Bądź ładna!

Pochodną kultury, która wymaga od nas, byśmy się uśmiechały jest imperatyw, byśmy były ładne.

Pisałam już o tym parokrotnie. Nie chodzi o to, że mam coś przeciwko atrakcyjnym ludziom. Miło mi się patrzy na zadbaną dziewczynę czy eleganckiego chłopaka. Przeważnie też, jak wychodzę do ludzi, to staram się, by było na mnie przyjemnie popatrzeć. Ale obowiązku nie ma. Nie musisz w naszej kulturze nosić rozmiaru 34, świecić białym zębem i mieć nóg do nieba. W innej kulturze nie musisz tuczyć się do patologicznej otyłości. Nawet, jeśli mówią ci to tak zwani przyjaciele i bliscy. W kwestii kontroli wagi czy zębów warto słuchać osób, które pokończyły odpowiednie specjalizacje medyczne, w kwestii doboru ciuchów – własnej wygody.

Ja wiem, że to, co piszę, to truizmy, ale wiecie: wystarczy czasem opublikować swoje zdjęcie w tym czy innym portalu społecznościowym, by zjawiali się komentatorzy, wyrażający wątpliwość, czy aby na pewno ten deseń czy ten fason jest odpowiedni. Nie, gdy prosimy o radę lub zdradzamy wątpliwości, czy nam ładnie, nie: wtedy, gdy pokazujemy nowy ciuch czy fryzurę. Wtedy, gdy oczekujemy poklepania i potwierdzenia, że możemy robić ze swoim wyglądem różne dziwne rzeczy, a i tak otaczają nas ludzie, którym się to podoba.

Więc temat jednak nie jest oczywisty dla wszystkich.

Mam podstawy przypuszczać, że bardziej niż lalka Barbie i seksowna Lara Croft na nasze postrzeganie tego, co ładne wpływają codzienne zwyczajne cuda ukazywane w telewizji oraz prasie kolorowej: jesteśmy w nich wystawione na dużo mniejsze, lecz dużo częstsze, a zatem bardziej toksyczne dawki płaskich brzuszków, smukłych ud i talii os. Jeśli przypadkiem nie oglądamy serialu ze szczupłymi pięknościami, z pewnością obejrzymy z ich udziałem reklamę. Jeśli nie oglądamy telewizji, wpadnie nam w ręce czasopismo u fryzjera czy w poczekalni w przychodni. Jeśli jesteśmy doskonałego zdrowia i idealnej fryzury, rzucą się na nas z billboardu. Żeby nie było: nie mam pretensji do szczupłych osób o to, że są szczupłe, ale prezentują one tylko część z szerokiego spektrum fascynujących ludzkich figur i nie życzę sobie, by ani moja, ani wasza atrakcyjność była zawężana do tych ram. Mówiąc mi: schudnij albo: nie noś tych rzeczy, bo jesteś na te fasony za gruba – uprawiasz fat-shaming.

Ja to nawet rozumiem. Szeroko rozumiana popkultura przyzwyczaiła cię do tego, że to szczupli są atrakcyjni i przydarzają się im ciekawe przygody. Jeśli jednak jesteś osobą myślącą (a skoro tu trafiasz, to na pewno rokujesz w tej dziedzinie), wiesz też, że to nieprawda. Krągłe dziewczyny i misiowaci chłopcy są pociągający i mają interesujące biografie. Więc czemu mnie przycinasz do ramek, w które nie wchodzę?

Dlatego też cieszy mnie aktorka Rebel Wilson, która nie dość, że rozgrywa swoją sylwetkę poza planem zdjęciowym jako doskonale obosieczną broń przeciw wszystkim zatroskanym o jej wygląd i zdrowie – ale także ma na koncie kilka ról, w których konsekwentnie gra osoby stojące w sprzeczności z „zabawną, lecz nudną i brzydką grubaską”.

tenor

W Pitch Perfect ani razu jej tusza nie jest powodem do tego, by poczuła się nieatrakcyjnie. Fat Amy w chwili zwierzeń mówi o tym, że miała dość otaczającego ją tabuna facetów i podaje tę kwestię nie jako żart, lecz fakt biograficzny – i tak jest też przyjęty przez rozmówczynie (widzimy ją zresztą w otoczeniu smukłych adonisów w jednej ze scen). Oczywiście – Rebel ma zacięcie komediowe, ale wydaje mi się, że z wesołej grubaski zrobiła jednak nową jakość – wciąż i wciąż powtarzając nam, że jej sylwetka nie jest ograniczeniem, jeśli chodzi o talent, powodzenie czy pewność siebie.

