Oczy ofiary

Najgorsze rzeczy zdarzają się w domu.

Serio. To właśnie w domach najczęściej dochodzi do gwałtów. Dla mnie to oznacza tylko tyle, że mit obcego typa z ciemnej uliczki jest dla nas wygodny, bo bardziej przewidywalny. Pisałam o tym zresztą: zaklinamy sobie rzeczywistość na różne sposoby, byleby złe nie przydarzyło się nam. Chwytamy się sposobów na przetrwanie nocnej eskapady w mieście, nosimy noże, gazy i duże klucze. A tymczasem, zwłaszcza, zwłaszcza w odniesieniu do gwałtów, tak naprawdę rada jest jedna i skierowana do mężczyzn: don’t rape.

542999_200584493411003_2052673512_n

Kobieta w każdej chwili może powiedzieć „nie”. Jej „nie” znaczy „nie”. Nie daj sobie wmówić, że znaczy coś innego. Ludzie, którzy nie traktują poważnie czyjegoś „nie” kończą w brunatnych mundurach.

Jeśli ma krótką spódniczkę, to chce ładnie wyglądać, a nie być przeleciana.
Jeśli ma wielki dekolt, to lubi swoje ciało, a nie seks wbrew swojej woli.
Jeśli pije na imprezie, to chce się rozluźnić, a nie ściągnąć majtki.
Jeśli się z tobą całuje, to chce się całować w usta.
Jeśli ma opinię osoby, która chętnie sypia z innymi, to nadal nie oznacza, że jesteś na jej liście.
Jeśli się upiła i śpi, to woli odespać niż dostać otarć w miejscach intymnych.

Dlatego tak bardzo gniewa mnie ten tekst, krążący po fejsie z siłą, jakie mają teraz tylko głupawe podpisiki do dzieł sztuki, zmasakrowane pieski i demotywujace koteczki.

