oraz, że samotność jest smutna. To znaczy, no, jeśli nie jest z wyboru, to może być smutna, ale dla mnie to jednak słowo neutralne: samotna jako niepozostająca w żadnym stałym związku. Stan jak każdy inny.

No więc w artykule „Nie masz dzieci, tyraj za wszystkich”  GW w pierwszych zdaniach już usprawiedliwia życie w pojedynkę pędem do kariery:

Aleksandra ma 26 lat. Jest zdeklarowaną singielką. – Na razie. Nie do końca życia. Dziś nie chcę się wiązać na stałe – mówi. Postawiła na pracę, karierę zawodową.

Gdyż, jak powszechnie wiadomo, samotność z wyboru można usprawiedliwić jedynie pracowitością. A wydawałoby się, że po Bridget Jones już nikt nie łyka takich opozycji jak rodzina versus kariera.

[disklajmer: tak, wiem, że Bridget, zwłaszcza w pierwszej części, akceptuje siebie tylko wtedy, gdy interesuje się nią jakiś facet i że jedzie równie nieznośnym nastoletnim emo co Ally McBeal; niemniej: wyautowała krągłe kobiety #po30, a w „W pogoni za rozumem” zaczyna sobie radzić zupełnie sama, bez żadnego męskiego wsparcia, więc nie umiem jej jakoś szczerze zaorać]

Dodatkowo mamy tutaj zrównanie samotności z bezdzietnością. Cześćjacek tłumaczył, że tak działają mejnstrimowe media, że dzieciata singielka to już samotna matka, a samotna z wyboru to singielka. Nie wiem, czy zapamiętam, trochę to dla mnie za skomplikowane.

Co mamy dalej? Trochę lolocaustu singli jako że w korporacjach muszą zostawać na nadgodzinach oraz mają mniejsze szanse na otrzymanie urlopu w atrakcyjnym, letnim terminie. Z moich doświadczeń wynika tyle, że tak, matki dzieciom mają większą łatwość w odmowie pozostania na nadgodzinach (a jak są karmiące, to i o godzinę krócej pracują, ale takich jest niewiele), przy dzieciach w wieku przed/szkolnym trochę też trudniej o elastyczność z terminami urlopów, więc ich dobór dość rozumiem. Aczkolwiek co roku mam trudności, by jednak przynajmniej tydzień z urlopu mieć latem i nie zahaczyć o żadną dzieciatą koleżankę, a trochę ich jest, nie wszystkie z dziećmi, których terminy wakacyjne byłyby już dyktowane instytucjonalnie.

I trochę to fajne, a trochę nie, tzn. te przywileje w niewielkim stopniu pomagają dzieciatym w korpo, gdzie godziny pracy są sztywne, a urlopy planuje się z dużym wyprzedzeniem, zaś ja nie widzę powodu, dla którego mam ustępować z terminem obejmującym Open’era czy Orange Warsaw Festival tylko dlatego, że koleżanka wymyśliła sobie, że w tym samym terminie najmie kwaterę w Ustce dla siebie, rocznego synka i mężusia. Gdzieś tutaj może się zdarzyć, że ktoś zrobi coś źle i faktycznie stanę się uciskaną singielką. To jest też to, o czym wspomniał w toku dyskusji nad artykułem Inżynier Mruwnica: że prócz relacji rodzinnych jesteśmy też powikłani w relacje towarzyskie, którym nadaje się o wiele mniejszą rangę. Trochę nie rozumiem, dlaczego.

Oczywiście nie wszyscy pracują w korpo w miarę przestrzegającej prawa pracy, ale sektor usługowy się rozwija, a w nim najwięcej zatrudnia branża IT/ telekomunikacja, które jednak lgną do większych firm, więc jakaś tam skala zjawiska jest.

