red. K. zagląda swojemu lustru przez ramę i płacze

[tytuł by Fabulitas, kudosy]

Przeglądałam Wyborczą w sieci w nadziei na zassanie e-wydania  z pełnym tekstem Kya i rzuciły się na mnie zajawki ze „Wstydu”.
Już w czwartek w DF był spory art na temat filmu z bonusem pod postacią wywiadu z niejakim Piotrem N., psychoterapeutą („Jestem psychoterapeutą i chcę, żeby pacjenci odnosili się do tego, jaki jestem tu i teraz. A nie do mojej historii”, wyjaśnia niechęć do ujawnienia nazwiska).

Lojalnie uprzedzam, że teraz jest kawałek z dużą ilością cytatów i niektórym może być przykro oraz źle. Trzymam was za ręce. Ja to czytałam na papierze, w pociągu Interregio relacji Łódź – Warszawa, po bardzo intensywnym dniu. Feel my pain, nawet nie mogłam zbyt głośno krzyczeć.

Wywiad prowadził Tomasz Kwaśniewski, co wiele wyjaśnia i nic nie usprawiedliwia.

Myślę , że kobietom jest łatwiej niż mężczyznom być tu i teraz.

Dlaczego?

– Mężczyzna, mówię o sobie, do tego, żeby czuć, że żyje, potrzebuje ryzykować.

Wzorzec męski, ten niedawno jeszcze obowiązujący, to był obraz maksymalnego ryzykanta. Jeździłeś konno, polowałeś, walczyłeś, a jak ci się spodobała jakaś kobieta, to ją zdobywałeś. Co nie oznacza, że zdobyłeś ją od razu. Generalnie było jednak tak, że miałeś poczucie, że funkcjonujesz z tą swoją męską agresywnością wobec świata, i to jest w porządku. Natomiast dzisiaj wszystko jest w zasadzie takim jednym wielkim hipermarketem, w którym o nic nie trzeba walczyć. No, może poza jedną rzeczą: kasą. Ale to jest nudne.

Prześladowanie mężczyzn, którzy nie mogą wrócić na sawannę; zdobywana kobieta nie miała nic do gadania. A teraz, panie, przychodzi taka kobieta i wybrzydza. Albo, co gorsza, zdobywa! Le trwoga. Zwróćmy też uwagę na przypisanie agresywności wyłącznie mężczyznom. Kobietom przystoi w milczeniu się stroić.

Bohaterem filmu jest mężczyzna, który ma trudności z wyrażaniem uczuć; żyje samotnie, rzucony w wielkomiejską dżunglę niczym świętokrzyski rolnik, kontakty ogranicza do przeglądania porno, masturbacji i korzystania z usług prostytutek. Pan terapeuta ma na to prostą diagnozę:

W filmie nie ma żadnej informacji o rodzicach.

– Ale tego typu osobowość bierze się między innymi z wczesnego niezaspokojenia przez matkę potrzeb dziecka. Niedawania mu miłości. To jest takie ”Nie widzę cię, nie istniejesz”. Wtedy dziecko ogarnia lęk i zaczyna się z niego wycinać.

Złe matki. Kochajcie swoje dzieci, bo w przeciwnym razie sięgną po porno i nie pobudują zdrowych relacji.

(oczywiście, że relacje z rodzicami mają wpływ na nasze dalsze życie uczuciowe, ale etap zamrożenia uczuć zdarza się także, surprise, w sytuacji rozczarowania bliskością z innymi; mam teorię, że jest to normalna dynamika emocji u człowieka przechodzącego przez różne związki, relacje, układy: potrzeba bycia osobno z potrzebą bliskości są w stałym konflikcie i układają się w elegancką sinusoidę)

Nasz bohater spotyka kobietę, do której zaczyna coś czuć i…

Nie staje mu.

– Gdybym miał użyć metafory, tobym powiedział, że ta krew z penisa zatrzymuje się w jego sercu. Sam mam takie doświadczenie, że jak była kobieta, do której coś silnie czułem, to łóżko dopiero tak za czwartym razem się pojawiło. (…) Zresztą jest też tak, że w wychowaniu, w dorastaniu mężczyzn chodzi o to, by zintegrować serce i penisa.