Nieco poważniej temat zmagania się z samooceną u tęgiej dziewczyny podejmuje brytyjski serial „My Mad Fat Diary” z rewelacyjną Sharon Rooney. Rzecz dzieje się w połowie lat 90., bohaterką jest szesnastoletnia Rae, a my wskakujemy w jej życie, gdy wraca ze szpitala po szczególnie zaawansowanym epizodzie autodestrukcyjnym. Poznajemy zatem dziewczynę otyłą, nieupiększoną, ubraną, jak to w latach 90. w szerokie koszulki i z długimi włosami w nieładzie. Dość szybko orientujemy się też, że tylko część problemów Rae wynika z tego, że jest gruba. Większość zaś z tego, jak bardzo nie lubi siebie, jak bardzo jest wrażliwa i jak bardzo boi się odrzucenia. Umówmy się: to nie są problemy, z którymi zmagają się wyłącznie osoby otyłe. Prawdę powiedziawszy, znam bardzo mało osób, które nie boją się odrzucenia. U Rae po prostu jest to nieco silniejsze. Ile z nas, mając naście lat, wstydziło się rozebrać na basenie?

Rae dorasta w cieniu swojej przyjaciółki Chloe

W tym wszystkim mamy nastolatkę, która jest – co wybaczalne w jej wieku – mocno skoncentrowana na sobie, ale także bardzo oddana przyjaciołom i bliskim. Lubimy ją. Ma cięty język, słucha fajnej muzyki i można się z nią zaprzyjaźnić na całe życie. Wierzymy też jej chłopakowi, który widzi w niej piękno i akceptuje ją taką, jaka jest. Takie jest też przesłanie filmu: problemy Rae nie zaczynają się i nie kończą na tym, jak wygląda. Rae nie zmienia wyglądu, lecz swoje zachowanie, uczy się ufać ludziom i ma swój happy end.

(w innym nastolatkowym serialu, „Skins” emitowanym u nas jako „Kumple”, poważną ofiarą szkolnych prześladowców jest Frankie, szczuplusieńka, niesłychanie interesująca i od strony wyglądu zewnętrznego zupełnie nie odstająca od tzw. normy dziewczyna)

A więc i w popkulturze coś się zmienia. Przykłady osób, które w jakiś sposób nie spełniają mainstreamowych standardów piękności, a mają ciekawe role, interesujące wypowiedzi i niesamowity talent można mnożyć.

Szczególną odmianą fat-shamingu jest pozorna troska o zdrowie. To u osób, które już wiedzą, że nie wypada wprost powiedzieć „schudnij, bo jesteś brzydka”, więc mówią „schudnij, bo się martwię o twoje zdrowie”.

Dla nich moja urocza i inteligentna przyjaciółka Slotna (a ja za nią powtarzam) ma trzy fakty:

Fakt 1 – większość ludzi po odchudzaniu wraca do poprzedniej wagi, a co najmniej 40% ją przekracza
Fakt 2 – odchudzanie w młodości jest znakomitym wskaźnikiem przyszłego wzrostu wagi
Fakt 3 – ludzie z nadwagą żyją dłużej, a ludzie z otyłością pierwszego stopnia tak samo długo jak ludzie z wagą w normie.
Wniosek: namawiając ludzi do odchudzania „zatroskani” przyczyniają się do rozwoju tego, przed czym rzekomo chcą społeczeństwo chronić – osoby mniej pewne siebie mogą faktycznie zdecydować się na diety, przez co z niegroźnej nadwagi czy otyłości I stopnia trafia do grupy zwiększonego ryzyka.

Wszystko to opowiadam po to, by przypomnieć to, co mówiłam na początku notki: to, jak wyglądam, jest moją sprawą. Dopóki nie poproszę, nie doradzaj ani mnie, ani nikomu, w co ma się ubierać i ile powinniśmy ważyć.

Mnie wystarczająco wiele osób powiedziało, że jestem śliczna, by w to wierzyć, niezależnie od tego, ile widzę na wadze.

Reklamy

60 uwag do wpisu “Bądź ładna!

