Wszystko zgwałcone

W innej części internetu toczy się dyskusja o pokoleniu dzieci śmieci, dyskusja mocno daremna, bo jak dla mnie zjawisko bycia w sieci nie jest pokoleniowe, lecz środowiskowe. Taka ja, która przyszła do internetu już w czasach web 2.0, dosłownie parę dni temu po raz pierwszy w życiu rozmawiała na IRCu; byłam dorosła, gdy stała się sieć i tak jak inni uczyli się dyskutować na usenecie czy blogach, tak ja na forach i serwisach społecznościowych. Inny sposób dyskusji (bo czuwa admin lub właściciel serwisu), inny sposób przekazywania informacji o sobie, inne podejście do prywatności.

Inny język, choć środowisk internetowych jest wiele, przenikają się, są składane wzajemne wizyty z tych wielu światów równoległych; inne zaplecze memetyczne. Nie dalej jak dziś zostało mi zadane pytanie, czy wiem, co to prawo Godwina i poczułam się zaskoczona, że dyskutant nie dość, że to pytanie zadał, to jeszcze nie wychwycił, że posłużono się tym prawem całkowicie świadomie, bo w tej części internetu, w której przebywam przeważnie Godwin nie przegrywa, przegrywał piętnaście lat temu.

Język jest ważny, język nie istnieje w oderwaniu od społeczności, która się nim komunikuje i jej uwarunkowań kulturowych; wiem, że to wszystko wiecie, ale to taki elementarz, który muszę czasem zamantrować. Słowa mają znaczenie, jest ważny kontekst ich użycia i kontekst ich powstania.

Wspominam o tym dlatego, że mam problem z „Gwałtem” Chmielewskiej. Uświadomiłam sobie bowiem, że frazy „gwałcić” używano w pokoleniu mojej mamy i babci na zwykłe uprawianie seksu. Bez komponentu przemocowego, przez jaki gwałt jest definiowany. Mama zwykła tak mówić zwłaszcza na przejawianie seksualności przez nasze domowe zwierzaki (as in: nasza sunia gwałci poduszkę), słówko miało wydźwięk lekko żartobliwy i element zwierzęcości był raczej kinky niż scary.

Więc kiedy czytam u Chmielewskiej, że jej bohaterka marzy o gwałcie jako czymś, co ją wyróżni spośród innych mieszkanek miasteczka, dodającego jej splendoru i chwały, przez chwilę, z sentymentu dla czasu, jaki spędziłam nad Wszystkim Czerwonym czy Lesiem, szukam usprawiedliwienia. Że to może właśnie taki środowiskowy kontekst słowa „gwałt” jak u mnie w domu, że to tak naprawdę nie oznacza tego, co oznacza: najbardziej upokarzającego doświadczenia w życiu kobiety, przemocy zastosowanej do okazania władzy z naruszeniem największej intymności.

[Państwo z drugiego rzędu, którzy chcą wspomnieć o fantazjach seksualnych proszę o chwilę namysłu, czy
a) Chmielewska pisze porno
b) fantazjując erotycznie myślimy o splendorze w miasteczku czy też raczej wyświetla nam się film skoncentrowany na seksie (sprawdzić, czy nie Alex z Clockwork Orange)]

Ale nie: Chmielewska już na pierwszych stronach książki pisze o seksie jako o odrębnym zjawisku. Znaczy: odróżnia. Tego zresztą należałoby się spodziewać po pierwszej damie polskiego kryminału, niezmiennie piastującej swoje stanowisko od kilkudziesięciu lat: że będzie znała znaczenie słów, których używa. Można oczywiście szukać jeszcze wyjaśnienia w wieku literatki, bądź co bądź już podeszłym. Jednakże od tego też jest redakcja, by wychwycić taki brak precyzji; oczywiście przy założeniu, że redakcja nie chodzi wokół autorki na paluszkach w obawie urażenia kury znoszącej złote jaja. Z tym, jak wiemy, różnie bywa.

Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu, znawcy jej biografii uśmiechają się ciepło na wspomnienie małego czarnego z dnem i nawet dżampujące szarka wydłubywanie się szydełkiem z zamku w Całym Zdaniu Nieboszczyka było zweryfikowane pod kątem prawdopodobieństwa.

Historia jest prosta: w trudnym do sprecyzowania czasie (teoretycznie czas błędów i wypaczeń tak naszego kraju, jak i autorki, ale pewne elementy zdały się przewędrować ze współczesności) pewien człowiek zostaje oskarżony o gwałt. Zdarzenie wydaje się być mało prawdopodobne, mężczyzna jest bowiem drobnej budowy i nie przejawiał dotychczas takich skłonności, jego ofiara zaś dorodna i zgodnie z zeznaniami świadków żywo nim zainteresowana. I choć już w tym momencie drga we mnie nerw, że zainteresowanie ofiary w żadnym przypadku sprawcy nie uniewinnia, to zamykam oczy i myślę o Anglii, Birmingham i bogato wyposażonej piwnicy… wróć! uznaję, że dla dobra opowieści faktycznie tym razem mężczyzna jest niewinny, a oskarżająca go kobieta naprawdę chce coś ugrać. Zwłaszcza, że, inaczej niż w prawdziwym życiu, zeznania na temat gwałtu nie są dla niej doświadczeniem szczególnie deprymującym, a sędzia jej sprzyja.

I gdyby do tej całej historii oskarżenia o gwałt Chmielewska dołożyła tylko tyle: motyw zemsty, no cóż, powieść generalnie jest odgrzewanym kotletem (wierni czytelnicy zapewne rozpoznali fragmenty publikowane dużo wcześniej w Autobiografii), więc nie należałaby do szczytowych osiągnięć pisarki, ale byłaby do przełknięcia. Z dawnej sympatii do autorki: kupić, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem jak do wyblakłego zdjęcia i zapomnieć. Tak jak to było z wieloma innymi jej powieściami licząc od wczesnych 90s.

