Antyfeministycze bingo p.1

Prawdę powiedziawszy, nie wierzę w człowieka obdarzonego intelektem i mocami poznawczymi, który, osiągnąwszy wiek ~30 nigdy nie zetknął się z debunkiem drugofalowego feminizmu. Inteligentny człowiek bowiem umie przezwyciężyć skłonność do posługiwania się stereotypem i zada sobie trud zgłębienia tematu, na który się wypowiada. Człowiek z kolei cierpliwy – a kobiety w tym kraju wychowuje się na cierpliwe – potrafi wybaczyć użycie stereotypu, jeśli widać, że wynikł on z niewiedzy. Jeśli jednak wiedza jest dostępna i bezpłatna, upraszczanie sobie życia stereotypami zaczynam brać jako przejaw złej woli i głupoty, nie zaś wybaczalnej dla laika ignorancji.

Po sieci krąży kilkadziesiąt antyfeministycznych bing. Pozwolę sobie rozmontować to, które wydało mi się najbardziej znajome:

  1. Lubię kobiece kobiety

Zrazu należałoby zdefiniować kobiecość. Jak wiemy, pojęcie jest płynne i to, że dziś jestem w sukience może mnie kwalifikować jako kobiecą, zaś brak makijażu może mnie z kolei dyskwalifikować. Dodatkowo, gdy się pozna trochę ludzi LGTBQ w ogóle przestaje się rozróżniać męskość i kobiecość (czy Brian Molko z makijażem jest męski, kobiecy i czy ma to w ogóle znaczenie?). Przyjmijmy na potrzeby dzisiejszej notki, że kobieca kobieta jest zadbana, schludna, porządnie uczesana, ubrana w sposób podkreślający walory jej sylwetki i nie stroni od obcasów.

Stereotypowe myślenie o feminizmie w ogóle, a o drugofalowym zwłaszcza, ukazuje feministki jako mające tak zwaną zen-wyjebkę na swój wygląd. I jest to dość cenna zdobycz: że możemy sobie pozwolić na brak gorsetu czy stanika, chodzić w rozwleczonych swetrach i obrzępolonych spodniach i dopóki nie śmierdzimy, otoczeniu powinno zwisać miękkim kalafiorem, co mamy na sobie. Ponieważ jednak feministki, jak każde inne istoty ludzkie, mają różnie wdrukowane wzorce dotyczące wyglądu i różne stopnie konformizmu, feminizm absolutnie nie wyklucza troski o strój ładny i eksponujący to czy owo.

Feminizm nie wyklucza mini, mini nie wyklucza feminizmu.

  1. Nie lubisz seksu, dlatego przenosisz to na inne dziedziny.

Różnie bywa. Dzięki feminizmowi możemy mieć luksus nielubienia seksu w ogóle, jak i lubienia go w innym wydaniu niż dopiero po ślubie.  Po drugiej fali zostało nam przekonanie, że to, co osobiste jest tym, co polityczne.  Tymczasem osobiste pozostaje osobistym tak długo, dopóki nie wtrąca się w to polityka.  Zatem, dopóki z ambony czy z mównicy nie padną słowa, jak mamy to robić i kiedy mamy to robić – my, feministki, tak samo jak wszyscy inni ludzie, robimy to po swojemu, wedle upodobań. Chcemy też, by każda z nas miała do tego prawo – bo póki co jest to jednak raczej przywilej białych heteryckich kobiet cywilizacji zachodniej.

Lubimy seks, jeśli możemy wybrać, jak, kiedy i z kim.

3.  Nie możesz być obiektywna w kwestiach płci.

Właściwie – nie wiem, dlaczego nie mogę. Bo co: obiektywizm na widok dwóch chromosomów XX pakuje manatki na Marsa?

LOL.

4.  Jesteś taka seksowna, gdy  się złościsz.

Ja raczej słyszę, że pocieszna, w każdym przypadku jednak kompletnie odbiera się powód gniewu i przenosi uwagę na mój wygląd. Wygląd dla mnie akurat jest dość ważny, ale na jego ocenę jest czas  i miejsce – z całą pewnością nie jest ona pożądana, gdy budzi mój gniew coś diametralnie innego. Jest to lekceważące i protekcjonalne.

Złoszczę się nie po to, by cię uwieść.

  1. Kobiety mają władzę nad mężczyznami – możecie nas kontrolować swoimi uwodzicielskimi sztuczkami

Yeah, sure, right. Tylko po co mam uwodzić kogoś, od kogo chcę tylko tyle, by spełnił moje żądanie w jakimś zakresie? Kochany kierowniku, daj mi podwyżkę, zrobię ci laskę – serio? I co ma ze swoimi sztuczkami zrobić dwunastoletnia dziewczynka w Indiach, która kończy szkołę, idzie do pracy i po roku zachodzi w ciążę? Albo ukraińska prostytutka w łapach alfonsa, bez dokumentów i pozwolenia na pracę w kraju, do którego ją wywieziono?

