Po rozwodzie

Zgodnie z danymi GUSu średnio co czwarte małżeństwo kończy się rozwodem. „Wprost„, powołując się na jakiś tajemniczy raport socjologów UŁ twierdzi, że wręcz co trzecie. Tym samym – rozwód jest zjawiskiem powszechnym, znamy rozwódki i rozwodników, dajemy prezenty ich dzieciom. Mimo to wokół rozwodu i porozwodowej opieki nad dziećmi nadal krąży sporo mitów, przesądów i pseudonaukowych bredni. O byciu rodzicem po rozwodzie rozmawiam z Ciekawym Człowiekiem z Internetu.

Szpro: – “Rozwód – przemyśl to” – nawołuje kampania Fundacji Mamy i Taty. Czy bywają rozwody nieprzemyślane?

Ciekawy Człowiek z Internetu: – Nie wiem, czy bywają nieprzemyślane rozwody. Nie sądzę, żeby istniało ich zbyt wiele w rodzinach, w których są dzieci i zależność finansowa jednego małżonka od drugiego. To jest bardzo trudna decyzja, pociągająca za sobą konsekwencje w każdej dziedzinie życia.
Na stronie kampanii Fundacji Mamy i Taty (warto zaznaczyć, że mimo neutralnej i sympatycznej nazwy jest to organizacja skrajnie ideologiczna) można przeczytać, że “wielu rodziców decyduje się na rozwód, by ich dziecko nie musiało patrzeć, jak żyją obok siebie bez miłości. Dla dobra dziecka postanawiają kulturalnie się rozstać. Tak rozpoczyna się cierpienie”. To kłamstwo – dziecko cierpi, żyjąc w nieszczęśliwej, niekochającej się rodzinie; małżeństwo nie zaczyna być przecież nieudane w momencie rozwodu. Może Fundacja Mamy i Taty powinna rozkręcić akcję “Ślub – przemyśl to”?


spot fundacji Mamy i Taty  zachęcający do przemyślenia rozwodu

– Na ile znam założenia fundacji Mamy i Taty, w ich światopoglądzie nie mieści się brak ślubu. W raporcie na swojej stronie otwarcie postulują ograniczenia w przyjmowaniu do przedszkoli dzieci samotnych rodziców, bo nie sprzyja to zawieraniu związków małżeńskich.  Jak długo trwało przemyślenie rozwodu u ciebie i twojej byłej żony?

  • Od decyzji o rozstaniu do formalnego rozwodu minęło prawie półtora roku, natomiast nie układało się nam długo wcześniej.

– Półtora roku to długi i chyba wystarczający czas na rozważenie wszystkich za i przeciw. Tym trudniejsza, gdy w małżeństwie są też dzieci. Jak to przekazaliście dzieciom?

  • Nie pamiętam samego momentu, nie mogła to być zbyt dramatyczna chwila. One też nie pamiętają, pytałem.
    Dzieci to oczywiście bardzo przeżyły.
    Jedno miało wtedy cztery lata, drugie sześć.

– Myślałam, że ustawiliście je w rządku i obiecaliście, że będziecie je zawsze kochać. A potem zapytaliście, kogo wolą.

  • Nie sądzę, żeby w ten sposób dokonywało się podziału opieki rodzicielskiej. Lawirowanie między wolną wolą dziecka a zapewnieniem mu jak najlepszej opieki może być trudne. Dziecko może przecież preferować rodzica bardziej permisywnego, bardziej tolerancyjnego dla jego wybryków, pozwalającego spędzać więcej czasu na rozrywkach czy dostarczającego więcej cukru w pokarmie.

Oczywiście były zapewnienia o miłości, ale ciekawym doświadczeniem rodzicielskim jest chybianie z przekazywaniem dzieciom ważnych informacji – myślisz, że powiesz coś wiekopomnego i istotnego, a reakcja dziecka świadczy o tym, że jemu już tego nie trzeba mówić. Patrzysz dziecku w oczy i mówisz powoli „tatuś i mamusia będą teraz mieszkać osobno”, a dziecko patrzy ci w oczy i powoli odpowiada „jesteśmy tego świadome”.

– Nic się przed tymi małymi spryciarzami nie ukryje, co?

  • Z drugiej strony nie chciały zaakceptować naszej decyzji bardzo długo.

– Liczyły na to, że się pogodzicie?

  • Tak, zwłaszcza młodsze.

Ciężko jest w ogóle opowiadać o odczuciach dzieci, bo cholera wie, jak one to przeżyły i czy to odchorowały. Zmiany w rozwoju dziecka są bardzo intensywne – to nie jest dorosły, po którym widać, że popadł w depresję.

– Koleżanki i koledzy dzieci jakoś to komentowały? Coś do was docierało z takich komentarzy?

  • Nie. Wiem, że dzieci rozmawiały z rówieśnikami, bo wracały z wiadomościami, że rodzice Zuzi też się rozwiedli.

– Czyli to, że rozwodzą się czyiś rodzice to dość normalna rzecz dla waszych dzieci, tak?

  • Było trochę dzieci z rozwiedzionych rodzin w przedszkolu. Widziałem, że dla moich fakt, że nie są jedyne w takiej sytuacji, był bardzo ważny. Nie wydaje mi się, żeby rozwód je jakoś naznaczył. Akcje takie jak kampania “Rozwód – przemyśl to” są chyba wyrazem sprzeciwu wobec faktu, że rozwód przestał stygmatyzować.

– Nadal stygmatyzuje samotne rodzicielstwo lub inny model opieki niż weekendowy tatuś. Skąd pomysł współdzielenia opieki?

  • Pomysł współdzielenia opieki był mój. Wiedziałem, jaki jest standardowy model ojcostwa post-rozwodowego i bardzo mi on nie odpowiadał. Nie chciałem być gościem, który bierze dzieci na weekend raz na dwa tygodnie i przez te dwa dni zapewnia im atrakcje, bierze do kina, na pizzę. To nie jest bycie ojcem, to jest namiastka.

– Jak twój model wygląda w praktyce? Dzieci mają dwa domy?

  • Mój model wygląda w praktyce tak, że dzieci mieszkają tyle samo czasu u mnie, co u mojej byłej żony. Stosujemy tzw. opiekę naprzemienną w modelu 2-2-3.

– Dwa tygodnie? Dwa miesiące?

  • Dni. Dwa dni powszednie u rodzica A, dwa dni powszednie u rodzica B, weekend u rodzica A, potem zmiana.