Nie zamierzam naśmiewać się z (tymczasowej) impotencji, bo rozsądni ludzie wiedzą, że nasze ciała nie muszą nas słuchać, zwłaszcza w sytuacjach mocno emocjonujących (a pierwszy seks z kimś kochanym jest wysoko na skali stresu). Jednym nie staje, inne doznają suchości czy pochwicy, innym ciała uciekają w migreny bądź sensacje żołądkowe. Normalna rzecz, proszę się rozejść. I co ma znaczyć ta fraza o dopływie krwi z penisa do serca i czy jest na sali lekarz?

– Poczuł (ciągnie dalej Piotr N.) i żeby przestać czuć, musiał się znieczulić. Czyli jakąś straszna krzywdę sobie zrobić. No to robi: najpierw prostytutka, potem wpierdol, a w końcu ten klub gejowski. To jest wręcz stopniowanie autowpierdolu.

OH NOES TYLKO NIE KLUB GEJOWSKI, NAD KAŻDYM Z NICH WISI NAPIS „WELCOME TO WPIERDOL CITY”

Dalej mamy opowieść z cyklu „jak dwa male Jasie wyobrażają sobie gejów”. Brakuje tylko dark-roomów i mrocznych parków na schadzki.

– Zacząłem się zastanawiać, czy w homoseksualizmie nie jest jakoś fajniej, bezpieczniej. Ale się okazało, że opór mam na maksa. Całe ciało zamyka mi się na samą myśl, że mógłbym to zrobić.

Też o tym myślałem (wyznaje odważnie Tomasz Kwaśniewski) i jako taki główny argument za homoseksualizmem było to, że z kobietami to trzeba te wszystkie ceregiele…

No, nie to, co z gejami, zgłaszasz kradzież portfela i od razu pyta, czy pójdziemy do mnie. Do niego. Na Futuramę. A za dawnych czasów można było babę za włosy i do jaskini, ech.

Ale na szczęście, są takie, z którymi nie trzeba ceregieli, niemniej bohater naszego wywiadu z takimi to niechętnie:

– Zdarzało się, że czasem im odmawiałem. ”No proszę! Otwórz! Weź mnie!”.

Żenada.

Dlaczego?

– Dla mnie taka laska to już był koniec.

Zrozumiałe, zdobywanie jest domeną mężczyzn, a nie, że przyjdzie taka i podkradnie kompetencje. Przecież powinno być tak:

– …że atrakcyjnych kobiet jest powiedzmy 20 proc., a wygłodniałych samczyków od zarąbania, a tu przychodzi gość, który jest inny, i do tego nie zwraca na nie uwagi, no to w tych samicach alfa rodzi się potrzeba: o!

Uważam, że za mało uwagi poświęca się memowi samca bzdeta, a terapeuta wyjątkowo zasługuje na taką etykietkę. Jakie samice alfa?! On naprawdę myśli, że nadal żyjemy w stadach? Ja rozumiem takie myślenie u człowieka z kręgu kultury pierwotnej, ale w Europie, w XXI wieku?

Z dalszej części tekstu wynika, że nasz specjalista nie słyszał także o kinksterach i relacje zahaczające o BDSM wprawiają go w nerwowy dygot:

Jak pierwszy raz usłyszałem od kobiety „zerżnij mnie”, to byłem zszokowany.
Z mojego doświadczenia wynika, że kobieta, która się tak do ciebie zwraca, prosi cię nie o to, żebyś był z nią w miłosnym związku, ale przemocowym. Nie zależy mi już na tym, żeby mieć kochankę. Tęsknię za relacją równą. Czyli dorosła kobieta, dorosły mężczyzna.

Nie wiem, co ma piernik do wiatraka, może przyjdzie tu ktoś mądry i mnie oświeci.

Znaczy, OK, rozumiem troskę o to, by nie popaść w związek przemocowy, o jakim pisałam kilka notek temu; zwracam jednak uwagę, że aby mógł powstać, musiały być spełnione pewne warunki u partnerów. W kontekście, w jakim opisuje to Piotr N. nie brzmi to inaczej niż jako zaproszenie do zabawy erotycznej. I nie musi mu się ona podobać, tylko po co wikłać w nią dużo poważniejszy problem? Jednocześnie banalizuje tym kwestię związków przemocowych i tłucze w BDSMowców. W dużym skrócie: nie, w odpowiedzialnym związku BDSM nie chodzi o przemoc domową, tylko role playing w konkretnych sytuacjach. Za zgodą obojga (lub większej ilości) partnerów.