Niestety, Chmielewska dodaje ten kawałek, który budzi mój największy gniew: wpieranie bohaterce marzenia o gwałcie, snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda. Wkłada w usta bohaterów między innymi takie słowa:

– Wzrost chuligaństwa, rozwydrzenia, bandytyzmu, bezkarność…
– A może odwrotnie? – wściekła się Patrycja. – Może bezkarność dziewczyn, oskarżających fałszywie, załatwiających tą drogą swoje prywatne porachunki, dodających sobie splendoru? Może te, których nikt nie napadł i nie próbował gwałcić, czują się gorsze? Poszkodowane? Idiotyczne, niepotrzebne obciążanie wymiaru sprawiedliwości!
Nadmiar jej emocji w końcu Kajtusia zirytował porządnie.
– Dobrze, nie obciążajmy wymiaru sprawiedliwości – rzekł zimno. – Dojdzie do tego, że samotna kobieta nie będzie mogła wyjść wieczorem na ulicę.
– Dojdzie do tego, że facet na widok dziewczyny w odludnej okolicy będzie uciekał w kartofliska i ugory!
– Ejże, to jest całkiem niezła myśl!

[edit: dzięki uprzejmości Janka wklejam jeszcze kolażyk najbardziej grozę budzących cytatów]

Prześladowanie biednych mężczyzn, bojących się zbliżyć do kobiety z lęku przed oskarżeniem o gwałt, no wypłaczcie mi, kurwa, taką rzekę. How about: nadal boimy się zgłaszać gwałt i molestowanie na policję, bo w dalszym ciągu pokutuje mit prowokatorek w mini i obwinianie ofiary?

Ja rozumiem, że Chmielewska nie pisze powieści społecznie zaangażowanych. Skoro jednak wkracza w tę tematykę, mogłaby ulec staremu nawykowi i rzucić okiem na statystyki policyjne. Sprawdzić liczbę fałszywych oskarżeń o gwałt. Zweryfikować długość procedury i szczegółowość pytań o przecież intymne sprawy (a z mówieniem na te tematy nadal mamy problemy). Zastanowić się przez chwilę, czy jest powód, dla którego tego typu przestępstwa nie są zgłaszane i jaki wpływ ma na to fakt, że sprawcą jest osoba bliska ofierze. Pomyśleć, czy napisanie o gwałcie w kontekście takiej fum, fum, fanaberii rozwydrzonej małolaty, której zechciało się zaistnieć w lokalnym środowisku to dobry pomysł na dobrą historię czy wręcz przeciwnie.

Chyba nawet najbardziej bezkrytyczni wielbiciele są zgodni, że najlepsze czasy jej twórczości mamy już za sobą, pozostała wdzięczność dla godzin śmiechu, wstrzymanego oddechu przy wartkiej akcji i prawdopodobnie kompletnie nie do wyrugowania trwały ślad w stylu, co jest zresztą średnio dobre, bo wszyscy mający pretensje do lekkiego pióra piszą po chmielewsku i są zrazu nieodróżnialni. A i u samej autorki bohaterowie coraz bardziej mówią tak samo, jej charakterystyczną pospieszną i usianą rusycyzmami frazą (oraz kurweczka maciczka, jakże są wszyscy zdrobniali). I podobnie jak u Musierowicz – nie oczekuję, że Chmielewska będzie trzymać stały poziom, bo to jest po prostu niewykonalne. Podobnie jednak jak u Musierowicz widzę wplecione w wątki jej powieści poglądy, których nie akceptuję. We wcześniejszych powieściach z Chmielewskiej wychodziła homofobia:

– A tu poczwara niewiadomej płci, baba czy chłop…
– Transwestyta… ?
– Znaczy, po prostu pedał – zawyrokował Witek.
– Ty uważaj, oni chcą dla siebie szacunku.
Witek się nagle rozzłościł.
– Chcieć mogą, ich prawo. Tyle że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania.
– Zgadza się – przyświadczyłam. – Ja osobiście bardzo lubię myszy, nie tylko mogę na nie patrzeć, ale brać do ręki, głaskać… Takie mają śmieszne małe łapki i oczka jak koraliki, rozczulające, i nawet nie straciłam do nich serca, kiedy mi papiery zeżarły, a Małgosia na samą myśl o myszach otrząsa się i amoku dostaje…
– Wariatka – powiedziała z przekonaniem Małgosia. Klara poszła w niepamięć.
– Każdemu co innego wydaje się obrzydliwe, Alicja brała do ręki wszystko co żywe, gąsienice, robale, ślimaki, a ja na te gówna bez skorup patrzeć nie mogę…
– Ja też.
– Ale dla mnie są użyteczne. Budzą we mnie stanowczą niechęć do jedzenia. Budziłyby odruch wymiotny, gdyby nie to, że odruch wymiotny jest obcy mojej duszy, nawet jeśli gdzieś tam się lęgnie w zakamarkach organizmu, nie ośmiela się pisnąć. Niejedzenie natomiast jest wysoce korzystne, od niejedzenia się chudnie. Co nie znaczy, że będę siedziała i masochistycznie wpatrywała się w to świństwo, żeby tracić apetyt, w końcu jakiegoś ataku dostanę albo co. Brzydzę się.
– To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
– Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. I nie żrą liści akantusa.
– A ja się brzydzę lesbijkami i co mi kto zrobi? – zbuntowała się nagle Martusia.
Witek upierał się przy swoim, czego zazwyczaj unikał z całego serca.
– A pedały brzydzą się mną. I czy ja mam do nich pretensję? Czyja latam z transparentem po ulicy, tamuję ruch na jezdni i żądam, żeby mnie kochali?
– I nawet dzieci z nimi nie chcesz mieć – zachichotała Małgosia, co tak wstrząsnęło jej mężem, że odczepił się wreszcie od tematu.

(po zacytowanym fragmencie część jej fanów odesłało egzemplarze „Porwania” do wydawnictwa), antysemityzm, a teraz mizoginia. Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.

I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.

