Antyfeministyczne bingo p.2

Jak widać z przykładu poprzedniej notki, także osoby inteligentne i z dostępem do zasobów ulegały stereotypom i uproszczeniom, gdy mowa o feminizmie. Wspominałam w niej o stereotypizacji drugofalowego feminizmu, jako że wśród lekko już rozeznanych w tematyce ludzi nadal zdarza się demonizować drugą falę jako tę, która miała największy odpał na seksualizację, ujednolicenie ról społecznych bez brania pod uwagę indywidualnych predyspozycji i przysłowiowe lanie w pysk za przepuszczenie w drzwiach. Takiego feminizmu właściwie nigdy nie było. Druga fala generalnie zaś zmagała się z seksualnością, mając fazę nienawiści do wszechobecnej erotyzacji, ale uporała się z nią. Jej też zawdzięczamy to, co w zachodnich krajach jest standardem, czyli aborcję na tak zwane życzenie, silne dotacje antykoncepcji i generalnie traktowanie praw prokreacyjnych na równi z innymi podstawowymi prawami człowieka.

 1. Kobiety są z natury lepsze w tych rzeczach.

Nie wiem wprawdzie, w jakich, ale z natury kobiety są nieco lepsze w miesiączkowaniu, zachodzeniu w ciąże i rodzeniu dzieci. Gdzieś dokopałam się do badań o tym, że z natury mamy jakieś drobne różnice w orientacji przestrzennej i tyle. Nie ma żadnych genów odpowiadających za opiekę nad dziećmi, gotowanie, prasowanie koszul czy też zarządzanie budżetem domowym. Za to są lata kultury, która przyucza dziewczyny do myśli, że nie gotując, nie prasując i nie mając dzieci są niepełnowartościowe, gdy tymczasem są tak samo wartościowe, jak te, co lubią zajmować się domem.

To kultura narzuca nam myślenie, w czym jesteśmy gorsze.

2. Ale ona wcześniej dawała wielu facetom!

I to sprawia, że co: można ją nazwać dziwką, mniej ją szanować, czy może zgwałcić? To, co robi ze swoim życiem seksualnym jest wyłącznie jej sprawą. To, że ma temperament i wielu partnerów, nie oznacza, że jest zobowiązana do seksu z każdym.

Na marginesie: przypomniała mi się dyskusja na forum fanów Joanny Chmielewskiej o „Krwawej Zemście”, którą mam w czytaniu. Książka jest bardzo zła i znów pojawia się w niej słowo „gwałt” używany chyba zamiennie z seksem, bo nie wierzę, że pełnosprawna na umyśle osoba, jaką jest JCh nie rozumie, jaką krzywdą i upokorzeniem jest gwałt właśnie. Zarzutem było traktowanie więc gwałtu jako „niczego takiego”. Jeden z dyskutantów odpisał wówczas: „Stosownie do traktowania własnej sfery intymnej przez pokrzywdzoną.”, jako że bohaterką była dziewczyna romansująca z wieloma, także żonatymi mężczyznami. Odpisałam mu „Jak się gzi z więcej niż jednym przez całe życie, to można gwałcić. Przeciez to lubi.”. Dyskutant wówczas odpisuje:

„Tyś powiedziała. Ja nie powiedziałem, że można. Twierdzę natomiast, że w przypadku ladacznicy traktującej mufkę jako nawet nie narzędzie pracy, lecz narzędzie manipulowania bliźnimi ma to zupełnie inny ciężar gatunkowy.”

(dyskutant nazywa się a_weasley). Rozumiecie: nie można, ale nic się nie stanie, jak się jednak przydarzy. W sumie sprawca jest usprawiedliwiony. Rozumiecie? Ja też nie rozumiem.

Obejrzyjcie sobie dla kontrastu ten filmik. Wnioski, kto jest lepszym człowiekiem w takich sytuacjach pozostawię wam:

3. Nie znasz się na żartach?

Posłużę się linkiem do Michio, bo nie napiszę tego lepiej: nie znam.

A poważnie: przy żartach lubię sobie zadać pytanie, co mnie w żarcie śmieszy. To nie znaczy, że zamierzam zakazywać żartów, które mnie nie bawią. To tylko znaczy, że jeśli rozpoznam żart jako przykry, zastanowię się, na jakim stereotypie on operuje i czemu jest ów stereotyp powszechny.

Humor podlega refleksji i warto z tego korzystać.

4. Masz mentalność ofiary.

Jak rozumiem, chodzi o to, że za wszelkie niepowodzenia w, dajmy na to, karierze zawodowej winię mężczyzn, w przeciwieństwie do mentalności zdobywcy, który doskonale wie, że wszystko zawdzięcza sobie sam.

No – więc nie. Mam po prostu świadomość, że tak samo, jak człowiek sukcesu nigdy nie zawdzięcza go tylko sobie – lecz choćby urodzeniu w rodzinie, która mogła go posłać do dobrej szkoły, dobrze karmić, wyposażyć w wiedzę i pomoce naukowe, a potem w siatkę znajomości lub umiejętności społeczne, by zdobył dobrą pracę i dostawał w niej awanse – tak i ofiara nigdy nie jest sama sobie winna.

Rozpoznanie systemowych uwarunkowań dyskryminacji nie jest mentalnością ofiary.

5. Jestem miłym gościem, czemu nigdy mi się nic nie trafia?

Dlatego.

6. To Ty masz mnie nauczyć feminizmu, więc do roboty.

Nic nie wiem, nie znam tematu, proszę mi tutaj wyłożyć porządnie, o co chodzi. No więc nie. Masz pełną możliwość sięgnięcia choćby do en.wiki, by zdobyć jakąś podstawową wiedzę. Jeśli przychodzisz do mnie i na dzień dobry serwujesz mi tekst o włochatych feministkach, rozumiem to jako komunikat: „nie chcę wiedzieć, o co chodzi w tym całym feminizmie” – inaczej nie powtarzałbyś idiotycznego stereotypu. To, co mogę dać ci ja, to kilka linków, garść informacji i parę śmiesznych bon motów. Co więcej: częstokroć mówię o rzeczach, które dla mnie są elementarzem i gdy mówię, że hej, ale żart o gwałcie jest niefajny, nie powtarzaj go – nawet nie umiem uzasadnić, dlaczego; nie bo nie, tak jak nie przechodzi się na czerwonym.

Na dobry początek wystarczy, byś wiedział, że jeśli kobieta opowiada o swojej dyskryminacji, ostatnią rzeczą, jaką chce otrzymać w zamian, to usłyszeć „a mnie się to nie zdarza”. Nie rozmawiamy o tobie, rozmawiamy o zjawisku.

7. Daliśmy ci prawo głosu, a teraz się zamknij.

Aha: chodzi o to, by prawo głosu nie było czymś, co mi dają mężczyźni, lecz czymś, co po prostu mam. Wtedy mogą sobie mówić, żebym się zamknęła, efekt równie syzyfowy co zwrakowanie zabawkowego auta w Burnout Paradise.

8. Źle nazywasz feminizm.

Od czasu do czasu pojawiają się ci od „nie jestem feministą, jestem równościowcem”. No, doskonale, skoro jesteś za równością praw, jesteś feministą i tyle. Jeśli cię boli etykietka feminizmu, dupa z ciebie, nie równościowiec, bo masz gdzieś w sobie przekonanie, że walka o prawa kobiet jest jakaś ośmieszająca. Jest? Dlaczego?

9. Wszystko, czego potrzebują feministki, to porządnego przeruchania.

Mam wrażenie, że to się częściej słyszy w odniesieniu do lesbijek ostatnio, ale że przeważnie jedziemy na tym samym wózku, niewielka różnica.

Miałabym mnóstwo żartów o panach opowiadających o niedoruchaniu z intrygującym zafiksowaniem na temacie, znamionującym pewne niedobory. Cóż, jakkolwiek strefa erotyczna nie pozostaje bez wpływu na naszą kondycję psychiczną i fizyczną, a wręcz jest jej bardzo ważną częścią, nadal jednak: nie jest to kwestia, jaka powinna interesować dyskutanta, o ile nie pozostaje z nami w intymnej relacji lub przynajmniej serdecznej przyjaźni.

Gwałt terapeutyczny jest zaszłością poprzedniego stulecia i pozostawmy go właśnie tam.

10. Powiem ci, co jest nie tak z feminizmem.

Jeśli jesteś tym gościem, który parę punktów wcześniej prosił o edukację, czym jest feminizm, to może lepiej nie.

Advertisements

142 uwagi do wpisu “Antyfeministyczne bingo p.2

  1. „Gwałt terapeutyczny” (or „gwałt naprawczy”)

    Nienawidzę tego określenia i rzygam na ludzi, kiedy je słyszę. Sugeruje ono, że to jakaś odmiana gwałtu, która ma pozytywne (!!!) skutki, a przynajmniej sprawca działał ze szlachetnych pobudek, więcocochodzi?

    Lubię

  2. WO miał gdzieś taką ładną metaforę a propos tych, co tłumaczą gwałt „Tak się ubrała, że sama się prosiła, a poza tym przecież lubi seks, wiem, że uprawiała go conajmniej z 10 facetami”.
    „Wysoki sądzie, wprawdzie okradłem tego gościa, ale jego portfel był bardzo gruby, wystawał z kieszeni, a po za tym widziałem go jak wielokrotnie i rozrzutnie wydawał z niego pieniądze” (cytat z pamięci, przepraszam za niedokładność)

    Lubię

    • Kiedyś użyłam tego typu argumentacji, czyli „okradzionego raczej nie przesłuchujemy ile wydaje w sklepach i czy korzystał kiedyś z bankomatów w widocznych miejscach, więc czemu tak traktujemy gwałt”

      W odpowiedzi rozmówca rozpoczął próby usprawiedliwiania kradzieży :))) Taka to jest mentalność, że złe spotyka ludzi tylko za karę, więc jak się nie wychylam, to nic mi nie grozi. Bzdura stulecia, ale pozwala spać snem sprawiedliwego.

      Lubię

  3. Bardzo ładnie, pani redaktor.
    Nie jestem pewna, czy zgadzamy się z tym, co jest niefajne w niceguy’ach, ale musiałabym mocno pomyśleć, żeby trafnie ująć swoje wrażenia. Myślę, że są nieco obok tego, o czym piszesz. Raczej mam wrażenie (przynajmniej na podstawie tych egzemplarzy, które poznałam) że ich miłe zachowanie bardzo szybko pointowane jest jakimś mniej lub bardziej dobitnym wyrażeniem no to skoro jestem taki miły, zobacz – otworzyłem drzwi, podałem ci kurtkę, zaproponowałem, że ja zapłacę za kawę, widzisz, widzisz, WIDZISZ?! Jestem MIŁY! Czy jestem wystarczająco miły, żebyśmy przeszli do konkretów? co rozbija zupełnie koncept bycia miłym, co, hm, wykorzystywania miłych zachowań żeby złapać punkty. No ale nie upieram się, że moja próbka była reprezentatywna.
    Fajnie, że zamarkowałaś mansplaining, tę kopalnię protekcjonalizmu w dyskusjach. Doskonale mnie cieszy, gdy przychodzi koleś i ogłasza, że to on jest ekspertem od różnych spraw dotyczących kobiet, i jeśli one się nie zgadzają z jego stanowiskiem, to, hm, są nieobiektywne lub niekompetentne (tu obowiązkowa pointa o ustawie aborcyjnej przygotowanej przez księży, albo lepiej nie).
    O gwałcie naprawczym nie będę pisać, bo mi się wrzody zrobią. Wszędzie.

    Lubię

  4. Nic nie znajduje ^

    Naima: no o nice guyach można długo; w istocie jesteśmy chyba zgodne, że cała ta sympatyczność jest podszyta interesownością i oczekiwaniami.
    Nie wiem, czy jest damski odpowiednik.

    Lubię

  5. A liczyłem że w drugim wydaniu binga coś o paleniu staników będzie.. ;) No i znów mam uwagi

    1. Nie do końca chyba „druga fala” (ani trzecia) się uporała z seksualnością. Jak rozmawialiśmy pod poprzednim wpisem: wydaje mi się ze w pewnym momencie feministki zafiksowały się na tym, że seks jest „be”, bo wykorzystuje kobiety – i jeśli jakaś kobieta lubi seks, albo jeszcze nie daj boże lubi sado-maso, albo lubi porno, to na pewno jest ofiarą patriarchatu po praniu mózgu. I najlepsze co by się dało zrobić to zabronić porno, zabronić prostytucji i wprowadzić policję sprawdzającą czy ktoś w domu przypadkiem nie uprawia seksu w pozycji w której to facet jest dominujący (ok, ostatniego pomysłu nie słyszałem, ale w tą stronę ta logika zmierzała). Od tamtego czasu część feministek nabrała bardziej pozytywnego stosunku do seksu, ale ten anty-erotyczny ruch nadal jest silny. Pod jego wpływem zmieniano prawo (np. w Szwecji), a na feministki z anty-seksualnymi poglądami regularnie się napotykam.

    2. Dlaczego tacy co nie są „ekspertami” od feminizmu (jak ja) mają nie mieć prawa mówić „co jest nie tak z feminizmem”? Spojrzenie „od zewnątrz” może być wartościowe i świeże. Ciężko zauważyć „co jest nie tak” jak się w tym od dawna siedzi.

    3. Jako „nice guy” czuję się zupełnie rozjechany przez szprotę i naime :( Sam podejrzewam, że nikt nie interesuje się „miłymi facetami”, bo oni wyglądają na „łatwą zwierzynę”. A każdy chce upolować coś bardziej ambitnego.

    Lubię

  6. ad.1 Ja w Polsce się nie spotykam. Znaczy, antyseksualizm i dopatrywanie się uprzedmiatawiania kobiet w erotyzmie nie jest czymś, pod czym się podpisuję. Jeśli mówię źle o porno, to o przemyśle pornograficznym, zwłaszcza w polskim wydaniu – z uwagi na to, że jest podejrzanie blisko prostytucji, a oba te zjawiska z kolei silnie są powiązane z przymusem ekonomicznym. Prywatnie jestem zdania, że seks nie powinien odbywać się za pieniądze, bo jeśli ma jakiś cel, to wzmocnienie więzi między ludźmi. Including BDSM, bo role playing nie musi mieć nic wspólnego z tym, co poza sypialnią.

    ad.2 Dlatego właśnie, że zamiast o feminizmie mówią o stereotypach z szafą na szóste piętro. Ja mam wówczas opad rąk, no bo to nijak się nie ma do walki o prawa kobiet.

    ad. 3 Wiadomo, na sawannie samice polowały na zdobywczych samców. Nie, no, come on. Nie chodzi o to, byś nie był miły, uczynny czy serdeczny, tylko o to, by nie szło za tym to żarliwe oczekiwanie, że bycie miłym się opłaci. To dość szybko wychodzi na jaw.

    Lubię

  7. A co do tego nieszczęsnego palenia staników: staram się z tym nie obnosić, ale wśród kilku moich manii (jak słuchawki, torebki czy buty) mam też stanikomanię. Jestem zdania, że zdrowiej jest dla moich cycków, gdy są opakowane w dobrze dobrany biustonosz. Więc do palenia ich jest mi daleko. Ale sensowności zrzucania gorsetów chyba tłumaczyć nie muszę?

    Lubię

  8. Ok, nie żyjemy już na sawannie, ale wyewoluowaliśmy tam, więc nasze mózgi nadal działają bardzo… prymitywnie. Zwłaszcza jak chodzi o takie zadania jak dobór partnera.

    Nie mam zielonego pojęcia jak wygląda świat porno w Polsce – ale czy to jednak nie jest tak, że argument „porno i prostytucja są be, bo kobiety są zmuszane do robienia tego” (BTW: jak poprzednio wspominałem, co mnie wkurza: 90% osób nie zauważa, że faceci też grają w porno) to taka uładzona wersja argumentów anty-erotycznego feminizmu z lat 70? Nie znam wielu osób pracujących w sex-biznesie, ale Ci o których słyszałem wszyscy wybrali to zajęcie z własnej, nieprzymuszonej woli. I daje im ono czasem wiele satysfakcji . (Patrz: Sasha Grey, która nota bene wystąpiła w feministycznej reklamie) I czy jeśli ktoś wybiera karierę prostytutki, bo woli tak zarabiać niż np. iść pracować do McDonaldsa, to to jest „przymus ekonomiczny”? W Polsce chyba nikt z głodu nie umiera, żeby był stawiany przed koniecznością oddawania się za pieniądze. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że argument o „przymusie ekonomicznym” to często takie szukanie uzasadnienia dla swojej z góry założonej niechęci do porno i prostytucji.

    Lubię

  9. Ojej, naplotłeś bzdur teraz. Odpowiem rano, bo jestem z głową w Iron Manie III i zaraz idę spać, ale ani z psychoewo nie masz racji, ani z nieobecnością przymusu ekonomicznego. Pogadamy jutro.

    Lubię

  10. Gronkowiec, dobrze wiesz, że w ogromnej większości pornografii kobiety przedstawiane są jako seksualne zabawki mężczyzn. W sieci istnieje sporo wypowiedzi aktorek porno, opisujących, jak były traktowane na planie – źle. Oglądanie pornografii, zwłaszcza w młodości niesie w związku z tym negatywny wpływ zarówno na kobiety jak i na mężczyzn wspomagając kulturę gwałtu, przeprowadzono sporo badaniach to potwierdzających.

    Właściwie prostytucję trudno rozpatrywać w oderwaniu od pornografii i tak jak mówi szprota, pornografia posiada cechy prostytucji. Zarówno też prostytutki jak i aktorki porno niekoniecznie robią to z własnej woli (to się nie tyczy mężczyzn, przynajmniej nie w takim stopniu, oni to robią, bo chcą). Prostytutkami zostają kobiety, które w dzieciństwie były zaniedbywane lub doświadczyły przemocy, większość doświadcza zespołu stresu pourazowego lub gwałtu, pracując w tym zawodzie [http://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1300/J013v27n03_03#.UY3FAkn6k94]

    Co do Twojego rozumienia psychologii ewolucyjnej i socjobiologii – popełniasz tzw. błąd Galtona, rozpatrując zachowania ludzi w oderwaniu od wpływu kultury, jedynie pod kątem ich biologii wynikającej z doboru naturalnego. Tyczy się to wielu psychologów ewolucyjnych jak i zwolenników biologizmu.