Z drugiej strony fragmentarycznie zdaje się pan Piotr już łapać:

…ja już nie mam problemu, żeby powiedzieć swojej dziewczynie: na kolana i do buzi.

Mówisz tak?

– Nauczyłem się.

Ona ci powiedziała, że tak chce?

– Myślę, że zaczęła pierwsza. No i na początku byłem zaskoczony, że ona chce tak jak ja, ale się odważyłem i potem…

Dość duże spectrum było tego naszego spotkania seksualnego. Od takich czułych rzeczy, po takie nawet, wiesz, za włosy i o podłogę.

To jest kawałek, który, z tego, co zauważyłam, wywołał niepokój u znajomych feministek, bo w kontekście wcześniejszych opowieści o agresywnej naturze mężczyzn brzmi naprawdę jak opowieść macho. Mnie on nie zatrważa, ale tak jak wspomniałam: widzę go w konkretnym kontekście gry erotycznej, za przyzwoleniem obojga. Consensual sex, drodzy państwo. Nie ma powodu do obaw.

Tymczasem Tomasz Kwaśniewski ma wrażenie:

Mam wrażenie, że kobiety częściej używają seksualności do manipulacji.

– Bo tu jest im bardzo łatwo zbudować przewagę nad mężczyzną. Zwłaszcza takim, który nie jest pewny swojej męskości.

Znów narracja o biednych, przywalonych kobiecą przewagą mężczyznach. Panowie, serio: czasy są takie, że to żaden wstyd powiedzieć „jestem heteroseksualny, boję się relacji z kobietami, bo nie bardzo je rozumiem”. Wyjaśniajcie, czego nie rozumiecie. Nie jesteśmy (wbrew durnym poradnikom) z innych planet, jedyne, czym się (statystycznie) różnimy to takie głupie kulturowe nakładki, które dość łatwo się zdejmuje, gdy się chce.

Korzystasz ze stron pornograficznych?

– Kiedyś zdarzało mi się to znacznie częściej, a to dlatego, że zwyczajnie zmądrzałem. Słuchaj, gwiazdy porno to nie są laski, które mają jakiś słaby biust, pozapadane czy niezgrabne tyłki. No i potem wiesz, spotykasz się z Kowalską, do której nawet coś czujesz, rozbierasz ją i… o kurwa!

Oglądanie porno jest krzywdzeniem siebie.

Dzwoniło do panów zjawisko amatorskie porno i serdecznie poleciło się na przyszłość.

A w przypadku porno przemysłowego, szczególnie w polskim wydaniu, dużo sensowniej zadać sobie pytanie, kto jest krzywdzony.

I pamiętajcie, drogie dzieci, że:

Cokolwiek to oznacza.

A w Gazecie Świątecznej lament, bo nie będzie Oskara i wtem dziennikarze odkrywają, że w Akademii siedzą same dziadki, a Ameryka ma schizę na punkcie nagości (ohai, Zuckerberg, ohai, google, U HATE MANGA TITS) i tak sobie czytam i mam ochotę spytać „no ok, and the news is?”; i myślę, czy film  deprecjonujący prostą zmysłowość i radość z erotyki wyabstrahowanej od emocji będzie miał moc zmian w zakresie filmowego postrzegania tych zjawisk. Jakoś wątpię.

Jakoś mi się wydaje, że to będzie taki egotrip faceta, który tęskni do podbierania świerszczyków tatulkowi i żałuje, że dziś ma porno w dwóch kliknięciach.

Sugeruje pan, że w XXI wieku staliśmy się słabi i bezwolni? (pyta Steve’a McQueena Krzysztof Kwiatkowski)

Uczymy się tak funkcjonować. Bohater ”Wstydu” zaczyna coś czuć, kiedy trafia na koncert siostry. Dopiero wtedy przełamuje rutynę. Emocje wytrącają go z kolein rutyny i codziennych rytuałów pozbawionych Boga, z gotowych recept na wszystko – zaczynając od tańca porannej toalety, mycia zębów, przygotowywania śniadania, na sposobie kochania kończąc. Nie możemy dopuścić do tego, żeby nasze życie zaczęło przypominać taśmę produkcyjną. Czy naprawdę z rozwojem technologicznym straciliśmy ikrę?

