Czemu to sobie robisz

Jedną z rzeczy, których szczerze nie znoszę, to pytanie, jakie słyszą kobiety tkwiące w chorych, niszczących relacjach, np. żony alkoholików. Pytanie to oczywiście brzmi: „dlaczego  po prostu nie odejdziesz”? Nienawidzę tego pytania, bo przenosi część odpowiedzialności za utrzymywanie związku, w którym cierpią wszyscy (no co za durna baba, jak lubi cierpieć, niech cierpi, nie? tylko niech nie wciąga w to innych, na przykład dzieci, myślmy o dzieciach).

No więc sprawy mają się tak, że to nigdy nie jest po prostu. Z kilku przyczyn.

Dość istotną przyczyną jest to, że partnera do intensywnie emocjonalnej relacji wybieramy na poziomie bardzo nieświadomym. Funkcjonuje to w ramach mechanizmu pattern recognition (rozpoznanie wzorca) i owszem, pomimo dość sceptycznego stosunku do rewelacji o nagrywaniu w dziecku pierwszych miesięcy życia jestem zdania, że pewne wzory relacji wynosimy z domu, w którym się wychowywaliśmy; to przeważnie jednak tam uczymy się, jak nakreślać swoje granice czy podejmować decyzje co do okazania gniewu i poczucia krzywdy. -Ba, uczymy się i tego, w jaki sposób wpływamy na zachowanie innych, bowiem pewnych drobnych manipulacyjek dopuszcza się każde z nas.

Zatem (zaznaczę: piszę tutaj o osobach, które mają przeciętne umiejętności społeczne), wychodząc w ten dziwny świat dorosłych uczuć, mamy już w sobie pewnie rozeznanie w związkach międzyludzkich, wiemy, co czynić, by ludzie robili to, co chcemy i jak lawirować między nimi, by funkcjonować bez większych zgrzytów w grupie.  Jeśli z domu wynosimy, że w obliczu bezsilności działa płacz, płaczemy, jeśli karano nas za okazywanie gniewu, będziemy mieć trudności z jego uzewnętrznieniem, jeśli wzrośniemy w przekonaniu, że na życzliwość i miłość musimy zasłużyć, a gdy nie dostajemy ich od najbliższych, robimy coś źle – przeniesiemy to także na relacje z innymi dorosłymi.

Tak więc z jednej strony mamy siebie i swoje wypracowane mechanizmy, o których już wiemy, że działają; z drugiej – tę drugą osobę, której zachowania i reakcje wydają nam się znajome. Jakby z tej samej gliny. Jak wspomniałam, proces rozpoznania tych wzorów dzieje się w warstwie emocjonalnej i nie ma nic wspólnego z zaciekłym „nigdy nie znajdę sobie faceta, jak mój ojciec”. Oh yes you will. Oczywiście – jest to do przeskoczenia, jak większość gówien, które robią nam nieuświadomione emocje, ale wymaga pracy i rozeznania w tym, co się czuje.

Czyli jednym z powodów, dla których tak po prostu nie przerywamy niezdrowego związku jest to, że daje nam w pewien pokręcony sposób poczucie bezpieczeństwa: jest znajomy, wiemy, czego się spodziewać.

Drugim z powodów są kwestie ekonomiczne i socjalne; oczywiście bardzo łatwo się dziwić z wielkich miast i ergonomicznych laptopów, czemu na rozstanie nie zdecyduje się kobieta, która wraz z dziećmi cyklicznie doświadcza przemocy domowej. A gdzie ja się podzieję? – spyta ona i jest to pytanie zarówno dosłowne (nie wszystkie mamy wspierających rodziców, dom samotnej matki w okolicy i środki do życia ze stałego etatu), jak i obnażające problem braku dostatecznej informacji o tym, gdzie szukać pomocy w razie podjęcia decyzji o rozstaniu (chociaż na szczęście tutaj dzieje się coraz lepiej, są kampanie informacyjne, ulotki i plakaty).