    Lubię

  11. Krzysztofie, oczywiście w sieci jest wiele wypowiedzi pracowników sex-businessu, którzy opisują jak byli źle traktowani. Tak samo, jak jest wiele wypowiedzi pracowników, którzy bardzo lubią swoją pracę, realizują się w niej i na nic się nie skarżą. Są pracownicy seksualni, którzy są niemal bezdomni i z trudem wiążą koniec z końcem, jak i są tacy, którzy mają apartamenty w najmodniejszych dzielnicach i zarabiają tyle, ile żaden z nas nigdy nie zarobi. Jak w każdym zawodzie są tacy, którzy zostali źle potraktowani, i tacy, którzy radzą sobie świetnie i odnoszą sukcesy.

    Nie wiem skąd u ciebie przekonanie, że kobiety zatrudnione w sex-businessie robią to z przymusu, a mężczyźni z własnej woli. Co, kobiety są upośledzone, nie mają mózgów, więc robią co im każą faceci? A faceci z natury lubią się bzykać z wszystkim co się rusza, więc dla nich taka praca to przyjemność? Witamy w świecie stereotypów płciowych! :)

    Przytaczasz całą listę argumentów używanych przez „anty-seksualne feministki” i prawicowych działaczy (jak ktoś zauważył w poprzedniej dyskusji, jeśli chodzi o seks to feministki idą ręka w rękę z konserwatywną prawicą). Różni purytańscy i anty-seksualni naukowcy publikują badania, o tym jak strasznie szkodliwy dla kobiet i społeczeństwa jest sex-business (sam taki tekst wskazałeś). Równocześnie wielu seksuologów i badaczy zajmujących się prostytucją ostrzega, że te wynik są niewiarygodne. Więc to jest trochę tak jak z tymi naukowcami co twierdzą ze homoseksualizm można leczyć: jasne, są tacy naukowcy, jasne, publikują na ten temat artykuły naukowe, ale czy musimy wierzyć we wszystko co napiszą?

    Uważam, że utwierdzanie wizerunku kobiety jako „słabej istoty, która nie potrafi dokonywać świadomych wyborów”, zmuszanej przez złych mężczyzn do pracy w sex-businessie i wymagających dzielnego obrońcy w postaci państwa – nie służy niczemu dobremu. Podtrzymuje to stereotypy płciowe i wzmacnia nierówność, pokazując kobiety jako istoty wymagające obrończego (męskiego) ramienia. Równocześnie, stygmatyzując pracowników seksualnych jako osoby „z zaburzoną psychiką, z patologicznym dzieciństwem itd” utrudniamy im walkę o swoje prawa. Zamiast uszanować ich wybór zawodu, docenić ich profesjonalność i pomagać im w walce o dobre traktowanie, robimy z nich grupę chorych ludzi. A tego co mówią chorzy ludzie, przecież nie trzeba słuchać, prawda?

    Sorry, ale uważam że różne związki zawodowe pracowników seksualnych, ich organizacje samopomocowe tudzież rozsądne feministki o liberalnym podejściu do seksualności zrobiły i robią wiele dobrego dla poprawy sytuacji w sex-businessie. Za to radykalne anty-seksualne feministki tylko umacniają patriarchalne stereotypy i nie robią nic, by poprawić sytuację pracowników sex-businessu. No, chyba że pozbawienie kogoś pracy to „pomaganie”…

    Lubię

  12. Szprota, to nie ma nic do rzeczy. Proszę, używaj jakiś argumentów, a nie chwytów erystycznych. A BTW: Nie, nie dupcyłbym się za pieniądze przed kamerą, i jako dorosła mogę sam wybrać czy mam ochotę to robić czy nie. Tak samo zresztą nie chciałbym występować w teatrze w przedstawieniu, w którym miałbym się publicznie obnażać, ale to chyba nie znaczy że teatr jest be i mamy zamknąć teatry? A Ty?

    Lubię

  13. Ja też nie. Pytam, bo ciekawie piszesz o poszanowaniu wyboru sex-workerów i jestem ciekawa, jakie opory budzi w tobie seks za pieniądze. Niewykluczone, że to, co nazywasz stygmatyzacją czy paternalizacją jednak jest diagnozą pewnego rodzaju patologii. Mam tezę, że i luksusowa „asystentka” nie poszłaby na taki układ, gdyby mogła podobną kasę wyciągnąć bez angażowania się seksualnie w zarobkowanie.

    Lubię

  14. Wiesz, jak widzę że ktoś, kto ma apartament moich marzeń w trendy dzielnicy, jeździ po świecie i zarabia 200 euro/h, i kiedy słyszę że jest zadowolony ze swojej pracy, bardzo ją lubi i się w niej spełnia, to jakoś łatwo mi w to uwierzyć. A gdyby to się dało mieć bez sprzedawania swojego czasu innym ludziom? Tak, pewnie każdy by chciał dobrze zarabiać mając lekką pracę niewymagającą sprzedawania siebie, więc się nie dziwię że niektórzy prasownicy seksualni odradzają innym wchodzenie w ten interes i nie mogą się doczekać, kiedy zmienią pracę (bo takie opinie owszem, też słyszałem). Tylko ze raczej nie da się takiej kasy wyciągać pracując w McDonaldsie, więc mając wybó McDonalds lub sex-business część osób wybiera sex-business. Wiesz, jakbym ja miał perspektywę pracy w McDonaldsie lub sprzedawania się za 200 euro/h, to bym się nie wahał… Ba, jakby mi ktoś teraz 200 euro/h oferował, to bym się nad tym poważnie zastanowił.

    I jeszcze raz powtarzam: czy feministki naprawdę jedyne co mają do zaoferowania pracownikom seksualnym domagającym się godziwego traktowania to powiedzenie im „macie coś nie tak z głową?”.

    Lubię

  15. Dzięki za ciekawy raport, przeczytam. O pomysłach legalizacji wspomnianych przez panie Szczukę i Piotrowską słyszałem – zresztą wspominałem, że są feministki o bardziej pozytywnym podejściu do seksualności. W Szwecji też, obok feministek chcących zakazać pornografii są też takie, które domagają się legalizacji prostytucji albo kręcą „feministyczne porno” (cokolwiek to ma znaczyć). No a wywiad z Teresą Oleszczuk – bomba. Mówi tam to o tym, ile paternalizmu jest w potępianiu prostytucji, o prawie wyboru przez kobietę co robi ze swoją seksualnością, o tym że trzeba się uważnie nad sprawą zastanowić – bo o hipokryzję albo nieskuteczne działania łatwo, a nawet o problemach z legalizacją (bo to przecież nie jest cudowne rozwiązanie wszystkich problemów).

    Tylko że odnoszę wrażenie, że nasze opinie się w dużym stopniu pokrywają, więc o co my się właściwie sprzeczamy?

    P.S.: Ba, co tam płaca za macpracę -ja się zastanawiam jak to w ogóle jest, że społeczeństwo sprawia wrażenie zadowolonego z tego, jak kapitalizm kształtuje płace i zatrudnienie…

    Lubię

  16. A jest taka ewentualność, że nie lubi się feministek dlatego, że są głupie/śmieszne/nużące/ natrętne? Np. w dyskusjach o „przemocy wobec kobiet” można takiej kretynce 50 razy powtórzyć, żeby spierdała pogadać o „kulcie machismo” z samymi kobietami, które w większości wypadków preferując samczych, agresywnych mężczcyzn, same utrzymują istnienie tego „kultu”, i za każdym razem słyszy w odpowiedzi słyszy się tylko jakieś śmieszne pierdolenie, że najpierw trzeba dotrzeć do mężczyzn, a to spowoduje „odzyskanie kobiet”.
    A tak poza tym: serio, każdy bez wyjątku facet, który nie przepada za feminizmem musi być zakompleksiony, wystraszony czy co tam jeszcze? Obiektywnie to trochę przypomina racjonalizacje, jakie stosuja osoby w rodzaju Leszka Bubla: kto się nie zgadza, ten Żyd. Niestety, ale bardziej wnikliwym seksistom od razu odsłania się mechanizm psychologiczny, który za to odpowiada.

    Lubię

  17. @Edward: nie wiem, w jakich kręgach się obracasz, nie znam ani jednej kobiety, która „preferuje samczych, agresywnych mężczyzn”. wydaje mi się, że nawet te, które tkwią w przemocowych związkach liczą po cichu na to, że on się kiedyś zmieni, czepiają się każdych przeprosin po awanturze i każdego złamanego kwiatka, jaki dostają. a kiedy tracą te złudzenia, mogą nie być zdolne do wyjścia z tego związku z powodów psychicznych, ekonomicznych, ze strachu o los dzieci etc.
    więc nie ma w tym żadnego uwielbienia agresywności. krok dalej za Twoim stwierdzeniem jest przekonanie, że bite i tłamszone kobiety w głębi serca to lubią.

    Lubię

  18. Jasne, to nie jest „praca jak każda inna”, ale upieram się że to jednak specyficzna, ale praca. Bardzo wymagająca i nieraz obciążająca psychicznie (choć wiele zależy od tego jaki rodzaj pracownika seksualnego mamy na myśli), ale wcale nie musząca mieć coś wspólnego z wyzyskiwaniem kobiet. I nikt oczywiście nie powinien być do pracy w sex-businessie zmuszany (do żadnej innej pracy zresztą też nie!).

    Czasem gdy słyszę jak Ci ekskluzywni pracownicy podkreślają swoją profesjonalność i zaangażowanie w pracę (i krytykują tych „tanich z ulicy”, którzy „nie mają za krzty profesjonalizmu i odpowiedzialności”), to mam wrażenie, że próbują sami przed sobą trochę zamaskować charakter swojej pracy. Niemniej jednak.. no słuchaj, nie da się im odmówić profesjonalizmu, bo w tym co robią są świetni i wkładają w to wiele pracy i wiele serca! Nie mówiąc o tym, ze część seks-worker’ów to bardzo inteligentni ludzie, oczytani (ilu znamy aktorów grających w telenowelach, którzy by opowiadali, ze lubią czytać ambitne książki w wolnych chwilach?), a nawet zaangażowani w akcje charytatywne i pomoc innym seks-pracownikom. Ciężko nie podziwiać takiej osoby. Więc jak ktoś zaczyna opowiadać, jak to strasznie pokrzywdzeni przez los i klientów są pracownicy seksualni, jak to trzeba „zabronić prostytucji i porno” i jak to my ich strasznie wykorzystujemy, wręcz gwałcimy… to po prostu mam odruch popukania się w czoło. Bo takie teksty to zwykle nawiedzeni prawicowcy rzucają…

    ***

    A Edwardowi chyba chodzi o to, że kobiety nie lubią „miłych facetów” tylko wolą „macho”, więc są same sobie winne, że je potem taki macho bije. Brak logiki w tym twierdzeniu sam się rzuca w oczy, ale za to fajnie tym tematem wracamy do sawanny i praw doboru naturalnego :P Bo w doborze partnera chyba faktycznie kobiety preferują agresywnych samców.

    Lubię

  19. nie, uważam, że kobiety chcą być bite ani że są sobie winne kiedy są bite(wyłączając jakieś skrajne przypadki, typu laski które lecą na gangsterów albo kolesi, którzy mają pojebane mózgi od nadmiaru sterydów), jednak najczęściej w oczach kobiet atrakcyjni są tacy faceci, którzy mają lub mogą mieć skłonności do agresji.

    nie, chodzi mi tylko o to, że kobiety(przeważnie) lubią mężczyzn, którzy są
    A) Wysocy(czyli mają przewagę fizyczną)
    B) Dobrze zbudowani(czyli mają przewagę fizyczną i sprawiają wrażenie zdolnych do agresji fizycznej
    C) Są męscy w obejściu
    D) Mają niski głos
    E) Są zdecydowani
    F) Są odważni
    G) Potrafią panować nad emocjami
    H) Potrafią „być oparciem”

    i tak dalej

    Krótko mówiąc, atrakcyjność mężczyzny w oczach (większości) kobiet zależy od liczby atrybutów siły. Żadna normlana laska nie będzie podrajcowana kolesiem, który ma 165 wzrostu, waży 50 kg, jąka się i ma głosik pt. „mała, wystraszona owieczka w ciele mężczyzny”.

    Po prostu to tak nie działa.

    A liberalnie feministyczne podejście do seksu niestety również podtrzymuje „kult machismo” bo żeby facet był agresywny i władczy w łóżku, to jednak, jednak musi mieć jakieś libido dominandi, inaczej nie da rady. Zaś liczyć na to, że ta samczość magicznym sposobem będzie przejawiać się tylko w sferze łóżkowej to trochę głupie.

    Poza tym, to co, niektóre(te mniej radykalne) feministki próbują wciskać facetom jako „partnerstwo” wcale nie jest partnerskie, bo, mimo deklaracji o równości, facet dalej ma być męski, „być oparciem”, więcej zarabiać, a w razie jakby co to jeszcze bronić przed dresiarzami. Niedawno w portalu na temat w jakimś feministycznym artykule było, że kobiety są rozczarowane mężczyznami, ponieważ to „prostacy, którzy nawet nie odsuną kobiecie krzesła zasłaniając się równuprawnieniem”.

    Ostatecznie z perspektywy samca nie wiadomo, co jest gorsze: czy te prawdziwe, radykalne feministki, które chcą mnie zeunuszyć, czy te, które próbują mnie zrobić w chuja wciskając mi niby partnerstwo, które wcale nie jest „parnterstwem”.

    Lubię

  20. @ Nice guys AKA kobiety wolą maczo, niegrzecznych chłopców itp

    Pożądanie i miłość trochę ogłupiają – i tyle.

    Mężczyzna może się tym zaślepieniem chełpić (np. w romantycznych wierszach), lub użalać z jego powodu (to zła kobieta była), bo eksponowanie męskiej seksualności jest normą, a kobieca to tabu. A skoro kobiety (lub „normalne kobiety”) są aseksualne to trzeba wymyślać jakieś chuje muje dzikie węże na uzasadnienie normalnych zachowań seksualnych.

    Lubię

  21. noname®

    och, uważasz że „kobieca seksualność” jest inna niż „męska seksualność”? A dlaczego? I skąd Twoim zdaniem się to bierze? A jeśli uznasz, że bierność i uległość są immanetne dla kobiecej seksaulności a władczość i dominacja dla męskiej, to czy aby na pewno nie będzie to mały kroczek na drodze do Wielkiego Seksizmu, który powiada, że „rzeczą mężczyzny jest wola, rzeczą kobiety powolność; takie jest prawo płci”?? Zastanawiałeś/aś się nad tym?

    Lubię

  22. och, uważasz że “kobieca seksualność”

    Uwielbiam takich męskich trolli, mrrrr, nierozumienie ironii jest takie władcze… Ty mój neandertalu… Och, mów do mnie tępo…

    Lubię

  23. @ Szpro w wielkim mieście & nice guys

    O ile aspekt emocjonalny jest istotny, sprawa jest naprawdę krótka. Po prostu dla „miłego faceta” jedyną wartością kobiety jest jej ciało, więc dopóki mu go nie użyczy relacja z nią jest bezwartościowa, a wysiłki w nią włożone boleśnie daremne. Lub też tak wygląda komponent kulturowy, który pewnie w różnych proporcjach współistnieje z psychopatologicznym.

    Lubię

  24. @noname

    Zastanawiam się skąd u wszystkich dyskutantek tak dogłębna znajomość psychiki mężczyzn, a w szczególności „nice guys”. Rozumiem, że Ci faceci, którzy nie starają się być mili dla dziewczyny którą podrywają, nie są zainteresowani jej ciałem?

    To ja już wolę interpretację szproty, że okazujemy dziewczynom zainteresowanie i sympatię dlatego, że mamy „niedobór głasków” i chcemy żeby ktoś nas utulił, niż te seksistowskie wizje, że jesteśmy mili bo chcemy zaliczyć.

    @Edward

    Ok, teraz będzie szok: otóż są faceci którzy są bardzo męscy, a mimo to do głowy by im nigdy nie przyszło zrobić krzywdy swojej partnerce. Ba! Są nawet faceci, którzy są agresywni w łóżku, a w życiu są bardzo opiekuńczy i pomocni dla swoich partnerek.

    Lubię

  25. Szprota, to niewielka różnica. Zresztą każdy facet wszystko co robi wobec dziewczyny, którą jest zainteresowany, robi „by zaliczyć”. „Nice guys” są dla niej mili, „niegrzeczni chłopcy” pokazują jej jacy są niegrzeczni i jak to im na niej nie bardzo zależy (jeśli dobrze rozumiem ich modus operandi), a „macho” prężą swoje muskuły. Więc w niczym nice guys nie są tu gorsi od reszty.

    Lubię

  26. @ szprota

    W sumie to nie wiem, może nieściśle się wyraziłem. Na pewno nie ma danych, by orzec, że to dotyczy każdej kobiety bez wyjątku ale na pewno są dane, by orzec że jednak większości, i to znacznej.

    Poza tym, skoro już mowa o powodach samczej niechęci do feminizmu i jej uzasadnieniach to warto rozpatrzeć to na konkretnym przykładzie: jedne femininistki mówią, że facet odsuwający kobiecie krzesło to świnia chcąca ją upokorzyć, wmówić w kobietę słabość i tak dalej, a inne feministki że facet nie odsuwający krzesła to „prostak zasłaniający się równouprawnieniem”.

    No więc, pojawia się pytanie, który feminizm jest prawdziwy i dlaczego akurat ten i co jeśli ten drugi feminizm krzyczy, że to właśnie on jest prawdziwy? Bo albo jest tak, że jeden feminizm jest tym właściwym a drugi nie(tylko jak prosty seksista może to rozpoznać??), albo oba są jednako prawdziwe, tylko wtedy czepianie się facetów, że nie przeobrażają się podług feministycznych wymagań jest pojebane, ponieważ nie sposób sprostać wymogom, które są wewnętrznie sprzeczne, tj, jednocześnie odsunąć to pierdolone krzesło i nie odsunać.