Mężczyźni nie są bezwolnymi galaretami, popadającymi w stupor na widok kawałka ciała – a jeśli są, kto ich powybierał na prezydentów, premierów i papieży?

  1. Feministki nie mają racji, ja jestem za równością wszystkich.

No, my też. Z tym, że dodatkowo mamy świadomość, że grupie mniej uprzywilejowanej warto na początku dać fory; nie po to, by się odegrać na grupie do tej pory rządzącej, lecz, by wyrównać szanse. Skoro bowiem jesteśmy tak przekonani o tym, że wszyscy ludzie są równi, w grupie 50% mężczyzn / 50% kobiet powinno być tyle samo równie uzdolnionych, prawda?

Równouprawnienie jest bardziej feministyczne niż mizandria.

7.  Molestowanie seksualne to rzadkie przypadki, masz paranoję.

Zgodnie z danymi Hollaback! Polska molestowania w pracy, szkole lub na uczelni doświadcza co piąta kobieta.  Jeśli na moich 250 znajomych na fejsie 150 to kobiety, 30 z nich ma za sobą takie doświadczenia. To tyle, co szkolna klasa z samych użytkowniczek jednego z serwisów, którego używam. Rzadkie przypadki?

Dodatkowo: uwaga na słowa „masz paranoję”. Jeśli nie życzę sobie być dotykana, komplementowana lub komentowana w sposób uwodzicielski, szanujcie to. Jest na to miejsce i czas, jeśli nasza znajomość ułoży się interesująco, wybierzemy to miejsce i czas razem. Jeśli masz wątpliwości, czy sobie tego życzę: don’t. Ja wiem, że tak jak nas się przez pół życia uczy przyjmowania takich uwag z wdzięcznością, tak was – wygłaszania takich uwag, by zdobyć trofeum lwa salonowego, więc łatwo nie będzie. Ale to tylko jakieś tam nawyczki wyniesione z wychowania, więc dają się przezwyciężać.

Molestujący są wśród nas i chcą bagatelizować swoje działania.

  1. Nikt się z tobą nie prześpi, jak będziesz mieć taką postawę.

No und? Nie będę udawać, że coś mnie nie uraża czy drażni tylko dlatego, by kogoś bzyknąć.

sinfest

Oraz, spokojnie: na szczęście w erotyzmie jest dużo więcej możliwości niż władczy mężczyzna – uległa kobieta (nie mówiąc już o tym, że to, co w łóżku, nie musi przełożyć się na to, co poza nim).

Wolę spać sama niż z bucem.

  1. Czy to ten czas w miesiącu?

To jest pytanie o tym stopniu intymności, co: czy miałeś nocną polucję. Znaczy: nic, czego by się wstydzić, ale do zadania raczej wśród bliskich osób. Jak również: to, że boli, człowiek czuje się nieświeżą, spiętą, że przesiąknie i bardziej niż zwykle wątpiącą w swoją zajebistość – nie odbiera rozumu.

Skup się na tym, co do ciebie mówię, a nie na moim cyklu hormonalnym.

  1. Wy, feministki, nienawidzicie mężczyzn.

Znaczy, nie lubimy buców, którzy decydują o ustawie aborcyjnej, o dofinansowaniu in vitro; nie lubimy wąsatych wujciów od „nie zaprzątaj tym sobie ślicznej główki”; nie lubimy quasiaspergerycznych technokratów od „wy, baby, jesteście takie emocjonalne”; nie lubimy rozlazłych grubasów / pryszczatych chudzielców/ spoconych knypów czyniących uwagi, jak kobieta powinna wyglądać, bez żadnej chęci zatroszczenia się o wygląd własny.

Ja, osobiście, nie lubię jednakże też kobiet, które „wolą pracować z mężczyznami”, tych wszystkich IT/ gamer ninja, które schowały cycki we flanele i udając facetów twierdzą, że nie doświadczyły dyskryminacji – wystarczy po prostu ich udawać. Otóż nie chcę udawać; jestem kobietą z całym dobrodziejstwem fizjologii i kulturowych wzorców i proszę mnie szanować taką, jaką jestem.

Lubimy mężczyzn. Lubimy kobiety. Lubimy ludzi, którzy nas szanują.

c.d.n.

episkopat, GTFO

Publikacja wypowiedzi episkopatu powinna być w Polsce zakazana – stwierdzili ludzie urodzeni metodą in vitro. A retorykę użytą przez kler porównali do prania mózgu.