Trzecim z powodów jest sama struktura szkodliwego związku, budująca się, zabawna rzecz (only not) tak, by decyzja o odejściu przyszła jak najpóźniej, najlepiej w chwili całkowitego odbijania się od dna. Za notką podrzuconą mi przez obdarzoną bardzo złym serduszkiem ciocię Sendai możemy wyszczególnić kilka sposobów na to, by chory układ trwał i miał się dobrze. Na przykład: partner absorbuje nas na tyle intensywnie, że nie mamy czasu myśleć. Obsypuje nas SMS-ami, w których zapewnia o swoich uczuciach; ugruntowuje nas w przekonaniu, że jesteśmy dlań całym życiem, a bez nas runie i utonie. Utrzymuje nas to także w stanie ciągłego przemęczenia. Ponieważ naprawa układu wymagałaby zmian, te zaś z kolei wysiłku, na który nie mamy ani energii, ani czasu – układ trwa.

Istotną kwestią dla trwałości takiej relacji jest stały niedobór. Cały czas jest coś nie tak, niewystarczająco, trzeba dołożyć wszelkich starań, by się poprawiło. Będąc w takim związku jesteś opętana myślą „będzie lepiej, jeśli tylko…”. Kojarzy się to nieco z myśleniem życzeniowym w uzależnieniach: tam również pojawia się Wielkie Marzenie i całkowity brak działań w kierunku jego realizacji. Ale to zrazu nie ma znaczenia: ważna jest nadzieja, jaka przychodzi z zapewnieniem „to tylko zły czas, który minie, gdy znajdę pracę”.

Nigdy nie mija. Prawdziwe zwycięstwa, o jakie toczy się batalia w takim kryzysowym związku, nigdy nie są osiągane. Poczucie wygranej miewamy tylko przy niedużych kroczkach do sukcesu (takich jak: „wprawdzie nie podejmuję terapii, ale dziś na imprezie rodzinnej wypiłem tylko jeden kieliszek zamiast się upić”), ale na co dzień jesteśmy tak zajęte troską o partnera i zażegnywaniem rychłej katastrofy, że nie mamy czasu zauważyć, jak bardzo daremna jest to walka.

To jest jedna strona medalu: to, dlaczego w ogóle taka relacja ma szansę trwać. Permanentny kryzys, koncentracja na jego zwalczeniu, poczucie absolutnej niezbędności dla partnera i nieregularne drobne zwycięstwa.

Drugą zaś jest to, co partner stopniowo zaczyna nam robić. Zaznaczę tutaj, że płeć/ gender partnera jest obojętna, używam rodzaju męskiego tylko z heteronormatywnego lenistwa. Zatem: pamiętajmy, że mamy do czynienia z osobą, która wymaga stałej troski i uwagi.  Która gra swoją bezradnością. Której świat całkowicie się zawali, gdy odejdziemy. I która, z dużą dozą prawdopodobieństwa, jest równie pokręcona i wątpiąca w siebie, co my, bo w innym przypadku nie rozpoznałybyśmy w niej znajomych wzorców.  Co oznacza, że naprawdę, naprawdę zrobi wszystko, by nas przy sobie utrzymać i podbudować własne ego.

Rzućmy okiem, co o przejawach przemocy psychicznej – bo toksyczny związek to nic innego jak układ, w który się ta przemoc wkradła – mówią specjaliści. Otóż mówią oni wyraźnie, że dodatkową nitką do pajęczyny chorej relacji są naprzemienne akty przemocy z chwilami czułości i oddania. To sprawia, że jeśli ugrzęźniemy w takim związku – jesteśmy zdezorientowane. Jednocześnie, w wyniku opisanej wyżej troski i przekonania o bezradności partnera będziemy robić wszystko, by go zadowolić.

Akty przemocy mają charakter narastający. To też jest powód, dla którego rozmowy o przemocy psychicznej są okraszane pytaniem: dlaczego na to pozwalałaś? Prawdopodobnie najczęstszą odpowiedzią jest: „bo tak nie było zawsze, kiedyś taki nie był”. Oczywiście, że nie był! Kiedyś ograniczał się do pytania „gdzie byłaś i czemu tak długo” lub lekkiego skrzywienia, gdy zobaczył w twoim komputerze zdjęcie kolegi. Teraz robi awantury o to, że spotykasz się z innymi i przegląda twoje mejle. Kiedyś ci leciutko przygryzał, gdy zapomniałaś zalać herbatę, teraz ci mówi, że nie nadajesz się nawet do garów. Kiedyś po prostu miał zły humor, bo się nie wyspał, teraz dowiadujesz się, że to twoja wina, bo nie dopilnowałaś jego pory położenia się spać. Oczywiście: pytanie, gdzie byłaś, leciutka zazdrość czy nieszkodliwa kpina z drobnego potknięcia nie świadczą o niczym. Jeśli jednak płynnie przechodzą w ograniczanie kontaktów z innymi, przeglądanie twojej korespondencji i upokarzanie cię, zwłaszcza w obecności innych – jest źle i trzeba kreślić plan ewakuacji.