„OCZAMI GWAŁCICIELA”
PROSZĘ, POŚWIĘĆ CHWILĘ, BY TO PRZECZYTAĆ. To może uratować Twoje życie. Kliknij „Udostępnij”, aby umieścić ten tekst na swoim profilu.
Wielu oprawców stosuje najrozmaitsze techniki, aby przemoc uszła im na sucho. Zazwyczaj wydaje się nam, że wystarczy tylko trochę taktyki, aby uchronić się przed przemocą. Nic bardziej mylnego. Niewielu ludzi wie, w jaki sposób zachować się w takiej sytuacji. Każdy powinien przeczytać ten tekst, a szczególnie każda kobieta.
Oczami gwałciciela!” to wynik rozmów z gwałcicielami osadzonymi w więzieniach na temat tego, czego szukają w potencjalnych ofiarach. Oto kilka istotnych faktów:
Pierwszą rzeczą, na którą mężczyźni zwracają uwagę u potencjalnych ofiar, jest uczesanie. Najchętniej atakują kobiety uczesane w kucyki, koki, warkocze albo inne fryzury, za które można łatwo złapać. Częściej atakują kobiety z długimi włosami. Kobiety o krótkich włosach rzadziej padają ofiarami gwałtów.
Drugim elementem, na który gwałciciele zwracają uwagę, jest ubranie. Szukają kobiet, z których łatwo zdjąć ubranie. Wielu z nich nosi nożyczki, aby przeciąć odzież.
Szukają też kobiet używających telefonu komórkowego albo przeglądających torebkę, bo najłatwiej jest zaatakować osoby, które nie zwracają uwagi na otoczenie.
Ataki i porwania najczęściej zdarzają się na parkingach przed hipermarketami.
Na drugim miejscu są biurowe parkingi i garaże.
Na trzecim miejscu znajdują się publiczne toalety.
Mężczyźni ci szukają okazji, aby złapać kobietę i zaciągnąć ją w miejsce, w którym nie będą musieli obawiać wykrycia.
W polskich warunkach są to też odludne dróżki, miejsca intensywnie obsadzone krzakami, przejścia podziemne. Jeśli nie masz innego wyjścia i musisz iść taką drogą, staraj się iść z inną kobietą, nawet obcą. Podejdź i zapytaj, czy idzie w tam, gdzie ty. Powiedz, że się boisz i wolisz iść razem.
Jeśli zaczniesz się bronić, walczyć, wyrywać albo krzyczeć, masz dużą szansę na zniechęcenie napastnika. Decydujące są dwie pierwsze minuty. Napastnik jest jak polujący drapieżnik; jeśli nie zdoła obezwładnić ofiary od razu – najczęściej rezygnuje z próby gwałtu.
Osadzeni gwałciciele mówili, że nie atakują kobiet trzymających parasole albo podobne przedmioty, którymi można zaatakować z większej odległości.
Klucze nie działają w ten sposób, bo musisz znaleźć się bardzo blisko atakującego, aby użyć ich jako broni. Najważniejsze jest, aby przekonać takiego mężczyznę, że z tobą nie pójdzie mu łatwo.
O CZYM POWINNAŚ PAMIĘTAĆ:
Jeśli ktoś idzie za tobą na ulicy, w garażu, na klatce schodowej lub do windy, popatrz mu prosto w oczy i zapytaj o coś, na przykład o godzinę, albo zacznij rozmowę. Na przykład powiedz, że jest bardzo zimno i że zima będzie mroźna. Kiedy już widziałaś jego twarz i mogłabyś go rozpoznać, przestajesz być atrakcyjna jako ofiara.
Jeśli ktoś się do ciebie zbliża, wyciągnij ręce przed siebie i krzyknij „Stój!” albo „Nie podchodź!”. Większość gwałcicieli przyznała, że zostawiliby kobietę w spokoju, gdyby na nich krzyknęła lub w inny sposób dała do zrozumienia, że będzie próbowała walczyć. Pamiętaj, oni szukają ŁATWEGO celu.
Jeśli nosisz z sobą gaz pieprzowy, krzyknij „Mam gaz pieprzowy!” i wyciągnij go.
Jeśli ktoś cię złapie, nie możesz pokonać go siłą, ale możesz go przechytrzyć. Jeśli zostałaś złapana w talii od tyłu, uszczypnij atakującego bardzo mocno w rękę między łokciem a pachą albo w udo. Jedna z kobiet opowiadała, że uszczypnęła w ten sposób niedoszłego gwałciciela tak mocno, że rozdarła mu skórę i dotarła aż do mięśni, tak że konieczne było założenie szwów. Spróbuj sama się uszczypnąć w te miejsca najmocniej jak potrafisz – to naprawdę boli.
Następnie skup się na kroczu. Uderzenie w tę część ciała jest dla mężczyzny szczególnie bolesne. Bardzo wrażliwym miejscem jest także pachwina. Obawiasz się, że tylko rozwścieczysz atakującego i sprowokujesz go do zadawania ci bólu? A jednak gwałciciele mówili, że nie chcą kobiet, które powodują problemy. Zacznij więc powodować problemy.