Reklamy

57 uwag do wpisu “Wszystko zgwałcone

  1. Bardzo mi się podobało.
    Na początku chciałam zapytać o kwestię, czy konkretne homofobiczne słowa wypowiada postać, czy to są poglądy autorki, bez fabularnego uzasadnienia. Ale odpowiedziałaś mi już na to, na końcu notki. Po raz kolejny mam więc potwierdzenie, że miałam rację nie kupując ostatnich książek Chmielewskiej.

    snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda.
    Mnie cholera brała na to samo już w „Tajemnicy”. Tam też jest miły fragment o zgwałconej dziewczynie, co do której bohaterka dziwi się „skąd ten gwałt, skoro ona taka brzydka i nabita w sobie”, a bohater odpowiada „to ty nie widzisz, jak ona seksowna? sam bym ją zgwałcił i się dziwię, że jej całe miasto nie gwałci dzień w dzień” (nie jest to zupełnie cytat, piszę z pamięci). No, laska sama o gwałcie nie marzyła, OIP, ale niewątpliwie wyróżnił ją. Fuj. No a gadanie Gucia przypomina mi tę ankietę w jednym z amerykańskich męskich bractw uczelnianych, na temat – „kogo miałbyś ochotę zgwałcić?”

    Swoją drogą zdziwiłam się nieco na takie znaczenie słowa „gwałt”, jak podajesz w przypadku Twojej mamy. Ale oczywiście przyjmuję do wiadomości, że tak było.

    Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu
    Złośliwie napisałabym, że głównie we własnych oczach. W „Autobiografii” są takie urocze fragmenty, gdzie autorka złości się na kogoś, kto bzdury pisał o zbieraniu bursztynu, a niewiele stron dalej sama pisze, że owady to jedno, a insekty drugie. I jeszcze coś tam u niej wyłapałam (biedna była zszokowana wystrojem Szkoły Głównej UW, kiedy ta należała do Wydz. Biologii :)).

    Lubię to

  2. Pamiętasz piosenkę „Co się stało z Magdą K.?”

    „Potem był zwykły sąd
    Mamy w roku kilka takich spraw
    Mogła mówić: „Nie widziałam kto”
    Zmarnowała chłopcom siedem lat
    Wreszcie wyjechała gdzieś
    Aby zmazać grzech i zatrzeć ślad
    Wszyscy mieli jej za złe
    Że tu jeszcze jest ta Magda K.”

    Tak w kwestii zaistnienia w lokalnym środowisku…

    Lubię to

  3. @Sporothrix: „Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu
    Złośliwie napisałabym, że głównie we własnych oczach. W “Autobiografii” są takie urocze fragmenty, gdzie autorka złości się na kogoś, kto bzdury pisał o zbieraniu bursztynu, a niewiele stron dalej sama pisze, że owady to jedno, a insekty drugie. I jeszcze coś tam u niej wyłapałam (biedna była zszokowana wystrojem Szkoły Głównej UW, kiedy ta należała do Wydz. Biologii :)).”

    Aha, no i słynne grandhoki i czipmanki, bo do słownika było już za daleko.

    Lubię to

  4. Czipmanki to jedno, ale jak w „Szajce bez końca” Finetka żegna się „No to bay”, to za każdym razem mną rzuca.
    Nowych książek JCh nie czytuję (stare za to maniakalnie) i widzę, że zupełnie nic nie tracę…
    Notka bardzo dobra.

    Lubię to

  5. „I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.”

    We mnie nie ma!

    @antysemityzm

    Niech mi ktoś przypomni – w książkach chyba nie ma? Jedynie w autobiografii, ale tak jakoś… dziwnie.

    Lubię to

  6. Nyło mnie i nyło, że coś mam napisać o tym riserczu, ale nie pamiętałam, co. Ale już wiem.
    We wspomnianej już „Tajemnicy” mamy trupa w piwnicy (człowiek nie czuje…), którego bohaterka początkowo bierze za manekin krawiecki pokryty HEMOLAKIEM.
    Ok, jak czytałam pierwszy raz, nie znałam tego słowa… po czym doznałam lekkiego szoku, gdy okazało się, że to jest CHEMOLAK. Risercz riserczem, ale żeby nie korzystać ze słownika?
    Podobnie „Romans wszechczasów”, przez który mam na wieki utrwaloną błędną pisownię tego słowa. Tych słów, właściwie.
    A z kolei w „Drugim wątku”, którego akcja dzieje się w latach 90-tych, mamy bohaterkę, kończącą właśnie… 11-tą klasę.

    Gdzie była korekta???

    Lubię to

  7. No dobra, będzie maksimum dobrej woli, bo w czasach, które były lepsze (w sensie byłam nieco szczuplejsza, dużo młodsza i kolana nie dokuczały, komuno, wróć!) odśmiewałam sobie głowę przy Lesiu i kryminałkach. Sentyment oblige, czy jakoś tak. Przy masowej produkcji (a wszak w pewnym momencie Chmielewska miała przemysłowe tempo) różne cuda się zdarzają z gramatyką, ortografią etc, korekta wstać, do ciebie mówię, pała; a i wewnętrzna cenzura na słabizny jest mniej restrykcyjna.
    Ale nie umiem usprawiedliwić cytatów.
    Tzn wydaje mi się, że wiem, skąd ta katastrofa – Chmielewska pisała „zwykłych ludzi”, którzy byli zabawni mimowolnie, niechcący, sytuacyjnie, dialogowo, ale poza tym byli tacy zwyczajno-statystyczni, żadnych geniuszów, Sherlocków, żadnych niezwykłych talentów. Jedli kanapki z serem i byli niewyspani, interesowali się, gdzie kupić ładne buty i nietrujące jajka, może mieli jakichś znajomych ekspertów, ale sami wiedzą nie wykraczali poza średnią. I tu właśnie chyba jest Hund begraben – Chmielewska wrzuciła w cytowane dialogi to, co jej się wydaje vox populi, oskrobała i uformowała do swojego, charakterystycznego tempa i rytmu, nadała lekkości i dowcipu – tyle że nie, to jest zbyt straszne i zbyt ciężkie, latać lekko te dialogi nie będą – przynajmniej nie dla tych, co nie są głusi i empatycznie upośledzeni. Niestety, dla niektórych czytelników to będzie wyraz ich przekonań i szczerze się roześmieją, że zabawne, że ślimaki jak pedały, haha, ohyda, i w ogóle. No i te rozwydrzone baby, co to się lansują na gwałty, zamiast czekać aż się nimi ktoś zainteresuje z uczciwego powodu.
    Nie wiem, czy są to jej prywatne poglądy, chciałabym żeby nie.