To nie jest kwestia rozwoju technologicznego. Technologia, jaką znamy: internet w kieszeni, searching by image, GPS, zakupy jednym klikiem: to wszystko nam pomaga. Ułatwia nawiązywanie relacji i podtrzymywanie kontaktów; wyszukiwanie informacji, poruszanie się po mieście i oszczędza czas. Zamrożenie uczuć to nie jest efekt rozwoju jakichkolwiek technologii; to tylko konkretne okoliczności, w jakich znalazł się bohater i o jakich aktualnie lubi się opowiadać. To ciekawe historie i warto je poznać. Nie warto jednak, moim zdaniem, przypinać do nich etykiety strasznych dzisiejszych czasów zagubionych mężczyzn, bo są one, te historie, doświadczeniem pozaczasowym i pozapłciowym.

Reklamy

Wszystko zgwałcone

W innej części internetu toczy się dyskusja o pokoleniu dzieci śmieci, dyskusja mocno daremna, bo jak dla mnie zjawisko bycia w sieci nie jest pokoleniowe, lecz środowiskowe. Taka ja, która przyszła do internetu już w czasach web 2.0, dosłownie parę dni temu po raz pierwszy w życiu rozmawiała na IRCu; byłam dorosła, gdy stała się sieć i tak jak inni uczyli się dyskutować na usenecie czy blogach, tak ja na forach i serwisach społecznościowych. Inny sposób dyskusji (bo czuwa admin lub właściciel serwisu), inny sposób przekazywania informacji o sobie, inne podejście do prywatności.

Inny język, choć środowisk internetowych jest wiele, przenikają się, są składane wzajemne wizyty z tych wielu światów równoległych; inne zaplecze memetyczne. Nie dalej jak dziś zostało mi zadane pytanie, czy wiem, co to prawo Godwina i poczułam się zaskoczona, że dyskutant nie dość, że to pytanie zadał, to jeszcze nie wychwycił, że posłużono się tym prawem całkowicie świadomie, bo w tej części internetu, w której przebywam przeważnie Godwin nie przegrywa, przegrywał piętnaście lat temu.

Język jest ważny, język nie istnieje w oderwaniu od społeczności, która się nim komunikuje i jej uwarunkowań kulturowych; wiem, że to wszystko wiecie, ale to taki elementarz, który muszę czasem zamantrować. Słowa mają znaczenie, jest ważny kontekst ich użycia i kontekst ich powstania.

Wspominam o tym dlatego, że mam problem z „Gwałtem” Chmielewskiej. Uświadomiłam sobie bowiem, że frazy „gwałcić” używano w pokoleniu mojej mamy i babci na zwykłe uprawianie seksu. Bez komponentu przemocowego, przez jaki gwałt jest definiowany. Mama zwykła tak mówić zwłaszcza na przejawianie seksualności przez nasze domowe zwierzaki (as in: nasza sunia gwałci poduszkę), słówko miało wydźwięk lekko żartobliwy i element zwierzęcości był raczej kinky niż scary.

Więc kiedy czytam u Chmielewskiej, że jej bohaterka marzy o gwałcie jako czymś, co ją wyróżni spośród innych mieszkanek miasteczka, dodającego jej splendoru i chwały, przez chwilę, z sentymentu dla czasu, jaki spędziłam nad Wszystkim Czerwonym czy Lesiem, szukam usprawiedliwienia. Że to może właśnie taki środowiskowy kontekst słowa „gwałt” jak u mnie w domu, że to tak naprawdę nie oznacza tego, co oznacza: najbardziej upokarzającego doświadczenia w życiu kobiety, przemocy zastosowanej do okazania władzy z naruszeniem największej intymności.

[Państwo z drugiego rzędu, którzy chcą wspomnieć o fantazjach seksualnych proszę o chwilę namysłu, czy
a) Chmielewska pisze porno
b) fantazjując erotycznie myślimy o splendorze w miasteczku czy też raczej wyświetla nam się film skoncentrowany na seksie (sprawdzić, czy nie Alex z Clockwork Orange)]

Ale nie: Chmielewska już na pierwszych stronach książki pisze o seksie jako o odrębnym zjawisku. Znaczy: odróżnia. Tego zresztą należałoby się spodziewać po pierwszej damie polskiego kryminału, niezmiennie piastującej swoje stanowisko od kilkudziesięciu lat: że będzie znała znaczenie słów, których używa. Można oczywiście szukać jeszcze wyjaśnienia w wieku literatki, bądź co bądź już podeszłym. Jednakże od tego też jest redakcja, by wychwycić taki brak precyzji; oczywiście przy założeniu, że redakcja nie chodzi wokół autorki na paluszkach w obawie urażenia kury znoszącej złote jaja. Z tym, jak wiemy, różnie bywa.

Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu, znawcy jej biografii uśmiechają się ciepło na wspomnienie małego czarnego z dnem i nawet dżampujące szarka wydłubywanie się szydełkiem z zamku w Całym Zdaniu Nieboszczyka było zweryfikowane pod kątem prawdopodobieństwa.

Historia jest prosta: w trudnym do sprecyzowania czasie (teoretycznie czas błędów i wypaczeń tak naszego kraju, jak i autorki, ale pewne elementy zdały się przewędrować ze współczesności) pewien człowiek zostaje oskarżony o gwałt. Zdarzenie wydaje się być mało prawdopodobne, mężczyzna jest bowiem drobnej budowy i nie przejawiał dotychczas takich skłonności, jego ofiara zaś dorodna i zgodnie z zeznaniami świadków żywo nim zainteresowana. I choć już w tym momencie drga we mnie nerw, że zainteresowanie ofiary w żadnym przypadku sprawcy nie uniewinnia, to zamykam oczy i myślę o Anglii, Birmingham i bogato wyposażonej piwnicy… wróć! uznaję, że dla dobra opowieści faktycznie tym razem mężczyzna jest niewinny, a oskarżająca go kobieta naprawdę chce coś ugrać. Zwłaszcza, że, inaczej niż w prawdziwym życiu, zeznania na temat gwałtu nie są dla niej doświadczeniem szczególnie deprymującym, a sędzia jej sprzyja.

I gdyby do tej całej historii oskarżenia o gwałt Chmielewska dołożyła tylko tyle: motyw zemsty, no cóż, powieść generalnie jest odgrzewanym kotletem (wierni czytelnicy zapewne rozpoznali fragmenty publikowane dużo wcześniej w Autobiografii), więc nie należałaby do szczytowych osiągnięć pisarki, ale byłaby do przełknięcia. Z dawnej sympatii do autorki: kupić, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem jak do wyblakłego zdjęcia i zapomnieć. Tak jak to było z wieloma innymi jej powieściami licząc od wczesnych 90s.

Niestety, Chmielewska dodaje ten kawałek, który budzi mój największy gniew: wpieranie bohaterce marzenia o gwałcie, snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda. Wkłada w usta bohaterów między innymi takie słowa:

– Wzrost chuligaństwa, rozwydrzenia, bandytyzmu, bezkarność…
– A może odwrotnie? – wściekła się Patrycja. – Może bezkarność dziewczyn, oskarżających fałszywie, załatwiających tą drogą swoje prywatne porachunki, dodających sobie splendoru? Może te, których nikt nie napadł i nie próbował gwałcić, czują się gorsze? Poszkodowane? Idiotyczne, niepotrzebne obciążanie wymiaru sprawiedliwości!
Nadmiar jej emocji w końcu Kajtusia zirytował porządnie.
– Dobrze, nie obciążajmy wymiaru sprawiedliwości – rzekł zimno. – Dojdzie do tego, że samotna kobieta nie będzie mogła wyjść wieczorem na ulicę.
– Dojdzie do tego, że facet na widok dziewczyny w odludnej okolicy będzie uciekał w kartofliska i ugory!
– Ejże, to jest całkiem niezła myśl!

[edit: dzięki uprzejmości Janka wklejam jeszcze kolażyk najbardziej grozę budzących cytatów]

Prześladowanie biednych mężczyzn, bojących się zbliżyć do kobiety z lęku przed oskarżeniem o gwałt, no wypłaczcie mi, kurwa, taką rzekę. How about: nadal boimy się zgłaszać gwałt i molestowanie na policję, bo w dalszym ciągu pokutuje mit prowokatorek w mini i obwinianie ofiary?