Kiedy mężczyzna cię złapie, chwyć jego dwa pierwsze palce i odegnij je do tyłu, najdalej i najmocniej, jak to możliwe. Instruktor zastosował tę technikę na mnie bez użycia dużego nacisku, a i tak upadłem na kolana, a knykcie głośno trzasnęły.
Oczywiście pamiętaj o tym, co wszyscy powtarzają – zawsze bądź świadoma swojego otoczenia, poruszaj się w towarzystwie, jeśli tylko to możliwe, a jeśli zobaczysz kogoś, kto zachowuje się dziwnie, nie lekceważ tego, tylko postępuj zgodnie z instynktem. Czasem możesz się czuć dziwnie, ale pamiętaj, że poczułabyś się znacznie gorzej, gdyby twoje przeczucia okazały się słuszne.
PAMIĘTAJ TEŻ…
Na pewno jesteś wystarczająco bystra, aby wiedzieć to wszystko, ale znajdzie się też kilka punktów, które postanowisz zapamiętać. Po przeczytaniu prześlij to komuś, na kim ci zależy. To nie zaboli, a może pomóc.
Porada z Tae Kwon Do: Najmocniejszą częścią ciała są łokcie. Jeśli jesteś wystarczająco blisko, aby ich użyć, zrób to.
Rada z przewodnika po Nowym Orleanie: jeśli napastnik chce twojego portfela lub torebki, NIE DAWAJ MU ICH. Odrzuć je jak najdalej od siebie. Jest duża szansa, że napastnika znacznie bardziej zainteresuje portfel niż ty, i że rzuci się za nimi. UCIEKAJ ILE SIŁ W NOGACH W ODWROTNĄ STRONĘ!
Jeśli zostaniesz wrzucona do bagażnika: kop w światła i postaraj się je wykopać. Wystaw rękę i machaj jak szalona. Kierowca tego nie zauważy, ale inni tak. Takie zachowanie uratowało niejedno życie.
Kobiety często wsiadają do samochodu po zakończonych zakupach, po pracy, po wizycie w restauracji i siedzą tam (zapisują wydatki, wykreślają zakupy itd.) NIE RÓB TEGO! Jeśli obserwuje cię oprawca, będzie to dla niego doskonała okazja, aby wsiąść od strony pasażera, przystawić ci pistolet do głowy i zmusić, żebyś jechała w konkretnym kierunku. KIEDY TYLKO ZAMKNIESZ DRZWI, ODJEDŹ.
Kilka uwag o zachowaniu na parkingu albo w garażu:
a. Uważaj: obejdź swój samochód naokoło, bo ktoś może się chować po stronie drzwi pasażera, zajrzyj do samochodu od strony pasażera i na tylne siedzenie. (RÓB TO TAKŻE PRZED WEJŚCIEM DO TAKSÓWKI).
b. Jeśli twój samochód stoi koło dużego vana, wsiądź od strony pasażera. Większość seryjnych morderców atakuje swoje ofiary wciągając je do vana, kiedy próbują one wsiąść do swoich samochodów.
c. Popatrz na samochody zaparkowane obok twojego, zarówno od strony pasażera, jak i kierowcy. Jeśli w samochodzie obok siedzi samotny mężczyzna, rozważ powrót do sklepu czy biura i zwrócenie się do ochroniarza lub policjanta, aby wyszedł z tobą na parking. LEPIEJ ZOSTAĆ UZNANĄ ZA PARANOICZKĘ, NIŻ BYĆ MARTWĄ.
ZAWSZE korzystaj z windy w drodze na parking, zamiast iść schodami. Klatki schodowe to opustoszałe miejsca i przez to doskonałe dla przestępców.
Jeśli napastnik ma pistolet, ale kontroluje cię, ZAWSZE UCIEKAJ! Prawdopodobieństwo, że trafi w ruchomy cel, czyli w ciebie, wynosi 4 do 100, a i wtedy z reguły NIE w najważniejsze organy. UCIEKAJ!
Kobiety są pełne empatii i współczucia. SKOŃCZ Z TYM! Możesz być albo miła i martwa, albo niemiła i żywa. Ted Bundy, seryjny morderca, był eleganckim, wykształconym mężczyzną, który ZAWSZE grał na współczuciu swoich ofiar. Chodził z laską lub kulał i często „prosił o pomoc” we wsiadaniu do samochodu lub włożeniu doń czegoś. To wtedy porywał ofiary.
Chciałabym, żebyś przekazała ten post wszystkim kobietom, które znasz. To może uratować komuś życie. Świeca nie staje się bledsza po zapaleniu innej świecy. Chciałam przesłać ten post tylko kobietom, ale chłopcy, jeśli kochacie swoje matki, żony, siostry i córki, także i wy go rozpowszechnijcie.
Prześlij to wszystkim znanym sobie kobietom, którym warto przypomnieć, że żyjemy w szalonym świecie i że lepiej uważać, niż żałować.
Skoro udostępniamy naszym znajomym żarty, śmieszne filmiki i mało ważne informacje, raz możemy przesłać też coś pożytecznego.
„Działanie jest lepsze niż modlitwa” – działaj i PODZIEL SIĘ TYM Z PRZYJACIÓŁMI, z tymi, na których ci zależy.

