Nie wszystkie dzieci lubią łaskotki

Z okazji weekendu cichnie nieco burza wokół słów Michalika, zwanego przez wierzących arcybiskupem. Napisano też o niej tyle, że nieszczególnie mam cokolwiek do dodania. Z mojego punktu widzenia, ważne w tej całej historii są następujące rzeczy:

  1. Obraz księdza-pedofila, jakkolwiek widać, że nie pozbawiony podstaw, oddala nas od tego, co w molestowaniu nieletnich istotniejsze: że molestujący to często ktoś z rodziny. Nie jestem wyrywna do bronienia księży, ale części tej gównoburzy na pewno przyświeca też radocha ze znalezienia zewnętrznego sprawcy i nie zajmowania się przemocą seksualną w rodzinie.
    W postawie księży omal równie oburzające jak to, że molestują jest to, że odmawiają publicznej skruchy, żonglując stwierdzeniami o lgnących dzieciach i standardowym napierdalaniem w rozwodników.
  2. W słowach Michalika, zwanego przez wierzących arcybiskupem, poza oskarżaniem dzieci i rozwodów pojawiła się też sugestia, że to przez to rozseksualizowanie dzieci, wpajane im od przedszkola.

Nie wiem, czy wiecie, ale cywilizacja śmierci z siedzibą w Brukseli przysłała instrukcje, byśmy roznamiętnili te maleńkie, niewinne duszyczki za pośrednictwem edukacji seksualnej i przedszkoli równościowych. Ja rozumiem, że ksiądz ma podstawy wierzyć, że chłopcu od założenia sukienki pomiesza się dobro ze złem. Ale to tak nie działa. Zgodnie z informacjami, jakie posiadamy, dzieci w wieku przedszkolnym dopiero uczą się wzorców, takich jak przysłowiowa sukienka dla chłopaka. Łatwiej przyjmują zmiany, mają o wiele mniejsze poczucie, że coś się wyłamuje ze schematu, zamiana ról, nawet sprowadzona do przebieranki w ubrania jest dla nich zabawą, nie bolesnym eksperymentem rodem z Zimbardo.

(etap, gdy dzieci już rozpoznają wzorzec „swój – obcy” i uczą się z nim sobie radzić następuje w wieku podstawówkowym; osobiście jestem zdania, że każde dziecko powinno zmierzyć się w tym okresie zarówno z potrzebą odrzucenia kogoś poza grupę, bo nie pasuje, jak i doświadczeniem odrzucenia – jest to po prostu potrzebne do poprawnej socjalizacji; mam też wrażenie, że w banieczkach prywatnych szkół nie mają po temu sposobności)

Dobrze podsumowuje moje rozważania wypowiedź Karin Graff, psycholożki zajmującej się dziećmi: Dzieci są niesamowicie podatne. Uczą się zachowań przez podpatrywanie i naśladowanie dorosłych. Jeśli chcielibyśmy więc czekać z równościowym wychowaniem do czasu, kiedy zaczną szkołę, chłopcy i dziewczęta będą już wtedy wtłoczeni w przypisane role.

Gdy przeglądamy program równościowego przedszkola, wyłania się z niego obraz pogodnego, szczęśliwego dziecka, które bawi się zabawkami, które lubi, nosi ubrania, w jakich dobrze się czuje; jeśli jest dziewczynką, może zamiast podać koledze kompot pobiegać za piłką. W programie podpowiada się, co można zrobić, by to ułatwić: twórcze przerabianie bajek, przemieszanie zabawek ze stref dziewczęcych i chłopięcych, zachęcanie dzieci do rotacyjnych odwiedzin w kącikach tematycznych, tak, by sklep czy kwiaciarnia nie były domeną wyłącznie dziewczynek. Autorki uprzedzają, że zwłaszcza chłopcy mogą jednak mieć już poczucie nieodpowiedniości zabawy na dziewczęcych warunkach i nie forsują tych pomysłów na siłę.

Za równościowym przedszkolem stoi koncepcja, że stereotypy przyjmujemy od małego, od wieku przedszkolnego. Zgodnie też z polskim, dość autorytarnym modelem wychowawczym, dzieci uczone są, że niewiele mają do powiedzenia w kwestii swoich ciał. Oczywiście – w przypadku zdrowia lub higieny odpowiedzialność spoczywa na dorosłym. Zalecane są jednakże też lektury z pogranicza asertywności wobec molestowania seksualnego (wymienia się tam m.in. „Nie lubię łaskotek. Prawo dziecka do mówienia »nie«” Marcie Aboff). A więc tak, te wstrętne feministki chcą też, by dzieci uczyły się reagować na niechciany dotyk i nie wstydziły się o tym mówić.