Religia to „>produkcja< dusz, stanowiąca w istocie formę zawładnięcia życiem ludzkim” – czytamy w broszurze „o wyzwaniach teologicznych, przed którymi stoi współczesny człowiek”. Zaprezentowano ją we wtorek w siedzibie Stowarzyszenia Urodzonych w Największej Miłości.

Ludzie zrodzeni z in vitro krytykują episkopat, odkąd w rządzie Donalda Tuska powstał pomysł dotowania tej instytucji z budżetu państwa. Probówkowy język jednak zaostrza się. W tekście nazwano religię „procedurą znaną w hodowli żołnierzy i terrorystów”, która „nie jest w istocie procedurą strategiczną, jej celem jest wytworzenie człowieka bezwzględnie posłusznego dogmatom i nie zadającym pytań”.

Ludzie z probówek sprzeciwiają się religii głównie ze względu na tworzenie dodatkowych dogmatów i ich wdrażanie w społeczeństwie i tak mało krytycznym wobec ideologii sympatyzujących z totalitarnymi. Według nich jest to równoznaczne z faszyzacją życia codziennego.

„Już sam ten proces uwłacza ludzkiej godności. Zresztą większość wdrażanych konceptów nie wytrzymuje najmniejszej krytyki. A przecież i tak znajdą się ludzie, którzy dadzą im wiarę, i każdy z nich okazuje się bezradnym członkiem ludzkiej rodziny, którego godność i prawa bezwzględnie podeptano” – czytamy.

Ale „probówkowym” nie podoba się episkopat, bo używa konceptów nie potwierdzonych przez współczesną naukę.

Główny autor dokumentu, z wykształcenia lekarz we wtorek komentował: – W fazie incepcyjnej umysł człowieka traktuje się bardziej jako rzecz, a nie istnienie ludzkie. Bardzo dużo istnień ludzkich otumania się w procedurze mającej wyłonić jedną spójną religię.

Wtórował mu sekretarz generalny Stowarzyszenia Urodzonych w Największej Miłości. – Trzeba sprzeciwiać się działaniom, które uderzają w godność ludzkiego umysłu – mówił.

Probówkowi napisali też, że religia powoduje „zwiększoną liczbę uronień samoistnych i zmian memetycznych w obrębie rodziny, jak też częstsze wychowania dzieci z dysfunkcjami społecznymi”. I wprost poparli blipowicza Szwedzkiego, który ogłosił niedawno, że księży w Polsce można poznać po „dotykowej bruździe”, wskutek której rzewnie pierdolą.

Ludzie urodzeni dzięki metodzie in vitro nie uciekali też od pytania, jakie prawo powinno zostać uchwalone. – Publikowanie wypowiedzi episkopatu powinno być zakazane. W Polsce nie brakuje ustawy zasadniczej, która gwarantuje rozdział kościoła od państwa, lecz w istocie zachowujemy się jak watykańskie kondominium.

Sprzeciwiają się dofinansowywaniu budynków kościelnych i opłacaniu pensji katechetów.

Probówkowi w dokumencie wsparli też antykoncepcję i dopuszczanie aborcji na tak zwane życzenie: „Domaganie się zakazu aborcji stanowi wyraz wysoce niegodnego postępowania, nawet jeśli jego źródłem miałby być lęk lub poczucie źle pojętej odpowiedzialności za dziecko, utożsamiane w kościelnej retoryce z embrionem.”

Sauce:

Słoiki z codziennym złem

Wyborcza i Polityka ostatnio odważnie mierzą się z tematem tak zwanych słoików, czyli napływowych mieszkańców Warszawy. Jak dowiadujemy się z napuszonych, antagonizujących artykułów, słoiki pogrążone we wstydzie za rodzimą miejscowość zajmują się wytwarzaniem PKB zajmując tym samym prawdziwym Warszawiakom miejsca pracy, mimo wstydu odprowadzają podatki w miejscu zameldowania, czyli w tych swoich Myciskach, zatem nie dokładają się do potęgi stolicy, a korzystają pełną garścią. Dodatkowo zajmują miejsca parkingowe, wystawiają worki ze śmieciami na klatkę, słoikami zaś są dlatego, że co jakiś czas nawiedzają domy rodzinne, skąd uwożą wyprane rzeczy i słoiki z bigosem.