    Przepraszam za tl;dr, próbowałam zwięźle się wytłumaczyć ale chyba to mnie przerasta, te cytaty robią mi krzywdę.

    Lubię to

  8. @błędy rzeczowe

    Oj, w książkach Chmielewskiej błędów rzeczowych i nielogiczności jest mnóstwo, ale nie za to ją kochaliśmy.
    W końcu komu przeszkadza pokazywanie filmów za pomocą kamery, czy Verne jako autor „Wehikułu czasu”.

    @gwałt
    W książce „Gwałt” fragmentów podobnych do zacytowanych tutaj jest znacznie, znacznie więcej. Na użytek blipa wyciąłem chyba ze cztery krótkie cytaty, zawierające treść skondensowaną.
    To samo, tylko „rozwodnione”, autorka powtarzała kilkanaście razy.

    Dla sprawiedliwości zacytuję bez komentarza fragment z „Autobiografii” z części opisującej wydarzenia, zbeletryzowane później w książce: „Żeby uniknąć nieporozumień, w zasadzie stoję po stronie kobiet, które z reguły ponoszą konsekwencje rozmaitych amorów. W co poniektórych wypadkach jednakże dopuszczam niewinność niesłusznie oskarżonych mężczyzn, bo baby miewają pomysły szatańskie.”

    Lubię to

  9. Chmielewska się sama przyznaje do antysemityzmu na podstawie jakiegoś passussu z Exodusu – ale jest tam trochę stereotypowego traktowania –

    . Zacięta przeciwniczka wszystkich odmian rasizmu, uległa propagandzie i awanturowała się o dyskryminację Żydów w Polsce. Musiało jej coś zaszkodzić.
    — Żydowskie dziecko nie dostało się na studia! — rąbała dobitnie.
    — Idiotka!!! —wrzeszczałam. —Jedno żydowskie dziecko…!!! Policz, ile katolickich dzieci nie dostało się na studia!!! Wyż demograficzny kończy szkoły!!!

    Ta.

    Lubię to

  10. „Aha, no i słynne grandhoki i czipmanki, bo do słownika było już za daleko.”

    W ktorej to książce występowały nostalgiczne rozważania na temat tego, jak to drzewiej bywało, gdy mężczyzna wielbił kobietę, a ona byla iście jak lwica, co tylko leży i daje sie wielbic, podczas gdy lew dla niej stroszy grzywę i w zębach to, co upoluje, przynosi?

    Może to nie ze słownikiem, może to z zoologią pani Ch. nie po drodze.

    Co do „Gwałtu” – nie przeczytałam JUZ Z POWODU SAMEGO TYTUŁU.. Dałam szansę, poczytałam streszczenie na skrzydełkach (czy tam z tyłu) okładki i tyle, nie dociera do mnie bowiem, że mozna napisać rozrywkową powieść opartą na motywie gwałtu. Może dalam sobie spoój takze dlatego, że jednak wiedziałam już, czego się mogę spodziewać („Porwanie” czytałam :/…).

    Lubię to

  11. Lurkerka_Borgia
    „Nowych książek JCh nie czytuję (stare za to maniakalnie) i widzę, że zupełnie nic nie tracę…”

    Wśród nowych były ze trzy niezłe, jedna bardzo dobra (‚Zbieg okoliczności’) i jedna dobra (‚Harpie’). Reszta nowych to niestety chłam, czasem co gorsza brzydko udekorowany.

    Co do maniakalnego czytania: Milena Wójtowicz w wywiadzie udzielonym w „Lubię być fantastą” twierdzi, że dwa razy do roku czyta *wszystkie* książki Chmielewskiej.

    Lubię to

  12. Niestety Joanna się popsuła jakieś 10 lat temu i to się już nie zmieniło. :(

    „Wątek gejowski” pojawił się pierwszy raz w potwornym dziele, napisanym na spółkę z czytelnikami Wyborczej. Mam wrażenie, że nazywało się to Wszelki Wypadek, było przerażające, nieśmieszne i pojawili się tam homoseksualiści, rozpoznawani po tym, że mieli na sobie damskie szlafroczki i makijaż. Od tego czasu w każdej chyba książce padają jakieś homofobiczne teksty, przy czym ten przytoczony jest najgorszy, ale i „Byczki w pomidorach” wsławiły się tym, że dowiadując się, że w grupie jest o 2 dziewczyny więcej, niż chłopców, Alicja zimnym tonem mówi „lesbijki”. Pominąwszy to, że niekoniecznie grupa musi się składać WYŁĄCZNIE z par, nie mogę powiedzieć, żebym rozumiał, czemu Alicja mówi to zimnym tonem…

    No i jest drugi problem, alkohol. W każdej książce od jakiegoś czasu padają straszne bonmociki typu „piwko i koniaczek, mieszanina piorunująca”, na co drugiej stronie bohaterowie otwierają winko, dolewają koniaczku, próbują, czy piwko schłodzone. Znowu w „Byczkach” widać świetnie, na czym polega problem — niesamowicie śmieszne postaci z „Wszystko Czerwone” zamieniły się w płaskie, nieciekawe wycinanki, które wyróżniają się tym, że jedna strasznie klnie, druga strasznie żre, a wszystkie razem piją.

    Ostatnia naprawdę dobra książka Chmielewskiej to „Przeklęta Bariera” z 2000.