– O rety. Dzieciakom się nie miesza?

  • Co to znaczy „nie miesza”? Do toalety skręcają w lewo zamiast w prawo, bo u mamy tak jest?

– Właśnie nie wiem. Jak się głębiej zastanowię, to jest to dość naturalne, że np. pomieszkuje się u dziadków i nie ma konfuzji. Ale chyba takie pytanie – czy im się nie miesza – słyszysz dość często?

  • Słyszę i mogę odpowiedzieć co najwyżej, że nie zauważam u dzieci specjalnej konfuzji.

W Polsce taki model jest najwyraźniej w użyciu bardzo rzadko. W społeczeństwach zachodnich jest bardzo popularny. Tam pewnie rzadziej pytają, czy się miesza. U nas budzi to zdumienie, a najbardziej dziwi się branża psychologiczno-pedagogiczna.

– Wydawałoby się, że ta branża powinna być właśnie raczej na czasie…
Słyszysz zarzuty, że dzieciom dzieje się krzywda?

  • Słyszę i mówię wtedy cichutko, że mam tu taką metaanalizę Bausermana, z której wynika, że dzieciom w opiece naprzemiennej nie dzieje się krzywda, a oni mi na to odpowiadają, że trzydzieści lat doświadczenia w pracy z dziećmi pozwala im stwierdzić autorytatywnie, że dziecko musi mieć jeden dom.

– Metaanaliza, straszne słowo! Ja tu do pana z sercem, a pan do mnie z nauką! Chcesz opowiedzieć trochę o tej metaanalizie?

  • Według tego badania dzieci wychowywane na przemian przez oboje rodziców po rozwodzie są lepiej przystosowane społecznie niż dzieci wychowywane przez jednego rodzica.
    Wydaje się, że ewentualne straty wynikające z braku owego dogmatycznego jednego domu są pokrywane z nawiązką przez zyski z obecności w życiu dziecka obojga rodziców.

– A mówiono ci, że lepiej by je było np. rozdzielić, syn u ciebie, córka u mamy?

  • Jezu, nie, żadnych takich pomysłów „syn u ciebie, córka u mamy”! Mam wrażenie, że to byłoby najgorsze wyjście!

– W literaturze zdarzało się rozdzielanie bliźniaczek!

  • Ludzie różne straszne rzeczy robili w literaturze!
    Nie wiem, potencjalne krzywdy wywołane przez taki układ wydają mi się ogromne. Alternatywą dla opieki naprzemiennej było raczej pozostanie dzieci u mojej byłej żony. A ja miałbym być tatą co drugi weekend.

– A przekazanie stałej opieki nad dziećmi tobie?

  • Wbrew woli matki? Nie sądzę.

– Bardzo się szarpaliście przy rozwodzie?

  • Nasz rozwód był bardzo spokojny i bez szczególnych punktów spornych. Przyszliśmy do sądu z gotowym podziałem opieki nad dziećmi, podzieliliśmy bez kłótni majątek. To jest bardzo ważne w przypadku opieki naprzemiennej: dzieci przebywając z każdym rodziców, uczestniczą w ich konflikcie – jeśli taki jest. Żeby opieka naprzemienna się udała, musi być spełnione kilka warunków. Rodzice powinni wzajemnie się szanować, otwarty konflikt jest wykluczony. W systemie 2-2-3 dobrze też, żeby nie mieszkali zbyt daleko od siebie.

– Mieszkacie w jednym mieście?

  • Mamy do siebie na piechotę. Mieszkamy na tym samym osiedlu, na którym znajdują się też przedszkole i szkoła naszych dzieci.

– Czyli po prostu dzieciaki ze szkoły raz wracają do mamy, a raz do taty.

  • Dokładnie, przekazywanie sobie dzieci wygląda tak, że jeden rodzic odprowadza je rano do szkoły, a drugi je odbiera.

– Czy wtrącacie się sobie w wychowanie dzieci?

  • Nie. Nie udało się ustalenie różnych wspólnych zasad, wspólnych jadłospisów itd. W kwestiach dyscyplinowania dzieci, rodzaju dostarczanych im rozrywek czy w ogóle meblowania dzieciństwa zbyt się różnimy. Natomiast pewne podstawy światopoglądowe mamy podobne.

– Jakie argumenty za tym (poza „siedzę w branży i się znam”) przedstawiają zwolennicy podejścia, że dziecko powinno mieć jeden dom?

  • Nie dotarł do mnie żaden merytoryczny argument, poparty badaniami. To nie znaczy oczywiście, że takie nie istnieją.

– Nie jesteś uprzedzony?

  • Z kontaktów z branżą psychologiczno-pedagogiczną wyniosłem jak najgorsze wrażenie; wygłaszane przez nich opinie zalatywały frazesami.  Psychologowie, z którymi rozmawiałem, przedstawiali mi wizję rozwoju dziecka, która pasuje do naszych wyobrażeń o rozwoju dziecka: ładne, okrągłe zdania, bez popierania ich merytoryką. Dziecko musi mieć zapewnioną opiekę obojga rodziców, ale musi mieć stabilizację w postaci jednego łóżeczka, jednego biureczka – na pytanie „dlaczego właściwie?” odpowiadała mi cisza i uprzejmy uśmiech.
    Pani dyrektor przedszkola opowiedziała mi anegdotkę o chłopcu, którego rodzice tyle razy się przeprowadzali, że poproszony o narysowanie domu oddał białą kartkę. Taki był zazwyczaj poziom dyskusji.

– Psychologia i pedagogika to dziedziny, w której trochę pewnie liczą się też obserwacje własne. Tym łatwiej o tzw. confirmation bias.

  • Działa tu pewien bardzo niefajny mechanizm: jeśli dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, mamy gotowego winowajcę. Jedno z moich dzieci zachowywało się agresywnie w przedszkolu, miało kłopot z opanowaniem emocji. W opinii pani psycholog winna była opieka naprzemienna. Drugie moje dziecko było grzeczne i nikt jakoś nie sugerował, że to zasługa takiej opieki.

– A nie jest tak, że generalnie rozwód jest stałym winowajcą?

  • Tak, rozwód jest stałym winowajcą, natomiast rozwód to rozlane już mleko, z tym się nic nie zrobi. Opiekę naprzemienną można zawsze zmienić, to jest coś, czym się można zająć, gdzie się można jeszcze wykazać aktywnością.