Ja rozumiem, że Chmielewska nie pisze powieści społecznie zaangażowanych. Skoro jednak wkracza w tę tematykę, mogłaby ulec staremu nawykowi i rzucić okiem na statystyki policyjne. Sprawdzić liczbę fałszywych oskarżeń o gwałt. Zweryfikować długość procedury i szczegółowość pytań o przecież intymne sprawy (a z mówieniem na te tematy nadal mamy problemy). Zastanowić się przez chwilę, czy jest powód, dla którego tego typu przestępstwa nie są zgłaszane i jaki wpływ ma na to fakt, że sprawcą jest osoba bliska ofierze. Pomyśleć, czy napisanie o gwałcie w kontekście takiej fum, fum, fanaberii rozwydrzonej małolaty, której zechciało się zaistnieć w lokalnym środowisku to dobry pomysł na dobrą historię czy wręcz przeciwnie.

Chyba nawet najbardziej bezkrytyczni wielbiciele są zgodni, że najlepsze czasy jej twórczości mamy już za sobą, pozostała wdzięczność dla godzin śmiechu, wstrzymanego oddechu przy wartkiej akcji i prawdopodobnie kompletnie nie do wyrugowania trwały ślad w stylu, co jest zresztą średnio dobre, bo wszyscy mający pretensje do lekkiego pióra piszą po chmielewsku i są zrazu nieodróżnialni. A i u samej autorki bohaterowie coraz bardziej mówią tak samo, jej charakterystyczną pospieszną i usianą rusycyzmami frazą (oraz kurweczka maciczka, jakże są wszyscy zdrobniali). I podobnie jak u Musierowicz – nie oczekuję, że Chmielewska będzie trzymać stały poziom, bo to jest po prostu niewykonalne. Podobnie jednak jak u Musierowicz widzę wplecione w wątki jej powieści poglądy, których nie akceptuję. We wcześniejszych powieściach z Chmielewskiej wychodziła homofobia:

– A tu poczwara niewiadomej płci, baba czy chłop…
– Transwestyta… ?
– Znaczy, po prostu pedał – zawyrokował Witek.
– Ty uważaj, oni chcą dla siebie szacunku.
Witek się nagle rozzłościł.
– Chcieć mogą, ich prawo. Tyle że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania.
– Zgadza się – przyświadczyłam. – Ja osobiście bardzo lubię myszy, nie tylko mogę na nie patrzeć, ale brać do ręki, głaskać… Takie mają śmieszne małe łapki i oczka jak koraliki, rozczulające, i nawet nie straciłam do nich serca, kiedy mi papiery zeżarły, a Małgosia na samą myśl o myszach otrząsa się i amoku dostaje…
– Wariatka – powiedziała z przekonaniem Małgosia. Klara poszła w niepamięć.
– Każdemu co innego wydaje się obrzydliwe, Alicja brała do ręki wszystko co żywe, gąsienice, robale, ślimaki, a ja na te gówna bez skorup patrzeć nie mogę…
– Ja też.
– Ale dla mnie są użyteczne. Budzą we mnie stanowczą niechęć do jedzenia. Budziłyby odruch wymiotny, gdyby nie to, że odruch wymiotny jest obcy mojej duszy, nawet jeśli gdzieś tam się lęgnie w zakamarkach organizmu, nie ośmiela się pisnąć. Niejedzenie natomiast jest wysoce korzystne, od niejedzenia się chudnie. Co nie znaczy, że będę siedziała i masochistycznie wpatrywała się w to świństwo, żeby tracić apetyt, w końcu jakiegoś ataku dostanę albo co. Brzydzę się.
– To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
– Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. I nie żrą liści akantusa.
– A ja się brzydzę lesbijkami i co mi kto zrobi? – zbuntowała się nagle Martusia.
Witek upierał się przy swoim, czego zazwyczaj unikał z całego serca.
– A pedały brzydzą się mną. I czy ja mam do nich pretensję? Czyja latam z transparentem po ulicy, tamuję ruch na jezdni i żądam, żeby mnie kochali?
– I nawet dzieci z nimi nie chcesz mieć – zachichotała Małgosia, co tak wstrząsnęło jej mężem, że odczepił się wreszcie od tematu.

(po zacytowanym fragmencie część jej fanów odesłało egzemplarze „Porwania” do wydawnictwa), antysemityzm, a teraz mizoginia. Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.

I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.