    *

    A co do lekkiego pióra i pisania chmielewszczyzną, to po pierwsze primo z pewnością nie mówisz o mnie… :P

    Lubię to

  13. Wspólnie z czytelnikami Wyborczej to pisany był, z tego co pamiętam, „Drugi wątek” (upiorna ciotka – fleja, stłamszona siostrzenica cudnej urody, trucie muchomorami i skarby w skrytkach w ścianach przedwojennych budynków), ale wątków gejowskich sobie stamtąd nie przypominam, ni hu hu. No chyba, że się przewinęły jakieś dziesiątoplanowe postaci, których nie zapamiętałam. Za to pamiętam, w jakie pomieszanie wprowadziła mnie rewolucyjna technika prowadzenia pierwszoosobowej narracji z punktu widzenia dwóch osób (Joanny – alter ego autorki oraz niejakiej Kasi). Trochę trwało, zanim ogarnęłam, który kawałek jest pisany z czyjej perspektywy.
    „Wszelki Wypadek” to chyba coś z cyklu o Janeczce i Pawełku. Mętnie kojarzy mi się postać starszego pana, który dziurawił opony samochodów za pomocą parasola zakończonego metalowym szpikulcem. Oraz motyw walki z mafią samochodową.
    „Przeklęta bariera” ujdzie ze względu na wartką akcję, ale sorry, kompletnie nie wierzę w konstrukcję bohaterki. Nie wydaje mi się, żeby XIX-wieczna dama tak gładko przełknęła XXI-wieczny styl życia, przystosowała się niemalże bez mrugnięcia okiem.
    A co do lekkiego pióra… w nowych książkach coraz mniej było tej lekkości języka, coraz więcej dowcipów na siłę. Ot, na przykład, cudzoziemcy przekręcający język polski. Mamy pana Muldgaarda, nad którego polszczyzną człowiek płacze ze śmiechu i mamy amerykańską ciotkę w „Harpiach”, która chce się „wypąkać”, a cała rodzina zastanawia się, o cóż to jej chodzi. Serio, czy ktokolwiek uwierzy, że można, nawet po latach braku kontaktu z językiem, przekręcić W MOWIE „wykąpać” na „wypąkać”? To typowy błąd ręki na klawiaturze. W dodatku powtarzany w kółko, nachalnie, z naciskiem. Patrzcie, patrzcie, tu jest Element Komiczny, o tu! Pan Muldgaard przynajmniej co zdanie, to rzucił inną perełkę, zamiast powtarzać w kółko, dajmy na to „ta dama to wasza mać”.
    I to, na co Szpro zwróciła uwagę – wszyscy jak leci używają mnóstwa rusycyzmów, włącznie z najmłodszym pokoleniem, które powszechnej, obowiązkowej nauki rosyjskiego nie doświadczyło. Skąd, jak, dlaczego? Ano, bo autorka już nie słucha, już tylko pamięta.

    Lubię to

  14. A, tak, Drugi Wątek. Szczerze mówiąc oddałem na makulaturę ten okres twórczości Autorki i przestałem kupować nowe. Wątku gejowskiego nie było, majaczy mi się, że na początku książki Joanna wpada na dwóch homoseksualistów, których rozpoznaje po makijażu i damskim szlafroku. To zrozumiałe, wszak sam wiecznie łażę po domu w moim damskim szlafroku, pilnując tylko, czy mejkap mi się nie rozmazał.

    Pan Muldgaard we „Wszystkim Czerwonym” był potwornie śmieszny, w „Byczkach”, cóż. To dzieło też skończyło na makulaturze, więc niczego nie zacytuję.

    Lubię to

  15. Ja do „Drugiego wątku” mam niejaki sentyment, bo postać tej upiornej ciotki oraz wizja jej zagraconego po sufit, zasyfionego w stopniu niemożliwym mieszkania mnie w jakiś sposób fascynuje (oraz mogę się pocieszać, że u mnie jeszcze tak źle nie jest).
    Aczkolwiek mamy tu już zestaw obowiązkowy, który będzie potem straszył w dziesiątkach kolejnych powieści: bohaterka cudownie piękna i obdarzona licznymi talentami, wielbiciel, który nosi ją na rękach oraz ogromny majątek, jaki zdobywają ot, tak jakoś mimochodem, niemalże bez kiwnięcia palcem.
    Jeśli chodzi o kupowanie, to zaopatrzyłam się w zestaw klasyki (tak do lat 80-tych), z późniejszych mam jakieś pojedyncze sztuki, czytałam pożyczane od znajomych, a potem to już nawet czytać przestałam. Te najnowsze – Gwałt, Byczki, Porwanie, Zapalniczkę, Krętkę bladą i co tam jeszcze, znam tylko z tytułów i dyskusji na forum.

    Lubię to

  16. @homofobia w drugim wątku:
    „A potem jeszcze skoczyłam na Batuty, bo miałam same wątpliwości i chciałam się ich pozbyć, tam też był adres, pod tym adresem dwóch homoseksualistów, ja ich wprawdzie nie rozróżniam, ale jeden był umalowany i w damskim szlafroku, więc rzuciło mi się w oczy. ”
    „Skąd, na litość boską, miałam znać nazwiska tych dwóch zboczeńców, nie przedstawili mi się, z rozmowy wywnioskowałam, że użytkują lokal na zasadzie podlewania kwiatków i wietrzenia, właścicielem nie jest żaden. Uprzytomniłam sobie, że nikt mnie nie widział w drzwiach, nawet Maćka spotkałam już na schodach. Mogłam wcale nie wchodzić do pederastów i wówczas, rany boskie, na ukrycie łupu zyskiwałam dodatkowe pół godziny. „

    Lubię to

  17. „Za to pamiętam, w jakie pomieszanie wprowadziła mnie rewolucyjna technika prowadzenia pierwszoosobowej narracji z punktu widzenia dwóch osób”

    E tam rewolucyjna. Znakomity „Zbieg okoliczności” wprowadził tę technikę już wcześniej, przy czym obie narratorki nazywały się Joanna Chmielewska.
    A w kryminałach Heleny Sekuły to norma – pierwszoosobowych narratorów obojga masz w większości książek po kilku.

    Lubię to

  18. O tym, ze lew poluje, a lwica siedzi z dziecmi i nie ma inaczej, to bylo chyba w Hazardzie, ale glowy nie dam. Zapamietalam tekst w kazdym razie, wlasnie dlatego, ze autorka tak chwalila sie tym, ze wszystko sprawdza.

