Uśmiechnij się!

„Przestań mówić kobietom, by się uśmiechnęły” – z takim projektem jesienią dwa lata temu wystartowała Tatyana Falalizadeh, brooklińska ilustratorka i muralistka. Projekt – street-artowy – zawierał vlepki z portretami kobiet i ich ripostami na „uśmiechnij się”, słyszane od obcych ludzi na ulicy. Za akcją stoi myśl, że tego typu prośby są elementem molestowania w przestrzeni publicznej i jako takie powinny spotkać się ze sprzeciwem.

Korespondującą z tym projektem akcję zapoczątkowała też dziennikarka Rachel Krantz, prosząc swoje czytelniczki, by, tak jak kobiety sportretowane przez Tatyanę, pokazały swoje twarze ze swoimi odpowiedziami na prośbę o uśmiech. W Polsce, póki co, ani projektu ze zdjęciami, ani street-artowego niestety nie ma (możemy spróbować z tym ze zdjęciami).

Problem wydaje się być błahy, jeśli się spojrzy nań bez kontekstu – ot, zaczepka słowna i to przecież raczej z tych niezbyt inwazyjnych. Jest jednak wyrazem pewnego zestawu oczekiwań wobec kobiety i formą dyscyplinowania jej, by je spełniała. Kobieta ma być miła i ładna, uśmiechać się zachęcająco i nie okazywać gniewu. Wychowana zgodnie z tym wzorcem nie zareaguje na tę lub bardziej agresywną zaczepkę, uda, że nie widzi obscenicznych gestów w jej kierunku, zmilczy rękę na pośladku. A gdy dojdzie do czegoś gorszego, zada się jej pytanie „czemu się nie broniła?”. No właśnie, czemu?

Zwróćmy też uwagę, przez jaki pryzmat jest postrzegana kobieta w takich sytuacjach: wyłącznie tego, co powinna robić, by podobać się mężczyznom (nie zliczę, ile razy koronnym „argumentem” w internetowych przepychankach było to, że w oczach oponenta lub oponentki jestem brzydka!). Tak, jakby powodzenie u mężczyzn było najważniejszą, jeśli nie jedyną wartością, do jakiej powinna dążyć. Zaznaczę: u heteroseksualnej kobiety nie ma nic zdrożnego w tym, by podkreślała swoją urodę celem wzbudzenia zainteresowania u mężczyzn. Jednak obcy człowiek w przestrzeni publicznej nie powinien zakładać, że trafił właśnie na kobietę, której na tym zależy. Może jej nie zależeć, bo ma w sobie wystarczająco siły, by nie opierać się na ocenie otoczenia. Może jej nie zależeć na mężczyznach, bo woli kobiety. Albo jest aseksualna. Może jej zależeć tylko na podobaniu się jednemu mężczyźnie, który akurat woli jej brak uśmiechu, bo wie, że takie ma ona usposobienie. Może jej zależeć, ale nie ma czasu, pieniędzy czy sił na zadbanie o siebie. To wszystko są rzeczy, których nie wiemy o drugiej osobie na ulicy czy w autobusie i nie powinny nas interesować.

Pada tutaj pytanie: gdzie jest granica, za którą zaczyna się tak zwana znieczulica. Co z osobami, które potrzebują pomocy i skoro nikt nie reaguje, pogrążają się w swoich kłopotach jeszcze bardziej?

Po pierwsze, myślę, że brak uśmiechu na zawołanie nie jest stanem na tyle alarmującym, by trzeba było podejmować interwencję. Nie mówimy tu o osobie rzewnie płaczącej w telefon czy siatkę z zakupami, tylko o poważnej kobiecie, która zaniechała kokieterii.

Po drugie, nawet przy rzewnie płaczącej osobie wahałabym się zagaić. Może mierzę podług siebie, ale ilekroć zbierało mi się na łzy w miejscu publicznym, ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam, to wyjaśnianie obcemu człowiekowi, czemu płaczę i przyjmowanie deklaracji, że będzie lepiej.

Po trzecie, zachęcałabym zatem do – w miarę sił i umiejętności – interesowania się stanem wyłącznie tych ludzi, po których widać, że robi im się słabo, mdleją, dostają ataku epilepsji lub omdlenia cukrzycowego (tu niezmienny ukłon w stronę pań na przystanku przy Nowowiejskiej, które kilka tygodni temu, widząc, że jestem bliska omdlenia, zakrzątnęły się wokół mnie, dały kilka rad i butelkę wody; pomogło wszystko).

Zatem: nie dyscyplinujcie kobiet do sympatyczności i uległości za pomocą uśmiechu. Uśmiechamy się, gdy jest do tego powód. Nie oczekujcie, że naruszanie naszych granic będzie tym powodem.

Nie mogę nie nawiązać do Rafalali i jej zachowania w programie Tak czy Nie Agnieszki Gozdyry. Nie mam zbyt dobrego mniemania o twórcach programu (samej Agnieszce?), którzy zapraszają na rozmowę z transseksualistką znanego transofoba i człowieka ogólnie wąskich horyzontów, Artura Zawiszę. W programie staje się to, na co Polsat News pewnie trochę liczył – Zawisza mówi do Rafalali per „to coś”, ona nie wytrzymuje i dokonuje aktu przemocy: oblewa go wodą ze szklanki. Zamiast ścierpieć z uśmiechem, jak na kobietę – pewnie z racji tożsamości seksualnej nieco mniej zsocjalizowaną w kierunku uległości, ale przecież kobietę – przystało.

Szczerze? Niedobrze się stało, że Rafalala wyszła z nerw, bo po Polsce pójdzie hyr, że transy to nieużyte sukinsyny i ta, jak jej tam, kołozgzystencja jest z nimi niemożliwa. Ale – absolutnie się nie dziwię. Mogę sobie tylko wyobrażać, ile się musi Rafalala na co dzień nasłuchać żarcików, tekstów, obelg i lżeń. Nie doświadczam tej opresji, jestem uprzywilejowana, więc nie bardzo mam prawo oceniać jej reakcję. Wiem tyle, że Zawisza i jego pobratymcy, spotkawszy ją poza studiem, mogliby się nie ograniczyć do szklanki z wodą. Zawisza posługuje się przemocą w swojej działalności publicznej, więc fakt, że jej doświadczył, nie budzi mojego większego współczucia.

Od osób doświadczających naruszenia ich granic, zaczepianych, molestowanych i dyskryminowanych oczekuje się reagowania z uśmiechem. Jestem zdania, że nie w uśmiechu droga. Uśmiechajmy się, gdy spotyka nas coś miłego. Gdy nas krzywdzą – reagujmy gniewem i przestańmy się przejmować, co o nas pomyślą inni.