(ja przeważnie wożę pasztet i pieczoną indyczkę, która mojej mamie wychodzi wprost doskonale)

Słoiki oczywiście wyjeżdżają na święta i wtedy rdzenni warszawiacy oddychają z ulgą, bo luz w tramwajach i na ulicach faktycznie rzuca się w oczy (możliwe, że ma to związek z tym, że jednak ludzie w te dni generalnie mniej jeżdżą, ale kto by zważał na drobiazgi). Słoiki podczas świąt oglądają telewizję i jak twierdzi mój przyjaciel Michio, są koszmarnie nieznośni w narzekaniu na ofertę telewizyjną polskich stacji. Taki bowiem słoik jak ja (nie spełniam wprawdzie warunku podatków i wystawiania śmieci, że o miejscach parkingowych nie wspomnę) nie dawkuje sobie polskiej telewizji w ciągu roku i nagle dostaje między oczy czystym złem.

(oczywiście nie tylko, na przykład jako sroga singstarowa zawodniczka ze sporą przyjemnością obejrzałam odcinek XFactora i ze smutkiem przyjęłam odpadnięcie prześlicznej i utalentowanej Kai Czulewicz)

Czyste, banalne, codzienne zło. Czy to nie o nim mówił Stewart Lee w swoim skeczu?

Remember when Jeremy Clarkson made those jokes about shooting strikers
and everyone complained? There was a guy from the Daily Telegraph went on the Channel 4 News to defend him and he said, „Come on,” he said, it was just a joke,” he said. „It’s not as if a Jeremy Clarkson fan has ever gone out and shot anyone.”

I thought, „Well, there was that one guy, „the mass murderer.”

Stewart jest profesjonalistą: oparł się na prawdziwej historii.

Takie zło mamy w polskich serialach: stereotypowe dialogi, podszyte mizoginią i konserwatywnym spojrzeniem na rodzinę. Doprawdy coraz bardziej zaczynam doceniać Pudelka, który dążącego do unieważnienia kościelnego małżeństwa aktora podsumowuje tymi słowami:

Nie wiadomo jeszcze, na który wariant zdecyduje się aktor, jednak najwyraźniej uznał, że skoro zagrał „człowieka, który został papieżem”, nie wypada mu poprzestać na rozwodzie cywilnym.

Przynajmniej dość otwarcie szydzi z hipokryzji.

Serial, który okrasił moje rodzinne święta, to Ojciec Mateusz. No wiem: sama to sobie zrobiłam, czego mogę spodziewać się po serialu, w którym głównym, pozytywnym bohaterem jest ksiądz. Katolicki ksiądz. Oczywiście zalatuje to emitowanym w 90s Detektywem w sutannie, jednak jestem przekonana, że inaczej oglądali w większości niekatoliccy Amerykanie wdzięcznego, egzotycznego staruszka, a inaczej Polacy urodziwego mężczyznę znanego z ról w Leśnej Górze. Zatem kwestię pochwały religijnego stylu życia, niezaprzeczalności potrzeby wiary i wszędobylskości księdza od razu odłożyłam na półkę, skupiając się na tym, co poza wątkiem księżowskim (edit: jak naprostowali mnie moi czytelnicy, serial jest kalką z włoskiego serialu “Don Matteo”, uświetnionego ponoć wielce przystojnym księdzem).

Odcinek miał tytuł „Z miłości” i traktował o wybitnym lekarzu, który z tejże miłości bił żonę. Pobił także adwokata, do którego żona się udała celem złożenia pozwu o rozwód i przedłożenia wyników obdukcji. Odcinek kończy się tym, że adwokat namawia swojego wspólnika, by bronił lekarza (bo wyprowadził się od żony i zgodził się pójść na terapię, jak również jest dobrym lekarzem, którego społeczność potrzebuje), rzeczona żona zaś rozważa danie mu jeszcze jednej szansy z uwagi na stresującą pracę i bo nigdy tak nie przepraszał.

No dobrze, że ta terapia, ale i tak: oprawcy nie spotyka właściwie żadna kara, lata pastwienia się nad żoną uchodzą mu na sucho, bo dobrze pracuje; w tle oczywiście przewija się MYŚLCIE O DZIECIACH, dla których jak wiadomo oglądanie bijących się rodziców jest daleko lepsze niż ich rozwód i niezgoda na przemoc. Pomoc bitej kobiecie ogranicza się do szczegółowego przesłuchania (na szczęście ma wsparcie w rodzinie).

Jak ktoś mnie jeszcze raz zapyta, dlaczego doznające przemocy kobiety nic z tym nie robią, odpowiem po raz kolejny: a skąd mają wiedzieć, co robić, skoro coś, co jest najłatwiej dostępne – serial na jedynce w prime time – nie potrafi poprowadzić tego wątku tak, by miał funkcję edukacyjną, lecz jedynie zachęcającą do krycia sprawcy i dawania mu kolejnej szansy.

Najwyżej sąsiedzi znów będą podgłaśniali radio, by nie słyszeć.