    Lubię to

  19. „Wśród nowych były ze trzy niezłe, jedna bardzo dobra (‘Zbieg okoliczności’) i jedna dobra (‘Harpie’). Reszta nowych to niestety chłam, czasem co gorsza brzydko udekorowany.”

    Ze Zbiegu okolicznosci za wiele nie pamietam, natomiast Harpie to zdaje sie powiesc o kolejnej mlodej pieknej, ktora tym razem znala kilkanascie jezykow, niektorych uczac sie od dzieci sasiadow? Bo ja wiem, czy to dobre, jak ktos wyzej pisal, ta cha cha ciotka z Ameryki, ta Mary Sue, te wredne az nie do wiary ciotki, ten zerty leniwiec, wszystko jakies takie grubo ciosane.

    Lubię to

  20. @kura z biura
    „O cholera, faktycznie pojechała…”

    O którym mówisz? Co do gwałtu nie ma dyskusji, natomiast co do homofobii – na skali 1 -10 ten fragment ze „Drugiego wątku” wyceniłbym na jakieś 1, podczas gdy to, co zacytowano w notce, to już 7 – 8. Autorka się rozwija, szkoda, że akurat w tym temacie…

    Lubię to

  21. „Harpie to zdaje sie powiesc o kolejnej mlodej pieknej, ktora tym razem znala kilkanascie jezykow, niektorych uczac sie od dzieci sasiadow? Bo ja wiem, czy to dobre, ”

    Racja, powinienem był raczej wymienić „Krowę niebiańską”

    Lubię to

  22. Dzięki za sklejkę. Miałam małe zamieszanie z blipem including ograniczenie listy obserwowanych osób, pewnie dlatego przeoczyłam.

    Co do Eluni z Krowy Niebiańskiej, to też jest już nieco marysójczana, ma urodę, talent i bogata na dzień dobry. Ale to jedna z ostatnich powieści JCh, do których jeszcze zdarza mi się zajrzeć i chichnąć. Zresztą – do Harpii mam z kolei sentyment, bo dialogi ciotek trochę przypominają dawne słowne przepychanki z Bocznych Dróg i Studni Przodków.

    Lubię to

  23. „Krowa niebiańska” była mdła jak nieszczęście. Bohaterka – znów piękna jak marzenie, superuzdolniona graficzka, której praca w jakiejś agencji reklamowej polegała na tym, że w zaciszu własnego domu rysowała jakieś garnki i czajniczki. I one były tak piękne, że w try miga posypały jej się dziesiątki zleceń i w jedno popołudnie zapewniła sobie pracę na pół roku z góry. A potem i tak wygrała? dostała? odziedziczyła? jakąś cholernie wielką kasę. Tyle zapamiętałam, bo fabuła przeleciała przeze mnie jak woda przez sitko, nie zatrzymując się nawet w najdalszym zakamarku mózgu.
    Ahaha, przypomniał mi się motyw kryminalny, hm, z „Trudnego trupa” chyba. Bohaterka w jakimś pokoju hotelowym widzi martwego faceta z odciętą połową głowy. Zawiadamia policję, po czym trup znika, a oni jej nie wierzą! Bo pokój jest pusty, a tylko ona widziała, że ktoś tam leży! Bo, kurweczka maciczka, facet z roztrzaskanym łbem nie zostawił żadnych śladów nigdzie…
    A „pojechała” – miałam na myśli tych „dwóch zboczeńców”. Ja wiem, czy się rozwija? To samo obrzydzenie, tylko zwięźlej wyrażone.

    Lubię to

  24. Szpro, ale dialogi z Harpii są właśnie skonstruowane na zasadzie “Wezmę to, co tak się podobało w Bocznych drogach i jeszcze to ubarwię, skondensuję i podniosę do potęgi”

    Ja wiem, Kuruś, ja się tylko daję ponieść fali nostalgii. Zauważ, że nie twierdzę, że to dobre.

    Lubię to

  25. @kasa i Mary Sue
    Ojej, wielka kasa, którą bohater dostaje znienacka to cecha charakterystyczna większości powieści J. Ch. Już w trzeciej (Krokodyl…) było, a w takim Całym Zdaniu Nieboszczyka, to na bohaterkę lał się szmal, a lał.
    Mary Sue po raz pierwszy pojawiła się chyba w „Tajemnicy”, jeszcze w zarodku (piękna, tajemnicza Melba, mordująca długopisem), ale w następnych się rozwinęła.
    Elunia na pewno jest taka, ale i tak to druga najlepsza z „nowych” książek autorki.

    @zboczeńcy
    Toteż nie mówię, że nie ma tam akcentów homofobicznych, ale jedno słowo – no cóż, mogło się autorce wypsnąć… A rozważań o obrzydliwości, wygłaszanych zresztą ni przypiął ni wypiął bez żadnego związku z akcją już się nie da zamieść pod dywan.

    Może by tak ktoś napisał solidny esej krytyczny o twórczości Chmielewskiej jako takiej?

    Lubię to

  26. No więc, mnie to już od jakiegoś czasu zdumiewa dosyć, że Chmielewska jest pomijana, tak ogólnie. Można o niej mówić różności, jasne, ale jednak mnóstwo ludzi zna ją tak, jak przedpiścy (i ja) – miano „pierwszej damy kryminału” nie wzięło się znikąd. A jednak została skazana na jakiś niebyt – laszego? Podejrzewam, że to jakaś taka pustka między pokoleniem „Lesia” (kiedy to czytanie ‚głupawych kryminałów’ było uważane, nie do wiary, za obciach) a pokoleniem, hm, współczesnym, do którego nasza Dama już nie dorasta (snif). A ja oddam wszystkie Krajewskie za jedno Wszystko Czerwone… ;-) Mimo wszystko. Czy też coś mnie ominęło i pisano o niej jakoś poważniej?