Drażniące w tym artykule było jednak przede wszystkim to, że absolutnie nie miał oporów przez skonfliktowaniem dzieciatych z bezdzietnymi, czego dowiodła natychmiastowa reakcja jednej z czytelniczek:

Z pewnością za x lat, kiedy sama będzie miała Pani dziecko – zmienią się Pani priorytety i trochę mniej egoistycznie spojrzy Pani na świat, bo mam wrażenie, że jest Pani sfrustrowaną singielką. Życzę Pani innego spojrzenia na otaczające środowisko i z całego serca współczuję takiego podejścia do pracy.

Znaczy fajnie by było, gdyby zamiast przepychać się, kto ile wysiedział na nadgodzinach oburzona dzietna pomyślała chwilę (samotna z pierwszego artykułu również), dlaczego w ogóle na tych nadgodzinach zostają albo czemu muszą sobie wydzierać  terminy urlopowe, bo to nie w kwestii sytuacji rodzinnej jest problem.

Konflikt rodzinni vs samotni to w ogóle chyba mit, jakiemu GW chętnie wierzy, konflikty bowiem są fascynujące i takie poczytne.  Sama ciągle walczę z uprzedzeniem do dzieciatych, więc widzę, jak łatwo dać się wessać w te trybiki.

Mit dzielnie podtrzymuje stały felietonista katowickiego oddziału GW, Peadar de Burca (doceńcie, że uniknęłam podwójnego parsera w jego nazwisku). W artykuliku o życiu polskiej singielki opowiada o statusie polskiej singielki. I choć pewne obserwacje ma trafne:

…status społeczny kobiety zamężnej w Polsce jest wyższy niż singielki. Podczas gdy pozycja mężczyzny w zasadzie się nie zmienia, kobieta, która wychodzi za mąż, traktowana jest niemalże jak gwiazda. „Złapała” męża i w oczach Polaków jest „prawowita”. Skoro inny mężczyzna ją posiada, można z nią bezpiecznie rozmawiać. A jeśli zamężna kobieta urodzi dziecko, jej pozycja społeczna osiąga apogeum. Oto jak ceni się tutaj kobiety: jako „nieprzestępców” i reproduktorki.

…o tyle pięknie potem nakręca falę między kobietami zamężnymi a samotnymi:

Kobiety są względem siebie bardziej bezwzględne niż jakikolwiek mężczyzna. Jeżeli singielka ubierze się seksownie, mąż temu przyklaśnie, podczas gdy jego żona będzie rozglądała się za fortepianem, aby spuścić go jej na głowę. Zamężne kobiety nie życzą sobie, aby singielki przychodziły same na wesela, ponieważ stanowią zagrożenie. Odnosi się to zwłaszcza do kobiet w typie mojej znajomej, która jest tak atrakcyjna, że mężczyźni z obcych krajów toczą pojedynki o możliwość dotknięcia jej dużego palca.

Co oczywiście jest prawdą, każda z nas, kobiet samotnych, doznała kiedyś tego zimnego spojrzenia mężatki, gdy tańczyło się z jej mężem na weselu (hej, ja mam nawet jakiś wiersz o tym!), tylko że niecałą prawdą, jak w każdej generalizacji, tak mi tu Kapitan Obwieś podpowiada.

To, że cytuję te dwa paragrafy nie jest przypadkowe: pierwszy wyjaśnia drugi. Tak, kobiety też sobie internalizują, że są niczym bez faceta i tak, między innymi dlatego zamężne, bywa, że czują się lepsze od samotnych, bo, jakby nie patrzeć, odczuwają to na co dzień (a odczuwają też wady tego stanu jak „muszę obiad i dziecko do przedszkola, więc nie mam dla siebie tyle czasu, co singielka”). Pedear nie próbuje zastanowić się, jakie są tego przyczyny, my, w przemyśle nienawiści, oczywiście możemy; możemy ładnie dygnąć i podziękować patriarchatowi za kolejny kawał chaotycznej i nikomu niepotrzebnej roboty.