Strasznie długie, prawda? To nie jest garść porad, to jest jakaś pieprzona litania, czego mam nie robić i co powinnam zrobić, by dotrwać cała i zdrowa do końca dnia. Czy z takiej litanii są odpytywane kobiety zgłaszające gwałt? (po części tak) I gdzie tu jest najczęstszy sprawca gwałtu – ktoś znajomy lub wręcz bliski ofierze? Halo, proszę państwa, mamy tu zaginionych 80% spośród gwałcicieli, dlaczego nikt nie wzywa policji?! I w ogóle (jak słusznie zauważył Inż Mruwnica), sama konstrukcja łańcuszka: jak nie szerniesz, zginie mały kotek!11

Nie miałabym do tego tekstu zastrzeżeń, gdyby zawierał tylko porady, jak sobie radzić z napastnikiem w starciu bezpośrednim (jak napad) i był skierowany do obu płci. Sztuczkę ze szczypaniem w miętkie i wyłamywaniem palców znałam i uważam za cenną.

Ale:
Przez całe życie wtłacza się nam w głowy, szczególnie dziewczynom, że musimy przez nie przemykać trwożliwie rozglądając się na boki. Cały czas myśleć, jakich miejsc się strzec, co mieć pod ręką w torebce i co krzyczeć, gdy już zacznie dziać się źle. No więc ja odmawiam. Nie chcę się ciągle bać. Mam tego dość.

To nie we mnie jest problem, że mężczyźni gwałcą.

Naziol na salonach

Miałam się w tym temacie nie odzywać. Miałam, bo normę w przemyśle niena… dobra i piękna odpracowali Gothmucha z Wiedźmą i, wybacz, Gothmucho, szczerość, poczucie oblężenia, jakie wiało z twojej notki było wręcz niezamierzenie komiczne. Ale bo do tej pory jednak z aż tak dojmującym poczuciem zagrożenia spotkałam się raczej na salonach z liczbą 24. Dodajmy jeszcze i to, że pamiętam łódzkie lata dziewięćdziesiąte (pobicia przez skinheadów po prostu się zdarzały i trzeba było wiedzieć, którędy nie chodzić) i że przez ostatnich 1020 lat wierzyłam, że są przeszłością. Cóż, nie mam aż takiej inner knowledge jak was dwoje.

Ale i mnie zmroziły hasła na Agrykoli, dewastacja nagrobków na cmentarzu żydowskim czy też fakt, że nacjonaliści urządzają sobie spotkanie w Grand Hotelu, otwarcie i bezczelnie. Jest mi wiadome, że prócz demonstracji z kostką bauma w ręku ONR przywdziewa cywilizowane szatki pozytywistycznych pracowników u podstaw w np. placówkach oświatowych. Tak, proszę państwa, jest kryzys, w czasie kryzysu ludzie się radykalizują i szukają silnej ręki oraz kozłów ofiarnych.

Do tego, dlaczego rant Jędrzeja Słodkowskiego na menedżera Grand Hotelu mimo że mi się podoba, oceniam jako niesłuszny, za chwilę jeszcze wrócę.

Przestraszyła mnie także sytuacja w Lublinie.

Otóż stało się tak, że ruszyła akcja „Lublin dla wszystkich”. W dużym skrócie, w ramach akcji na biletach lubelskiego ZTMu mieli się pojawić komiksowo ujęci kibice Motoru – Romowie, Żydzi, geje, ciemnoskórzy – dopingujący pospołu z heteryckimi Polakami ulubioną drużynę (kwestię swojej opinii na temat kibicowania schowam tym razem w kieszeń). Kibice jednak uznali, że Lublin może i jest dla wszystkich, ale z całą pewnością nie dla bohaterów biletowych komiksików. Oraz nie, nie są rasistami i homofobami, tylko bilety ich szkalują. Serio. Leżałabym na cycach ze śmiechu, gdyby to nie było jednocześnie straszne.

Opis całej historii można sobie obmacać tutaj, wraz z rysunkami m.in. legendarnego twórcy pleców konia.

Kibice postanowili zorganizować marsz. Marsz protestu przeciwko biletom, macie pojęcie? I przemaszerują w poniedziałek. Mam nadzieję, że nie zdemolują przy okazji Lublina, który zdążyłam bardzo polubić. Liczę też na to, że autorom komiksu nic się nie stanie, choć mieli podstawy przypuszczać, że może być niewesoło (wystarczyło poczytać forum kibiców).

Wracając do spotkań ONRowców i rzeczonego marszu: nie mamy narzędzi, by tego zakazać. Wiadomo, jakie są ich skutki: walki uliczne, dewastacja miasta, wjazdy na skłoty. Manifestacja pod hasłami nienawiści do inności jest legalna. Spotkanie organizacji sympatyzującej z nazistowskimi ruchami jest legalne. Dopóki policja i służby specjalne nie będą w stanie pokazać kwitów na to, że łamią prawo, nie możemy nic zrobić.