    Lubię to

  27. Ale Chmielewska przez bardzo długi czas naprawdę była fantastyczna, z nikim nieporównywalna, czytało się te książki świetnie, z przerwami wyłącznie na wyśmianie się i rozmasowanie bolącego ze śmiechu brzucha. Nie wiem, co i dlaczego się zmieniło, ale że się zmieniło, to fakt.

    Nieustająco polecam właściwie wszystkie książki Joanny Chmielewskiej wydane do 1989 roku. Może komunizm jej dobrze robił…?

    Lubię to

  28. Nie pisano zbyt wiele, bo kiedy Chmielewska byla niezla – kryminaly uwazano za proze kuchenna.
    Kiedy kryminal zaczal aspirowac do miana waznej literatury – Chmielewska sie zepsula.

    Byl jeszcze okres przelomu ’89, ale wtedy wszystkie pisarki wrzucano do workow (upraszczajac): 1) proza menstruacyjna (ambitna, ale feministyczna), 2) proza kobieca (lekka), 3) pisarz (nie kobieta, bo jakzeby). Chmielewska miescila sie w kategorii „lekka”, dlatego cala mainstreamowa prasa omijala jej ksiazki szerokim lukiem.

    Szprota:
    „Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.”

    Tu jest kawal smutnej prawdy, tylko nie w tym rzecz, ze ja nie mam zgody na brak uzasadnienia fabularnego (bo nie mam), tylko wlasnie o to, ze w tzw. fabule ujdzie duzo (bo to przeciez fikcja). Chodzi o to, ze niektorych pogladow nie mozna glosic publicznie. Nie mozna glosic pogladow faszystowskich, sa na to paragrafy. Ale homofobiczne – wciaz niestety mozna. Bo to tylko „poglady”. Mozna sie procesowac o naruszenie dobr, obraze uczuc, zniewage, ale nie wprost o homofobie. I jedyne, co mozna zrobic, to upubliczniac te jej tzw. poglady, bo malo kto o nich wie.

    Lubię to

  29. No ja mam cały czas rozkrok między wolnością słowa a potrzebą walki z dyskryminacją także w warstwie słownej (słowa są ważne). W sensie: jestem przekonana, że powinna się (ta wolność) kończyć tam, gdy uderza w grupę ludzi przynależnych do tejże z uwagi na cechy, na które nie mają wpływu. Jak wiek, kolor skóry czy płeć.

    Lubię to

  30. Mam prośbę: czy jakaś dobra dusza może podać mi przykłady paru chmielewskich rusycyzmów? Bo przyznam, że kompletnie nic mi się w oczy nie rzuciło, a zawsze uważana byłam za purystkę językową (z drugiej strony, ja ze Ściany Wschodniej, więc może przyzwyczajona?).

    Lubię to

  31. „Ojej, wielka kasa, którą bohater dostaje znienacka to cecha charakterystyczna większości powieści J. Ch. Już w trzeciej (Krokodyl…) było, a w takim Całym Zdaniu Nieboszczyka, to na bohaterkę lał się szmal, a lał.”

    W Krokodylu nie byl to spadek i kasy tej nie wystarczylo na wszystkie potrzeby bohaterki do konca zycia – ot, zastrzyk gotowki, uzasadniony, nie stanowiacy przy tym osi fabuly, a jeden z jej fragmentow, do tego konieczny dla akcji. W przeciwienstwie do Najstarszej Prawnuczki, Wielkiego Diamentu, Depozytu, gdzie moglo tej forsy w koncu wcale nie byc, bo i tak wszystko opieralo sie tylko na szukaniu.

    Cale Zdanie Nieboszczyka mialo z kolei szmal usprawiedliwiony oszalamiajacym rozmachem calosci, a w ogole to polal sie wszystkiego dwa razy chyba? (poczatkowa wygrana i wygarniecie zawartosci sejfu szefa)

    Lubię to

  32. Tak jeszcze mi się przypomniało:
    „To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
    – Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. ”
    Pierwsza zasada nienawiści: odczłowieczyć wroga.

    Lubię to

  33. „Cale Zdanie Nieboszczyka mialo z kolei szmal usprawiedliwiony oszalamiajacym rozmachem calosci, a w ogole to polal sie wszystkiego dwa razy chyba? (poczatkowa wygrana i wygarniecie zawartosci sejfu szefa)”

    No właśnie. Poza tym trzeba było bohaterkę w ten szmal wyposażyć, żeby mogła tankować jacht i co tam jeszcze. A szefowi sama bym wygarnęła zawartość, jakaś zemsta za przetrzymywanie w lochach musi być.

    Swoją drogą, miałam kiedyś pomysł, żeby ponownie zmusić się do przeczytania ostatnich części i obliczyć, ile tam jedzenia i trunków przypada na głowę, bo przy lekturze miałam wrażenie, że cokolwiek za dużo, zwłaszcza, że objawy upojenia alkoholowego i przejedzenia ogólnego nie występują.
    Poza tym, jak to jest możliwe, że autorka, która kiedyś nie miała najmniejszego problemu z wyobrażeniem sobie pobytu u bandytów w Brazylii i licznych prób ucieczki, oryginalnego polowania na dziki, napadu na pociąg etc., teraz nie może skłonić bohaterów do zaprzestania konsumpcji i ruszenia tyłków gdziekolwiek?

    Lubię to

  34. Z rusycyzmów chmielewskich w tej chwili pamiętam „w czym dzieło”, postaram się znaleźć więcej. Co ciekawe, mam wrażenie, że znacznie gęściej występują one w nowych powieściach – staranniejsza redakcja w starych?