    A najgorsze jest to, że feministki to przecież jakieś 0,1& kobiet w ogóle; pozostałe 99,9% powie, że facet, który nie odsuwa kobiecie krzesła to po prostu „męska cipa”, jak wyraża się znana i popularna blogerka Sergiita, czyli do pytania „który feminizm jest prawdziwy” taki prosty seksista musi dołączyć jeszcze pytanie „czy feminizm aby na pewno jest reprezenantywny dla ogółu kobiet”?

    Lubię

  27. No dobrze, to po kolei: dane ssiesz z palca. Nie ma danych, mamy tylko anegdoty. Na twoje przypowieści o dziewczętach wzdychających do samczych samców mam całe kieszenie historii dziewczyn, które lubią androgynicznych szczuplaków z łagodnym obejściem i co mi pan zrobisz. Zaryzykuję twierdzenie, że to nie sawanna, tylko środowisko i kultura, w której sobie tkwimy. Co najistotniejsze, te indywidualne gusta po prostu nie powinny rzutować na sposób definiowania wartości mężczyzny i kobiety.

    O Segritcie dość powszechnie zaś wiadomo, że była z kolesiem, który nie miał 170cm wzrostu, so well, dobry przykład na to, że to, kto jest w naszym typie całkiem niekoniecznie jest tym, z kim chcemy być.

    Also, jestem trochę zmęczona twoim pomieszaniem z krzesłem. Chcesz łatwej odpowiedzi, czy je odsunąć? Lepiej odsunąć i nie wyjść na chama, mnie jest miło jak odsuwają. Jestem słabsza fizycznie niz większość ludzi i jest mi miło, gdy pomaga mi ktoś silniejszy.

    Dla mnie prawdziwy jest ten feminizm, który mówi: a) kobietom jest gorzej, co przez lata kultury zarządzanej przez mężczyzn jest dość naturalne, więc b) trzeba im pomagać. Myślę, że kluczowe jest to rozróżnienie: nie, że ich słabość (w sensie braku równych praw) wynika z natury i jest nie do przezwyciężenia, lecz z kultury i oczywiście, że się da.

    Lubię

  28. @Gronkowiec
    Zastanawiam się skąd u wszystkich dyskutantek tak dogłębna znajomość psychiki mężczyzn,
    Argument z zamilcz kobieto. Niestety pudło, jestem mężczyzną. O psychice mężczyzn wypłakującym całemu światu w szatni, przy piwie, na blogaskach, facebooku, profilach randkowych, albo stalkerskich smsach do mojej znajomej swoje poglądy na kobiety, pytasz skąd wiem? Sama nie wiem.

    Ty powiedz dla odmiany skąd wiesz o mojej psychice i moim zachowaniu w stosunku do kobiet z którym chcę uprawiać seks. Wyczytałeś na moim nieistniejącym blogu, czy podpierasz się jakąś meta-analizą badań nad męską psychiką w której wyszło, że mężczyźni są z marsa, a kobiety ze snickersa? Już nie mówię o miłości, bo wiadomo, że to tylko penis dostarcza mózgowi pretekstu do dymania, już tacy jesteśmy, c’nie?

    Jak zwykle poziom mizandrii wprost proporcjonalny do mizoginii.

    Lubię

  29. @Teach: zawsze mnie zastanawiało, skąd się biorą takie tępe buce, które nie mając pojęcia o jakimś temacie mają zawsze mnóstwo na ten temat opinii, przeważnie negatywnych…

    Weźmy na przykład feminizm: nie ma taki pojęcia, czym jest feminizm, nigdy nie zechciał jeden z drugim skalać swojego czystego jak tabula rasa umysłu jakimś minimalnym researchem, ale wie, że feminizm jest okropny, a kobiety chcą brutalnego samca. Oświecisz mnie: skąd się te tępaki biorą?

    Lubię

  30. „Od czasu do czasu pojawiają się ci od “nie jestem feministą, jestem równościowcem”. No, doskonale, skoro jesteś za równością praw, jesteś feministą i tyle. Jeśli cię boli etykietka feminizmu, dupa z ciebie, nie równościowiec, bo masz gdzieś w sobie przekonanie, że walka o prawa kobiet jest jakaś ośmieszająca.”

    A mnie boli, ponieważ sugeruje przynależność do jakiegoś ruchu, społeczności, czy czego tam jeszcze. A ja się na żadną listę nie zapisywałem.

    Żeby nie wyjść na hejtera, bo jak tu ostatnio byłem, to też na coś chyba narzekałem, wpis bardzo fajny, ten i poprzedni.

    A, z tym odsuwaniem krzeseł to lepiej uważać, kolega raz tak to zrobił, że dziewczyna wylądowała na podłodze.

    Lubię

  31. @noname

    Ok, złapałeś mnie, nie wiedziałem że jesteś facetem, wiec teraz grzecznie podkulę ogon i ucieknę w kąt, bo oczywiście fakt tej drobnej pomyłki znaczy że wszystkie moje argumenty są do bani :)

    Mam wrażenie że nie jest żadną tajemnicą czy wielkim odkryciem, że podstawowe potrzeby człowieka to oddychanie, jedzenie, picie i dupczenie, bo tak nas Matka Natura stworzyła (jak i wszystkie inne żywe stworzenia, które też chcą przeżyć i się rozmnożyć). Więc z pretensjami proszę się zgłaszać do biologii i ewolucji.

    Lubię

  32. No seks też jakoś tam kulturowo został uregulowany. Ale to nie znaczy że nadal każdy z nas nie chce jeść, nie potrzebuje się defekować i nie odczuwa potrzeby seksienia się.

    Lubię

  33. No, to akurat nie ja twierdziłem. Ja twierdziłem, że każda poluje na „najlepszego dostępnego” – z dobrym zdrowiem, dobrą pozycją w grupie, środkami utrzymania itd. Dlatego nie lubią „nice boys” bo to zbyt łatwa zdobycz

    Lubię

  34. „Nie ma żadnych genów odpowiadających za opiekę nad dziećmi”.
    Tak mi przykro:
    http://www.racjonalista.pl/kk.php/t,773
    „Za to są lata kultury, która przyucza dziewczyny do myśli, że nie gotując, nie prasując i nie mając dzieci są niepełnowartościowe, gdy tymczasem są tak samo wartościowe, jak te, co lubią zajmować się domem”.
    Temat poruszony bodaj na 4. stronie tego artykułu:
    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4445
    Żadne badania nie wykazały, że odmienne wychowanie ma wpływ na zanik tzw. „stereotypowych” cech zachowania u obu płci – wręcz przeciwnie; mimo niestereotypowego wychowania, chłopcy i tak zachowywali się jak typowi chłopcy, dziewczynki jak typowe dziewczynki (znacznie częściej bawiły się w rodzicielstwo, z kolei wśród chłopców znacznie silniejsze było współzawodnictwo itd. itp.). Było tak nawet w słynnym przypadku Johna, który był wychowywany jak dziewczynka, mimo tego, że genetycznie był chłopcem. Badania są bezlitosne dla waszych „teorii” gender.

    Lubię

  35. Szprota, ja tak trochę Cię chciałem podpuścić – bo ciekaw jestem co o tym psycho-ewo myślisz i czemu Cię oburza. Bo ja socjobiologię i psycho-ewo bardzo lubię (choć w nieco mniej prymitywnym wydaniu niż w moim poprzednim poście, ale wiesz – jakby się zacząć wdawać w subtelności, to by posty miały po kilka rozdziałów).

    Jestem biologiem (choć nie ewolucjonistą) – i na ile mogę ocenić, to podstawy teoretyczne sopcjobiologii i psycho-ewo są bardzo solidne, wszystko trzyma się kupy i wynika z naszej wiedzy o biologii. Za to wśród atakujących socjobiologię i psycho-ewo widzę głównie „humanistycznie nastawionych” socjologów, antropologów kultury i psychologów, a więc ludzi którzy wiedzę biologiczną mają taką sobie. Dlatego podejrzewam że ta niechęć do osiągnięć socjobiologii to w dużej mierze niechęć „humanistów” przed biologami wkraczającymi na ich teren, a do tego pokazujących totalnie nowe punkty widzenia. No i w ogóle niechęć ludzi do bycia porównywanymi do zwierząt. Raz jeden przemiły i mądry profesor pedagogiki strasznie się na mnie oburzył za samo oczywiste stwierdzenie że „człowiek jest zwierzęciem”…

    Lubię

  36. @Ichabod

    Strasznie nie lubię gdy socjolodzy, gender studiowcy itd zapominają że człowiek to jednak nie czysty duch, tyko konkretne biologiczne ciało z biologicznymi uwarunkowaniami. Ale jeszcze bardziej mnie irytuje gdy ktoś z biologii próbuje zrobić argument dla jakiejś ideologi, zwłaszcza gdy robi to nieumiejętnie.

    Czy badania z Ugandy opisane na racjonalista.pl dowodzą ze samice z przyczyn genetycznych bardziej troszczą się o potomstwo (lub w tym wypadku – częściej noszą ze sobą patyki, lol)? Nie, zupełnie tego nie dowodzą. Ze wszystkich badanych stad szympansów, noszenie patyków zaobserwowano tylko w tym jednym Ugandyjskim stadzie. Czyli to nie ma nic wspólnego z genami, które wszystkie szympansy mają podobne, tylko z lokalną kulturą danego stada. A jeśli to zjawisko kulturowe, to nic to do genów nie ma, sorry. Redaktor z racjonalisty się nie przyłożył do analizy tekstu.

    A wszystkim, którzy są przekonani, że znajdując jakieś biologiczne różnice miedzy płciami obalą całą teorię gender, przyda się słowo wyjaśnienia:

    Teoria gender zakłada ze istnieje płeć biologiczna i istnieje płeć kulturowa. Płeć biologiczna – czyli ludzi da się (zwykle) z grubsza podzielić na osobniki męskie i żeńskie, a osobniki z tych dwóch grup będą się różniły pewnymi cechami anatomicznymi i fizjologicznymi. Choć często to będą raczej „różnice statystyczne” lub tendencje, a nie naprawdę inna fizjologia. Natomiast płeć społeczno-kulturowa to zupełnie inna rzecz i nie wynika w żaden nieuchronny sposób z płci biologicznej. Tak więc nieważne ile różnic biologicznych ktoś wskaże między płciami biologicznymi, to i tak nie będzie miało większego wpływu na teorię gender, bo ta się interesuje raczej płcią kulturową. Nawet jeśli kobiety mają statystycznie średnio gorszą orientację przestrzenną czy mniejszą masę mięśniową niż mężczyźni, albo nawet jeśli kobiety wolą kolor czerwony a mężczyźni niebieski (albo na odwrót) – to z tych różnic NIJAK NIE WYNIKA że kobieta ma być kurą domową, a mężczyzna businessmanem. Ani że kobieta ma być gibka i piękna, a facet szkaradny ale odważny. I tak dalej i tak dalej…

    Lubię

  37. @Gronkowiec: to nie jest oburzenie. Po prostu psycho-ewo i socjobiologia zakładają, że zachowania człowieka – jak upodobanie do tzw. męskich mężczyzn – są zdeterminowane czysto biologicznie, gdy tymczasem mamy przykłady z historii czy innych kultur poza zachodniocywilizacyjną, że niezakoniecznie. Ja jestem socjolożka, mam podstawy twierdzić, że kupa rzeczy w nas to wpływ środowiska, nie genów.

    Lubię

  38. Ikoną polskiego feminizmu ostatnich lat była kobieta, która dawała dupy szefom, bo przecież, jak sama stwierdziła, nie będzie robiła za sprzątaczkę w szkole.
    A facet był winny, że ją zgwałcił, choć w czasie gwałtu ona była w Polsce a on w Belgii, a drugi gwałcił ją swoją impotencją i kalectwem. Ale pani Środa twierdziła, że tego nie należy nagłaśniać, bo nie służy to Sprawie. (Wg artykułu pani Łaniewskiej-Wołk.)
    Ot taka dygresja na temat nierządu, przymusu ekonomicznego, szacunku do kobiet i przymusu ekonomicznego.

    Lubię

  39. o, jeszcze ktoś wmieszał ćwiećinteligencików z racjonalista.pl…

    No więc, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż jej przedstawienia genderowe lub biologiczne; geny faktycznie nie mają roli nieuchronnie determinującej, ale jednak, jednak warunki biologiczne zakreślają pewne granice rozwoju i przemiany dla ogółu ludzi. Świat, w którym to kobiety są silniejsze i bardziej agresywne, jest możliwy do pomyślenia, ale jednak chyba wszyscy zgadzamy się co do tego, że raczej nigdy nie nastanie(fakt, pewnie istniały kiedyś jakieś marginalne kultury, w których to wyglądało trochę inaczej, ale długo nie poistniały, co nie?).

    Faktem jest też to, że wśród zwierząt zdarzają się społeczności matriarchalne(podobno wśród jakichś szympansów), ale właśnie ludzie to nie są tylko zwierzęta, dlatego nie ma podstaw, by wierzyć, że jakaś głęboka zmiana może się dokonać ot tak, bo nagle coś samo z siebie zmieni się ludziom we łbach.

    W każdym razie, wszystko rozbija się o „status ontyczny” człowieka, który nie jest ani tylko zwierzęciem, ani tylko produktem struktur społecznych, ani tylko produktem wychowania, ani też istotą całkowicie wolną i niczym nie zdeterminowaną, ani też tylko sumą tych wszystkich składników. Żadna z tych kategorii poznawczych nie wyczerpuje prawdy i żadna nie ukazuje problemu w jego właściwych wymiarach, dlatego nikt nie może tutaj nikomu niczego udowodnić ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość.

    Lubię

  40. pewnie, że ma: chodzi o to, że żadne z dostępnych objaśnień nie opisuje problemu właściwie i stąd każdy tak naprawdę może wybrać sobie to, co podpowiadają mu jego osobiste dyspozycje, skłonności czy resentymenty. Obiektywnie patrząc Twoje gednerowe argumenty nie są bardziej przekonujące, niż argumenty Korwina. Rzeczowa dyskusja może się więc w tym wypadku sprowadzać tylko do „rozjaśniania a nie wyjaśniania”, jak wyraził się Karl Jaspers(nie a apropos samego feminizmu rzecz jasna) i prostowania ewidentnych absurdów.
    Krótko mówiąc: jeśli chcesz przekonać kogoś krytyczne myślącego, że gdyby nie , to równie dobrze kobiety mogłyby jedzić golfami, brać anaboliki i napierdalać się na ustawkach, to ni, niestety, ni chuja tego kogoś nie przekonasz. Ale tak samo taki Korwin nie dowiedzie, że kobiety często lubią uległość ponieważ taka jest kobieca dola i obowiązek.

    Lubię

  41. Ale to nie znaczy że nadal każdy z nas nie chce jeść, nie potrzebuje się defekować i nie odczuwa potrzeby seksienia się.

    No są tacy, co nie chcą jeść, mimo że organizm potrzebuje. Są też tacy, co nie odczuwają potrzeby seksienia się.

    @tłumaczenie: „You give feminism a bad name” => „Szargasz reputację feminizmu [swoim przykładem]”. Tak jak w piosence „you give love a bad name” ;)

    Arthur Weasley -__________- że też ludziom nie wstyd takie rzeczy pisać O_O A podobno zdaniem katolików relatywizm moralny jest strasznym złem. To takie wybiórcze rozumienie terminu chyba.

    Lubię

  42. „Świat, w którym to kobiety są silniejsze i bardziej agresywne, jest możliwy do pomyślenia, ale jednak chyba wszyscy zgadzamy się co do tego, że raczej nigdy nie nastanie(fakt, pewnie istniały kiedyś jakieś marginalne kultury, w których to wyglądało trochę inaczej, ale długo nie poistniały, co nie?).”

    Są teraz takie badania / artykuły publikowane, które dowodzą, że mężczyźni zostali na manowcach kultury zachodniej. Kobiety w klasie średniej lepiej zarabiają, lepiej się uczą, lepiej sobie radzą. W miastach amerykańskich, gdzie poszły masowe zwolnienia, z bezrobocia do pracy wróciły kobiety, a mężczyźni się nie przekwalifikowują. Kobiety są też bardziej mobilne klasowo. Istnieje wiele przesłanek wskazujących na to, że wyniki i osiągnięcia amerykańskich licealistek są tak bardzo lepsze niż ich kolegów, że szkoły prywatne (których nie obowiązuje Title IX – „No person in the United States shall, on the basis of sex, be excluded from participation in, be denied the benefits of, or be subjected to discrimination under any education program or activity receiving federal financial assistance…”) stosują preferencję dla chłopców – akcja afirmatywna dla panów, bo w przeciwnym razie ich liczba spadłaby na studiach poniżej 40%.

    To oczywiście wszystko wątpliwe i niepewne (ja mam spore wątpliwości dt. metodologii np. Hanny Rosin, na której książkę The End of Men się powołuję). Co więcej, można to dwojako intepretować – dalej dyskryminacja płciowa, kobiety muszą zrobić więcej, by osiągnąć te same rezultaty. Poza tym na najwyższych stopniach władza dalej w męskich rękach. Ale można tak jak Rosin uznać, że te najwyższe stopnie to tylko kwestia czasu i zbliżamy się do punktu przełomowego, gdy wykwalifikowanych i bogatych kobiet będzie tak wiele, że zneutralizują męską dominację i seksizm seksizmem, ale władzę przejmą kobiety – bo są właśnie obecnie silniejsze i agresywniejsze i bardziej dominujące w środowisku zawodowym. Więc nie byłabym taka pewna siebie z tym „nigdy nie nastanie” ;)

    A nawet jeśli idzie o tę agresję w najbardziej dosłownym słowa znaczeniu – to podobno w USA przemoc i przestępczość dokonywana przez kobiety rośnie, a przez mężczyzn maleje.

    Lubię

  43. @leseparatist

    Wygląda na to, że pora zabierać się za obronę mężczyzn przed dominującymi kobietami :)

    @EdwardT

    Społeczeństwa nie-patriarchalne występują nie tylko o „jakichś szympansów” (miałeś na myśli pewnie szympansy bonobo) i w „marginalnych kulturach, które długo nie poistniaiały”. Prawdopodobnie cała neolityczna Europa (przed nadejściem indoeuropejczyków) była pełna nie-patriarchalnych kultur. Więc ani to „marginalne”, bo cały kontynent, ani „krótkie”, bo jakieś 3000 lat to istniało.