  1. @arturjot bo cele fatshamingu nigdy nie jest okazanie prawdziwej troski czy chęć zmotywowania do czegoś, a wyśmianie i próba wręcz upodlenia pulchniejszej osoby.
    A serial My Mad Fat Diary jest cudowny, muszę go pokazać nastoletniemu rodzeństwu, bo to taki serial dla nastolatków jaki chce się oglądać – przekazuje jakieś realne wartości, ale nie umoralnia zanadto, pokazuje, że każdy popełnia błędy i nawet osoby pozornie idealne bywają bardzo nieszczęśliwe. Brzmi jak banały, ale pokazane jest to w taki sposób, że chce się oglądać. A Sharon gra świetnie!

    Polubione przez 1 osoba

  2. W czas przyszła ta notka, w czas…
    Wczoraj moja własna rodzicielka, przy koleżankach z pracy, powiedziała, że powinnam schudnąć, bo zdrowie, bo serce, bo kręgosłup. I że ona już się za mnie weźmie.
    (Nadmieńmy, mam lat 34 od jutra, nie 12.)
    Wyszło to z ust osoby, która tuż po obudzeniu sięga po papierosa, dostaje zadyszki podczas SCHODZENIA ze schodów i wygląda na 10 lat starszą, niż jest. I tak naprawdę w dupie ma moje zdrowie, bo gdybym była szczupła, to by jej to nie obchodziło. Nikogo by to nie obchodziło.
    I tak naprawdę jest mi bardzo przykro.

    „My Mad Fat Diary” wielbię, jestem rówieśniczką Rae i słuchałam tej samej muzyki wtedy. I tak samo koszmarnie czułam się ze sobą.

    Polubienie

  3. Szanowna Szproto,

    masz tysiąc procent racji. Tak się złożyło, że swoje lata dwudzieste spędziłam osaczona przez tzw. dobre rady i uwagi w rodzaju: „Znowu tyle jesz. Tak to nigdy nie schudniesz!” Nie wyrażałam chęci chudnięcia – otoczenie ją założyło, albowiem nie byłam bynajmniej wiotką gałązką. A potem dorosłam, zostawiłam toksyczną więź za sobą. Odkrycie, iż kobieta w rozmiarze 42 czy nawet 44 TEŻ może być uważana za atrakcyjną (nawet bardzo) trafiło mnie jak cegłą przez łeb.

    Polubienie

  4. O nadwadze i o niepojętej wprost dla mnie tolerancji dla wszelkich form dyskryminacji osób jakkolwiek odstających in plus od przyjętych standardów wagi albo in minus od standardów urody i tzw. „zadbania” już nie mam siły dyskutować – mogę tylko jak zawsze dać wyraz przerażeniu, że chociaż w Polsce powoli i z oporem, ale jednak pewne formy obrażania choćby mniejszości seksualnych czy etnicznych czy kobiet są jakoś tam potępiane, to praktycznie nie stawia się granic rzekomo „prozdrowotnym” krucjatom i jeżdżeniu po osobach otyłych. W dyskusjach o związkach partnerskich etc. padnie już nieco mniej obleśnych komentarzy (i płynących z nieco innych środowisk) niż pod artykułem o tym, że „Polacy tyją!!!!!!1`1111!!!!”; nawet od gejów „społeczeństwo” mniej powszechnie domaga się usprawiedliwień i tłumaczeń niż od osób, które „za dużo” ważą. (To jest dla mnie czasem aż nieprawdopodobne, jak z pełną oczywistością obie strony dyskusji na tematy związane najczęściej zamieniają ją w pyskówkę typu „to twoja wina, nie usprawiedliwiaj się chorobą czy biedą!” – „to nie moja wina, załączam zaświadczenie o chorobie tarczycy”; co się wiąże oczywiście z idiotycznym wykorzystywaniem pretekstu troski o zdrowie i argumentu z „moich podatków!!!11111!” które rzekomo w porażających kwotach pójdą na leczenie z owych kilogramów). Tolerancyjne i postępowe osoby potępiające czyjeś kretyńskie wystąpienie w sprawie edukacji seksualnej bez żenady w następnych słowach swojego listu potrafią na przykład „skrytykować” nielubianą posłankę z opcji konserwatywnej bo taka brzydka gruba baba – po prostu dlatego, że to najgorsze wyzwisko, jakie w ogóle przychodzi im do głowy.