W czasie jednej szczególnie zaognionej dyskusji wyrzuciłem kiedyś takiej Sowie Przemądrzałej pytanie, czy zdaje sobie sprawę z tego, że jej opinia musi być dobrze ugruntowana i poparta jakąś merytoryką, bo konsekwencje takiej opinii mogą być dla dziecka i jego rodziny ogromne.

– I co ona na to?

  • Uprzejmy uśmiech. Dodała jeszcze, że zna kilkoro dzieci wychowywanych tą metodą i że to jakieś psychiczne wraki.

– Ja myślałam, że jesteś prekursorem tej metody w Polsce! Podała nazwiska albo przykłady ich wractwa?

  • Nie podała.
    Meta-analiza Bausermana też nie znalazła uznania w jej oczach: „proszę pana, nie jesteśmy w Ameryce”. To nie jest oczywiście reguła, zdarzyła się jedna psycholożka dziecięca, która nie robiła wielkich oczu na wieść o opiece naprzemiennej, tylko przeszła nad tym do porządku.
    Ale jedna pani profesor z tytułami wyrzuciła nas ze swojego mieszkania i kazała wrócić, jak przestaniemy torturować nasze dzieci.

– Muszę przyznać, że po tych doświadczeniach też miałabym złe zdanie o branży psycho-pedagogicznej.

  •  Wiesz, branża ta składa się z ludzi życzliwych i chcących jak najlepiej dla dzieci. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz częściej kompetencję, statystyki i badania zastępują w niej: pełne błędów poznawczych opieranie się na własnym doświadczeniu, wróżenie z fusów i bezrefleksyjne powtarzanie komunałów.

– Etos nauki generalnie ma się nie najlepiej. Przykre, gdy takiej pseudonauki używa się, by dokopać rozwodnikom wychowującym dzieci.

  • Funkcjonowanie z dziećmi po rozwodzie jest pełne lęków, na ile tym dzieciom zaszkodziliśmy i co z ich problemów jest efektem rozstania, a co pojawiłoby się u nich i w pełnej rodzinie. Opieka naprzemienna dodaje jeszcze drugiego winowajcę. Dziecko nie chce jeść obiadów w szkole? To wina opieki naprzemiennej. Jest nieśmiałe i zamyka się w trudnych sytuacjach? To akurat przez rozwód. To generuje spory ładunek poczucia winy, które – przynajmniej częściowo – jest nieuzasadnione.

–  Co jest najtrudniejsze w opiece naprzemiennej?

  • Pamiętanie o kurtkach.
    Przy opiece naprzemiennej ważna jest logistyka. Komplety ubrań każdy rodzic posiada, natomiast są rzeczy, które występują w jednym egzemplarzu – obuwie, okrycia wierzchnie, zeszyty i podręczniki itp. Trzeba to ogarniać, sprawdzać pogodę, zostawiać w szatni kurtki przeciwdeszczowe.

– Czy masz jakieś wsparcie od strony organizacji czy instytucji pozarządowych?

  • Niestety, moim naturalnym sojusznikiem, najintensywniej lansującym w Polsce opiekę naprzemienną, są różne stowarzyszenia praw ojca, często epatujące paskudną mizoginią.

– Rozmowa o opiekującym się dziećmi ojcu generalnie jest trudna, bo jest to pole, w którym męskieumiejętności wychowawcze mężczyzn są niedoceniane i łatwo tę sytuację przenieść na ogólne „prześladowanie mężczyzn”.

  • Nie kryję, że w kwestii opiekuńczej jestem dużo słabszy od mojej byłej żony.

– W sensie braku wsparcia czy umiejętności?

  • W sensie umiejętności. Jestem jednak produktem systemu patriarchalnego.

– Któż z nas nie jest. Dziękuję za rozmowę.

Advertisements

48 uwag do wpisu “Po rozwodzie

  1. Negatywne efekty rozwodu tak naprawde widac dopiero w doroslym zyciu, kiedy dziecko rozwiedzonej pary wychowane przez samotnego rodzica buduje swoj wlasny zwiazek, i nie ma zadnych patternow wyniesionych z domu (NB: to nie ma nic wspolnego z kwestia wychowywania dzieci przez pary homo vs hetero).

    Lubię

      • Wyrosła w domu bez miłości, moi rodzice gryźli się ze sobą odkąd pamiętam.
        Były ciche dni, było i trzaskanie drzwiami, było głośne zarzucanie zdrad (to do matki) i przepuszczania pieniędzy na byle co (to ojca).
        Ale dla dobra dzieci i „bo co ludzie powiedzą” małżeństwo trwało.
        Trwa do dziś. Rodzice w między czasie wybudowali dom, w którym zamieszkali na osobnych piętrach.
        Nie rozpiłam się, nie brałam narkotyków, nie puszczałam się. Ale odseparowałam się psychicznie od rodziców gdzieś około 15 roku życia.
        Wiem że jestem zdystansowana, nie umiem okazywać uczuć, nie lubię kontaktu fizycznego (mój mąż to wyjątek) nawet podawania ręki, dostaje furii gdy ktoś przy mnie płacze, mam ataki paniki aż do wymiotów, kiedy jestem świadkiem kłótni, nawet obcych osób.
        Mój mąż nauczył się zwracać mi uwagę łagodnym cichym głosem, inaczej albo idę płakać albo wpadam w furię – jedyny pokaz emocji na jaki mnie stać.
        Dodam ze w mojej rodzinie nie było przemocy wobec mnie, tylko psychiczne maltretowanie się rodziców nawzajem na które patrzyłam całe dzieciństwo.
        Do dziś się zastanawiam, co by było, gdyby się rozwieli 30 lat temu. Moja matka zawsze dobrze zarabiała, lepiej niż ojciec, to za jej pieniądze ta wielka chałupa, w której mieszkają obok siebie.
        Dała by sobie radę sama ze mną i bratem. I może wyszłaby za „wujka Marka’ z którym, jak podejrzewam, w którymś momencie łączył ją romans. Lubiłam wujka Marka, mama lubiła go bardzo.
        No ale „dla dobra dzieci”…
        Wierzcie mi, czysty rozwód rodziców jest dla dziecka lepszy niż nadgniłe małżeństwo.

