McMacho i McMiągwa

Czekaliśmy długo, robiąc zakłady, kiedy wreszcie i nawet tworząc możliwe scenariusze. Lecz oto jest: wyszła kolejna książka Musierowicz. Bez wahania powiem, że jest to jedna z najsłabszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, a wchłonęłam mnóstwo złej literatury, z fragmentami Fifty Shades of Gray i Achai na czele.

Możemy sobie wyobrazić, jak zawrzało wśród czytelniczek, gdy pojawily się na rynku przedpremierowe egzemplarze McDusi. Pierwsze recenzje są jednak wstrzemięźliwe. Wygląda na to, że nawet najbardziej hardkorowe fanki zaczynają przyznawać, że Musierowicz skończyła się na Kalamburce, reszta to już saga rodu Borejków z coraz dziwaczniejszymi postaciami i coraz grubszą kreską rysowanymi podziałami charakterystycznymi dla inteligencji konserwatywnej (o ile te dwa pojęcia nie są sprzecznością samą w sobie).

Istotnym zarzutem jest bowiem właśnie to, na co zwracano uwagę we wcześniejszych ksiązkach: anachronizm i nieprzystawalność do czasów XXI wieku. Proszę nie zrozumieć mnie źle: wiadomą jest rzeczą, że w pędzącym naprzód świecie, zgiełku telewizji i oślepiającego blasku wyświetlaczy przytulna kuchnia i słynny kubek z krasnalkiem dają poczucie bezpieczeństwa, bo konserwatyzm i tradycja generalnie mają się tak dobrze dlatego, że dają poczucie bezpieczeństwa. Miejmy jednak na uwadze, że to nadal tylko eskapizm w świat nieistniejący. Świat Musierowicz uzurpuje sobie prawa do bycia realnym. Ma product placement, rzeczywiste adresy, konkretne daty: przy odpowiedniej dozie bezkrytycyzmu łatwo się pomylić.

Konserwatyzm jest widoczny w wielu aspektach.  Widzimy go w sposobie konstrukcji postaci: kolejna młodziutka bohaterka próbuje wprawdzie pozostać sobą: wielbicielką fast foodu, osobą konkretną, rzeczową i bez potrzeb sięgania po poezję (lecz przecież postrzegana przez innych jako rozsądna i rozumiejąca). Jednakże zmasowany atak wielbicieli literatury wysokiej sprawia, że ostatecznie docenia Wierzyńskiego  (dobrze, że nie zadręczonego na śmierć w poprzedniej części Mickiewicza!). Kolejna z rodu Borejków wychodzi za mąż, bo przecież nie ma innej kariery dla kobiety, choćby nawet i śpiewała jak anioł. Jedyna nie zajmująca się w sposób obsesyjny dziećmi matka (Ida) jest napisana w sposób tak przerysowany i groteskowy, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to jednak karykatura Złej Matki.

Obserwujemy konserwatyzm także w coraz bardziej manifestowanej religijności bohaterów. Pewną odmianą jest to, że otwarcie rozmawiają o bogu – wcześniej ich katolicyzm był dość deklaratywny. I jakkolwiek jest to spójne z ich konstrukcją i uzasadnione sceną, nie da się ukryć, że jest to ukłon w stronę tradycyjnych wartości. Musierowicz coraz wyraźniej wyklucza z grona czytelniczek ateistki, a agnostyczki gładzi po główkach mówiąc cierpliwie, że im przejdzie.

Nie ustaje Musierowicz też w obśmiewaniu zjawiska toksycznych relacji z rodzicami. Tytułowa Magdusia wspomina kilkukrotnie o przecinaniu pępowiny i potrzebie zyskania samodzielności, jest to jednak szybko prostowane przez innych bohaterów: bliska zażyłość z rodzicami jest zawsze dobra, a zjawisko nadopiekuńczości i wyuczonej bezradności istnieje tylko w psychologicznych poradnikach. Innymi słowy, drogie czytelniczki. jeśli ujrzycie szesnastolatka nie potrafiącego podjąć decyzji bez konsultacji z matką, nie obawiajcie się: oznacza to tylko, że dzięki głębokiej więzi z nią nawiąże równie udaną z wami.

Znów: nie zrozumcie mnie źle: dobre relacje z rodzicami z pewnością procentują udanymi związkami. Ale szesnastoletni chłopak powinien być na etapie walki o samodzielność i młodzieńczego buntu.