Jestem daleka od nawoływania, by brać sprawy w swoje ręce. Nie ma co wrzeszczeć na menadżera, że zgodnie z prawem wynajął im salę, a na Urząd Miasta, że pozwolił przemaszerować. Żyjemy w demokratycznym państwie prawa i nie jesteśmy prawicowymi superbohaterami.

Ale boję się o moich łodzian i zaprzyjaźnionych lublinian.

Ognia, wody i do piachu

Jest taki moment w życiu jedynaczki, że chce się wyrwać spod klosza.

Przeważnie przypada to na okres pokwitania i przy nakarmionym heteronormatywnością memetycznym backgroundzie przybiera postać fantazji o złym chłopcu. O złym chłopcu w popkulturze napisano całe dużo mnóstwo, więc nie będę wam komunikować, że królowa Bona umarła. W każdym razie: jego postać jako tęsknota za złamaniem reguł, przejawieniem odwagi i sięgnięciem po nieznane ma pewien pokrętny sens. A opisuję to dlatego, by wytłumaczyć się trochę ze swojej słabości do chłopców złych, zarośniętych, lujowatych i odstręczających ludzi normalnych. Podobno już w przedszkolu chadzałam w parach z łobuzami.

Nie martwcie się, nie będzie to notka ekshibicjonistyczna ze spisem moich romansów. Jest to tylko smakowity wstęp do mojej (przed)ostatniej lektury, jaką był „Ogień” Łukasza Orbitowskiego.

Otóż z Orbitowskim jest właśnie tak, że jest moim ulubionym lujem polskiej fantastyki. Nie jestem przesadną fanką jego twórczości, po prostu lubię zajrzeć na jego prelekcję i posłuchać, jak nawija o horrorze. Mam wytłumaczalną tym, co powyżej, słabość do niego i dlatego pomimo ostrzeżeń: Narodowe Centrum Kultury! seria „Zwrotnice Czasu”! – podeszłam do dzieła z dużym kredytem zaufania i życzliwości.

Bo „Ogień” pojawił się właśnie w ramach serii „Zwrotnice Czasu”, w której wydano tak patetyczne dzieła jak „Wieczny Grunwald” Twardocha czy kolejne odgrzewane schaby Marcina Wolskiego. Jak czytamy na stronie serii, chodzi w niej o historię alternatywną. Siłą rzeczy przyciąga ona pisarzy (damskich nazwisk jakoś nie widzę) historią żywo zainteresowanych i, jakoś tak się dziwnie składa, wielką wiarę pokładających w zasadach, wartościach, zadumie nad narodem w ogóle i polskością w szczególe.

Historia „Ognia” zaczyna się jak przyzwoity slasher: otóż do opuszczonej chatki w górach przybłąkują się dwaj bracia i żona jednego z nich. Rwie się zasięg, pada prąd, za oknem huczy las, bracia mają niezałatwione między sobą spory, tylko czekać bieganiny z siekierą i dużej ilości czerwonej farby oraz dziewczęcej postaci pomykającej w przejrzystym gieźle w ciemny las.

Jednakże jesteśmy w serii „Zwrotnice czasu”, musimy zatem nawiązać do historii. Orbitowski umiejscawia więc chatkę na terenie działań Józefa „Ognia” Kurasia. Duch Ognia krąży wokół chatki wraz ze swoim archenemy, SBkiem Wałachem, by ostatecznie pospołu powcielać się w obu braci.

Tymczasem żona, Basia, istotnie pomyka w ciemny las i doznaje wcielenia straconej z ręki (a przynajmniej na rozkaz) Ognia Zosi.

W przypadku „Ognia” mamy do czynienia ze zderzeniem kompletnie przeciwstawnych postaw. Z jednej strony mamy Artura, wygodnisia, który wybrał karierę w Warszawie i wspieranie ojca przechodzącego przez trudny okres w przemianach po 1989. Z drugiej – Piotrka, który pozostał przy matce w małej miejscowości. Zdany na siebie samotnik contra zależny od rodziny mąż. Ateista contra wierzący. I tylko w konserwatywnym umyśle za tym zestawem idzie alternatywa: egoista contra altruista, człowiek prawy contra tchórz.