        Lubię

      • miałoby odrobinę sensu przy założeniu, że człowiek chłonie jak gąbka tylko to co ma wprost pokazane w domu, z pominięciem treści przekazywanych w inny sposób. że socjalizuje się za młodu raz na zawsze. i że w tych rodzinach też żyje w oderwaniu od całego świata pełnego wzorców kulturowych. toć to nie jest takie proste, a ta korelacja rozwód rodziców – problemy w dorosłym życiu to jakieś koszmarne uproszczenie, pewnie i w części samospełniające się proroctwo, może i stygmatyzacja. nie wszystko z czym mamy problemy to wynik „czym skorupka nasiąknie” i wypadałoby już przestać klecić te prawdy ludowe.

        Lubię

  2. Bardzo ciekawy wywiad i bardzo trudna kwestia. Niestety cały czas borykamy się ze stereotypowym myśleniem w duchu tradycyjnych ról. Znam matkę, która nie pozwoliła, aby synem opiekował się były mąż, argumentując: „co sobie ludzie o niej pomyślą”.

    Lubię

  3. Czy poczekanie kilka lat z rozwodem aż dzieci będą starsze to aż tak duże wyrzeczenie?

    Moim zdaniem – jednak lepiej, żeby rodzice się nie rozwodzili w czasie wychowywania małych dzieci, no chyba, że w domu jest patologia i któryś z rodziców jest jej źródłem. Jeżeli jednak rodzina jest zdrowa, tylko nie kochająca się – to dlaczego nie poczekać? Czy świat się zawali za 5, 7, 10 lat?

    Nieprawda, że rozwód jest lepszy niż niekochający się rodzice, jest lepszy tylko od sytuacji, gdy rodzina nie spełnia swojej funkcji.

    Lubię

    • Rodzina mojego bylego „nie rozwiodla sie dla dobra dzieci”.
      Przemocy w rozumieniu fizycznym tam nie bylo, ale np malzonkowie nie odzywali sie do siebie. Przez 5 lat, kiedy bylam z tym facetem nie wypowiedzieli do siebie ani jednego slowa (nawet „dzien dobry” czy „przepraszam”), a ponoc ta sytuacja ciagnela sie juz od lat.
      IMO wszystko zalezy od sytuacji – jesli rodzice sie nie kochaja, ale przyjaznia, nie chca miec nowego partnera i maja wole ciagniecia dalej wspolnego zycia, to warto przemyslec decyzje o poczekaniu z rozwodem, jakiej terapii, etc.
      Jesli jednak mecza sie w zwiazku, to mimo wszystko nie wiem, czy rozwod i jasne postawienie sprawy nie jest lepsze.
      Kiedys mielismy na SP blipie dluga dyskusje co jest lepsze dla dzieci i wiekszosc potomstwa rozwiedzionych rodzicow zgodnie powiedziala, ze decyzja o rozwodzie powodowala, ze znikalo napiecie.
      Co do opieki naprzemiennej – w krajach skandynawskich podobno jest to norma, ktora sie calkiem niezle sprawdza. Oboje rodzice maja okazje brac udzial zarowno w przyjemnych chwilach jak i w codziennych obowiazkach, a poza tym umozliwia to rowny podzial obowiazkow, a dziecku – w miare normalny kontakt z obojgiem rodzicow.

      Lubię

  4. Frapujący wywiad, w trakcie którego nasunęła mi się myśl – czy wywiadowany nie jest w jakimś stopniu zaangażowany w ruch dot. współdzielenia opieki? Tak mi się nasunęło, ze względu na zaskakująco częste kontakty ze środowiskiem psychologicznym (/pedagogicznym); czy może nie jest tak, że Ciekawy Człowiek z Internetu jest w tych rozmowach stroną, która ma konkretny interes – otrzymania od Ważnego Psychologa/Psycholożki poparcia w temacie współdzielenia, podpis pod jakimś aktem inicjującym akcję społeczną/ uświadamianie społeczeństwa? Czy może zwykła ciekawość popycha CIekawego Człowieka w dyskusje z ekspertami w dziedzinie?

    Oczywiście spekuluję, pozwalam sobie, bo autor anonimowy, chyba się nie obrazi; a jeśli się poczuje dotknięty, to przepraszam.
    Na marginesie dodam, że sam mam – na podstawie własnych doświadczeń – mieszane odczucia ws. środowiska psychologicznego: do dziś pamiętam, jeszcze za relatywnej młodości, pierwszą wizytę u znanej i cenionej psycholożki, która występuje nawet w mejnstrimowej tv. O ile moje problemy były dosyć typowe, nic niespotykanego, pewnie sama banalność i powszechność zagadnienia z jakim tam przylazłem może przyprawić doświadczonego specjalistę o odruch wymiotny, to już sama propozycja terapii była, he he, dosyć niekonwencjonalna, i może robić za podręczną, metaforyczną anegdotkę o bolandzkiej mentalności – Pani dr. (bo z doktoratem) w pierwszej kolejności poleciła mi wmówienie sobie/imprinting/zaadaptowanie nastawienia „nie przejmować się” do spółki z, co podkreślała wielokrotnie, kluczowym pomnikiem naszej cywilizacji; mianowicie chodziło jej o siedem grzechów głównych i dziesięć przykazań.
    No i w takim kombosie: „nie przejmować się” + przestrzeganie 10 przykazań i wystrzeganie się 7 grzechów głównych mam gwarancję doczesnego szczęścia.
    Następnie Pani dr. odparła moje wątpliwości, po czym podziękowałem, zapłaciłem, wyszedłem na ulicę, kupiłem se frytki i pomyślałem, że to było mimo wszystko fajne, ważne, formujące doświadczenie.
    Do dzisiaj kiedy trafiam na nią w gazecie czy tv, uśmiecham się i w myślach, cicho powtarzam sobie 10 przykazań i 7 grzechów głównych, żeby pamiętać.

    Lubię

    • Mój rozmówca, jak jest powiedziane w wywiadzie, opiekuje się w sposób współdzielony swoimi dziećmi. Ruchów o tej tematyce w Polsce właściwie nie ma, a jak są, to są to środowiska mizoginów.

      Lubię

      • Tak, we wcześniejszym komciu zwróciłem uwagę na co innego, konkretnie, to rzucają się w oczy cytaty, takie jak:

        „U nas budzi to zdumienie, a najbardziej dziwi się branża psychologiczno-pedagogiczna.”
        „Z kontaktów z branżą psychologiczno-pedagogiczną wyniosłem jak najgorsze wrażenie; wygłaszane przez nich opinie zalatywały frazesami.”
        „Wiesz, branża ta składa się z ludzi życzliwych i chcących jak najlepiej dla dzieci. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz częściej kompetencję, statystyki i badania zastępują w niej: pełne błędów poznawczych opieranie się na własnym doświadczeniu, wróżenie z fusów i bezrefleksyjne powtarzanie komunałów.”