Z wielkim smutkiem obserwujemy także duży spadek formy warsztatowej u poznańskiej pisarki. Już przy wcześniejszych częściach pojawiały się głosy, że styl się pogorszył, ilość słów “dzielna i miła” zaczyna przekraczać masę krytyczną, a researchu nie powstydziłby się sam mistrz Ziemkiewicz. Tutaj mamy słabe jak polski kabaret dialogi, już to brzmiące jak rozmówki polsko – knajpiane dla początkujących (równoważniki zdań, pochrząkiwania, westchnienia i czasem dla okrasy jakiś zaimek); już to rozszalałe logoree i wyciśnięte z wysiłkiem porównania, mające prawdopodobnie nadać rozgadanym bohaterom indywidualnego rysu i oratorskiego sznytu. Rzekłabym, że gdybym w realu posłyszała choć jeden z bełkotów Bernarda, zastanawiałabym się nad przymusową hospitalizacją któregokolwiek z nas. I być może przebadania ostatnio spożytych posiłków pod kątem nielegalnych substancji. Żle i bardzo szmirowato konstruowane są opisy, akcja toczy się tempem autobusu z Ochoty do Śródmieścia po 17:00, brakuje także zachwycających kiedyś bon-mocików i memików, zapamiętywanych przez lata.

Utrwala również Musierowicz te słabości w tworzeniu postaci, które zarzucano jej wcześniej. Obecnie wszyscy mężczyźni rodu Borejków są wąsaci. Gaba jak zawsze dzielna i zaciskająca cierpiętniczo zęby. Dmuchawiec kompletnym aniołem bez skazy. Ignaś miękki i łagodny, zaś Józinek – tylko czekać glacy, glanów i zamówienia pięciu piw. Zneurotyzowana Ida w tej części popada w istną obsesję, bo tylko taką neurozą lub chamstwem mogę usprawiedliwić jej występ wobec gościa na kolacji. Gościem jest Magdusia, osoba z nadwagą, a smukła Ida, zamiast hołdować tradycji tego ponoć gościnnego domu odwodzi ją od brania dokładki argumentując o luziku w pasie. Jest to zresztą jedna z najgorszych scen w polskiej literaturze, gdyż w chwilę potem, gdy Magda zdradza się z brakiem zainteresowania poezją, zostaje automatycznie zaszufladkowana jako przytępe dziewczę, której świat ogranicza się tylko do konsumpcji. Najlepiej frytek z McDonalda.

(Musierowicz generalnie lansuje tezę, że kulinaria świadczą o człowieku i dlatego też pewnie wegetariance Natalii – bo przecież co to za jedzenie bez mięsa – każe piec nieudane, grząskie ciasta)

Przede wszystkim jednak nie mogę przebaczyć Musierowicz napisania sceny, którą oceniam jako najbardziej szkodliwą – a szkodliwych treści w Jeżycjadzie jak naplute (mężologia Pyzy, uzależnienie od rodziców, wykluczanie jakichkolwiek mniejszości). W scenie tej Józinek potrząsa, capnąwszy za kark, o wiele od niego mniejszą i słabszą Magdusią, gdyż ta ośmieliła się pocałować go w podzięce za przysługę. Nie zrozumcie mnie źle: miał prawo zareagować niechętnie na pocałunek niepodobającej mu się dziewczyny. Odskoczyć. Wydać okrzyk. Może nawet odruchowo się wytrzeć. Ale Józinek łapie za ten nieszczęsny kark i wykrzykuje, że Magda nie ma wstydu. Oraz grozi pobiciem.

Na stronie Musierowicz jedna z czytelniczek spytała, czy ta scena nosi cechy przemocy. Uzyskała odpowiedź, że nie, że przemoc to co innego, niech się nie zamartwia, pa. Ponawianie tego pytania nie ma sensu, gdyż zaobserwowszy wzmożoną krytykę i nasilony ruch na stronie M.M. zaostrzyła moderację: tnie właściwie wszystkie nieprzychylne komentarze, zaś większą ilość odwiedzin określa jako desant trolli.