Poza kanonem proponowanym przez autorki projektu ze swojej strony mogę dorzucić wspominaną już „Czy Zuza ma siurka” i drugą, do zmierzenia się z dziecięcą seksualnością, „Zuza chce mieć dziecko”. Z serii „Dzieci filozofują” godną polecenia jest książeczka Oscara Brenifiera, przepięknie zilustrowana przez Serge Blocha: „Uczucia – co to takiego?”, a w niej, na przykład, pytanie: „Czy boisz się wypowiadać przed całą klasą?” – i rozważane inklinacje zarówno odpowiedzi twierdzącej, jak i przeczącej (przy przeczącej: nie, bo nie lubię, gdy inni na mnie patrzą – tak, ale: czy to, że patrzą, oznacza, że cię oceniają? czy wolałbyś być niewidzialny? czy spojrzenie może zranić?). Pomogłaby zarówno dziewczynkom, socjalizowanym do bycia grzecznymi i uległymi, jak i chłopcom, socjalizowanym do ukrywania uczuć.

a to znów "Grzeczna" w ilustracji Gro Dahle (obrazek zaczerpnięty z http://mamaczyta.pl/raczej-na-powaznie/o-dziewczynce-ktora-zniknela)

a to znów „Grzeczna” w ilustracji Gro Dahle (obrazek zaczerpnięty z http://mamaczyta.pl/raczej-na-powaznie/o-dziewczynce-ktora-zniknela)

Mam wrażenie, że rak, który toczy percepcję Michalików i jemu podobnych jest zamknięty na choćby elementarne mówienie o sprawach społecznych. Że gdy jego słowa o poszukiwaniach serdeczności poza rodziną, która jej nie dostarcza – wcale przecież nie tak chybione, niezależnie od rozwodów są przecież rodziny nie zapewniające dzieciom tego podstawowego minimum jakim jest bezwarunkowa miłość – nie były powiedziane w kontekście świadomego, wielokrotnego i wciąż zamiatanego pod dywan krzywdzenia dzieci – może nawet znalazłoby się parę osób skłonnych się zgodzić. Co więcej, ich olbrzymia, wyuczona przez wieki arogancja nie pozwala spojrzeć na kwestię wychowywania dzieci inaczej niż wtłoczono z zakurzonych ksiąg w seminarium: mężczyzna, kobieta, podrzędna, służalcza rola kobiety, a myśl o zamianie ról godzi w boga, honor i ojczyznę.

Co martwiłoby mnie dużo mniej, gdyby nie dwie lekcje religii tygodniowo.

Ateiści są boscy

Lublin ma swoje stałe miejsce w moim pojemnym serduszku. To tu spędzam jedne z piękniejszych letnich weekendów, to z tych okolic pochodzi miłość mojego życia, wreszcie – swoją wielokulturową historią (i jej powojenną eksterminacją) przypomina mi rodzinną Łódź. Poza tym jest miastem na wzgórzach, ma różne fałdki i zakamary – generalnie, bardzo kochane miasto.

(no i lęgną się tu doskonali komiksiarze)

Z dużą serdecznością myślę też o powstałej tamże Fundacji Wolność od Religii. Nowym czytelnikom może powinnam uświadomić, że mój stosunek do religii jest dość dawkinsonowski (ze starannym, mam nadzieję, wyłączeniem islamofobii). Jak czytamy w statucie fundacji, jej celem jest nawet nie tyle całkowita ateizacja społeczeństwa – nie zmartwiłoby mnie to szczególnie – co upowszechnianie tolerancji i szacunku wobec wyznawców innych religii oraz niewierzących. W ramach realizacji tych celów między innymi trwa kampania „Ateiści są boscy”. W jej ramach na billboardach ukazywani są ludzie malujący niebo. Jest również plakat, ukazujący to, co najważniejsze w działaniu fundacji i racjonalistycznym światopoglądzie:
lublin

Taki też plakat zawisł obok placówki oświatowej, zwanej Szkołą Podstawową nr 20 im. Jarosława Dąbrowskiego w Lublinie. Jak czytamy w artykule na stronie Gazety Wyborczej, „fundacja otrzymała informację od firmy udostępniającej nośnik, że na skutek interwencji dyrektorki placówki billboard zostanie zdjęty.” Przyczyną miała być niezgodność ze statutem szkoły.

Jeśli statut jest niezgodny z konstytucją, tym gorzej dla konstytucji!

Wiecie, co jest najgorsze? Że się nawet nie oburzyłam. Że w państwie, w którym zbiorowe zgorszenie wywołuje komendant żądający usunięcia krzyży z komendy, w którym krzyż w sejmie zawisł pod osłoną nocy, a sugestia usunięcia prowokuje do wielotygodniowej debaty – prosty, czysto informacyjny plakat o równouprawnieniu Kościoła i innych związków wyznaniowych oraz prawie do nieuczestniczenia w praktykach religijnych po prostu musi budzić kontrowersje. Po prostu musi. Może ta codzienna świadomość, jak bardzo zapis konstytucyjny jest martwy sprawił, że zobojętniałam.

Wstyd mi za to.

W sukurs przyszedł mi czytelnik (pozdrawiam), któremu chciało się bardziej niż dziennikarzowi artykułu dla Wyborczej i znalazł statut szkoły (trzeba pobrać, jest w .docu). Przewertowaliśmy go razem – i odniesienia do religii znaleźliśmy takie:

  • (uczeń ma prawo) do swobodnego wyrażania myśli i przekonań, w szczególności dotyczących życia szkoły, a także światopoglądowych i religijnych, jeśli nie narusza tym dobra innych osób;
  • (uczeń ma obowiązek) poszanowania godności osobistej każdego człowieka i jego prywatności oraz symboli narodowych i religijnych
  • Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci, szkoła na życzenie rodziców organizuje naukę religii

(plus zapisy o ocenach z religii)

Mam dla was ankietę:

Szczególnie serdecznie zapraszam do niej znajomych Lublinian. I dyrektorki szkół. Oraz leniwych dziennikarzy.

update:
Dyrektorka przeprasza. Dobre i to.
(a w ankiecie prowadzi, oczywiście, Masaj)