To, co chciałabym bardzo mocno podkreślić: nie ma żadnej twojej winy w tym, że doświadczasz przemocy. Nie jest tak, że sama tego chciałaś i że tkwisz w tym, bo lubisz. Nie lubisz, nie chcesz, inaczej na chwilę obecną nie umiesz, ze swoich doświadczeń wiesz, że inne relacje nie działają, więc tkwisz. Wyjdziesz, gdy pojawi się impuls: nagle pojmiesz bezsens układu, ujrzysz się w innej, zdrowszej relacji, wyrwiesz się z klaustrofobicznej diady w inne środowisko w pogoni za lepszą pracą, pojawi się kompetentny specjalista lub po prostu cierpliwy, rozumiejący przyjaciel.

Warto rzucić okiem, co na ten temat ma do powiedzenia obdarzona złym sercem ciocia Sendai.

PS: Aha, no i zapraszam na stronę niebieskiej linii, prawda.

Reklamy

Feministki nie zabiją

Nowy rok, poza narkotykami dostarczonymi przez Marcelego, odkryciem Pornophonique (tak, 8bitowe bollywoodzkie piosenki są piękne) i zasubskrybowaniem tagu #przed35 na blipie przyniósł także kilka dręczących pytań.

Na przykład: co jest nie tak z panią Łepkowską? Tuż przed sylwestrem, cichcem chyłkiem, na portalu wyborcza.pl pojawił się wywiad z Pierwszą Damą Telenowelowego Skryptu pod hurrdurrr tytułem „Feministki mnie zabiją!„. Jejku jej. Jak powszechnie wiadomo, feministka jest kimś na kształt tego wygłodzonego wilkołaka z Sapkowskiego „Trochę Poświęcenia”, co przychodzi rozrywać gardła, ale widzi, że to tylko Jaskier, więc odchodzi. I nawet chciałam podobnie, ramion wzrusz, z gardła meh, no bo co nowego: pani, której się udało, nie wierzy w szklany sufit; kobieta, której się nie udaje być równie dobrą, co mężczyźni, z całą pewnością robi coś źle. No ileż można…

Pani Łepkowskiej ładnie nagryzł gardło pan Pacewicz, punktując to, co z wywiadu bije po oczach. Zauważył zaprzeczanie istnieniu szklanego sufitu, zaobserwował posługiwanie się stereotypowym wynaturzeniem drugofalowego feminizmu polegającym na zatarciu różnic między genderami, nie umknęło jego uwadze lekceważenie potrzeby parytetów oraz kompletnie chybiona diagnoza przyczyn sytuacji kobiet na rynku pracy (kobiety zarabiają mniej, bo są mniej dyspozycyjne).

Ciekawy jest ten fragment:

– …jako pracodawca wiem też, że gdy pracownica idzie na urlop wychowawczy – i słusznie, tak powinno być, bo dzieci muszą się rodzić – to ja zostaję z nieobsadzonym etatem, na który muszę przyjąć czasowego pracownika, bo jak kobieta wróci z urlopu wychowawczego, to musi mieć zapewnioną pracę. To jest sprawiedliwe, ale dla pracodawcy to jest kłopot, prawda?

– Jest. Ale nie jest to powód do dyskryminacji kobiet na rynku pracy. Poza tym mężczyźni też mają dzieci.

– Tak, dzieci mają ojców. Jedna z moich współpracownic zarabia lepiej niż mąż i to on poszedł na urlop macierzyński i tacierzyński.

Mężczyźni mają dzieci. Dzieci mają ojców. Nacisk przesunięty z dorosłego na dziecko, w kontekście pracy dorosłego. Iswydt.