To ja może wyjaśnię: tak, zachowanie Józinka ma w sobie cechy przemocowe. Chłopak sieje sygnałami ostrzegawczymi, że rośnie nam na damskiego boksera. Przemoc eskaluje od takich właśnie lekkich przekroczeń nietykalności cielesnej do normalnych pobić; od pogróżek do ich realizacji. Zważywszy, że postać ta konsekwentnie jest pisana jako macho, ślepo wyznający kult siły bynajmniej nie służącej do obrony słabszych będziemy mieć zatem w Jeżycjadzie spadkobiercę chwalebnych tradycji Lisieckich. I nie miałabym nic przeciwko stworzeniu takiego bohatera (M.M., zapewne nieświadomie, całkiem nieźle pisze postaci z rodzin dysfunkcyjnych), gdyby spotkał się z potępieniem. Nie spotyka się, a jak widzimy z potraktowania odwiedzających jej stronę przez pisarkę – ma się nie spotkać, gdyż w jego zachowaniu nie ma nic złego.

Przykre, bo pisarka przecież deklaruje niezgodę na krzywdzenie słabszych. Jednak – spójne z jej konserwatywnym światopoglądem: jest w nim na to mnóstwo miejsca. Wszakże tradycyjne, religijne wartości mają piękną kartę w historii znęcania się nad słabszymi.

Advertisements

26 uwag do wpisu “McMacho i McMiągwa

  1. Oj, dawno nie czytałam, ale może się skuszę na konfrontację dziewczyńskiego uwielbienia dla Jeżycjady jako takiej z najnowszą książeczką Musierowicz, choć przyznaję, że gdzieś po Gabie z „Kwiatu kalafiora” przestałam uważnie czytać sagę poznańskiego rodu. Być może dlatego, że na studia poszłam do Poznania, a tam ni w ząb nie było tak, jak w książkach! ;)

    Lubię

  2. Konserwatyzm jest bardzo przemocowy z założenia: ma utrwalać zastany porządek bez względu na koszty uboczne. Beneficjenci sytuacji mają pozostać beneficjentami, wszelkie ruchy dążące do zmiany sposobu podziału dóbr i przywilejów mają być stłamszone i ukrócone.
    Maczo okazujący swoją wyższość (moralną również: Nie masz wstydu?!), siłę i wzgardę dziewczynie, która występuje z inicjatywą w relacji towarzyskiej (zamiast, jak zgaduję, grzecznie schudnąć na diecie złożonej z Plutarcha i Wierzyńskiego i oczekiwać we wdzięcznej pozie ze spuszczonymi oczami), jest takim samym konserwatystą jak prawica występująca przeciw parytetom czy Gowin wzbraniający się przed ratyfikacją konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Józwa głosowałby na Gowina, dziewczyny.

    Lubię

  3. Dla mnie tak naprawdę u MM problemem nie jest to, że te postaci są totalnie papierowe i stały się swoimi własnymi karykaturami, a nawet nie to, że zachowują się chamsko i bucowato, tylko to, że autorka tego nie zauważyła. Bo w sumie dziwnym nie jest, że ktoś się może zachowywać tak jak Ida czy Józinek w stosunku do gościa, ale miło byłoby, gdyby autorka nie sugerowała, że to taka miła, sympatyczna i grzeczna inteligencka rodzina i w ogóle wzór do naśladowania…

    I generalnie u MM już dawno było mnóstwo patologii (Nerwus — prześladowca, trzęsąca rodzinką Noelka i takie tam) uznawanych za całkiem normalne, a nawet pozytywne. Tylko jakoś to się pewnie łatwiej łykało, bo kiedyś jeszcze umiała pisać (żeby nie było, jestem ogromną miłośniczką Jeżycjady, a raczej jej pierwszych tomów).

    A Ida w ogóle jest jakąś totalnie nielogiczną postacią w całej tej zabawie i w ogóle tak toksyczną matką, że dziwię się, że nie tylko nikt jej nie opieprza, ale wręcz, że nikt nie próbował jej odebrać praw rodzicielskich. Napisać matkę, która jednocześnie zupełnie się nie zajmuje dziećmi i jest skrajnie nadopiekuńcza, to jest jednak sztuka…

    Lubię

  4. Piękna notka. Pozwolisz, że ją sobie wydrukuję, oprawię w ramkę, powieszę nad łóżkiem i będę czytał za każdym razem, gdy poczuję silniejsze bóle w okolicach Roosvelta 5?