        Jak na osobę przywiązaną do metody naukowej i generalnie, jak rozumiem, deklarującą wiarę w Naukę, to Ciekawy Człowiek z Internetu stosunkowo łatwo podsumowuje całe środowisko, czy jak je nazywa – branżę psychologiczno-pedagogiczną, przy czym nie precyzuje ile (nawet szacunkowo) tego typu dyskusji/konsultacji z reprezentantami branży było, żeby sformułować tak negatywną opinię. Nie ma również jakiejś bliższej informacji, co było przyczyną tych dyskusji/konsultacji – czy to zwykła naukowa ciekawość, infiltracja środowiskowa czy próba nawiązania jakiejś dłuższej współpracy dla Sprawy, czy po prostu zorganizowanie psychologa dla dziecka.
        Chyba tylko reakcja jednej psycholożki usatysfakcjonowała Ciekawego Człowieka z Internetu – jedna niezła, która się nie czepiała współdzielenia opieki psycholożka. Ilu było tych specjalistów, którzy kwestionowały/li te rozwiązanie?

        Tak samo mi, dr. Cockroachowi, może wystarczyć jedna, i druga, anegdotyczna (bo z prominentną dr. psychologii!), żeby zjechać branżę (bo jak to, Panie, nie ma jakiejś wewnętrzne środowiskowej kontroli, czy to możliwe, że moja skarga była pierwszą itp. itd).

        Lubię

      • Rozmówca kazał przekazać:
        nie jest stroną, która ma konkretny interes. I że kontakty z branżą psycho-pedo miał trzy – za każdym razem zgłaszano niepoparte niczym oprócz „własnego doświadczenia” obiekcje wobec opieki naprzemiennej. Wspominana w wywiadzie psycholożka, która przeszła nad nią do porządku dziennego, zrobiła to na moje życzenie – był to prywatny ośrodek, tam łatwiej o postawę „klient nasz pan”.
        i: Nie generalizuje moich doświadczeń na całą branżę, woli uogólniać, że tak jak napisałem, branża ta składa się z ludzi życzliwych i chcących jak najlepiej dla dzieci.

        Ja ze swojej strony proponuję skupić się na tym, co wiadomo z wywiadu, a nie na spekulacjach poza wywiadem.

        Lubię

  5. To ja się dorzucę z merytoryką w postaci bycia dzieckiem rozwiedzionych rodziców od 5 roku życia. Jak trafnie zauważyła autorka, kwestia miejsca zamieszkania jest całkowicie drugorzędna, mieszkanie w dwóch miejscach wprowadza pewną dynamikę, dwa komplety zabawek itd. W pełni zgadzam się także z opinią na temat polskiego środowiska psychologów itd. Gdyby ktoś potrzebował więcej merytoryki to polecam raport na temat RODK (Rodzinny ośrodek diagnostyczno-konsultacyjny) podlinkowany do odpowiedniego hasła w wikipedii.

    A teraz z czym się nie zgadzam. Prawdziwym problemem są relacje emocjonalne, zwłaszcza jak każde z rodziców znajdzie sobie nowego partnera lub partnerkę, którzy rzecz jasna też chcą mieć swoje dzieci. I pomimo gorących zapewnień (zapewne szczerych), że będą dziecko z poprzedniego związku traktować jak swoje to niestety tak nie działa. Podsumowując, nie wiem czy wolałbym, żeby moi rodzice dla mojego dobra jednak się nie rozwodzili (zwłaszcza, że nie była to kwestia przemocy), wiem natomiast, że dzięki rozwodowi przez cały okres dojrzewania było mi z różnych powodów się ch..jowo.

    Lubię

      • Nie chodzi o relacje z rodzeństwem, bo te – jeśli rodzice nie są wyjątkowymi debilami – się układają jak to między dziećmi. Ale dziecko nie żyje tylko z rodzicami i rodzeństwem. Matka ma nowego męża, czyli ojczyma. I nawet jeśli ojczym się stara i jest w stuprocentach w porządku (mój nie był), to jest także rodzina po jego stronie. A ta już się nie musi starać i używa sobie ile wlezie, wyraźnie do zrozumienia kto tu jest obcy a kto swój. Nie muszę chyba wyjaśniać jak się czuje dziecko w takiej sytuacji.

        Lubię

  6. Z mojej anecdaty wynika, że psychologowie krajowi niegodni są zaufania. Sporo z tego, co słyszałem od ich klientów – leży podejrzanie blisko tzw Otchłani. Jeszcze bliżej O są jednak znani mi ich klienci, oprócz rzeczywistego zapotrzebowania na usługi psychologa istnieje też coś takiego, jak zapotrzebowanie wyhodowane własnym sumptem. Zaczynające się pewnie od jakiejśtam ciekawości świata i siebie, a pod wpływem otoczenia grawitujące przez np ‚naukową’ gazetkę z olbińskim na okładce. Skąd w Otchłań jeden krok:
    http://www.tomaszwitkowski.pl/page0.php

    Lubię

  7. @hellk
    A niekrajowi są bardziej godni zaufania?

    Generalnie blisko Otchłani też bywają także zwykli lekarze – nie chcący m.in. leczyć niektórych chorób albo przepisywać antykoncepcji z uwagi na „klauzulę sumienia”, bywają też inżynierowie i naukowcy (chociaż im zotchłanienie najmniej wpływa na kompetencje zawodowe).

    Nie łącz psychoterapii z psychologią. Psychologia jest nauką, psychoterapia nie – jeżeli pacjent uwierzy w nienaukową metodę, ale da ona skutki bo będzie, to w psychoterapii ujdzie, w psychologii nie. Jeżeli pacjentowi psychoterapeuty pomoże ułożenie Tarota albo mówienie o Bogu, to psychoterapeuta może to zrobić, mimo, że nie ma to nic wspólnego z wiedzą psychologiczną…

    Lubię

  8. @A niekrajowi są bardziej godni zaufania?
    @Nie łącz psychoterapii z psychologią.
    Moja wiedza w temacie prawie żadna, jednak cokolwiek zdarzyło mi się sensownego przeczytać z działu ‚psychologia’ – było po angielsku, no i – jednak to profesorowie psychologii siedzą w radzie naukowej gazetki z olbińskim na okładce.
    Granica między psychoterapeutami a psychologami cokolwiek mi się zaciera – granica między prawdziwą medycyną, a tą przyotchłanną jest chyba jednak wyraźniejsza, nawet w takich sprawach jak homeopatia.