Tutaj pojawia się pytanie, które stawiałam przy okazji notki polconowej. Łukasz podczas jednej z prelekcji mówił o konserwatyzmie w horrorze: że jest to gatunek, który jest najbardziej wpisany w chrześcijański sposób pojmowania dobra i zła. Zastanawialiśmy się pod nią z komentatorami, na ile zasadne jest to stwierdzenie; na ile Łukasz w nim powiedział „jestem konserwatystą, bo piszę horrory”, a na ile „jestem konserwatystą, więc piszę horrory”.

Ja to pytanie pozostawię w zawieszeniu, ale to w postać wierzącego Piotrka wciela się wielki bojownik o niepodległość, Ogień, a w postać nihilistycznego Artura – okrutny SBk. „Ogień” ma formę sztuki teatralnej, więc właściwie nie mamy komentarza odautorskiego: być może autor nie zajmuje stanowiska w ocenie postaci Ognia. Możemy jednak z pewną dozą prawdopodobieństwa rozstrzygnąć, że opowiada się po stronie Piotrka/ Ognia, skoro po jego stronie jest zwycięstwo. Zwycięstwo takie, jakie może nastąpić w horrorze: przeżycie do końca koszmaru.

Wygrywa u Orbitowskiego zatem człowiek, który po wojnie zapada w lasy, by stworzyć w nich na własną rękę państewko podziemne i armię; na swoim terenie jest bardziej uznawanym władcą od państwowych: rządzi, dzieli i wymierza sprawiedliwość. Podczas przesłuchania z Wałachem padają pytania o czterech koniokradów, straconych bezbronnych w samego Sylwestra („ludzie po stajniach spali”, rozpacz matki zbyta stwierdzeniem: „synów na zbirów wychowała, to niech wyje do woli”); potem o Zosię, która była kochanką Kurasia, ale – donosiła, więc również musiała zostać poddana egzekucji. Wygrywa superbohater, ukrywający się przed legalnymi władzami, mający własne poczucie prawa i sprawiedliwości, będący ponad nie tylko państwem (to mu, ostatecznie, w tych chaotycznych powojennych czasach można wybaczyć), lecz także społecznym, powszechnie ustalonym pojmowaniem dobra i zła. Co za władca skazuje na śmierć złodziei i donosicieli?

Może władca opętany? W „Ogniu” dość uparcie przewija się mistyka lasu jako elementu, który przywołuje, opętuje i podporządkowuje swojej woli. Usprawiedliwienie „las mnie opętał” pojawia się kilkukrotnie w zeznaniach bohaterów. Las, szatan, chaotyczna siła, złe mzimu. Bez wcielania Ognia i Wałacha w braci byłby przyjemnym elementem uzupełniającym grozę. Ponieważ jednak mamy tu Historię i prawdziwe postaci, las wydaje się być (zbyt) prostym usprawiedliwieniem zła w wybielanym na siłę Kurasiu.

Być może to jednak wygrywa Basia, która robi to, na co nie mogły sobie pozwolić pokolenia kobiet tkwiących u boku wojowników o niepodległość – odchodzi? Mam wprawdzie obawy, że mój ulubiony luj ocenia ją jako tę, która po prostu do końca tej ważnej, męskiej walki nie pojęła. Dla mnie istotne jest jednak to, że przetrwanie Piotrka okupione jest utratą bodaj najważniejszej w jego życiu osoby – i że przed ryzykiem takich strat stają wszyscy wyznający wartości narodu, państwa, niepodległości i, opcjonalnie, jakiejś monoteistycznej religii.

puszysty smak arogancji

Przed seansem w kinie, a może także i w tv emitowana jest reklama serka Almette:


w której, jak widzimy, dziewczynka pyta domniemanego tatusia, co to są zagęstniki, barwniki i konserwanty. Tatko na kolejne pytania odpowiada z bezwstydnym uśmiechem, że nie wie, co w końcowej części reklamy głos z offu kwituje, że też i wiedzieć nie musi, bo serek Almette nie zawiera nic z powyższych, wobec czego jest zdrowy i motylki fruwają.