Adam Szejnfeld i Kobiety

Zgodnie z info na stronie http://kobiecastronazycia.pl/

Poseł Adam Szejnfeld złożył akces do Parlamentarnego Zespołu Kobiet. Poseł od lat zajmuje się problematyką statusu kobiet w nowoczesnym społeczeństwie, szczególnie w gospodarce, jest zwolennikiem wyrównywania szans kobiet i mężczyzn, przekonuje też kobiety, że mają fantastyczny potencjał, by odnosić sukcesy w każdej dziedzinie życia publicznego i prywatnego. Dlatego 12 lat temu założył internetową stronę www na ten temat, organizuje ogólnopolskie oraz regionalne i lokalne konferencje, tworzy kluby kobiet. Współpracuje również z organizacjami kobiecymi, np. z Europejską Unią Kobiet. Poseł Adam Szejnfeld jest też członkiem kapituł kilku konkursów, np. „Bizneswoman Roku” programu Sukces Pisany Szminką oraz “Jestem szefową”.

To bardzo dobra wiadomość, że w świecie, w którym kwestia parytetów nadal jest przedmiotem dobrotliwych kpinek o kobietach w kopalniach, znalazł się mężczyzna, który widzi potrzebę większego uczestnictwa kobiet w życiu publicznym i daje im swoje wsparcie. Nawet jeśli to wsparcie ogranicza się tylko do przedsiębiorczości i pomija te kobiety, które nie widzą się w świecie biznesu. Nie można mieć wszystkiego.

Akces jednak został odrzucony i pan Adam Szejnfeld poczuł się wykluczony.
Jak czytamy w wywiadzie na stronie http://kobiety.szejnfeld.pl/?p=913

Działam na rzecz równości kobiet w życiu publicznym, szczególnie w biznesie od kilkunastu lat. Uznałem więc, ze moja wiedza i doświadczenie może się przydać (…) uważam, że jeżeli kobiety chcą załatwiać swoje sprawy w swoim gronie, to będą miały mniejsze szanse, bo społeczeństwo składa się z kobiet i mężczyzn, czyli z dwóch płci. Powinniśmy ze sobą współpracować na rzecz realizacji wspólnych idei. (…) Sądzę, że wielu posłów czy senatorów powinno mieć możliwość wstąpić do Parlamentarnej Grupy Kobiet i wraz z nimi pracować. Ale jak panie będą chciały same, czyli we własnym towarzystwie, załatwiać swoje sprawy, to – moim zdaniem – nie będzie to służyło wspieraniu ich roli i statusu w społeczeństwie. Będzie też powielaniem i utrwalaniem stereotypu podziału ról, na te, które są przynależne kobietom i na te, które są cechą mężczyzn. Ale każdy ma prawo do swojego poglądu.

Na mój nos to nikt nie podważa kompetencji pana Adama, tylko wykazał on mansplaining w stanie czystym i został, słusznie zresztą, nieco za to zbesztany. Jego akces do tego ugrupowania wydaje się bowiem niczym innym jak próbą powiedzenia „kobietki, ale to nie na wasze główki, ja wam jednak pokażę, jak się zorganizować”. Odmowa nie ma nic wspólnego z chęcią utrwalenia stereotypu podziału ról (o jakim zresztą tradycyjnym stereotypie możemy mówić względem grupy przedsiębiorczych kobiet obecnych w życiu publicznym?), lecz komunikatem, że ależ proszę pana, my mamy głowy na karkach, nam naprawdę nie trzeba mówić, co mamy robić, doskonale to wiemy.

No i brak obecności w Parlamentarnej Grupie Kobiet nie wyklucza przecież współpracy. Czy może jednak wyklucza? Zwróćmy uwagę na pewien dąs i przekąs, z jakim pan Adam komentuje „skoro panie chcą same… w swoim gronie…”; na koniec wywiadu wręcz wypuszcza z siebie symetrycznego bon-mota „Oczekiwałbym jednak, by to panie pierwsze zerwały ze stereotypami, które próbują zwalczać”.

Mnie to brzmi jak: „niewdzięcznice, ja im pokazałem drogę, poniosłem im kaganiec oświaty, a one co, zamykają mi drzwi przed nosem i mówią, że nie potrzebujemy”. I wiecie co, trochę tak jest, trochę faktycznie mamy tu elegancki dyg „pan już zrobił swoje i pan może odejść”.

[i czemu właściwie to panie mają być pierwsze, przecież chyba nie dlatego, że kobiety mają pierwszeństwo?]