    Lubię

  5. A ja wiem dlaczego to nie przemoc. Bo przecież w romansach tak jest, co nie? Że jak on za kark i o materac to ona wtedy orgazm za orgazmem ach och, bo to namiętność jest przecież a nie jakaś tam przemoc. Przecież każda kobieta mała i duża pragnie tego „bdsm” od Greja, co nie?

    Lubię

  6. Łączę się w bólu, jeśli chodzi o „Pomnik cesarzowej Achai” i niniejszym przyznaję, że mimo wydania 4 dych i odpowiednio do tego silnej samomobilizacji, mur hipokryzji wybudowałem kruchy.

    Do tyłu ta Achaja i zmarnowane 4 dychy.

    Lubię

  7. „dziewczynie, która występuje z inicjatywą w relacji towarzyskiej”
    hm
    ciekawa jestem czy jakby to chłopak pocałował znienacka dziewczynę, która by sobie tego nie życzyła, to czy przypadkiem to nie byłoby nazwane molestowaniem seksualnym

    Lubię

  8. Nie wiem. W tej konkretnej scenie kontekst jest jasny: Józinek pomaga jej wnieść rzeczy do pokoju, ona wspina się na palce i wyciska szybki pocałunek. Fakt, w usta. I nie mówię, że miało mu się podobać. Jednak zareagował niewspółmiernie.

    Lubię

  9. Pytanie serio, nie prowokacyjne: chłopak próbuje pocałować dziewczynę i dostaje w twarz. Jeśli miała prawo: to czemu nie jest równoważne ze złapaniem za kark w symetrycznej sytuacji (dla potrzeby wywodu nawet uznajmy, że porównujemy plaskacz vs plaskacz)? Moje serduszko mi mówi, że sytuacja nie jest symetryczna, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może bo chłopcy bywają bardziej odporni na argumenty słowne? A może też nie miała prawa?

    Lubię

  10. @Wojciech
    Było na forum o Jeżycjadzie, tralalalala, oglądane ze wszystkich stron. Chociaż rzeczywiście głównie był oburz na Józinka. Swoją drogą – dzięki szprota za kolejny wspominający o forum, bo w końcu tam poszłam i poczytałam.
    W każdym razie – całująca przeważnie jest niższa i słabsza. Wyobrażasz sobie dziewczę 1.6m o wadze w normie, która potrząsa chłopakiem 1.8m? Poza tym policzek to bardziej na psychikę działa (uwarunkowania kulturowe) niż na ciało, a łapanie za kark i na jedno, i na drugie. To takie moje uzasadnienie, dlaczego sytuacja nie jest symetryczna.

    Lubię

  11. Zostawmy łapanie za kark – porównajmy plaskacz od chłopca dla dziewczyny vs plaskacz od dziewczyny dla chłopca. To nadal jest a. równoważne, b. w ogóle dopuszczalne? Moje serduszko się waha. Dopuszczalne być może – to jest bardzo jednoznaczna informacja zwrotna (w słowach albo jesteśmy zbyt dyplomatyczni, albo włącza się Ośrodek Stachursky’ego /”bo jeśli nie chcesz, to właśnie chcesz”/). A do moich wątpliwości względem równoważności: może chodzi mi o to, że facet, jako zwykle nieco silniejszy, może zrobić większy damage + kulturowo siniol na twarzy dziewczyny jest czymś gorszym niż siniol na twarzy chłopca?
    Dasz link do tego forum?

    Lubię

  12. @Wojciech Kuśmierek
    „porównajmy plaskacz od chłopca dla dziewczyny vs plaskacz od dziewczyny dla chłopca. To nadal jest a. równoważne”

    Nie jest i pewnie jeszcze długo nie będzie, dlatego, że a) to kobiety znacznie częściej padają ofiarą przemocy fizycznej ze strony mężczyzn i 2) to kobiety znacznie częściej padają ofiarą przemocy seksualnej. W ogóle przemoc seksualna jest zagrożeniem dotyczącym prawie wyłącznie kobiet (oczywiście, gwałty homoseksualne też istnieją, ale w porównaniu do heteroseksualnych to jednak znikoma liczba). Sama różnica siły fizycznej sprawia, że mężczyzna raczej nie bywa narażony na „poddanie się czynnościom”, na które nie ma ochoty, niechciane awanse ze strony kobiety to może być dla niego coś irytującego czy kłopotliwego, ale nigdy niebezpiecznego. Stąd – a także z tradycyjnego bagatelizowania kobiecej siły – bierze się dysproporcja w dopuszczalnym arsenale środków obronnych. Kobieta może spoliczkować faceta w ramach bardzo dobitnego oznajmienia „nie życzę sobie”, facet musi wziąć pod uwagę sytuację społeczną i przyjąć do wiadomości, że nie może spoliczkować kobiety, nie wychodząc na agresora nadużywającego swojej siły i damskiego boksera, w każdym razie nie w takim świecie, w jakim teraz żyjemy.