    Lubię

  44. @ leseparatist

    Pytanie, na ile w tych zmianach statystycznych, ekonomicznych itd, przejawiają się jakieś fundamentalne przemiany świadomości, a poza tym w ilu dziedzinach to równuprawnienie się urzeczywistnia. Na razie to jest tak, że niby ma być równość itd, ale te nowoczesne, równościowo usposobione kobiety nadal wymagają od faceta, żeby odsuwał im krzesło, bronił w razie napaści i tak dalej, więc ta prawdziwa równość jakoś dalej nie chce nastać. Poza tym, myślę że faceci prędzej czy później zrozumieją, że ktoś tu robi ich w chuja z tym partnerstwem, które wcale nie jest takie partnerskie, i albo zaczną domagać się takiego faktycznego parnerstwa, w którym jeden CZŁOWIEK nie ma obowiązku odsuwania krzesła drugiemu CZŁOWIEKOWI, nie ma obowiązku nadstawiania za niego karku, albo dokładać się do wacików tylko dlatego, że jest innej płci(to zresztą chyba postulują te bardziej radykalne feministki w rodzaju Dunin), albo będą się nasilać nastroje mizoginiczne i antyfeministyczne, tyle że w jakichś bardziej zorganizowanych formach, co zresztą chyba już zaczyna się dziać. Albo i jedno i drugie.
    Poza tym, niby można przyjąć, że za jakiś czas faktycznie kobiet u władzy będzie trochę więcej, niż teraz, ale jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie parytetu na przykład w zorganizowanych grupach przestępczych. A to przecież też jest władza, i to czasami bardziej realna i mająca większy wpływ na rzeczywistość, niż ta polityczna(Meksyk, Rosja, Włochy, Kolumbia itd).

    I wreszcie kobiety chcą równości ale tylko tam, gdzie to daje profity i nie pociąga za sobą konieczności narażania zdrowia i innych mniej przyjemnych rzeczy: mimo postępującej równości nadal prawie wszystkie najbardziej niebezpieczne i niszczące dla zdrowia zawody są wykonywane tylko i wyłącznie przez mężczyzn. Słyszałeś kiedyś o kobietach, które pracują przy zrywaniu azbestu albo przy wysokich napięciach albo przy konserwacji nadajników GSM? Po mojemu to tam też powinien być parytet.

    A te przewidywania, że już wkrótce, wkrótce władza znajdzie się w rękach kobiet są raczej pozawione podstaw: pokaż mi jedną kobietę w polskiej polityce, która byłaby zdolna trzymać wielką partię tak żelazną łapą, jak Tusk albo Kaczyński. Wyobrażasz sobie, na przykład, taką Środę, która wykańcza politycznych konkurentów z taką bezwzględnością i precyzją, jak Kaczyński swego czasu wyruchał Giertycha z Lepperem, albo jak Tusk rozprawił się z Rokitą i Olechowskim?
    Nie widzę nawet żadnej, która miałaby talent polityczny porównywalny z Millerem albo Palikotem. Równość w polityce będzie możliwa, jeśli polityka przestanie być sprawę bezwględnej i brutalnej walki o władzę, tyle że wcale nie wiadomo, czy faktycznie tak się stanie.

    Lubię

  45. Wreszcie pozostaje sprawa jeszcze innego rodzaju „władzy”. Wiesz, kiedy człowiek chce mieć coś do powiedzenia, to czytuje, bo ja wiem, Marcela, Nietzschego, Jaspersa, Kołakowskiego, Szestowa itd… w każdym razie, jeśli patrzeć na to z perspektywy udziału płciowego w bogactwie europejskiej kultury, to jakieś 99% nadal jest dziełem mężczyzn. I współcześnie wcale aż tak bardzo się to nie zmienia. Gdzieś czytałem(chyba właśnie na tym racjonalista.pl) że to ma wyjaśnienie biologiczne: po prostu wśród mężczyzn więcej rodzi się takich dzieci, których mózgi są uszkodzone w sposób, który powoduje genialne zdolności. Jednocześnie wśród mężczyzn więcej jest też przypadków różnych odmian niedorozwoju umysłowego.

    Lubię

  46. „w każdym razie, jeśli patrzeć na to z perspektywy udziału płciowego w bogactwie europejskiej kultury, to jakieś 99% nadal jest dziełem mężczyzn. I współcześnie wcale aż tak bardzo się to nie zmienia.”

    no patrz, a taką Hypatię rozszarpali na kawałki. Ile Curie-Skłodowskich straciliśmy przez ostatnie parę tysięcy lat?

    „wśród mężczyzn więcej jest też przypadków różnych odmian niedorozwoju umysłowego”

    i jaki procent bogactwa kultury europejskiej jest dziełem tych mężczyzn?

    Lubię

  47. „I wreszcie kobiety chcą równości ale tylko tam, gdzie to daje profity i nie pociąga za sobą konieczności narażania zdrowia i innych mniej przyjemnych rzeczy: mimo postępującej równości nadal prawie wszystkie najbardziej niebezpieczne i niszczące dla zdrowia zawody są wykonywane tylko i wyłącznie przez mężczyzn.”

    Wiesz, jakie są inne bardzo niebezpieczne dla zdrowia zawody? Pielęgniarka. Obsługa roentgena w szpitalu. Pomoc bezdomnym. Walka z human trafficking. Ostatnimi czasy – bycie feministką ;) W USA kobiety wywalczyły prawo do bycia na froncie – gdzie grozi im nie tylko wróg, ale też gwałt ze strony kolegów (mężczyznom zresztą też grozi, ale jednak rzadziej).

    „w każdym razie, jeśli patrzeć na to z perspektywy udziału płciowego w bogactwie europejskiej kultury, to jakieś 99% nadal jest dziełem mężczyzn.”

    Skąd bierzesz tę statystykę? I skąd wiesz na ile te dzieła panów nie są współdziełami ich sióstr i żon? Bo na przykład o tym, kto wymyślił heliksę DNA warto poczytać. Kto naprawdę tłumaczył „Proces”, pod którego tłumaczeniem podpisany jest Bruno Schulz. A to tylko przykłady na pierwszą myśl. Ja się zajmuję kulturą popularną i literaturą i współcześnie tam parytet w twórczości i wybitności w miarę nawet jest, tylko w PR-ze już niekoniecznie… ale podobno to też zmierza ku zmianom ;)

    A z odsuwaniem krzeseł, trzymaniem drzwi… Jezus Maria. Wiesz co? Dajcie mi podwyżkę, chcę 20% więcej zarabiać niż męscy koledzy na podobnym stanowisku i obiecuję resztę życia nie tylko otwierać drzwi facetom, ale nawet całować ich w rękę i ustępować miejsc w tramwajach :D I gratis dorzucę komplementy o zgrabnych nogach i prośbę o to, by się uśmiechali, bo mam prawo do tego, by mi życie rozjaśniali przecież ;DDDD (To żart, tak zaznaczę na wszelki wypadek – chcę zarabiać równo.)

    A tak serio – drzwi to ja ~słaba kobitka~ (nie, serio, tróje z wuefy, okulary i zero krzepy) trzymam każdemu, kto za mną wychodzi z np. pełnymi rękami. I jak jadę pociągiem i jakaś dziewczyna chce wrzucić bagaż na górę to jeśli dam radę, to jej pomagam, a jak wiozę kamienie, to bezczelnie jestem skłonna „użyć” silniejszą osobę w przedziale do pomocy. I często jest to mężczyzna, a czasami kobieta. I nie wydaje mi się wtedy, gdy to mężczyzna, że wykorzystuję swoją płeć i seksualność do wkręcenia mężczyzny w nierówne partnerstwo, tylko zakładam, że w ramach kontraktu społecznego i dzielenia przestrzeni w przedziale nie jest to wielkim nadużyciem władzy z mojej strony. Bo generalnie seks / płeć ma się do walizki i drzwi nijak. I to chore, że ma się niby mieć ;)

    Lubię

  48. @ leseparatist

    Nie, zrywanie azbestu jest o wiele bardziej niebezpieczne, niż bycie pielęgniarką: według danych jakieś 40% szans na raka płuc i jakieś 60% na międzybłoniaka opłucnej. A ktoś musi to robić. To samo z pracą w kopalniach, hutach, w rolnictwie(ekspozycja na nawozy chemiczne to też znacznie większa szansa na nowotwory skóry i płuc), nie wspominając o zawodach niszczących psychicznie, jak na przykład praca w niektórych służbach policyjnych albo w wojsku. Taka robota to też wyłącznie domena mężczyzn: http://www.youtube.com/watch?v=gp5Id0OHW0o i http://www.youtube.com/watch?v=BTFjwsFgItw

    Lubię

  49. @Edward
    „Gdzieś czytałem(chyba właśnie na tym racjonalista.pl) że to ma wyjaśnienie biologiczne:”

    Aha, a szkoły i uczelnie wiedzione starożytną mądrością wiedziały, że nie ma potrzeby kształcić kobiet, skoro i tak z mniejszych prawdopodobieństwem wyrosną z nich geniusze, i dlatego przez całe wieki odmawiały im wstępu; dopiero XIX i rewolucja przemysłowa spowodowały, że utraciliśmy kontakt ze swą prawdziwą duszą.

    Lubię

  50. A kobiet chemiczek pracujących z niebezpiecznymi materiałami w zasadzie nie ma :) Od czasów Marii Skłodowskiej-Curie, która o dotykanie radioaktywnych materiałów zawsze prosiła przecież męża. Może przejęłabym się tym argumentem bardziej, gdybym nie miała w rodzinie i wśród znajomych kobiet z rakiem – prawdopodobnie nabytym w pracy. Przy usuwaniu azbestu – i w pracy pielęgniarki też – są z reguły skomplikowane i poważne metody minimalizowania zagrożenia. Azbest można usuwać mając na twarzy maskę gazową, prawda? Ale nawet jeśliby się nie dało, to dalej nie widzę w jaki sposób usuwanie azbestu przez mężczyzn jest opresją. Bo ktoś ich zmusił do tego? Kobiety im zabroniły dostępu do tej pracy? Czy jest związek przyczynowo-skutkowy między brakiem kobiet w polityce (która nas dotyczy) a ich nieobecnością w usuwaniu azbestu? Czy gdzieś kiedyś (przy dostawaniu dowodu?) podpisywałam kontrakt, że nieszczęsna Hanna Suchocka tylko w zamian za pięć kobiet zrywających azbest bo jak nie to niesprawiedliwość? O_O Czy to właśnie panowie zrywający azbest robią to w zamian za obietnicę braku parytetów w bankowych radach nadzorczych? Czy kobiety domagają się praw nakazujących mężczyznom zrywanie azbestu? Albo zakazujących kobietom, bo cośtam?

    A, zapomniałam o jeszcze jednej pracy, bardzo bardzo wysokiego ryzyka. Sex workers. Statystycznie głównie kobiety. Statystycznie znacznie częściej niż reszta populacji (a już zwłaszcza męskiej poza więzieniem i wojskiem) ofiary gwałtów i morderstw. W dodatku często bez możliwości walki o sprawiedliwość w sądzie.

    A o tej policji i wojsku to porozmawiajmy z Izraelem ;) Zaś brak kobiet często wcale nie wynika z braku chętnych. To takie fajne mity – tak było w fabrykach amerykańskich i kopalniach, i na ciężarówkach, gdzie też opowiadano, jak to kobiety nie chcą tych prac i się do nich nie nadają, aż prawo zmusiło pracodawców do zatrudniania kobiet – i okazało się, że większym problemem jest, że chętne są, bo płace lepsze. I okazało się wtedy, jakie jest największe zagrożenie dla tych kobiet – molestujący i mobbingujący koledzy i firmy skłonne (w ramach zabezpieczania się przed pozwem i zarazem chcące odstraszyć kobiety) nakazać kobietom histerektomię przed kontynuowaniem pracy „w niebezpiecznych warunkach”. Była taka słynna sprawa, że kobiety sobie powycinały macice, żeby zachować pracę (która mogła zagrażać ‚reproductive health’ więc firma chciała tylko pracowników, którzy i tak już nie będą się rozmnażać – albo są mężczyznami). A potem się okazało, że wcale nic ich macicom nie groziło. (Przytaczam sprawę za Backlash Susan Faludi, ale o sexual harrassment i kobietach w kopalniach jest chociażby „North Country”, film oparty na faktach.)

    Lubię

  51. @Gronkowiec

    „Wygląda na to, że pora zabierać się za obronę mężczyzn przed dominującymi kobietami :)”

    Takie są wnioski tych nieco alarmistycznych książek – The End of Men tytuł sam mówi za siebie – ale są też sugestie, że to tylko nowa stratyfikacja i co prawda kobiety z wyższych klas się przekwalifikowują i jest im lepiej, a mężczyźni z niższych klas lądują na utrzymaniu żon / matek / państwa i jest im gorzej, ale z drugiej strony te kobiety z niższych klas, które nie strzelą losu na życiowej loterii przejmują po prostu prace domowe w domach tych bogatszych kobiet i ich mężów – wracamy do czasów domowej pomocy, neo-służby po prostu. I jest to dziś praca mniej niebezpieczna („panowie” rzadziej gwałcą, a „panie” rzadziej biją) i lepiej pewnie opłacana, ale na nowo sfeminizowana i dająca niski społeczny prestiż i niespecjalne zarobki + małą życiową stabilność i zabezpieczenie socjalne.

    Lubię

  52. „Przy usuwaniu azbestu – i w pracy pielęgniarki też – są z reguły skomplikowane i poważne metody minimalizowania zagrożenia. Azbest można usuwać mając na twarzy maskę gazową, prawda? Ale nawet jeśliby się nie dało, to dalej nie widzę w jaki sposób usuwanie azbestu przez mężczyzn jest opresją. Bo ktoś ich zmusił do tego? Kobiety im zabroniły dostępu do tej pracy?”

    No są, ale i tak się choruje, i to nie tylko z powodu samej ekspozycji, ale też z powodu konieczności dożywotnich badań tomografem, czyli corocznej przymusowej ekspozycji na dużą dawkę promieniowania jonizującego. Zmusza ich to, że żadna kobieta nie pójdzie do takiej pracy zamiast swojego faceta, a te kilkaset tysięcy ton azbestu w Polsce trzeba zdjąć z budynków, w których mieszkają ludzie, bo to wszystko już zaczyna się rozpadać. Kobiety w wojsku najczęściej nie wykonują najcięższych zadań, nie uczestniczą w działaniach stritce bojowych, i raczej rzadko chorują na te wszystkie choroby, które ryją głowy facetom po służbie. Praca w policji też najczęściej nie jest dla kobiet, bo to polega między innymi na infiltrowaniu gangów, albo takiej codziennej pracy przy najgorszych rzeczach, do czego kobiety jakoś wcale się nie garną, może dlatego, że niewiele się tam płaci a koszty psychiczne są trudne do oszacowania.

    Właśnie o tym mówię, że ta równość urzeczywistnia się tylko tam, gdzie to jest w miarę komfortowe i dochodowe, czyli kobiety są chętne tylko do niektórych form odpowiedzialności za świat. To jest żądanie równości a jednocześnie próba uniknięcia jej przykrych i trudnych konsekwencji, między innymi poprzez selektywne podtrzymywanie niektórych elementów tradycyjnej narracji o rolach płciowych, tj. że te wszystie najgorsze, najbardziej niebezpieczne i niszczące zawody są po prostu powinnością facetów. W sferze prywatnej to wygląda tak samo: laska chce takiej samej władzy i wspólnego podejmowania decyzji, równego podziału pracy domowej, zajmowania się dzieckiem i tak dalej, ale jednocześnie nikt nie podważa tego, żę facet ma być tą silniejszą emocjonalnie stroną, która jest oparciem dla kobiety, nie ma prawa wymagać od kobiety takiego samego zainteresowania dla swoich problemów, jakiego kobieta wymaga od niego dla swoich, ma więcej zarabiać, dokładać się do wacików, i tak dalej. I ciągle pozostaje kwestia tego, że czy statystyczna laska naprawdę utożsamia się z feminizmem? Moim zdaniem jeśli już, to co najwyżej z takim pop-feminizmem, który właśnie sprowadza się do tego, że ma być parnterstwo, ale facet ma zachować wszystkie typowo męskie obowiązki w związku, i w wymiarze emocjonalnym, i w wymiarze ekonomicznym.

    Poza tym wszystkim: feminizm to jest perspektywa warszawskich paniuś z jakichś bogatych komuszych rodzin, ktore studiowały sobie w USA a potem wróciły do Polski, żeby robić tutaj feminizm. Serio, wiesz jakich zajęć imają się tacy zwykli, młodzi faceci spoza hipsterskich rejonów warszawy? Część zapierdala na budowach, wielu w tartakach, przy czyszczeniu jakichś starych magazynów, zrywająć na dziko azbest, w warsztatach, przy kopaniu rowów, wycince lasów i całej masie tego typu zajęć, do których nie pójdzie żadna kobieta. To wszystko najczęściej jest na czarno, w niebezpiecznych warunkach, bez żadnych ubezpieczeń zdrowotnych i tym podobnych. Jak takiemu kolesiowi, który od 6 rano do 16 dyga z 40 kilowymi balami drewna w jakimś małomiasteczkowym tartaku mówisz, że jest w uprzywilejowanej pozycji, bo jest facetem, a jego żona w tym czasie trochę gotuje i dorabia sprzedając gacie w jakimś sklepie z ciuchami albo jako sklepowa, to on raczej nie zrozumie, o co Ci chodzi.

