Seksuolog prowokuje wymioty

Seksuolog Krzysztof Boćkowski zabłysnął na łamach najpierw Czasu Białegostoku, a później Tok FM  z szarżującą opinią o przyczynach gwałtu. Jego gwiazda zamiast przygasnąć po pierwszym trzęsieniu ziemi chyba niestety zaczyna przypominać supernową. Czemu Judyta Kokoszkiewicz z Czasu Białegostoku w ogóle uznała, że opinia seksuologa (a nie, dajmy na to – policjantki czy psychologa) jest istotna, gdy mówi się o przyczynach gwałtu, pozostaje dla mnie zagadką. Twierdzę bowiem, że przede wszystkim o przemocy seksualnej należy rozmawiać albo w wymiarze czysto kryminalnym, z wykorzystaniem policyjnych statystyk czy Niebieskiej Linii, albo też w wymiarze kulturowym. Specjalista od pożycia seksualnego, choćby i z pozycji biegłego sądowego, ma w tym temacie takie same kompetencje co przypadkowy pasażer w tramwaju i z takim samym prawdopodobieństwem trzaśnie z przytupem srogiego kocopoła.

Widzę, że facebookowi celebryci dołączają się do opinii „ofiara gwałtu nie jest winna, ALE”, więc mówienie o tym temacie — obwiniania ofiary — nigdy dość. I

Spójrzmy jeszcze raz, co mówi pan doktór:

Dlaczego kobiety wstydzą się przyznać, że zostały zgwałcone? Bo często same nie wiedzą, co tak naprawdę się stało, sytuacja była niejasna. Przykładowo, gdy kobieta umawia się na randkę, nie jest chyba świadoma, kolokwialnie mówiąc, że mężczyzna zawsze jest nastawiony na seks. Dziwić może to zaskoczenie kobiet, które mówią „po fakcie”, że chciały się tylko pocałować, a tymczasem zdarzyło się więcej. Problemem mężczyzn jest to, że trudno jest im odczytywać sygnały płci przeciwnej – ciężko jest się domyślić, kiedy kobieta chce, a kiedy nie chce.

I wiecie co: to jest trafna diagnoza.

Zanim mnie zakrzyczycie, już wyjaśniam, co w niej trafnego: w naszej kulturze pojęcie „gwałtu na randce” właściwie nie istnieje. Więc tak – kobieta doświadczywszy przemocy seksualnej nie jest pewna, co się stało i na ile stało się to z jej winy. Mężczyźni wzrastają w przekonaniu, że jeśli pozwoliła na pocałunek, to pozwoli na wszystko – przecież tak jest nawet w niewinnym kinie familijnym made in USA, nie tylko w pornografii. I faktycznie nie umieją rozpoznać sygnału, że pocałunek wystarcza, flirt wystarcza, nie posuwamy się dalej. Nie jest to jednak – a tak wydaje się twierdzić pan doktor – wina kobiet, lecz systemu, który nas, kobiety, uczy uległości, zaś mężczyzn nie uczy, by pytać o intencje. Potrzebna jest zmiana.  Musimy powtarzać komunikat „jeśli nie jesteś pewny, czy chce, zakładaj, że nie chce” tak długo, aż stanie się oczywistym.

(kwestię męskiego wiecznego nastawienia na seks w cytowanej wypowiedzi pomijam – nawet jeśli to nastawienie występuje, nie jest ono wyłącznie męską domeną i nadal nic nie usprawiedliwia)

Dalej jednak pan doktor już odjeżdża ze stacji „Umiarkowana Mizoginia” w kierunku „Batshitcrazyville”, mówiąc:

Fakty, że tylko 10% kobiet zgłasza gwałt na policję wynika też z nastawienia – dla jednej ten gwałt był wielką tragedią, dla innej niekoniecznie. Wydaje mi się, że na policję zgłaszają się takie kobiety, które faktycznie nieszczęśliwie stały się ofiarami bestialskiego gwałtu, i które nie mają sobie samym niczego do zarzucenia.

Z całą pewnością jest tak, że nie wszystkie przeżywamy tę krzywdę tak samo. Przyczyny niskiej zgłaszalności gwałtów są jednak inne: aktualnie osoba doświadczająca gwałtu musi przejść przez długą drogę przesłuchań, niedowierzania i udowadniania, że nie zrobiła nic prowokującego. Biorąc jednocześnie pod uwagę, że ponad trzy czwarte gwałtów jest dokonywanych przez sprawców jej znanych – trudno się dziwić niechęci do zgłoszeń. Jak donieść na swojego męża, chłopaka czy kuzyna? Jak dowieść, że po dwóch piwach na randce i paru pocałunkach jednak nie chciało się seksu? Szansa na ukaranie czy choć odizolowanie sprawcy jest niewielka, zaś rozgrzebywanie intymnych szczegółów zajścia – upokarzające.

W dyskusji o zjawisku przemocy seksualnej bardzo często miesza się dwa porządki: jak jest i jak powinno być.

Jest tak, że męźczyźni gwałcą. Nie wszyscy. Pewna część. Czasem dlatego, że mają nasrane we łbie i chcą pokazać, kto tu rządzi, jak na przykład nadmiernie kontrolujący mężowie. Czasem dlatego, że są durnymi gimbusami, którzy całą wiedzę o życiu seksualnym mają z redtube’a, przechwałek kolegów i katechez zwanych przygotowaniem do życia w rodzinie – i nie wiedzą, że można poprzestać na pocałunku. Czasem dlatego, że przez całe życie słyszeli, że kobiece „nie” oznacza „być może”.

Dlatego, gdy przyjaciółka pójdzie na spotkanie z kolesiem poznanym przez internet, być może, z troski, bo taka ze mnie nadopiekuńcza kwoka, zasugeruję jej miejsce publiczne, naładowaną komórkę i pilnowanie drinka. Nie będzie to jednak moja sprawa i nie będę jej odpytywać, czy tego dopilnowała. Tak, jest to pewna hipokryzja. Godzę się z nią.

Podobają Ci się moje notki? Wrzuć monetkę!

Czytaj dalej

Reklamy