Urlop tacierzyński. Ani Agnieszka Kublik, rozmawiająca z Iloną Łepkowską, ani Piotr Pacewicz nie wydają się być szczególnie przywiązani do idei urlopu rodzicielskiego, bez rozróżnienia na płeć/ gender rodzica, a szkoda: bardzo ona skutecznie niweluje powiązanie „kobieta = dziecko”. Nie, nie, kochani, od ładnych paru lat wiadomo, że powiązanie jest takie: „dorosły człowiek w wieku rozrodczym = być może dziecko”. Nie wszyscy chcą mieć dzieci, nie wszyscy mogą mieć dzieci, a przede wszystkim: nie każda kobieta będzie mieć dziecko, a urodziwszy, pójdzie na urlop, może bowiem nań pójść ojciec dziecka. Głównie z przyczyn finansowych, ale przecież nie tylko, co również umyka naszym bohaterom. Nadal bowiem zgodnie wykonują rytualny taniec Bractwa Małe Morulki (Blogdebart TM), że to jednak matka chce przebywać z dzieckiem w tych pierwszych, jakże ważnych tygodniach.

No trochę niezakoniecznie, prawda, nie ma powodów, dla których nie mógłby poprzebywać z dzieckiem ojciec. Partner. Ktokolwiek bliski.

Jest rzeczą oczywistą, że Ilona Łepkowska tego nie rozumie, skoro w tym samym wywiadzie nagle wydaje z siebie taki oto neuroseksistowski bełkot:

Ale uważam też, że jest rzeczą absolutnie normalną, że jak kobieta ma małe dziecko, które jest ciężko chore, to będąc w pracy, nawet zostawiwszy je pod dobrą opieką, jakaś część jej mózgu jest nastawiona na to, co się dzieje z dzieckiem. To jest biologia. I byłoby źle, gdyby tak tego nie odczuwała. Nie wmawiajmy sobie, że kobieta, która ma kilkoro małych dzieci, jest w pełni wydajnym pracownikiem. Tak nie jest!

Powiedzmy sobie wprost: matka dysponuje zaledwie częścią mózgu, bo reszta zostaje przyklejona na stałe do dziecka. Tak, ja też mam dziwne wizualizacje. Oraz pokażcie mi dziecko, które ani razu nie zachorowało w dzieciństwie.

Ciekawa rzecz, że opisanego niepokoju (bo ten niepokój o dziecko przecież faktycznie jest, tylko niekoniecznie powiązany wyłącznie z chorobami, o czym mi donoszą zaprzyjaźnieni rodzice) nie odczuwają już w świecie Łepkowskiej mężczyźni. Najwidoczniej cycki dają +10 do odklejenia mózgu.

Czego jeszcze nie wychwycił pan Pacewicz? Tego kawałka:

– Mamy przywilej rodzenia dzieci i dlatego mamy być gorzej traktowane?

– Jesteśmy lepiej traktowane, bo natura dała nam ten przywilej.

Eeee.

Nie, serio. Ja to sobie chyba rozrysuję.

  1. jestem kobietą
  2. mogę rodzić (no, potencjalnie)

  3.  mam przywilej z bycia matką

  4.  pracodawca mnie mniej chętnie zatrudni, bo urodzę i przysiędę na macierzyńskim

  5.  mniej zarobię

  6.  będę mieć mniejszą emeryturę

  7. nie, no, błagam, jaki profit?!

No dobra, pośmialiśmy się, to na koniec jeszcze jedna perełeczka, chrum:

Mówię zupełnie szczerze: gdybym zobaczyła, że poziom scenariuszy mojej scenarzystki z małymi dziećmi się obniża, tobym jej powiedziała, żeby sobie zrobiła przerwę w pracy, że będzie mogła wrócić, jak się ogranie w nowej roli życiowej. Być może to byłby seksizm, ale tak bym zrobiła i wzięła kogoś innego na jej miejsce.

Kochana pani Ilono. Tak, byłby to seksizm. Byłby to także obrzydliwy korwinistyczny model pracodawcy. Nie, feministki pani nie zabiją, bo feminizm kocha kobiety, także te, które z gładkim czołem sadzą takie kloce w mejnstrimowej prasie.  Jednej z nich jest tylko zwyczajnie po ludzku przykro, że ktoś, kto kształtuje myśli w milionach  głów i uczucia w milionach serc ani przez chwilę się nie zawstydzi tym, że utrwala stan, w którym kobietom jest gorzej: tam, gdzie wygodniej –  zaprzeczając istnieniu tego stanu, tam, gdzie wygodniej – twierdząc, że jest on do naprawienia bez rozwiązań systemowych, ot tak, sam z siebie. Się ustoi. Samo się zrobi. Z natury, jak przywilej bolesnego porodu w kraju, w którym trzeba robić akcje „Rodzić po ludzku”.