    Lubię

  53. Ha!
    Tuś mi, bratku, to ty jesteś ten pacjent co na blogu Boniego się miotał! Tam była ta sama fraza o czterdziestokilowych balach drewna w tartaku!
    Stary znajomy, tyle czasu minęło i nadal nic nie rozumie.
    (Ale nadal argumentuje z filozofów, dzielny chłopiec)

    Lubię

  54. @Edward:
    No niestety, twoja wykwintna polszczyzna niewiele odbiega od języka innych nierozumiejących zagadnienia, za to popisujących się lekturami nie a propos czegokolwiek.
    @szprota:
    Szwalnie, kopalnie (dział sortowania), palety w supermarketach itd. Kto chce widzieć, ten zobaczy.
    Ad Boni – spór z tym panem zajął Boniemu całą notkę, warto popatrzeć (poszukam może jutro, bo teraz to za chwilę włączę sobie dobranockę i idę spać)

    Lubię

  55. „Właśnie o tym mówię, że ta równość urzeczywistnia się tylko tam, gdzie to jest w miarę komfortowe i dochodowe, czyli kobiety są chętne tylko do niektórych form odpowiedzialności za świat. To jest żądanie równości a jednocześnie próba uniknięcia jej przykrych i trudnych konsekwencji, między innymi poprzez selektywne podtrzymywanie niektórych elementów tradycyjnej narracji o rolach płciowych, tj. że te wszystie najgorsze, najbardziej niebezpieczne i niszczące zawody są po prostu powinnością facetów.”

    Myślę, że wszyscy – nie tylko kobiety – są bardziej chętni do takich prac, które nie wiążą się z rakiem. Ale nie znaczy to jeszcze, że mężczyzn spotyka tutaj opresja. Nie słyszałam też nigdy żadnej feministki twierdzącej, że te prace są powinnością mężczyzn. Wręcz przeciwnie – to patriarchat właśnie ma za jeden z elementów wysyłanie mężczyzn w sferę zagrożenia, by udowodnili męskość. To patriarchat – system płciowej nierówności – wymaga od mężczyzn tych poświęceń. Feministki zaś chciałyby, żeby praca w policji była dla wszystkich – a najlepiej, to żeby jeszcze nie była taka straszna, jak to malujesz. A spora część feministek wolałaby, żeby nie było wojen. Ale w międzyczasie walczą o prawo kobiet do bycia na froncie – i w wielu miejscach świata kobiety już (znowu) na froncie są, także w pierwszej linii.

    Nie twierdzę też tutaj, że kobiety nie podtrzymują tych stereotypów – oczywiście, że tak. Kobiety robią dużo złego w ramach patriarchatu. I część z nich odnosi z niego tymczasowe korzyści. Nie znaczy to, że feministki chcące patriarchat rozmontować chcą zarazem dalej wysyłać mężczyzn na front samych samiuteńkich ;) Ba, nawet te feministki różnicy, które wierzą w jakieś nieprzekraczalne biologiczne i/lub kulturowe różnice płciowe, są raczej nastawione na poprawianie jakości życia obu płci przez waloryzowanie wartości stereotypowo kobiecych. Czyli nawet te feministki, z którymi się w zasadzie nie zgadzam, które czasem nawet głoszą inherentną wyższość kobiecości, chcą poprawić życie mężczyznom np. właśnie włączając relacyjność i empatię w etykę pracy w policji.

    Tak czy owak – zarzut nietrafiony. Feministki – a przynajmniej zdecydowana większość z nich – chcą 50% praw i 50% odpowiedzialności i 0% przywilejów dla którejkolwiek grupy – ale pewnych wysiłków wyrównawczych. Że nie jest przywilejem wyrównywanie szans, to nie mam nawet ochoty wyjaśniać, bo za oczywiste.

    „Poza tym wszystkim: feminizm to jest perspektywa warszawskich paniuś z jakichś bogatych komuszych rodzin, ktore studiowały sobie w USA a potem wróciły do Polski, żeby robić tutaj feminizm. ”

    Nie, to też kwestia walki o prawa pielęgniarek. O prawa reprodukcyjne. O moje prawo do lesbijskiej egzystencji i wzięcia kredytu na kawalerkę z partnerką, jak ludzie. To kwestia walki z tym, że otacza mnie przemoc przeciwko kobietom. Że znam kobiety, które były bite i nie wiedziały, dokąd się zwrócić. Feministki udzielają porad prawnych ofiarom przemocy domowej – i w miejscu pracy. Walczą o żłobki.

    Nie wmawiaj mi, że wiesz, kto to feministka. Jestem na genderowej podyplomówce (brzmi jak coś dla paniuś z Warszawy, pewnie z ojcami komuchami zaiste, a matki siedziały w domu i gotowały a teraz się córkom w dupach poprzewracało, co?) i ja jestem zaiste taką „elitarną” jednostką – oboje rodzice po studiach, chociaż biedę też się klepało ;) Ale moje koleżanki na tych studiach to nie tylko literaturoznawczynie z wolnymi sobotami, ale też kobiety w średnim wieku, pracujące w administracji na średnio opłacanych stanowiskach, po pedagogice, z małych miejscowości i wsi, bezrobotne i pracujące i w dużej mierze matki. I chcące wiedzieć więcej o dyskryminacji bo ją widziały i nie wiedziały, jak się przed nią bronić. Chcące wiedzieć, jak uczyć córki – jak nie dać się zwariować (na punkcie ciała, na punkcie urody, na punkcie własnej wartości) i synów – jak szanować kobiety, nie za to, że są kobietami, tylko za to, że są tak samo ludźmi.

    I część z tych kobiet się pewnie feministkami nie nazwie, ale nie muszą. Wystarczy, że wszystkie wiemy, że feminizm to nie jest tylko sprawa dla uprzywilejowanych.

    Lubię

  56. (A, i jedna niesamowita rzecz na tych studiach – moje współstudentki przyszły na nie nie tylko dostać papierek czy się nauczyć czegoś, ale też zwyczajnie, bo chciały porozmawiać z innymi osobami o podobnych poglądach. Poczuć się mniej same. Poczuć, że nie tylko one myślą, że coś z tym naszym światem w kwestii relacji między płciami jest nie tak. Niewiarygodne jest słuchać, jak takie kobiety z zupełnie innych sytuacji niż moja, biznesmenki z własnymi firmami czy panie z biura, otoczone przez rodziny naśmiewające się z ich zainteresowań i zupełnie tego nie rozumiejące, mają masę radości ze spotkań, na których mogą powiedzieć, że równość jeszcze nie jest rzeczywistością, a one by chciały, żeby była.)

    Lubię

  57. @ leseparatist

    No właśnie mam wrażenie, że to nie ja tutaj nie rozumiem. Po pierwsze, ten feminizm naprawdę radykalny i dążący do faktycznej równości( w której facet nie ma obowiązku odsuwania przed kobietą krzesła, taszczenia za nią zakupów, dorzucania się do wacików albo bronienia jej przed dresiarzami, dlatego, że należy do płci męskiej) to chyba jednak mniejszość wśród samych feministek, a przecież są jeszcze „postfeministki” i pewnie jeszcze ileś innych podgrup. A oprócz tego jest pozostałe 99%, które w ogóle nie poczuwają się do żadnej wspólnoty z jakimkolwiek feminizmem.

    Właśnie co jedna feministka orzekła, że lepiej odsunąć kobiecie krzesło żeby „nie wyjść na chama”. Sorry, ale to nie jest „równość”.

    „chcą poprawić życie mężczyznom np. właśnie włączając relacyjność i empatię w etykę pracy w policji.’

    O, a to jest zabawna, taki typowy przejaw feministyczno-lewicowego odklejenia od brzydkiej, brutalnej rzeczywistości, chyba że chodzi o taką pracę w policji typu zatrzymywanie samochodów do kontroli w jakimś kurwa skarżysku kamiennym. Czasami to wygląda tak: http://www.youtube.com/watch?v=fgAv1nodM-E / http://www.youtube.com/watch?v=bVcUYc5wqRM

    Lubię

  58. @ Misiael

    w mordę, sam nie potrafiłbym tego znaleźć po takim czasie…. ej, ale kiedyś, ze dwa lata, kłóciłem się na racjonalista.pl o „etykę opartą na nauce”, napisałem parę ciekawych komentarzy, które chciałbym jeszcze raz przeczytać. Weź daj mi do tego link. Będę Ci wdzięczny.

    Lubię

  59. @Teach: a, bo kolega nie potrafi być po prostu uprzejmy, tylko traktuje uprzejmość jak walutę, za którą kupuje sobie jakiś towar? To miłego życia życzę (i może byłbym współczuł, ale dla tępych buców nie mam empatii).

    Lubię

  60. Jeszcze u boniego bale ważyły 30 kilo. To spora różnica – 15 ważył sam młody kiedy popylałem z nim w chuście, namiotem i resztą potrzebnego przy dzieciaku szmelcu parę kilometrów na plażę. Więc te 30 nie robiło na mnie jakiegoś wrażenia (mind you: bal nie drze się i nie wyrywa, nie trzeba go też wysadzać w zwisie ani karmić).
    40 kilo, no to zupełnie inna historia – od razu klasyka staje przed oczami:

    Lubię

  61. @EdwardTeach
    Rozróżnijmy pojęcia. Feminizm radykalny to w ogóle nie jest to, co opisujesz. Feminizm radykalny uznaje opresję kobiet za podstawę całego systemu nierówości na świecie, i np. w skrajniejszych odmianach – każdy seks waginalny za nieodróżnialny od gwałtu, bo dochodzi do niego w sytuacji faktycznej nierówności kobiet, a zatem niemożliwości dania przez kobiety zupełnie wolnej i niezmanipulowanej zgody na seks. To jest radykalne, to zaiste stanowi niewielki ułamek całego feminizmu (choć chętnie nagłaśniany CIEKAWE CZEMU) ale to w zasadzie ma w dupie waciki, bo najlepiej nie być w heterozwiązku z żadnym facetem, bo to zawsze opresja.

    Natomiast jeśli naprawdę te krzesła i waciki tak mojego interlokutora bolą, to gratuluję braku poważniejszych problemów w życiu. Ja jestem gotowa obcym ludziom się z tej okazji dorzucić do wacików, jeśli w zamian za to małe dziewczynki będą mogły dostawać szczepionkę chroniącą przed rakiem i nie musieć z tej okazji posłuchać od polityków, że są (potencjalnie?) puszczalskie.

    A jest jednak jakaś średnia równowaga między domaganiem się równych praw do uczestnictwa w życiu publicznym i obrony przed przemocą a wielkim problemem Przymusu Odsuwania Krzesła. To znaczy nie widzę tej strasznej hipokryzji w domaganiu się praw nawet jeśli jest jakiejś kobiecie (-feministce) miło, jak ktoś jej krzesło odsunie. Bo te rzeczy są nijak równoważne.

    To rzekłszy, nie trzeba być radykalną feministką, żeby mieć te krzesła i waciki w głębokim poważaniu i większość feministek naprawdę ma ważniejsze rzeczy na głowie i nie znam ani jednej, która spędza czas z jednej strony domagając się Wielkich Praw a z drugiej Piętnując Nieodsuwane Krzesła. Mam wrażenie, że dostrzegam chochoła feministki. To takie silne wrażenie.

    Ale dalej uważam, że te waciki i krzesła to jakieś myślenie magiczne (czyli cechujące się dostrzeganiem związku przyczynowo-skutkowego gdzie go nie ma).

    W skrócie:

    „Właśnie co jedna feministka orzekła, że lepiej odsunąć kobiecie krzesło żeby “nie wyjść na chama”. Sorry, ale to nie jest “równość”.”

    Jeśli szukamy egalitarnej idylli w której nikt nigdy nie ma nad nikim władzy, to gratuluję rozsądnych i osiągalnych celów. Utopia jest ponoć piękna i cenna, ja w sumie też ją lubię. Ale jeśli używamy argumentu „nie chcę żeby kobiety szły po równo do polityki bo najpierw chcę być zwolniony z opresyjnego obowiązku odsuwania krzeseł” to złapmy się za głowy, to argumentacja godna jedenastolatka. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

    A co do nieprzystawania tych kobiecych wartości do OMG MĘSKIEGO ŚWIATA POLICJI – znaczy się co, jesteś przeciwny opiece psychologicznej dla służb mundurowych, czy uważasz, że współpracownicy powinni ich poddawać mobbingowi, czy co jeszcze? Bo jedną rzeczą są warunki pracy, a inną – środowisko pracy. Czy może wsparcie zawodowe nieoparte wyłącznie na Klubie Tru Facetów sprawi, że ci policjanci nie będą w stanie spełniać swoich obowiązków? Czy może nie należy od policjantów oczekiwać, że będą przestrzegali prawa i chronili obywateli i np. nie zgwałcą kogoś albo nie pobiją? Bo nie wiem, w jaki sposób nie przystaje etyka troski do policji.

    Lubię

  62. EdwardTech
    „Kobiety w wojsku najczęściej nie wykonują najcięższych zadań, nie uczestniczą w działaniach stritce bojowych, i raczej rzadko chorują na te wszystkie choroby, które ryją głowy facetom po służbie. ”

    Powiedz to http://en.wikipedia.org/wiki/Tammy_Duckworth , http://wiki.answers.com/Q/Why_did_captain_Mary_Jennings_get_a_purple_heart lub http://en.wikipedia.org/wiki/Kim_Campbell_%28pilot%29 (to ona pilotowała A-10 Thunderbolt II, którego fotka zdobi wszystkie militarne serwisy, gdy mowa nadzwyczajnej odporności na ostrzał tego samolotu) . Potem może przeczytaj http://www.polityka.pl/swiat/analizy/1535269,1,kobiety-z-us-army-na-front.read

    Lubię

  63. @ leseparatist
    „każdy seks waginalny za nieodróżnialny od gwałtu, bo dochodzi do niego w sytuacji faktycznej nierówności kobiet, a zatem niemożliwości dania przez kobiety zupełnie wolnej i niezmanipulowanej zgody na seks. To jest radykalne, to zaiste stanowi niewielki ułamek całego feminizmu (choć chętnie nagłaśniany CIEKAWE CZEMU) ale to w zasadzie ma w dupie waciki, bo najlepiej nie być w heterozwiązku z żadnym facetem, bo to zawsze opresja.”

    O, to jest nawet ciekawe(myślałem, że ten feminizm, który nazywam „radykalnym” faktycznie jest już najbardziej radykalny), ale jednak mnie nie przekonuje, ponieważ to taka argumentacja, jaką czasem stosują prawicowcy: jak nie lubicie Kaczyńskiego, to Wam dojebiemy Terlikowskim, a jak nie Terlikowski też jest nie okej, to Rydzykiem, a w ogóle to cieszcie się, że nie Leszkiem Bublem. Z tego że są jakieś skrajnie psychiczne feministki nijak nie wynika, że pozostałe są bardziej do zniesienia.

    Chodzi mi raczej o to, że ten feminizm to nie tylko polityka partyjna, samorządowa itd, ale też sfera prywatna, w tym moja, bo większość lasek, które spotykam ma coś takiego, że z jednej strony mam być parnterem, decyzje mają być podejmowane wspólnie i tak dalej, a z drugiej jednak „facet to ma być facet”, czyli mam być emocjonalnie silniejszy, niż ona, dorzucać jej ze swojej kasy do tych przysłowiowych wacików, i w ogóle być jednocześnie parnterem, przyjacielem, opiekunem, psychologiem a moja kasa ma stanowić główne źródło utrzymania, ergo problem jest w tym, że większości lasek feminizm robi wodę z mózgu, bo wpaja im nawyk domagania się swoich praw, równości itd, a jednocześnie nie próbuje im wyłtumaczyć, że większe prawa to powinny też być większe obowiązki, czyli że równe prawa=równe obowiązki. Pewnie że możesz sobie to tłumaczyć, że „taka prawdziwa równość jest niemożliwa” i „zawsze jest jakaś nierówność” i „ktoś się musi poświęcić”, tylko niby dlaczego poświęcać ma się właśnie facet? Bo jest facetem?

    I myślę, że w polskiej policji zwyczajnie nie ma kasy na jakąś „fachową opiekę psychologiczną” i tym podobne, poza tym, nie zawsze pomoc psychologiczna może dać takie zupełnie kojące rezultaty, jak codziennie oglądasz trupy z rozwalonymi lbami, przesłuchujesz psychopatów i zadajesz się z gangsterami to psycholog raczej nic nie co, co najwyżej może poradzić Ci odstawienie czynników chorobotwórczych, czyli w tym wypadku zmianę zatrudnienia.

    Lubię

  64. @Edward

    „ej, ale kiedyś, ze dwa lata, kłóciłem się na racjonalista.pl o “etykę opartą na nauce”, napisałem parę ciekawych komentarzy, które chciałbym jeszcze raz przeczytać. Weź daj mi do tego link. Będę Ci wdzięczny”

    Meh, ale co to ja, Twój sekretarz? Sam sobie szukaj. Tamtego flejma zapamiętałem ze względu na trafną repetę Boniego i Twoje komiczne wręcz jej nierozumienie. Sam sobie szukaj własnych kup na podwórku, jeśli nie pamiętasz, gdzie je narobiłeś.

    Lubię

  65. @leseparatist

    A ja bym wolal, zeby nie tylko male dziewczynki dostawaly szczepionke chroniaca przed rakiem, ale mali chlopcy tez… (ale wlasciwie – czy ta historia to na pewno dobry przyklad problemu rownouprawnienia kobiet? Przeciez tu nie chodzi o zly patriarchat, ktory chce zeby dziewczyny dostawaly raka, tylko o nawiedzonych prawicowych tradycjonalistow, ktorzy nie chca zeby ktokolwiek niezaleznie od plci uprawial seks – no chyba ze malzonkowie, rasy bialej, po slubie w kosciele.. to wtedy pewnie moga)

    Lubię

  66. skoro jesteś za równością praw, jesteś feministą

    No jeszcze szabesgojem, obrońcą czarnuchów, ludzi LGBT itd.
    „Jestem równościowcem” chyba nie musi w sobie ukrywać żadnych podtekstów. Aczkolwiek zapewne może.

    Lubię

  67. @Edward to nie miało Cię przekonywać, a jedynie zaznaczyć, że nie wiesz, co mówisz / nie nazywasz tego, o co Ci chodzi.

    „tylko niby dlaczego poświęcać ma się właśnie facet? Bo jest facetem?”