Tymczasem warto wiedzieć, czym są zagęstniki (ja do dziś dnia nie czułam potrzeby interesowania się tematem, bo średnio zważam na dietę). Nie będę Wam robić wykładu, bo ten blog zawsze trzymał się raczej nauk społecznych niż przyrodniczych i jeszcze bym coś pokręciła. W dużym skrócie, najczęściej stosowanym przy serkach zagęstnikiem jest karboksymetyloceluloza, której jedynym działaniem niepożądanym może być lekkie wzdęcie. Jest także nielubiana z wiadomych względów przez wegan i wegetarian żelatyna (mająca podobnie błahe skutki uboczne) i agar, który jest lekko toksyczny, ale w dawkach stosowanych w przemyśle spożywczym niegroźny. Barwniki w ogóle występują naturalnie w przyrodzie, a ich stosowanie jest ściśle kontrolowane i funkcjonuje na zasadzie quantum satis, czyli w najniższej dawce, niezbędnej do osiągnięcia zamierzonego efektu technologicznego. Co do konserwantów, ich użycie jest obwarowane licznymi zastrzeżeniami. Zostały sprawdzone pod kątem dopuszczalnego dziennego spożycia; oznacza to, że daną substancję można spożywać przez całe życie codziennie, bez szkody dla zdrowia.

Zatem kupując serek Almette nie mamy żadnej gwarancji, że będzie zdrowszy niż inne serki na rynku, prawdopodobnie zaś szybciej nam się zepsuje. Chociaż faktycznie jest pyszny. To pewnie przez ten azot, który go tak spulchnia. Mmm.

Dlaczego o serku? Ano dlatego, że to zniechęcające pytanie „nie musisz wiedzieć” jest dość istotne w rozmowie o odwrocie od nauki. Obserwujemy takowy: silne ruchy antyGMO czy ruchy antyszczepionkowe. Nasilający się brak zaufania do naukowców. Zamknięcie na racjonalną argumentację, a w niej powoływanie się do upadłego na badania wskazujących nieszkodliwość wyżej wymienionych. Zamiast tego, mocne emocjonalnie hasła (Genetycznie Molestowane Organizmy! Szczepionki śmierci!) i przede wszystkim przemożny strach przed nieznanym.

Na wczorajszym spotkaniu z Marcinem Rotkiewiczem w Klubie Sceptyków Polskich padło pytanie o przyczyny narastających ruchów antynaukowych. Wskazano kilka powodów: media nastawione na tanią sensację/ klikalność; ulegających opiniom społecznym sondażowych polityków i małe uczestnictwo niezidelogizowanych naukowców w debacie publicznej na te tematy. Rotkiewicz przy okazji wytknął lewicy neoludyczność, która (co już sobie dopowiadam) w walce o prawa wykluczonych brata się z antyglobalizmem i w efekcie daje grinpisowców przykutych do tej czy innej bramy. Chociaż zwłaszcza ruchy antyszczepionkowe przyciągają raczej sierotki po wujku Korwinie.

Mam też wrażenie, że jedynym obszarem, w jakim jesteśmy władni coś zmienić, to popularyzacja nauki. Po to są blogi takie jak Barta, Sporothrix, Misek do Mleka; po to pisuje Rotkiewicz w Polityce, Wojciech Zalewski na swoim blogu i Marcin Zwierzchowski w serwisie natemat.pl. Na wspomnianym spotkaniu wypowiadał się jeden (nieco starszy) Sceptyk Polski, który jadowicie i wzgardliwie piętnował ignorancję humanistów (trochę go rozumiem w obliczu rewelacji o trotylu we wraku Tupolewa). Czy tędy jednak droga?

Swojego czasu piętnowałam w Przekroju to, że zamiast bratać się (neoludycznie) z LMC popadał w arogancki antycelebrytycyzm. Podobny grzech arogancji ciąży na większości naukowców, którym łatwiej przychodzi bon mot o niekumatych humanistach niż wyjaśnienie, dlaczego złote kable to humbug dla bogatych audiofilów. Tymczasem, do cholery, nie jesteśmy na wojnie ani krucjacie. Przed nami co najwyżej misja edukacyjna dla nieprzekonanych. Zejdźmy z tonu i opowiedzmy o tym, że dzięki GMO też fruwa więcej motylków.