    Lubię

  9. „Wywiad” fajny, ale za krótki, spodziewałem się więcej – nie wiem – mięsa, anecdaty, dobrych porad. Znaczy na plus, ale z niedosytem.

    Julia: ale w ogóle dlaczego czekać do „dorośnięcia”? Wtedy zazwyczaj jest już za późno, damage done, a w bonusie milion innych nierozwiedzionych traum, bo przecież takich zgodnych, przyjaznych, nie chcących znaleźć innych partnerów par pewnie znajdzie się kilka, ale generalnie kropla w morzu tych, którzy rozwiedzeni/wręcz powinni się rozwieść?

    Ja tam żałuję, że rozwód musiałem właściwie przeprowadzać sam.

    Lubię

  10. Nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Sytuacje są różne. Najgorzej dla dzieci chyba, kiedy mąż lub żona zakochuje się w kimś innym, a zdradzony małżonek ciągle coś czuje do tego pierwszego. Strona porzucona cierpi (za co jej jakoś winić nie można, bo te uczucia mogą same przychodzić) i dziecko odczuwa to cierpienie. Dziecko zwykle solidaryzuje się wtedy z porzuconym rodzicem, chce żeby było jak dawniej. Są takie sytuacje, że dzieci uważają, że rodzice po rozwodzie zaczęli im poświęcać więcej uwagi. Np. nieobecny wcześniej ojciec nagle ma więcej czasu tylko dla nich, bo ma wyznaczone dane dni itd. Może być ciężko kiedy pojawia się ktoś nowy w życiu matki lub ojca i następują starania o kolejne dziecko. Ojczym/macocha mogą faworyzować swoje dziecko biologiczne (będzie to również dziecko matki/ojca, więc takie ich wspólne), a to z poprzedniego związku może czuć się z tym źle. Szczególnie, że ma ono kontakty z biologicznym ojcem/matką ograniczone, a wychowywać je na co dzień będzie właściwie obcy człowiek (partner matki/partnerka ojca). Jednak wielu ludzi ma inny stosunek do dzieci „swoich”, a inny do tych z którymi pokrewieństwa nie ma.

    Lubię

    • Z drugiej strony są ludzie, którzy mają to dziecko. Czy można żądać tego żeby poświęcali się dla dziecka aż tak? Czy bycie z kimś z kim się być nie chce, bo jest dziecko jest dobrym wyborem? O sobie też trzeba pomyśleć. Do tego często powoływanie się na dobro dziecka to po prostu wymówka ze strony ludzi, którym w małżeństwie jest dobrze, a chcą sobie tylko poromansować bez zobowiązań.

      Lubię

  11. Jedno mnie zdziwiło. Osoby współdzielące opiekę w Polsce zazwyczaj się tym nie chwalą. Ze strachu przed tym, że ktoś się wtrąci i może się to zmienić. A tutaj mamy mężczyznę, który się nie boi, rozmawia o tym z wieloma ludźmi. Coś się zmienia.

    Lubię

  12. „Może Fundacja Mamy i Taty powinna rozkręcić akcję “Ślub – przemyśl to”?”

    Już to widzę… Wyrzuty w stronę tych, które nie przemyślały. Wyglądałoby to tak „źle wybrałaś to cierp, to twoja wina, że facet źle się zachowuje, tylu było dobrych to musiałaś chcieć akurat tego, masz czego chciałaś, trzeba było pomyśleć wcześniej, przed ślubem, teraz na rozstanie już za późno”.

    Lubię

  13. Myślę sobie, że nie jestem skłonna do dogmatycznego „ludzie powinni się rozejść jak najszybciej” vs „powinni trwać w związku z uwagi na dobro dziecka”. Generalnie jestem zwolenniczką kończenia związków, które nie rokują i mam dość duże zaufanie do ludzkiego rozsądku w kwestii oceny, kiedy jest na to czas. Also, jako ciekawostka: wiecie, że to w większości kobiety wnoszą pozwy o rozwody? Mimo, że jeśli mają dzieci to ekonomicznie i społecznie dostają tym bardziej po dupie.

    Lubię

    • Kobiety pozwy o rozwody składają częściej, ale mężczyźni częściej biją i wpadają w nałogi. Z tego mogą wynikać różnice. Ten, który krzywdzi nie musi chcieć końca małżeństwa, ale jeśli nic nie robi żeby przestać krzywdzić to w końcu się doczeka rozwodu. Hazardzista przegra wszystkie oszczędności to on pozwu nie złoży tylko niezadowolona żona. Facet pije, z nałogu nie chce wyjść to nie zapragnie rozwodu nawet jeśli żona mu mówi żeby przestać pić. Jego rodzinie może to przeszkadzać bardziej niż jemu. Facet bije to też zamiast bić rozwodu nie weźmie. Mógłby pomyśleć, że żona go denerwuje to z nią nie będzie i się rozwiedzie, ale nie. Zamiast tego będzie bić aż żona się nie zbuntuje. Facet zdradza to nie on cierpi przez swoje zdrady, więc rozwodzić się nie chce. Z żony zadowolony, nie chce zmian tylko potrzebuje urozmaicenia, od czasu do czasu nowego ciała. Dla niego to tak może być dalej. Tylko, że żonie ta niewierność się nie spodoba i jak się dowie to zechce rozwodu.

      „Mimo, że jeśli mają dzieci to ekonomicznie i społecznie dostają tym bardziej po dupie”

      Społeczeństwo dosyć rozumie kiedy kobieta zostawia męża zdrajcę czy pijaka. W innych przypadkach bywa gorzej. Co do dzieci to może być plus. Wiele kobiet cieszy się z tego, że dzieci zostaną przy nich. Mężowi by ich nie oddały nawet jeśli miałyby taką możliwość (bo mąż chciałby i wiedziałyby, że dobry z niego ojciec). Do tego często kto ma dzieci ten może z nimi zostać we wspólnym mieszkaniu. Kobieta po rozwodzie nie musi być sama. To też już inaczej. Był mąż, który zarabiał, a jest nowy facet, który też zarabia, więc tutaj nie musi być straty. Jeśli facet robił długi to od razu następuje poprawa. Już nikt nie będzie sięgał do pensji kobiety po to żeby np. kupić alkohol, zagrać. Może kobieta wydawać swoje pieniądze tylko na siebie i na dzieci. Ale oczywiście nie tylko o pieniądze tutaj chodzi. Jeśli mąż był bogaty to też nie warto dla pieniędzy godzić się na wszystko. Więcej pieniędzy nie musi oznaczać większego zadowolenia z życia.