    Czyli wracamy do tego, że waciki i krzesła i zamykanie wielu zawodów przed kobietami to straszna dyskryminacja mężczyzn, którzy mają gorzej? Sorry, ale nie. Poświęca to się kobieta, która wykonuje społecznie nieszanowaną pracę domową i dostaje potem głodową rentę po mężu, jak dobrze pójdzie. Kobieta, która od zajmowania się dziećmi przechodzi do zajmowania się teściami i rodzicami i wnukami. Kobieta, która zarabia mniej mimo lepszego wykształcenia i CV, bo ją nauczyła kultura, że kobiecie nie wolno się kłócić. Więc dostaje mniej podwyżek. Kobieta, która najczęściej bita i zabijana jest przez partnera. (A zajście w ciążę to czynnik ryzyka do bycia zamordowaną.)

    Dlaczego zawsze poświęcają się kobiety? I jakim cudem wiktymologia męska ma się tak dobrze?

    @Gronkowiec

    Ale narracja dotycząca „czystości przedmałżeńskiej” dotyczy płci w różnym stopniu, jest double standard. A pewnie, że super zaszczepić wszystkich, ale znacznie bardziej zagrożone rakiem powodowanym przez HPV są kobiety. I to jest przykład patriarchatu, bo chodzi o to, że życie kobiety jest w społeczeństwie patriarchalnym mniej warte. To znaczy „kobiety i dzieci przodem” to taka fajna historia do podtrzymywania iluzji „uprzywilejowania”, a w rzeczywistości medycyna nieraz interesuje się „męskimi” chorobami dużo chętniej, przemoc domową się bagatelizuje, kobiecy trup jest sexy. To się wiąże też z tym 2 punktem w bingo.

    Lubię

  68. @leseparatist

    Zdaje mi się, że narracja „tradycjonalistyczna” („ludzie którzy uprawiają seks pozamałżeński są be”) i naracja „seksistwoska” („kobieta aktywna seksualnie to kurwa, facet aktywny seksualnie to macho”) w wielu miejscach się stykają, ale w historii ze szczepionkami chyba jednak przeważa „tradycjonalistyczna”. ta sama która woła „precz z edukacją seksualną” („niewazne jaka płeć jest edukowana, każde mówienie o seksie jest be”). Przynajmniej tak to odczytuję. Ale to kwestia akademicka. Nieważne którą narracje ktoś chce nam narzucić, narzucanie nie jest ok.

    W Polsce zresztą chyba specjalnie problemu szczepionek przeciw HPV nie ma, bo nas na nie po prostu nie stać. Zresztą z tą szczepionką jest wiele niejasności, więc jakoś szalenie nie żałuję że masowych szczepień u nas nie ma. Ale jeśli już szczepić, to naprawdę warto obie płci. Bo: 1) ok, kobiety zapadają na nowotwory wywołane przez HPV 2 razy częściej niż faceci, ale to nie jest duża różnica. 50%! O tym się nie mówi. Ale to jest rzesza mężczyzn którym można by uratować życie, ale nikt się tym nie interesuje.(to tak jeśli chodzi o dyskryminację płciową w medycynie. Nie myśl że tylko kobiety są dyskryminowane) no i 2) Najlepszą metodą ochrony kobiet które się z różnych przyczyn nie mogły zaszczepić, jest szczepienie facetów, żeby nie mogli roznosić wirusa i zarażać nieszczepionych kobiet.

    Wiesz, właściwie nie odniosłem wrażenia, że medycyna interesuje się głównie chorobami mężczyzn. Dużo bardziej uderza mnie, że interesuje się chorobami społeczeństw zachodnich. Ach, no i chorobami, na których można dobrze zarobić. Może rozwiń ten temat, chciałbym zobaczyć co przeoczyłem.

    P.S.: Kobiecy trup jest sexy????? O_O

    Lubię

  69. @ leseparatist

    Wypłacz mi taką rzekę. Po pierwsze: nie każdy facet chce płodzić wrzaszczuny, czego zresztą większość lasek nie rozumie i nie przyjmuje do wiadomości, a jeśli przyjmuje to z bulwersacją.
    Po drugie, to tłumaczenie, że jak facet zarabia więcej niż kobieta to dlatego, że tak ją nauczyła kultura to często trochę próba pokrycia braku ambicji, rzutkości itd. Kiedyś na krytyce politycznej Dunin jęczała, że piszą felietony dla prasy nie zarabiała tyle, co Pilch. Jej zdaniem przez patriarchalną kulturę, a nie dlatego, że po prostu Pilch jest bardziej utalentowany i z całą pewnością poświęcił o wiele więcej czasu i pracy na naukę warsztatu i szlifowanie stylu, niż ona.
    Wreszcie: cały czas rozpatrujesz to w wymiarze globalnym, który jest tutaj z dupy, bo niby czemu konkretny młody facet ma w swoim osobistym, jednostkowym życiu pogarszać sobie sytuację w imię tego, że jest taka a nie inna sytuacja ogólna, kulturalna i tak dalej. Z mojej jednostkowej perspektywy to miało by sens, gdybym miał w zamierzeniu gwałcić swoją kobietą albo ją bić albo zrobić jej wrzaszczuna i potem zmuszać do półdarmowego zapierdololu przy jednoczesnej pracy zarobkowej na etacie, ale ja wcale nie mam takich zamierzeń. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że laski wymagają ode mnie bardzo wiele a jednocześnie nie widzą potrzeby, żeby czegokolwiek wymagać od siebie samych, poza ładnym wyglądaniem.
    Trudno powiedzieć, na ile moje doświadczenie jest reprezentatywne dla ogółu facetów w moim wieku, ale jak tak gadam z jakimiś znajomymi to oni wcale nie przejawiają jakiejś większej ochoty, żeby mieć dzieci itd. Za to wszystkie znane mi laski tylko czekają, żeby mieć dzieciaczki, mieszkanko i wygodne życie, które ma im zapewnić facet, a jak nie będzie potrafił to pizda z niego, a nie facet.

    Lubię

  70. ” I to jest przykład patriarchatu, bo chodzi o to, że życie kobiety jest w społeczeństwie patriarchalnym mniej warte. ”

    ta, a dowodem na to jest fakt, że ustawowo i obyczajowo trzyma się kobiety z dala od wszystkich lub niemal wszystkich najbardziej niebezpiecznych i niszczących dla zdrowia zawodów. HPV nie jest refundowane bo nie ma kasy, to raz, dwa jak już jest to tylko i wyłącznie dla kobiet, a faceci też przez to chorują i to coraz częściej.

    Lubię

  71. „Wiesz, właściwie nie odniosłem wrażenia, że medycyna interesuje się głównie chorobami mężczyzn. Dużo bardziej uderza mnie, że interesuje się chorobami społeczeństw zachodnich. Ach, no i chorobami, na których można dobrze zarobić. Może rozwiń ten temat, chciałbym zobaczyć co przeoczyłem.”

    Może byłam nieprecyzyjna – okazuje się dzisiaj np. że leki mają interakcje z hormonami i inaczej działają w kobietach, a inaczej w mężczyznach. A że przy procesie produkcji i badań „mężczyzna” był „default” to okazuje się, że leki lepiej działają u mężczyzn. Ale już nie pamiętam dokładnie, co to było, jakaś kwestia leków na serce bodajże. To samo zaiste dotyczy rasy, leki projektowane są dla białych pacjentów i okazuje się potem, że są różnice w działaniu.

    Seksizm medyczny widać bardzo dobrze w psychiatrii, gdzie np. poważnie zaczęto traktować PTSD po I wojnie światowej. Wcześniej jak leczono „histerię” to wiadomo. A potem kobiet cierpiących na PTSD długo nie chciano tak diagnozować.

    Nie myślę, że tylko kobiety są dyskryminowane, nigdy tak nie pisałam ;) Np.wstydliwość i przymus męskości powoduje, że mężczyźni się również autodyskryminują medycznie. Częściej popełniają (skuteczne) samobójstwa. W razie depresji mają gorsze rokowania. A w ogóle do lekarzy nie chcą chodzić.

    @Edward: w zasadzie rozmowa robi się bez sensu, bo powtórka z rozrywki, ale tylko tak dopowiem

    „Trudno powiedzieć, na ile moje doświadczenie jest reprezentatywne dla ogółu facetów w moim wieku, ale jak tak gadam z jakimiś znajomymi to oni wcale nie przejawiają jakiejś większej ochoty, żeby mieć dzieci itd. Za to wszystkie znane mi laski tylko czekają, żeby mieć dzieciaczki, mieszkanko i wygodne życie, które ma im zapewnić facet, a jak nie będzie potrafił to pizda z niego, a nie facet.”

    To one pecha mają, bo właśnie ponoć socjologia też mówi, że panowie coraz częściej niezainteresowani są związkami i dziećmi. Albo stałą pracą. Ale jak pisałam na samym początku: kobiety robią sobie na zachodzie coraz częściej dzieci w przelotnym związku, i zostają z nimi same. I same pracują na mieszkanko. I pewnie mało wygodne życie.

    A ja autentycznie nie znam w swoim środowisku kobiety na utrzymaniu faceta, ale też nie sądzę, by było to jakąś straszną oznaką nierówności, jeśli jest jasna zgoda i umowa obu stron i wywiązanie się z niej, bo sorry, ale zajmowanie się dziećmi i domem to nie jest wygodne ciepełko (mimo, że praca także nie jest). Tzw. seesaw marriage to ponoć nowy romantyczny wzorzec ;) Żeby życie miało smaczek, raz ona raz on idą do pracy, a drugie zostaje z dziećmi ~na utrzymaniu~ ;)

    Lubię

  72. A, jeszcze!

    „P.S.: Kobiecy trup jest sexy????? O_O”

    Supernatural, Castle, CSI, The Following w zasadzie na tym jadą od wielu lat. Poe napisał, że nie ma nic bardziej poetyckiego niż śmierć pięknej kobiety i film i telewizja się tego trzymają. Nie ma nic bardziej seksownego niż erotycznie nacechowane morderstwo i potem piękny, artystyczny kobiecy trup, na którym zatrzymuje się kamera.

    (Zresztą high fashion też słynie ze zdjęć, w których ubrania pokazywane są na modelkach udających pobite lub martwe.)

    Lubię

  73. @Edward @leseparatist

    Nasze osobiste obserwacje to nie są mocne dowody (ja np nigdy nie spotkałem Eskimosa, choć podejrzewam ze jednak istnieją). Ale dorzucę swoją obserwację: wielu znanych mi facetów wiąże się z kobietami, które chcą urodzić dziecko, siedzieć w domu i ciągnąć kasę od męża, bo uważają ze od tego mąż jest żeby na żonę pracować. Natomiast wyraźnie Ci faceci unikają kobiet zainteresowanych partnerskim, symetrycznym związkiem. Więc zaryzykowałbym stwierdzenie: takie kobiety sobie bierzecie, to nie narzekajcie potem że was traktują jak chodzące bankomaty, a nie prawdziwych ludzi ^^

    @leseparatist

    Ach, ok, rozumiem. Na szczęście obecnie firmy farmaceutyczne dbają o wizerunek, więc szybko reagują na takie problemy. Badają leki na różnych płciach w różnym wieku, na różnych rasach – a nawet chyba wszystkie duże firmy co najmniej udają, że mają jakieś programy badań nad chorobami trapiącymi kraje rozwijające się. Ale jeśli chodzi o leki, które różnie działają na ludzi z różnych ras, to sprawa jest bardzo śliska i delikatna, bo takie badania mogą być łatwo oskarżone o rasizm…

    No i jasne, nie tylko w medycynie, ale i generalnie w kulturze zachodniej jest tendencja do zajmowania się problemami mężczyzn, a ignorowania problemów kobiet. Ale histeria = PTSD ? Nieeeee, co ma piernik do wiatraka? Nie przekonuje mnie takie wyjaśnienie. Histeria to tajemnicza choroba? zjawisko? , nie mająca chyba nic wspólnego z żadnym znanym obecnie syndromem (no, może z „chronicznym zmęczneiem”, jak sugerował prof Szczeklik, ale nie jestem przekonany).

    A co do dyskryminacji mężczyzn w medycynie, to nie chcę się bawić w Freuda, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu że uwaga świata skupia się na HPV i pochwie, bo faceci mają trochę obsesje na punkcie tego organu (takie „love-hate relationship”), natomiast absolutnie nie chcą nawet myśleć o organach takich jak nosogardziel czy odbyt, a już zwłaszcza rozważać co trzeba zrobić, żeby zarazić się HPV w tamtych miejscach… ;)

    Lubię

  74. @Gronkowiec
    Histeria to była oczywiście magiczna choroba-parasol, wygodna żeby zrobić kliterektomię, ale są takie opisy histeryczek, które brzmią bardzo podobnie do opisu objawów PTSD ofiar molestowania. Stąd wniosek, że PTSD w kobietach uznawano za histerię.

    Lubię

  75. „Nasze osobiste obserwacje to nie są mocne dowody”

    No to dość oczywiste, tak tylko luźno wspominam dlatego ;) wiadomo, że nie dość, że za małe pole badań i skrzywione bo znamy się z podobnymi do nas osobami, to jeszcze w dodatku pewnie confirmation bias się wkrada.

    Lubię

  76. Mi histeria bardziej wydaje się jakąś generalną formą radzenia sobie z problemami psychicznymi, przenoszenia tłumionych napięć psychicznych na objawy somatyczne. Niekoniecznie objawów wywołanych jakąś traumą. Więc nie widziałbym w „histerii” jakiegoś spisku patriarchatu, chcącego znaleźć pretekst do ignorowania kobiet. Widze to raczej jako kobiecą metodę manifestowania swoich uczuć, których dominujaca kultura manifestować nie pozwala. Choć… widzę kilka luk w tym rozumowaniu :/ Więc nie ma co gdybać, bo się z tego offtop zrobi :) Wróćmy do flejmowania o feminiźmie :)

    Lubię

  77. @Gronkowiec: nie chodzi o dzisiejsze znaczenie, tylko o diagnozowaną kiedyś „chorobę”, którą leczono przeróżnie, m.in. wibratorem albo wycinaniem łechtaczki.

    Lubię

  78. Ja już chyba zużyłam swoje flejmowanie, muszę ogarnąć własny wpis o postfeministycznych ksiązkach, co go planuję i planuję ;D

    Więc tylko się odniosę do tradycyjnych kobiecych umiejętności: ej, ale po co się krochmali pościel? O_O Ja kiedyś użyłam krochmalonego ręcznika i to było zupełnie nieprzyjemne, ktoś to robi w ogóle? I po co? o_O

    Ale oczywiście dużo prawdy w tym artykule, to znaczy: nie, że tragedya, że kobiety nie umieją, ale że wraca moda na takie rzeczy. Kiedyś kobiety się wyzwalały od domu, a teraz dom tak opakowano, że sama lubię połazić po głupim home&you. Więc kiedyś to był przykry obowiązek, to sprzątanie, a teraz niby hobby kobiece i crafts roomy i lajfstajl i blog organizerskie i w ogóle pistolet do kleju.

    I pod koniec dnia postfeministyczna, retro-rodzicielska pracująca mama ręcznie pierze tetry, „bo to najzdrowsze”.

    Lubię

  79. Myślę, że tracąc zdolności pieczenia ciast, szycia i robienia na drutach tracimy pewne cudowne „domowe” przeżycia. I tracimy możliwość wyboru „dziś kupię ciasto w sklepie, ale jutro zrobię sam dokładnie takie jakie lubię”. Miło wspominam czas, gdy pomagałem dziadkom robić domowe przetwory, ale niestety teraz już nikt w rodzinie ich nie robi, a ja się też tego nie nauczyłem… Moje babcie pieką wspaniałe ciasta (żadne ze sklepu im nie dorówna), ale to ostatnia generacja w rodzinie która to jeszcze potrafi. Gdy jedna z nich złamała rękę, na Wielkanoc musieliśmy się obejść bez naszego tradycyjnego mazurka. Przykre :(

    Natomiast zupełnie nie rozumiem czemu niby to mają być „kobiece zajęcia”, których brakuje „współczesnym kobietom”. A co, mężczyznom ich nie brakuje? W mojej rodzinie jedyną osobą, która umie choćby podstawy robienia na drutach jestem ja, a jeden z moich kolegów piecze świetne ciasta. I pewnie ja też się nauczę piec, bo kolejnej Wielkanocy bez babcinego mazurka nie zdzierżę. Więc tekst powinien raczej mieć tytuł „jakich umiejętności brakuje współczesnym rodzicom”

    P.S.: Też nie chwytam krochmalenia, ale niejasno pamiętam że na wsi to był powód do dumy, jak ktoś miał prześcieradło tak wykrochmalone, że można na sztorc było je postawić :)

    Lubię

  80. U mnie w domu nosiło się pościel do krochmalenia. Ładnie pachniała i mniej się gniotła. Samodzielnie tego nie robiliśmy.

    Jeszcze a propos kobiet nie osiągających takich sukcesów jak mężczyźni: nie zawsze jest tak, że nie poświęcają wystarczająco czasu na wypracowanie sukcesu. Czasem tego czasu poświęcić nie mogą, bo, na przykład, nie mają wsparcia w pracach domowych. Czasem sukces osiąga się nie dzięki pracy, a znajomościom, a kraj mamy taki, że bardziej szanuje się z tych, z którymi piło się wódkę niż spało. I tak dalej.

    Lubię

  81. „Jeszcze a propos kobiet nie osiągających takich sukcesów jak mężczyźni: nie zawsze jest tak, że nie poświęcają wystarczająco czasu na wypracowanie sukcesu. Czasem tego czasu poświęcić nie mogą, bo, na przykład, nie mają wsparcia w pracach domowych. Czasem sukces osiąga się nie dzięki pracy, a znajomościom, a kraj mamy taki, że bardziej szanuje się z tych, z którymi piło się wódkę niż spało. I tak dalej.”

    I to są wszystko wnioski nie tylko akademiczek-feministek, ale nawet przedsiębiorczyń neoliberałek. Przy całej mojej niechęci do korpo-świata, dość Sheryl Sandberg dobrze to opisuje w „Lean In”.

    Do tego dochodzi słynny eksperyment nt. likeability factor – dano grupom opisy kariery kobiety albo mężczyzny, dokładnie takie same. I choć obie osoby uznano za kompetentne, kobietę, która osiągnęła sukces, uznano za niesympatyczną i nie chciano z nią pracować.
    Sandberg pisze też o tym, że kobiety nie tylko są oduczone negocjować, ale też jeśli negocjują podwyżkę, to są za to źle postrzegane (a mężczyźni robiący to samo nie).