Bo właściwie jedyne, co może zrobić mężczyzna, który przysłużył się sprawie kobiecej, to z odpowiedniej odległości ocenić, czy pomoc była skuteczna. I jeśli tak – nie pchać się tam, gdzie go nie proszą.

Zbyt często mamy tu takich, którzy jednak się pchają bez grzecznego pytania o akces i decydują za nas. Myślę, że pan Adam Szejnfeld to rozumie, jeśli zależy mu na współpracy tak, jak deklaruje.

delicious copypasta

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną indoktrynacją katolicką. Żal mi Tomasza Terlikowskiego. Mężczyźnie, który przyznaje, że kocha dzieci, a jednocześnie chce je wysyłać w ogień powstania, można tylko współczuć albo, jeśli jest się chrześcijaninem, to się za niego pomodlić. Badania dowodzą, że to ostatnie raczej zaszkodzi niż pomoże.

To współczucie i żal nie powinno jednak przeszkodzić w wyrażeniu wdzięczności panu Tomaszowi. On, zapewne nieświadomie, przez swój udział w mainstreamowych mediach i liczne wypowiedzi doskonale pokazał, na czym polega trauma katolickiego wychowania, jakie są jego konsekwencje dla mężczyzny i z czym musi się liczyć każdy człowiek, wybierający tę religię.

Tej opinii w niczym nie zmieniają wypowiedzi samego Terlikowskiego, który twierdzi, że nigdy nie czuł żalu ani traumy, a nawet zapewnia, że wszystko zawdzięcza Bogu. To bowiem są tylko słowa, a całe zachowanie tego dziennikarza, cała jego mowa ciała w programach telewizyjnych mówiła coś całkiem innego. Nie jest normalnym u człowieka tak bezwzględnie surowy stosunek wobec przejawów seksualności u homo sapiens.

To jednak, co jest zupełnie niezrozumiałe u stabilnego psychicznie mężczyzny, staje się czymś oczywistym u kogoś dotkniętego traumą katolickiego wychowania. Jednym z jego objawów jest bowiem właśnie niechęć, posunięta niekiedy do agresji, do seksu. Każde zetknięcie z erotyzmem, szczególnie jeśli nie miało się w tym zakresie zbyt wielu doświadczeń na własne życzenie, stawia nas wobec pytania o to, kto, kiedy, z kim, w jakich konfiguracjach, gdzie i czy podołam.

U części mężczyzn pytania te wywołują depresję, ale u innych gniew, wściekłość, która nie mogąc być nakierowana na siebie, skierowana jest ku erotyzmowi, które traumatyczne skutki własnych decyzji unaoczniają w całej rozciągłości.

Charakterystyczne dla traumy katolickiej socjalizacji jest także permanentne poczucie winy, a co za tym idzie, obniżenie poczucia własnej wartości, swoista samostygmatyzacja, uznanie się za osobę gorszą od innych. Takie objawy dostrzec można w wypowiedziach Tomasza Terlikowskiego, gdy zapewnia on (dla wielu będąc nieosiągalnym wzorem jako dobry mąż, ojciec i sprawny publicysta), że w swoim życiu nie zrobiłby nic bez swojego niewidzialnego przyjaciela.

Do bólu przewidywalna jest także ta jego gotowość do walki. Opowieści o tym, jak to idzie na wojnę w obronie ostatnich instytucji, które mu dają nadzieję na obronę Polski i wiary jako ostatnich enklaw wąsatego patriarchatu są oczywistą dla każdego formą wyparcia prawdy o tym, co się straciło.

Ilość negatywnych określeń, przy braku choćby najmniejszych pozytywów związanych z erotyzmem w jego wypowiedzi pokazuje, że nie ma w nim ani krzty realnego luzu czy zadowolenia. Jest słabo ukrywana pod maską ironii świadomość straty.

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną traumą katolickiego wychowania (który wbrew temu, co próbują wmawiać nam mainstreamowe media, nie jest tylko prostym poczuciem dyskomfortu w kościele, ale dużo głębszym i bardziej niebezpiecznym syndromem psychicznym). Zaskakujące jest zatem, że niekiedy Tomaszowi zdarzają się rozsądne wypowiedzi, konsekwentne piętnowanie antysemityzmu czy obrona Katarzyny W.

sauce