      Lubię

  14. @Black Ops

    Dlatego, że dopóki rodzina spełnia swoją funkcję, to brak romantycznego uczucia między rodzicami bynajmniej nie jest tak traumatyczny dla dziecka, jak rozwód i rozbicie tego, co dla niego jest podstawą bytu, najbardziej trwałą rzeczą na świecie. Mówię o małym dziecku. Starsze jest w stanie to zrozumieć i się z tym pogodzić – dlatego ja bym poczekała.

    Nie mówię o sytuacji, gdy codziennie są awantury z agresją, przemocą, albo ktoś jest uzależniony od alkoholu – wtedy rozwód jest oczywiście lepszy.

    Lubię

    • Mam wrażenie, że mówimy o idealnie sferycznej rodzinie. Przecież i w takich niezagrożonych rozwodem nie jest idealnie, ojciec bywa nieobecny albo oschły, matka nadopiekuńcza lub faworyzująca jedno z dzieci.
      No i znów wracamy do zagadnienia, czy trzeba się poświęcać dla dzieci. Przecież dla ich rodziców to są lata młodości, które mogliby spędzać w kolejnym, tym razem udanym związku.

      Lubię

    • @Julia: ja to mogę tylko anecdatą właściwie, więc pewnie niczego mądrego nie powiem: rodzina nie spełniająca swojej funkcji to dla mnie m.in taka rodzina, w której nie ma chemii. Nie musi być picia, bicia czy przemocy psychicznej, wystarczy patrzeć na ludzi, którzy – śpiąc w jednym łóżku – są o całe kilometry od siebie. To wcale nie robi na psychikę dobrze. Przynajmniej mi nie zrobiło, stąd mój subiektywny wniosek, że nie warto czekać tych 5 lat. Bo te 5 lat nauczy prędzej zimnego współtrwania niż zdrowych relacji – i gdzie tu zysk? W stylu, pardon, „jest chujowo, ale stabilnie?”

      Taka przedstawiona przez Ciebie prawie że sferyczna rodzina nie spełnia dla mnie funkcji, a trauma – inna, ale nadal jest.

      Ale to ja, nie mam certyfikatu sferyczności.

      Lubię

  15. „Przecież i w takich niezagrożonych rozwodem nie jest idealnie, ojciec bywa nieobecny albo oschły, matka nadopiekuńcza lub faworyzująca jedno z dzieci.”

    No ale to lepsze niż rozbita rodzina raczej.

    „No i znów wracamy do zagadnienia, czy trzeba się poświęcać dla dzieci.”

    Nie trzeba, ale takie 6 letnie dziecko to jednak pewne zobowiązanie – ono nie jest gotowe ponosić konsekwencji pewnych działań, tym bardziej konsekwencji działań swoich rodziców. Jak się podjęło pewnej roli – rodzica, to wypadałoby tego przynajmniej dotrzymać do tego momentu, w którym dziecko może spokojnie przeżyć rozwód.

    ” Przecież dla ich rodziców to są lata młodości, które mogliby spędzać w kolejnym, tym razem udanym związku.”

    A 5 lat później już nie będą mogli? Dziecko ma cierpieć bo tacie lub mamie nudzi się bądź nie jest tak w pełni szczęśliwa, tylko troszkę?

    Lubię

    • Poza tym relacja dziecko – rodzic jest tak niesymetryczna jak to tylko możliwe: tutaj tylko rodzic ma obowiązki, dziecko nie: nie można go zmuszać do godzenia się z decyzjami, na ktore psychicznie nie jest gotowe z uwagi na swój naturalny rozwój…

      Lubię

      • Tylko, że mniejsze dziecko może lepiej znosić zmiany i łatwiej się przyzwyczaić do tego, że rodzice nie są razem. Również im mniejsze dziecko tym większa szansa, że nawiąże więź z nowym partnerem mamy. Jeśli biologiczny ojciec nie będzie się dzieckiem interesować po rozwodzie to dziecko ma szansę na zyskanie „nowego” taty (mężczyzny, który je wychowa). Czekając pięć lat można trafić na czas, kiedy zaczyna się bunt i wielki żal w stosunku do świata. Nastolatek może być bardzo nieszczęśliwy z powodu rozwodu rodziców.

        Lubię

    • Ale w ogóle z czego wysnuwasz takie wnioski? Z palucha? Ze swoich własnych doświadczeń? Hej, ja też mam swoje osobiste doświadczenia w tym względzie – jestem dzieckiem ludzi, którzy się w końcu rozwiedli (ja miałam 13 lat, a mój brat 6). No i jakbym miała ekstrapolować z własnych doświadczeń, to jednak bym wolała, żeby się rozwiedli wcześniej, bo ukróciło to wiele moich życiowych niepewności. Więc popatrz, krzywdziło mnie, że moi rodzice byli w nierokującym poprawy związku! Ojej, z tego wniosek, że jednak lepiej żeby się rozwiedli wcześniej?

      Nie ma uniwersalnej prawdy na ten temat. Gadanie tak sobie o tym, że dla dobra dziecka trzeba poczekać, że dla dziecka lepiej żeby rodzice trwali w związku jest tyle samo warte co spekulowanie, że jednak lepiej dla niego aby się rozstali i nie trzymali go w toksycznym środowisku ludzi, którzy się nie kochają.
      Być może ktoś to zbadał i zanalizował co dla rodziny lepsze w takiej sytuacji, ale ani ja – ani raczej Ty – nie mamy takich danych, więc może odejdźmy od poziomu autorytarnych stwierdzeń do poziomu dyskusji nad notką, która pokazuje to, że rozwód to zasadniczo nic prostego, a sklejanie życia po rozwodzie wymaga ogromnej pracy, chcenia i uwagi

      Lubię

      • No więc ja dodam tylko, że znam kilkoro rozwodników i żadne z nich nie podjęło decyzji „znudziło nam się, to może się rozwiedźmy”.
        Nie wiem, czy dla małego dziecka jest lepiej, by rodzice usiłowali trwać w związku czy się rozejść. Z całą pewnością – zgodnie z danymi GUSu – to kobietom o wiele częściej jest przyznawana wyłączna opieka, i to kobiety częściej występują o rozwód. Zważywszy, że przeciętnie to jest kilkanaście lat od ślubu, przeważnie jednak czekają na częściowe usamodzielnienie się dzieci. Myślę, że gra tutaj zarówno dobro dzieci jak i zwykły pragmatyzm – nawet najtrudniejszym nastolatkiem łatwiej opiekować się w pojedynkę niż ząbkującym niemowlęciem.