    No i mamy niedawno chyba zresztą powtórzony eksperyment z wysłaniem takich samych CV wirtualnego naukowca do amerykańskich uniwersytetów i okazuje się, że przy wyliczaniu jaką zaoferować pensję, różnice były znaczne w zależności od płci. Co ważne, różnice nie zależały od płci osób proponujących tę pensję.

    A promotorzy ponoć chętnie promują kobiety itp., ale nie chcą już ich przyjmować do pracy potem ;) Przywołuję amerykańskie badania, bo nie znam polskich odpowiedników, ale nie zdziwiłabym się, gdyby było podobnie. Sama na uniwersytecie widzę, jak to na sfeminizowanych kierunkach na samej górze i tak siedzą przewaznie mężczyźni. A niektóre kobiety, które tam na górze są, dyskryminują inne kobiety nawet bardziej :(

    Lubię

  82. Nie mogę w tej chwili znaleźć tych badań, ale widziałem ze w USA sprawa równouprawnienia na uczelniach wcale nie wygląda tak źle. Uniwersytety przy zatrudnianiu, mając do wyboru dwóch kandydatów o tych samych kwalifikacjach, zdecydowanie wolą wybrać kandydata-kobietę niż mężczyznę (zastanawiam się wręcz, czy to nie trochę zbyt daleko posunięta akcja afirmacyjna). W efekcie kobiety stanowią coraz liczniejszą grupę akademików – w chwili obecnej wręcz przeważają na większości szczebli kariery, pomijając najwyższe szczeble. Ale muszę się dogrzebać do tych wyników i sprawdzić czy czegoś nie pokręciłem…

    Natomiast na Polskich Uniwersytetach (uwaga, to subiektywna obserwacja) gdy widuję małżeństwa pracujące „w nauce”, to często facet jest profesorem, a kobiety tylko doktorem – a nigdy nie widziałem sytuacji odwrotnej, w której to kobieta robiłaby karierę naukową, a mąż nieco zwolnił i wspierał małżonkę. Na szczęście widuje też coraz więcej par gdzie małżonkowie mają te same stopnie naukowe :)

    Ale odnośnie kobiet nie osiągających tego samego sukcesu co mężczyźni, bo nie mogą poświecić tyle samo czasu na walkę o sukces, bo muszą zajmować się domem: Jasne, jeśli ktoś poświęca się pracy w 100%, to powinien osiągać większe sukcesy, niż ktoś kto na prace poświęca 50% czasu. Tylko mam nadzieję, że nikt tego nie będzie nazywał dyskryminacją! Jeśli ktoś decyduje, że będzie mniej czasu poświęcał karierze, to musi się liczyć z efektami tej decyzji.

    Lubię

  83. O, i jeszcze uwaga z Polski: znajoma pracuje w firmie, gdzie cała kadra kierownicza to starzy znajomi z wojska. Koleżanka jednak ma mocną głowę, ostro z kierownikami pije a na broni i strzelaniu się zna. Zobaczymy czy się ta strategia sprawdzi :)

    Lubię

  84. (A. W próżni to oczywiście nie jest dyskryminujące. W naszym świecie, gdzie istnieją podwójne standardy i inne zobowiązania względem kobiet, nie jest to takie proste. Dlaczego kobieta poświęca (może poświęcić) mniej czasu pracy, czy jest mniej efektywna poświęcając mniej czasu, czy chciałaby się oddać pracy, ale nie może, czy nawet jak się poświęca, to jest to źle postrzegane i w pracy i społecznie – to wszystko są przecież bardziej skomplikowane rzeczy. A tak po ludzku – nikt, a już przynajmniej nikt poza jakimiś super-wymagającymi zawodami [które wykonuje się raczej jakiś czas na 100% a nie całe życie do emerytury] nie powinien chyba musieć zupełnie porzucić życia poza-pracą, ani kobiety, ani mężczyźni. I stopniowo mężczyźni też się domagają prawa do wizyty w przedszkolu na przedstawieniu dziecka. Ciekawe tylko, jak postrzegane jest, gdy o te kilka godzin wolnego prosi facet, a jak gdy kobieta i czy tak samo.)

    Lubię

  85. @leseparatist

    Artykuł Pani Slaughter jest ciekawy, ale niezbyt mnie przekonał że ocenianie pracowników za to, ile wysiłku wkładają w pracę to dyskryminacja (BTW, Pani Slaughter tweirdzi że kobiety z natury chcą zostawać w domu z dziećmi, a faceci z natury chcą robić kariery poza domem – ciekawe jak to się ma do punktu 1 z „antyfeministycznego bingo”).

    Istnieje coś takiego, jak dyskryminacja kobiet na rynku pracy. Mimo podobnych obowiązków i wyników, zarabiają przeciętnie mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach (zwłaszcza w sektorze prywatnym). Osiągnięcia kobiet przez wiele osób oceniane są jako mniej ważne niż osiągnięcia mężczyzn – statystyczna kobieta musi się wykazać kilka razy bardziej niż jej kolega z pracy, by zasłużyć na taką samą pochwałę lub szacunek.

    Istnieje też duży problem z tym, że społeczeństwo usiłuje wciskać kobiety w pewne narracje, tłumacząc im „jak kobieta powinna się zachowywać”, często stawiając im w efekcie nierealistyczne oczekiwania – i dając po głowie tym, które chcą żyć po swojemu.

    Wszystko to są poważne problemy i są to formy dyskryminacji.

    Nie jest natomiast dyskryminacją ocenianie kogoś po wynikach pracy. Jeśli ktoś zarywa noc by poprawić projekt w pracy na czas, to zasługuje na pochwałę. Jeśli ktoś nie ma czasu żeby projektem się zająć, bo musi gotować w domu zupę – to pracodawca może słusznie czuć się rozczarowany takim pracownikiem. Nie ma to nic z kwestią płci lub dyskryminacji wspólnego.

    Istnieją zawody, gdzie pracuje się 8h dziennie, 5 dni w tygodniu, a potem ma się czas dla siebie. istnieją też zawody, gdzie trzeba wiele poświęcić, pracować nienormowaną ilość czasu, gdzie trzeba nieraz wręcz ścigać się z czasem (i z kolegami). Każdy ma rozum i może wybrać jaki zawód odpowiada jego planom życiowym. Jeśli zaś ktoś wybiera prace, która wymaga wyrzeczeń i poświeceń, ale nie ma zamiaru dla tej pracy z niczego rezygnować i płacze, że nie jest doceniany tak jak Ci, którzy z wszystkiego dla pracy rezygnują.. to taki ktoś po prostu widać nie potrafi używać rozumu, bo wiedział co wybiera. Zasłanianie się równouprawnieniem i domaganie się, by co co mniej się dla pracy poświęcają byli nagradzani bardziej niż Ci, którzy całym sobą oddają się pracy, jest po prostu niepoważne.

    Lubię

  86. @złocisty: stnieją też zawody, gdzie trzeba wiele poświęcić, pracować nienormowaną ilość czasu, gdzie trzeba nieraz wręcz ścigać się z czasem (i z kolegami) – nie, nie ma takich zawodów.

    Lubię

  87. @Jubal

    Rozumiem że np. dyplomacja największego imperium na świecie (bo tam pracowała pani Slaughter) ma pracować od 9 do 17? Już widzę te nagłówki w gazetach ‚Korea grozi atakiem jądrowym. Komentarz ministerstwa spraw zagranicznych poznamy jutro, bo obecnie jego pracownicy spędzają miły wieczór ze swoimi rodzinami”.

    Lubię

  88. Przecież od tego są dyżury, praca na zmiany itp.; to zawsze jest kompromis – można albo pracować dobrze i wydajnie, albo poświęcać się pracy ponad miarę, zabierając sobie czas niezbędny na odpoczynek. Prędzej czy później za takie coś się płaci.

    Lubię

  89. Jasne, trzeba zachować jakiś rozsądny balans. Ale myślę, że w naturze wielu zawodów jest jednak „wyścig szczurów” – i nie da się z tym nic, przynajmniej teraz, zrobić. Np przemysł reklamowy – twoje pomysły muszą być ciągle najlepsze, żeby ofertodawcy się do ciebie zgłaszali. Nikogo nie interesuje czy spałeś w nocy czy nie, ważne ile trafionych pomysłów Ci przyjdzie do głowy. A jeśli Ci dobre nie przyjdą.. to żegnaj, bezrobocie czeka.

    -> tak sobie przynajmniej wyobrażam ^_^

    Lubię

  90. „Rozumiem że np. dyplomacja największego imperium na świecie (bo tam pracowała pani Slaughter) ma pracować od 9 do 17? Już widzę te nagłówki w gazetach ‘Korea grozi atakiem jądrowym. Komentarz ministerstwa spraw zagranicznych poznamy jutro, bo obecnie jego pracownicy spędzają miły wieczór ze swoimi rodzinami”.”

    Nie, ale w tej dyplomacji na szczycie to pracuje ile osób, kilkadziesiąt ;) A takie wymagania stawia co druga korporacja, co stanowi nową metodę utrzymywania szklanego sufitu. Jeśli jakaś strategia podtrzymuje status quo, to nie jestem taka przekonana, że można ją uznać za neutralną. Co więcej, sprzyja to wypaleniu zawodowemu dla każdego.

    Czytałam ten artykuł jak wyszedł i teraz już nie mam czasu cały czytać drugi raz: gdzie Slaughter pisze, że kobiety z natury chcą zostawać w domu? Bo ja znalazłam, że pisze, że są socjalizowane do tego, by poczuwać się do odpowiedzialności za dom bardziej i by dokonywać takich wyborów do tego stopnia, że o wyborze trudno mówić. Potem dodaje, że „może to być zakorzenione głębiej [niż socjalizacja]” ale ja to odebrałam w zasadzie jako taki hedging na zasadzie „ale nawet jeśli jest w tym jakaś biologia, to w zasadzie jest to bez znaczenia”. Zresztą to jest w zasadzie stanowisko wielu trzeciofalowych i postfeministek – może jest tam jakaś różnica w hormonach czy w biologii, ale jest ona nieporównywalnie mniejsza niż socjalizacja, nie do oddzielenia od performowanych ról determinowanych kulturowo i historycznie, a poza tym tak wiele potrafimy zmienić kulturowo, że ta biologia nie powinna nas determinować a co najwyżej stanowić drobną przeszkodę. O ile jest. Czego do końca nie wiemy ani nas tak nie interesuje ;)

    A zresztą nie wiem, na ile się akurat w tej sprawie zgadzam ze Slaughter – ale trudno mi się wypowiadać, bo nie mam doświadczenia fizycznego ciąży i macierzyństwa. I wiele feministek czytałam piszących, że to doświadczenie zmienia. I może ojcostwo też zmienia, ale tym bardziej nie mogę się wypowiedzieć czy i jak. A poza tym to jakaś fenomenologia, niebezpieczne obszary ;)

    Ale jeśli idzie o antyfeministyczne bingo to zarzut nie do końca trafiony, bo to różnica jest dla mnie gatunkowa między „istnieje być może jakaś różnica biologiczna w stosunku do dzieci przynajmniej dla niektórych kobiet i mężczyzn” a „od tego są kobiety i mężczyźni nie muszą”. Slaughter postuluje docenienie odrębnych pozycji niezależnie od tego, czy są uwarunkowane biologicznie czy kulturowo, nie deprecjonowanie tego, co kobiece.

    Ale też feminizm – trzeba pamiętać – to prąd szeroki i pełen sprzeczności (i to też po części jego i siła i słabość :)) i Slaughter krytykuje go za mit „have it all” (nie ona pierwsza zresztą) a Slaughter skrytykowano (by) pewnie za esencjalizm, który dostrzegłeś, pewnie też za uprzywilejowaną perspektywę i nie wiem, prokapitalizm albo korpo-neoliberalizm ;) I za oskarżanie feminizmu o przymus „have-it-all” pewnie też jej się oberwało, ojoj ;)

    Lubię

  91. „i nie da się z tym nic, przynajmniej teraz, zrobić”

    No właśnie artykuł Slaughter jest o tym, że trzeba z tym coś zrobić, bo to dyskryminuje kobiety dysproporcjonalnie. Współstanowi ich dyskryminację.

    Lubię

  92. Jestem okropna, co chwila sobie przypominam, że miałam coś dodać i muszę następny komentarz zamiast sensownie jeden dłuższy zostawić :/

    „ocenianie pracowników za to, ile wysiłku wkładają w pracę to dyskryminacja”

    Kryteria oceny nie istnieją w próżni i nie są jedynymi możliwymi. Ocenia się właśnie nie jakiś abstrakcyjny wysiłek, ale często *czas* pracy, czy jest wykonywana lepiej czy gorzej. Gdyby oceniano efektywność, wyglądałoby to inaczej. Żyjemy w takiej a nie innej kulturze pracy – sama mam zresztą pracę, w której mogę coś zrobić u siebie w domu, a mogę w pracy. I czasem zamiast u siebie w domu, to robię to w pracy – po częsci dlatego, że zajmuje mi to mniej czasu, bo mniej się rozpraszam, a po części dlatego, że wiem, że jeśli jestem w pracy widziana siedząc, to jest to lepiej postrzegane i tyle. I co zabawne, wymuszają to trochę na mnie koledzy, którzy siedzą w pracy całe dnie, nic specjalnie pracowego nie robiąc czasem. Ale oddychają powietrzem gabinetu ;)

    Lubię

  93. @Jubal
    Jest jeden taki bardzo popularny zawód – zleceniobiorca. Nie wiem co takiego ludzie w nim widzą, chyba „nie potrafią używać rozumu”.

    Lubię

  94. @leseparatist

    Uwaga ogólna: nie przepadam za kapitalizmem, ale mam świadomość, że żyjemy w takim a nie innym świecie, ciesze się ze w Europe mamy chociaż „kapitalizm z ludzką twarzą” i staram się jakoś dopasowywać swoje wizje, plany i oczekiwania do tego jaki mamy system. Bo nie widzę jakoś na horyzoncie żadnej nadciągającej rewolucji.

    ***

    Artykuł mnie zdenerwował głównie tym, że autorka konstruuje tezę, jakoby dla mężczyzn „rezygnacja z rodziny to było nic wielkiego”, a dla kobiety „jest to coś niewyobrażalnego”. Może faktycznie zaznaczyła tam, ze to wynik socjalizacji i mi to umknęło. Niemniej jednak chciałbym żeby ktoś autorce wytłumaczył, że dla mężczyzn rodzina też jest ważna, a zawartość majtek nie wpływa na to jak bolesna jest rozłąka z dziećmi. Choć może ktoś jej o tym wspomniał, bo gdzieś pod koniec artykułu nieśmiało wspomniała, że mężczyźni pewnie też się ucieszą, kiedy będą dłużej z rodzinami. Przesadziłem z tym porównywaniem jej do punktu z antyfeministycznego bingo, ale pomyślałem że to bardziej poruszy ludzi na forum, niż wspominanie o prawach facetów i jej ciągoty do esencjalizmu.

    ***

    Oczywiście, feminizm to strasznie szeroki nurt, a różne jego odłamy się ochoczo nieraz żarły między sobą. Tak wiec pewnie każdy znajdzie w feminizmie coś, co mu pasuje, ale też każdy znajdzie w feminizmie coś, co go oburza. Może stąd po części hasła jak z antyfeministycznego bingo („nie jestem feministą, jestem równościowcem”). Ja na przykład jestem bardzo przywiązany do teorii gender, a części nurtów feminizmu zdecydowanie nie po drodze z tą teorią.

    ***

    No a wracając do rzeczy: jasne, wielu pracodawców pewnie idiotycznie patrzy na czas pracy, a nie na efekty albo „jakość” tego czasu. Ja np. mam właściwie nienormowaną długość pracy, a godziny pracy mam elastyczne – ale co jakiś czas zwraca mi się uwagę że jednak to nie w porządku że nie siedzę rano w pracy, bo elastyczność elastycznością, ale…. Więc się wtedy zwlekam rano z łózka, siedzę w pracy nad kubkiem kawy i oglądam śmieszne obrazki w necie, bo o tej godzinie mój mózg nic więcej nie potrafi.

    Tak więc nie ma chyba dobrej metody oceny „kto się bardziej przykłada”. Choć wyobrażam sobie, że np. w przypadku wspomnianego przykładu agencji reklamowej ,wiadomo kto jest dobrym pracownikiem: ten kto przygotuje kampanię, z której klient będzie zadowolony, i którą dostrzega konsumenci. Podobnie pewnie w przypadku każdego pracujaćego jako „zleceniobiorca”, o czym wspomniał no name.

    Ale jakby nie mierzyć skuteczności pracowania, podejrzewam że statystyczny kawaler skupiony na karierze będzie bardziej oddany pracy niż statystyczna żona i matka, która musi zajmować się dziećmi. I jako pracodawca to jemu wolałbym dać podwyżkę.

    ***

    I na koniec wracając do poświęcania się. Jeśli zrobienie kariery w jakiejś firmie wymaga poświęcania się, rezygnacji z rodziny itp – to to faktycznie jest smutne, ale nie jest to dyskryminacja kobiet. Bo mężczyźni-pracownicy tej firmy też muszą ponosić taką samą ofiarę. Więc jeśli jakaś kobieta chce mieć satysfakcjonujące życie rodzinne, to po prostu nie powinna się zatrudniać w tej firmie. To nie jest żaden „szklany sufit” tylko jej wybór, czy woli karierę w tej firmie, czy rodzinę.

    Lubię

  95. @Gronkowiec
    „autorka konstruuje tezę, jakoby dla mężczyzn “rezygnacja z rodziny to było nic wielkiego”, a dla kobiety “jest to coś niewyobrażalnego”.”

    Zupełnie tam tego nie widzę. Widzę napisane, że podjęcie przez mężczyznę wyboru pt. „kariera jest ważniejsza” będzie przez społeczeństwo premiowane. Że wielu mężczyzn potraktuje to jako altruizm i poświęcenie, ostatecznie i dla dobra rodziny (piniążki) i ojczyzny czy czegośtam. Firmy. Że takie ich do tego podejście jest wzmacniane społecznie i dlatego tak psychologicznie to funkcjonuje. Że dzieci są uczone to rozumieć, że szefowie tak to rozumieją, że żony tak to rozumieją.