    Lubię to

  35. No to trochę luźnych uwag o twórczości Chmielewskiej, jej wzlotach, a zwłaszcza upadkach.

    1. Kasa
    Wielkie lub bardzo wielkie pieniądze są ważnym elementem 13 z 49 powieści Chmielewskiej (chyba, że się pomyliłem w liczeniu…) Rekordowy jest tu chyba największy diament świata?
    W części z tych powieści (choćby ów diament) pieniądze są osią akcji lub przynajmniej są mocno i z sensem osadzone w fabule, natomiast w niektórych są tylko drażniącym ozdobnikiem. Tak w „Kocich worków” – złote szachy, znalezione przez Alicję są najbardziej zmarnowanym, potencjalnie obiecującym motywem u Chmielewskiej.
    Czy autorka ma obsesję na punkcie pieniędzy? Nie wiem, być może. Zacytuję fragment z „Autobiografii”:

    „Do tych cholernych pieniędzy jeszcze wrócę, ale na razie dam sobie z nimi spokój, bo dziś jeszcze na wspomnienie tamtych czasów wstręt mnie ogarnia i zmora dławi. Dziwne, że od tego nie zwariowałam.
    A może…?”

    I ja to rozumiem!

    2. Mary Sue.
    Zalążek Mary Sue u Chmielewskiej to tajemnicza Melba z „Tajemnicy”. Ostatnia postać, którą można od biedy podciągnąć, to pani prokurator z „Babskiego motywu”. W międzyczasie w powieściach pętało się jeszcze trochę takich. Szczytowe osiągnięcie w tym zakresie to nieszczęśliwa, wściekle bogata Kasia z „Drugiego wątku”.

    3. Czego nie lubimy.
    W jednym zdaniu można by powiedzieć tak:
    Chmielewską kochaliśmy za kontrolowany, uroczy chaos. Niestety urok się ulotnił, kontrola rozluźniła, chaos pozostał.

    Sądzę, że w debiutanckim „Klinie” można by odnaleźć zalążki większości elementów, które tak zmarnowały późniejsze książki.

    Oczywiście rzeka piwa, która płynie przez ostatnie książki jest przerażająca, natomiast co do opisów jedzenia – same w sobie nie są złe, ważne wykonanie. W końcu w „Sadze rodu Forsyte’ów” też jedzą namiętnie, i są to najsmaczniejsze posiłki, z jakimi zetknąłem się w literaturze angielskiej.

    Namolne okraszanie powieści swojemu jedynie słusznymi poglądami na życie i całą resztę jest niestety trucizną, która może zabić każdą książkę. Zwłaszcza gdy są to poglądy głupie.

    Lubię to

  36. A propos opisów jedzenia oraz jeszcze riserczu.

    Bodajże w „Depozycie” występuje niejaka pani Bogusia, baba skąpa i chciwa, lecz posiadająca niezwykły talent kucharski. Pani Bogusia cały czas kombinuje, jak gotować tanio i pysznie oraz narzeka na niesłychaną drożyznę warszawskich restauracji. W końcu zakłada własną, gdzie podaje wyłącznie dania z niedrogich składników, oczywiście – również niedrogo, restauracja robi furorę i wszyscy są zadowoleni.
    I zawsze mnie zdumiewało – czy Chmielewska rzeczywiście myśli, że cena dania w restauracji zależy WYŁĄCZNIE od kosztów składników tego dania? A personel pracuje charytatywnie, czynsz płacą krasnoludki i tak dalej?
    Ale za to z zamieszczonych tam przepisów zdarzało mi się korzystać.

    Lubię to

  37. I zawsze mnie zdumiewało – czy Chmielewska rzeczywiście myśli, że cena dania w restauracji zależy WYŁĄCZNIE od kosztów składników tego dania? A personel pracuje charytatywnie, czynsz płacą krasnoludki i tak dalej?

    Obawiam się, że owszem. No i nie wiem, jak państwu, mnie kołek od niewiary niebezpiecznie trzeszczy.

    Lubię to

  38. U znajomych wyczailam dzisiaj chmielewskie „Jak wytrzymac ze soba nawzajem”, jeden z debilnych poradniczkow. Otwieram, i coz widze? Jako motto mamy uroczy wierszyk, dalej tez ladnie, a rok wydania chyba 2001.

    „Mój praszczur, gdy z prababcią chciał sprawę mieć intymną,
    Za łeb ją brał i
    ciągnął w przedpotopowy gaj,
    A gdy stroiła fochy, to jeszcze kijem rymnął
    I wiedział sprytny dziadzio,
    że w to babuni graj.

    Otóż to…
    Z góry uprzejmie komunikuję, że osobami płci jednakowej, NIE powiązanymi
    ze sobą nakazem siły wyższej czyli natury, a zatem rodzinnie, zajmować się nie
    będziemy. Chcą – ich rzecz, nikt ich nie przymusza, z istnieniem i rozwojem gatunku
    ludzkiego nie mają nic wspólnego, pożytku nie przynoszą, niech więc robią, co im się
    podoba, we własnym zakresie i na własną odpowiedzialność, całej reszcie nie trując.
    Cała reszta ma dość zmartwień, w które wrąbały ją prawa przyrody, nie zostawiając
    żadnego wyboru.”

    Lubię to

  39. Już po ptokach, ale dorzucę trzy grosze: przestałam czytać Chmielewską, jak ktoś mi sprezentował „Jak wytrzymać ze współczesną kobietą”,bom była „takom feministkom”. Tam też były obrazki uroczej kotki, gnącej się w talii, która uwodzi samym byciem itp. Co poczytam u Magdaleny Samozwaniec (której książka „Tylko dla kobiet” ma sporo wdzięku oraz obserwacji społecznej, plus #inneczasy), mierzi mnie u Chmielewskiej, która najwyraźniej postanowiła się „rozprawić” z budzącymi jej niepokój zmianami – mierzi tym bardziej, że jej bohaterki były nieraz bardzo inteligentne, niezależne, zaradne. Ot, boli….

    a przy okazji, witam się – Rita. :-)

    Lubię to

  40. To ja jeszcze malutką (?) cegiełkę do riserczu przyrzucę : w jednym z dzieł – nie mam pamięci do tytułów – cała historia opiera się o spadek po francuskim pradziadku : pojął ci on na łożu śmierci guwernantkę swą za prawowitą małżonkę, czy nie pojął. Od tego ma zależeć prawo syna guwernantki do dziedziczenia. Otóż w prawie farncuskim małżonkowie NIE dziedziczą po sobie, a tym bardziej potomstwo jednego z małżonka z innego związku.

    Lubię to

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s