        Lubię

  16. nie rzucę linkiem, ale jest przeciwnie niż piszecie – im młodsze dziecko, tym mniejszą traumą jest rozwód rodziców, a najgorzej znoszą go nastolatki. więc naprawdę nie ma na co czekać, jeśli kierujemy się dobrem dzieci.
    Szprota, anegdotycznie: rozwodzę się kilkanaście lat po ślubie nie dlatego, że czekałam na usamodzielnienie się dzieci – lecz dlatego, że tyle czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że jest to związek bez szans. myślę, że u każdego ten czas jest inny, jedni są pewni po 3 miesiącach, inni po 30 latach.

    Lubię

  17. odgrzeję kotlety, ponieważ za sprawą niezwykłego zrządzenia losu i tak dalej dopiero dziś mogłam przeczytać notkę oraz komentarze. W związku z tym czuję imperatyw.
    Moja pozycja wyjściowa jest taka, iż jestem dzieckiem rozwiedzionych rodziców (pardon, w separacji, rozwód jest tres tres niekatolicki) oraz rozwiedzioną dorosłą. Jeśli idzie o ten pierwszy epizod to niestety moi rodzice wyznawali w życiu podobne przykazania psychologicznej wiary co Julia, czyli: poczekajmy aż dorosną, jak się wzięło na siebie zobowiązania itd. Tu chciałabym wiwisekcyjnie wspomnieć o licznych paciorkach kierowanych do Pana Boga, którego prosiłam, aby się wreszcie rozwiedli, niestety nie posłuchał ani on, ani oni, i rozstanie nastąpiło, kiedy miałam lat 25. Wtedy jednak od dość dawna już mi to zwisało, ponieważ dom rodzinny opuściłam w wieku lat 16 bezpośrednio po sympatycznym pobycie w klinice dzieci i młodzieży instytutu psychiatrii i neurologii z powodu malowniczego załamania nerwowego. Jak widać mężna decyzja rodziców o utrzymaniu rodziny, która „spełniała swoją funkcję”, jest przeze mnie oceniana z wdzięcznością oraz pozytywnie.
    Oczywiście jest to anegdota i oczywiście nie będziemy jej ekstrapolować..
    Co do rozwodu własnego to chciałabym poinformować Doskonale Deszyfrowalnego Znanego Człowieka Internetu, iż nie należy gasić nadziei: propozycję opieki naprzemiennej dostaliśmy (w formie opcji do rozpatrzenia) w roku 2003, to znaczy mój eks mąż i ja. Od psycholożki właśnie. Czyli są sensowni psycholodzy. Uczciwość każe mi dodać, że popatrzeliśmy wtedy na nią jak na ufoka (niestety rzuciła trochę perły przed wieprze). Gdybyś więc jeszcze kiedyś potrzebował wsparcia od psychologa, który jest w porządku i na bieżąco, to mam namiary.
    Ale cały ten przydługi wstęp służył temu, aby napisać: czytam bloga Szproty od lat i zaczęłam go traktować trochę jak swój Facebook, dzięki któremu mogę żyć w idealnie sferycznym świecie własnych lajkowań. Chcę świadomie żyć w tej bańce i traktuję ją jako element higieny psychicznej, ponieważ realnego syfu mam aż nadto w innych strefach życia. Przyzwyczaiłam się więc do pewnego standardu i pewnie dlatego tak zdemolowała mnie lektura komci pod tą notką.
    Chciałabym więc powiedzieć, że spot Fundacji Mamy i Taty jest po prostu zły. Zwyczajnie okropnie zły i szkodliwy, szczególnie jego kolejne części, w których dziecko mówi płaczliwym głosem „Mamo, tato, co złego zrobiłam?”. Podobnie jak złe jest przedstawianie „poczekania z rozwodem aż dzieci podrosną” jako obiektywnie wartościowego, na podstawie nie wiem czego, poza wyssaniem z palca lub swoich własnych doświadczeń (jak już wytknięto).
    Tak samo złe są uwagi o patternach, nie napiszę jakie są moje po szczęśliwym życiu w nierozbitym domu, dziękuję jednak moim rodzicom, że w swoim dorosłym życiu przeszłam jedynie dwie terapie indywidualne, jedną małżeńską, a wcześniej jako nastolatka zaledwie jedną rodzinną i jedną indywidualną.
    Oraz: otwarte mówienie o rozwodzie, również o bólu, z którym się wiąże, nie jest świadectwem nieprzemyślenia rozwodu (wiem, nikt tej tezy tu nie stawiał, ale chcę o tym napisać), a świadectwem – uwaga, będzie błyskotliwie – bólu, z jakim się wiąże rozwód. Również ten chciany. Uważam, że skutki rozwodu dla mojego dziecka są rozległe. Przykro mi. A jednak wiem, że pozostanie w „spełniającym swoją funkcję” małżeństwie z moim eks mężem byłoby najgorszą rzeczą, jaką mogłabym zafundować dziecku.

    Lubię

  18. Witam, jako osoba doświadczona, chciałbym dodać swoje dwa grosze: jeżeli wiemy już, że małżeństwo nie ma sensu, to powinniśmy starać się jak najszybciej się rozejść i najlepiej ugodowo. Im dziecko młodsze tym mniej to wpłynie na niego cała sytuacja. Żeby oszczędzić sporów i problemów warto zawszę spisać intercyzę. Oczywiście jak bierzemy ślub to nie myślimy o tym, że się rozstaniemy. Jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak się życie potoczy i tak naprawdę nie możemy ufać pod tym względem nawet sobie. Potem, gdy jednak sytuacja rozwodowa przyjdzie- to zupełnie inaczej wygląda jej przebieg. Z doświadczenia- o wiele łagodniej. Co wpływa korzystnie na nasze dzieci. Ogólnie trzeba naprawdę być przewidywalnym i zakładać wszystkie opcje jak i również starać się o dobro dzieci ponad wszystko.

    Lubię

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s