    Kobieta podejmująca taką samą decyzję będzie zawsze na przegranej pozycji: choćby jej mąż był nie wiadomo jak doskonałym rodzicem, to dzieci w szkole dowiedzą się, że to ich mama powinna im robić kanapki, w pracy będą nieufnie patrzeć na „nienaturalną matkę.”

    Więc koszt psychiczny jest inny nie dlatego, że dla mężczyzn rodzina jest mniej ważna – Slaughter napisała, że nie jest. Ale dlatego, że mężczyzna dostaje nagrodę za swój wybór, a kobieta tonę poczucia winy z każdej strony. Zdaniem Slaughter – także od feminizmu, który jej wkręca, że powinna poradzić robić wszystko. Ja się z tym nie do końca zgadzam ;)

    „Ja na przykład jestem bardzo przywiązany do teorii gender, a części nurtów feminizmu zdecydowanie nie po drodze z tą teorią.”

    No pewnie, część feminizmu uważa, że gender to feminizm bez kobiet i czasem do tego się sprowadza. Widać to dobrze w akademii, gdzie po fali zainteresowania kobietami (women’s studies) gender umożliwił z jednej strony *nowe, świeże i krytyczne* spojrzenie na męski kanon, a z drugiej strony – umożliwił znowu patrzenie na *męski kanon* ;D

    Niemniej jednak bez feminizmu nie ma genderu, więc. Myślę, że jednak identyfikacja feministyczna jest cenniejsza dla mnie, niż równościowa, bo jest konkretna i nie wstydzi się widzieć opresji. Myślę, że ta wielka wygrana postfeminizmu, że feminizm zaczęto identyfikować z wiktymizacją i utrzymywać, że pozbawia kobiety sprawczości, zamiast im go dodawać, to strasznie niefajna sprawa.

    „Ale jakby nie mierzyć skuteczności pracowania, podejrzewam że statystyczny kawaler skupiony na karierze będzie bardziej oddany pracy niż statystyczna żona i matka, która musi zajmować się dziećmi. I jako pracodawca to jemu wolałbym dać podwyżkę.”

    Ale to jest abstrakcja, a życie sobie. Z tym oddaniem pracy bywa różnie, na moich doktoranckich to właśnie młoda mama pierwsza otworzyła przewód i staże odbywała ;) I reakcja środowiska była taka, że jej własne koleżanki nie chciały jej notatek do egzaminu pożyczyć i w twarz jej powiedziały, że powinna siedzieć w domu z rok, a nie do egzaminu od razu podchodzić. Ile kobiet się zniechęca w ten sposób?

    I kawaler i żonamatka powinni mieć równe szanse. I on i ona powinni mieć możliwość posiadania życia poza pracą i i on i ona powinni mieć możliwość będąc w pracy – oddać się pracy. Co oznacza, że albo państwo albo pracodawca powinni jej zapewnić ten cały żłobek – i przestać ją guilttripować na każdym kroku, zapewniając, że nie ma nic ważniejszego niż siedzenie z dzieckiem w domu – a jak to jest premiowane proszę się przekonać na niższej emeryturze.

    Ale statystyczny pracodawca widzi stereotyp i nie chce kobiety w ogóle zatrudniać, bo zajdzie i pójdzie na urlop. A kobieta mająca niefajną sytuację w pracy po zajściu zaiste idzie na urlop, bo zdrowia szkoda. I tak się koło domyka.

    O tym wszystkim z pro-korporacyjnego, pro-kapitalistycznego punktu widzenia pisze w swojej książce Sheryl Sandberg, COO Facebooka. Pisze, w jaki sposób miejsce pracy jest ustawione przeciwko kobietom i w jaki sposób kobiety same się w te pułapki wpychają. Nie zgadzam się z jej całym tokiem rozumowania (bo jest prokorporacyjn i neoliberalny i w ogóle kobieta zmieniając siebie osiagnie cały swój potencjał bla bla bla – znowu trochę wkręcające poczucie winy „co robię źle?”) ale książka jest chyba cenna choćby z uwagi na to, że pokazuje, że nawet kobieta która się przebiła przez szklany sufit widzi, że ten sufit tam jest i opisuje, dlaczego sytuacja jest niesprawiedliwa.

    Więc pewnie, że pracodawca nie powinien premiować dużo słabszej pracownicy za to, że jest kobietą, ale w takim ‚korpo-spojrzeniu’ zadaniem menadżera jest pomóc pracownikom osiągnąć cały swój potencjał, co oznacza dostosowanie sytuacji pracy do potrzeb pracownicy. Sandberg opisuje kilka sytuacji, w których możliwe było pomóc kobietom łączyć życie prywatne z zawodowym dzięki nowoczesnym rozwiązaniom ;) Sama wychodzi z pracy wcześnie, żeby spędzić czas z dziećmi – a jak pójdą spać, siedzi znowu nad pracą do nocy.

    „To nie jest żaden “szklany sufit” tylko jej wybór, czy woli karierę w tej firmie, czy rodzinę.”

    Nie, bo mężczyzna nie musi analogicznie wybierać. Jeśli wyjdzie raz w tygodniu z dziećmi do kina i mcdonalda, to już jest super tatą. I jasne, część odczuwa stratę, że spędza mało czasu z dziećmi, ale o wiele rzadziej dochodzi do tego poczucie winy i nie na tę samą skalę, bo te rzeczy są społecznie akceptowane, ba – każdy wysiłek wkładany przez ojca w spędzanie czasu z dziećmi jest chwalony, jakby to był siódmy cud świata. Sama to widzę w pracy. Więc szklany sufit jest już w dużej mierze nie prawny i instytucjonalny, jak kiedyś, ale społeczny i psychiczny. Ale dalej jest tam szklany sufit.

    Lubię

  96. @Więc szklany sufit jest już w dużej mierze nie prawny i instytucjonalny, jak kiedyś, ale społeczny i psychiczny

    Dlatego „szklany”, jak był prawno-instytucjonalny, to nie był szklany

    Lubię

  97. @leseparatis

    Bardzo mi się podoba to, o czym piszesz i się z Tobą właściwie we wszystkim zgadzam (choć rownocześnie do każdego stwierdzenia bym jakieś małe „ale” dorzucił). Więc skomentuję tylko najciekawsze wątki.

    1. Zupełnie mi nie przeszkadza gdy gender studies zajmują się czymś innym niż kobietami. Dziwne by było, gdyby skupiały się wyłącznie na kobietach. (na marginesie: zajrzałem dziś do nowego numeru tutejszego genderowego czasopisma „Kobiety, płeć i badania” – i faktycznie tak wyszło, ze na 5 artykulów 4 są o teorii queer, a jeden o mieszaninie gender i post-kolonializmu. A do tego powalająca erotyczna sesja zdjęciowa modeli obu płci. I jak tu nie lubić skandynawskiego gender studies?!).

    „Niemniej jednak bez feminizmu nie ma genderu”

    -> no przepraszam Cię, historycznie gender wiele feminizmowi zawdzięcza, ale wcale nie ejst oczywiste, że te dwa sie muszą trzymać razem. Gender to pewna teoria socjologiczna, a feminizm to ruch społeczny. Gender mówi „nikt nie rodzi się kobietą ani mężczyzną”, feminizm mówi „kobiety są dyskryminowane przez patriarchat”. Jak widać są to dwie dość odrębne sprawy. Choć oczywiście bardzo bym się cieszył gdyby feministki i genderowcy wspólnie działali :) Zresztą tak w dużej mierze robią.

    I tak samo jak ty wolałbym się nazwać „feministą” (choć wtedy mi się od feministek dostanie) niż „równościowcem”, bo „równość” to pojęcie tak szerokie i rozmyte, że pewnie nawet skrajni prawicowcy w jakimś dziwnym sensie daliby się pod jakąś „równościowość” podciągnąć. Ale też bardzo się ciesze, gdy feminizm zwraca uwagę na to, jak inne grupy są dyskryminowane przez patriarchat – a nawet na to jak inne grupy są dyskryminowane kulturowo (niekoniecznie przez patriarchat). Od tego się zaczęła pierwsza fala feminizmu, i warto tej wrażliwości nie gubić :)

    2. Wszystkie argumenty odnośnie poprawy warunków pracy są jak najbardziej słuszne. Tylko że w kapitalizmie prawa pracownika są niezbyt ważne. I firma zadba o pracowników tylko wtedy, kiedy się jej to opłaci. A nie zawsze się opłaca. I niestety na horyzoncie nie widać nadziei na zmiany w kapitalizmie – zwłaszcza ze większość społeczeństwa jest nim zachwycona :( Więc nie wiem czy nasze protesty coś dają…

    3.
    Uwaga bardzo prywatna:

    W mojej pracy ciągle jesteśmy oceniani, musimy konkurować, ciągle ktoś na s punktuje. I wygląda na to, że moje koleżanki muszą się wykazać dużo bardziej niż koledzy, żeby dostać taką samą ocenę (tzn tak wynika z badań sprzed kilku lat, może teraz się poprawiło). Smuci mnie to, bo chcę być oceniany sprawiedliwie, a nie chce chce dostawać punktów kosztem moich koleżanek (starczy że się dostaje punkty za znajomości…). I z takim objawem dyskryminacji bardzo chciałbym walczyć.

    Jednocześnie dla mojej „kariery” (błachacha, jaka to „kariera”) dużo poświęciłem. Olałem ukłądnaie sobie życia prywatnego i skupiłem się na pracy, 7 dni w tygodniu, wiele godzin… To nie jest łatwe – i jeśli nawet kultura pozytywnie patrzy na mężczyznę który tak się poświęca, to wcale nie zmniejsza to mojego żalu. Więc jeśli ktoś rzuca pomysł, że może by tak jakoś „równoważyć” szanse i pomóc tym koleżankom, które robią małe postępy w pracy bo zajmują się dzieckiem i rodziną – to się wtedy wkurzam. Bo to już nie jest równość.

    Lubię

  98. @Gronkowiec

    3. Sandberg twierdzi, że mężczyźni są dużo częściej awansowani za potencjał, a kobiety za osiągnięcia. To taki fajny bon mot ;) I przygnębiająca rzeczywistość.

    Myślę, że nie masz się co wkurzać, bo szanse na to, że europejskie gender mainstreaming wejdzie Ci do firmy i zmusi szefa do awansowania koleżanki, która nic nie poświęciła, są znikome ;) Raczej kolegę (lub koleżankę) co zna kogo trzeba. I może nawet będą do tej pory już mieli więcej osiągnięć, bo po drodze im szef powierzy najlepsze odpowiedzialne zadania.

    2. Większość społeczeństwa biednieje, ale wie, że to wina polityków a nie kapitalizmu przecież.

    1. Problem pojawia się, gdy gender zapomina o kobietach, tak samo, jak gdy feminizm zapomina o mężczyznach (albo ich demonizuje). Ale współczesny feminizm chyba częściej ma problem typu automatyczne samodzielne „but what about the menz?!” niż w drugą stronę.

    A gender bez feminizmu nie widzę z dwóch przyczyn – po pierwsze, sam wskazałeś, że gender to dziecko feminizmu (o feminizm powiedział, że się nie rodzi nikt kobietą). Po drugie antyesencjalizm to dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy w feminizmie. Więc jasne, że się różnią i są obecne częściowo w innych obszarach życia, ale wyrastają ze wspólnego pnia i nawzajem się wspierają pokazywaniu mediowanego i społecznie ukonstytuowanego charakteru płci z jednej strony – i konieczności walki z niesprawiedliwościami, które płeć rzekomo legitymizuje z drugiej. Taki optymizm :D

    Jeśli idzie o nazywanie się feministą – trochę jest odruch krytyczny z dwóch przyczyn – z jednej strony mamy wspomnienia mężczyzn z dobrymi intencjami zawłaszczających dyskusję, z drugiej teraźniejszość „feministów” używających określenia jako usprawiedliwienia. „Jestem feministą i uwielbiam kobiety, zwłaszcza jak pokazują cycki dla własnej wolności. Szanuję wolność kobiet do pokazywania swoich cycków kiedy tylko chcą. EMPOWERMENT!” trochę to parodia, ale mężczyźni oczekujący „brownie points” i zachwytów kobiet bo „oznajmili że są feministami” się zdarzają. A przecież nie dostaje się nagród za niebycie dupkiem ;)

    „Ale też bardzo się ciesze, gdy feminizm zwraca uwagę na to, jak inne grupy są dyskryminowane przez patriarchat – a nawet na to jak inne grupy są dyskryminowane kulturowo (niekoniecznie przez patriarchat). Od tego się zaczęła pierwsza fala feminizmu, i warto tej wrażliwości nie gubić :)”

    To wydaje mi się oczywiste i konieczne. Bez wrażliwości na intersekcjonalność opresji feminizm sprowadza się do neoliberalnego gender mainstreaming, w którym równouprawnienie sprowadza się do przywilejów dla grupy bogatych białych pełnosprawnych heterokobiet.

    Lubię

  99. „Mam wrażenie że nie jest żadną tajemnicą czy wielkim odkryciem, że podstawowe potrzeby człowieka to oddychanie, jedzenie, picie i dupczenie, bo tak nas Matka Natura stworzyła (jak i wszystkie inne żywe stworzenia, które też chcą przeżyć i się rozmnożyć). Więc z pretensjami proszę się zgłaszać do biologii i ewolucji.”

    „@Gronkowiec: to nie jest oburzenie. Po prostu psycho-ewo i socjobiologia zakładają, że zachowania człowieka – jak upodobanie do tzw. męskich mężczyzn – są zdeterminowane czysto biologicznie”

    Weźcie się odczepcie od rzeczy, na których się nie znacie, bo mnie boli. Ani nas tak „Matka Natura” nie stworzyła, ani psycho-ewo i socjobiologia nie zakładają, że zachowania człowieka są zdeterminowane czysto biologicznie. Mam ochotę walnąć was oboje po głowie podręcznikiem do ewolucji. Jezu, jak ja nie lubię takich czarno-białych poglądów. Albo człowieka determinują geny, albo kultura. Albo mamy wolną wolę, albo nie. Albo rybki, albo akwarium. Kto nie ze mną, ten przeciw mnie.

    I nie, prawda nie leży po środku; prawda jest po prostu jak zwykle bardziej skomplikowana.

    Ale bardzo fajna notka.

    @Gronkowiec
    „Nie mogę w tej chwili znaleźć tych badań, ale widziałem ze w USA sprawa równouprawnienia na uczelniach wcale nie wygląda tak źle. Uniwersytety przy zatrudnianiu, mając do wyboru dwóch kandydatów o tych samych kwalifikacjach, zdecydowanie wolą wybrać kandydata-kobietę niż mężczyznę (zastanawiam się wręcz, czy to nie trochę zbyt daleko posunięta akcja afirmacyjna).”

    Nieprawda. W Stanach jest co prawda lepiej niż w Europie, ale i tak ssie bycie kobietą w zawodzie naukowca: http://www.nature.com/news/inequality-quantified-mind-the-gender-gap-1.12550

    „According to the US National Science Foundation, women earn about half the doctorates in science and engineering in the United States but comprise only 21% of full science professors and 5% of full engineering professors. And on average, they earn just 82% of what male scientists make in the United States — even less in Europe.”

    Cały numer specjalny jest warty przeczytania: http://www.nature.com/news/specials/women/index.html

    [Anegdota z miejsca pracy. Pewnego dnia plułem się strasznie na swoje community w związku z tym specjalnym wydaniem Nature, które mi trochę szerzej oczy otworzyło (i przy okazji dostarczyło dodatkowego dissu na Watsona i Cricka, dzięki czemu z czystym sumieniem olałem rocznicę odkrycia DNA). Po południu zaś plułem się z kolei na autorów artykułu, który recenzowałem, bo zrobili zielono-czerwone ilustracje, a 10% facetów nie odróżnia tych kolorów. Koleżanka, do której się plułem i rano i po południu: no co, chciałeś wyrównywać szanse? Masz świetną okazję: nic o tym nie pisz w recenzji.]

    @Gronkowiec
    „Ale jakby nie mierzyć skuteczności pracowania, podejrzewam że statystyczny kawaler skupiony na karierze będzie bardziej oddany pracy niż statystyczna żona i matka, która musi zajmować się dziećmi. I jako pracodawca to jemu wolałbym dać podwyżkę.”

    No, ale z kolei statystyczna samotna kobieta skupiona na karierze będzie bardziej oddana pracy niż statystyczny ojciec i mąż, który musi się zajmować dziećmi. Or not. Mam inne doświadczenia z tym, co jest w pracy problemem, a co nie, i uwierz mi, że pracownicy, którzy muszą czasem zostać w domu, bo przedszkole jest nieczynne albo dziecko chore, albo codziennie wyjść o piątej, żeby dziecko odebrać są akurat najmniejszym kłopotem. Z zawalaniem terminów, motywacją, fascynacją swoją pracą i wydajnością w każdym razie to nie koreluje, raczej z umiejętnością organizacji czasu.

    To, czy ktoś pracuje czterdzieści godzin tygodniowo, czy sześćdziesiąt, nie musi przecież korelować z kreatywnością, doświadczeniem, sprawnością, umiejętnością organizacji i motywacją. Ile czasu i uwagi poświęciłeś tej dyskusji?

    Lubię

  100. „To, czy ktoś pracuje czterdzieści godzin tygodniowo, czy sześćdziesiąt, nie musi przecież korelować z kreatywnością, doświadczeniem, sprawnością, umiejętnością organizacji i motywacją.”

    Śmieszne jest to, że w mojej korpie ludzie tego chyba nie zrozumieli, i pracownicy którzy cała swoją pracę wykonają w 3 godziny mają i tak siedzieć 8 godzin w pracy, nawet, jeśli marnują czas…

    Liked by 1 osoba

  101. Zależy na jakim stanowisku… U mnie np. to często wygląda tak, że w newralgicznym momencie może się zrobić nawet 14 godzinny dzień pracy, ale normalnie prawie wcale jej nie ma. Jednak zwykle jeśli ma się nienormowany czas pacy to należy rozumieć, że trzeba pracować więcej niż 8h. :/

    Lubię

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s