    Aktywiści od #prześladowaniamężczyzn mogą mi teraz wypłakać taką rzekę, choć pewnie pocieszy ich informacja, że kiedy Chris Brown w ramach domowej sprzeczki pobił Rihannę, Boston Public Health Commission zrobiła na ten temat ankietę i połowa bostońskich nastolatek uznała, że to Rihanna jest winna całemu zajściu, pewnie go czymś sprowokowała.

    Lubię

  13. Hm, może zrobię addendę, bo wyjdzie na to, że pochwalam bicie facetów przez kobiety. Nie pochwalam – skupiłam się tylko na tym, jak to wygląda w odbiorze społecznym, a prywatnie w ogóle nie bardzo pochwalam stosowanie przemocy. Dla równowagi opiszę, jak mogłoby to wyglądać w świecie idealnym:

    W sytuacji takiej jak opisana powyżej można zareagować dokładnie tak samo, niezależnie od płci: odepchnąć, odsunąć się, powiedzieć: „Nie rób tego!”. Oczywiście, cały czas mówimy o osobie, która z jakichś powodów mogła się spodziewać pozytywnej reakcji na swoje pieszczoty. Jeśli do całowania bierze się nieznajomy ochlapus w barze albo osoba, której wcześniej odmówiono, to plaskacz jest jak najbardziej na miejscu – jak się świadomie narusza czyjąś przestrzeń, to można się spodziewać naruszenia w odwecie.

    Lubię

  14. No coz, doloze swoje trzy grosze, bo kwestia plaskaczy ciekawa.
    Ksiazki nie czytalam, ale sadzac po sytuacji wniesienia rzeczy na gore, obie osoby byly zaznajomione. Gdyby moj kolega/przyjaciel cmoknal by mnie w usta w podziekowaniu za przysluge, nie daje sobie prawa do plaskacza. W tej sytuacji nalezy dac slownie spokojnie do zrozumienia, ze sie sobie takich gestow nie zyczy, bo chodzi o osobe nam w jakis sposob bliska. Osoba uzywajaca wtedy przemocy fizycznej czy obrazajaca nie powinna byc tolerowana.

    Jeszcze w kwestii plaskaczy: damski plaskacz to nadal nie meski plaskacz, chyba ze daje go nasza mistrzyni wagi ciezkiej Natalia Wrobel. Wielka sila to wielka odpowiedzialnosc, ze zacytuje Konia rafala z filmiku Git Produkcji. Jezeli gruba kolezanka pokazuje ci uczucie, nie uzywasz sily.

    Lubię

  15. Nie widzieli. Niech ktoś, kto ma tam konto, zostawi jakiś sensowny komentarz, żeby jedyny nie był od tego troglodyty, do którego podczas lektury Pottera nie dotarło, że to on jest mugolem i jego matka też.

    Lubię

  16. Nie czytałem nic MM ale zawsze podobały mi się okładki – McDusia po okładce na miągwę nie wygląda .
    @kwestia plaskaczy – moja złota zasada to: ‚psa, który gryzie sukę należy uśpić’ – ktoś wie czy to tylko powiedzonko, czy prawdziwa kynologia?

    Lubię

  17. Też uwielbiam Jeżycjadę i mam wszystkie części, poza tym to dzięki nim wybrałam Poznań jako miasto do studiowania, chociaż nigdy przedtem w nim nie byłam. McDusię kupię napewno, mam nadzieję że będzie spotkanie czytelników z panią Małgorzatą i uda mi się dostać autograf (przy publikacji ostatniej książki się nie udało :/)Ja jestem jednak z tych, którzy uważają że Jeżycjada straciła trochę swojego uroku w nowych książkach, ale zawsze będę je kupywać.

    Lubię

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s