    Ale o tym, wbrew pewnym pozorom, nie mam już siły gadać, więc odniosę się do początku tekstu. Zwłaszcza niektóre prądy feminizmu często idealizują „wspólnoty siostrzane” – Graff na przykład krytykując Wolf pisze, jak to jest fajnie, jak kobiety zbierają się razem i doradzają sobie w sprawie urody. A w rzeczywistości często wychodzi z tego właśnie taki przymus i jeszcze większy, kompletnie zinternalizowany przez całą tę wspólnotę terror dostosowywania się do wyśrubowanych wzorców: „NIE POWINNAŚ chodzić w tym ciuchu, bo BRZYDKO wyglądasz icoteras!!!”. I nie chodzi tu nigdy o sprawy jednoznaczne typu plama na spodniach albo za długie rękawy. Mężczyznom – którym generalnie o wiele rzadziej w ogóle przychodzi do głowy, że NIE POWINNI nosić jakiegoś ciucha, bo będą źle w nim wyglądać, męskie ciuchy są dla facetów, a nie dla wieszaków w sklepie, jeśli ktoś w czymś źle wygląda to wina złego kroju i brzydkiego ciucha, nie „za krótkich rąk” noszącego – prawie zawsze doradza się w tonie super pozytywnym, „może weź tę drugą koszulę, bo podkreśla ci oczy”. Kobietom dużo częściej w tonie ochrony przed straszliwym zagrożeniem niedostatecznie idealnego wyglądania „tego nie bierz, bo będziesz miała fałdkę, bo ci obciśnie tyłek, skróci nogi, ręce, szyję, etc.”. Kiedy wraz z obecnym mężem wybieraliśmy ciuchy ślubne, pierwsze co usłyszałam w salonie, to że ja z moją figurą nie nadaję się do tych, tych i tych sukienek, ewentualnie zostają takie. Mąż – że wyjątkowe walory jego wspaniałej sylwetki najlepiej podkreśli taka lub taka marynarka. (Mąż jest naturalnie najpiękniejszym mężczyzną na świecie, ale nie sądzę, żeby mniej odbiegał od zdjęć modeli w pismach niż ja od modelek…).
    Podsumowując: sprawa terroru wyglądu wydaje mi się ważniejszym i powszechniejszym problemem niż kobiety najczęściej przyznają – łatwo ją zlekceważyć, ale właśnie coś, co uwiera na co dzień to często coś, co naprawdę psuje życie i cieszę się, że Szpro wzięła temat na warsztat.

    Polubione przez 3 ludzi

  5. Przez 20 lat mojego życia byłam otyła. Będąc dwudziestolatką ważyłam ponad 110 kg. Schudłam ponad 40, urodziłam dziecko i ponownie zrzuciłam kilkanaście kilogramów, jakie zostały mi po ciąży. Dopiero teraz uczę się, jak przestać się krępować samej siebie, a to cholernie trudne, bo nigdy do końca nie akceptowałam siebie w grubym ciele. Wiecie, to jednak kurewskie uczucie, gdy z wielką dupą wchodzi się do odzieżowego, w którym można kupić sobie wyłącznie czapkę i szalik. Można akceptować siebie z nadwagą, ale nie chce mi się wierzyć, że zawsze można czuć się super będąc otyłym. Tylko problem w tym, że będąc szczupłym też człowiek nie zawsze czuje się ekstra sam ze sobą.

    Polubienie

  6. Dla mnie cały dyskurs wokół nadwagi, otyłości i jedzenia – jedzenie jest tu kluczowe – sprowadza się do typowej dla społeczeństw patriarchalnych próby kontrolowania, ograniczania i eliminowania kobiecej przyjemności. Jedzenie bowiem, jak słusznie zauważyła moja matka (nie ona pierwsza zresztą), jest jedną z bardzo niewielu przyjemności dostępnych każdemu (jasne, wiem, że nie każdy ma dostęp do jedzenia, albo do smacznego i jakościowego jedzenia – ale wiadomo, o co chodzi). Jedzenie to łatwy, szybki, społecznie akceptowalny (nie zawsze, o czym zaraz) i będący stale w zasięgu ręki sposób na osiągnięcie przyjemności. Tyle że patriarchat nie chce, żeby kobiety doświadczały przyjemności, bo taka kobieta nie daje się łatwo manipulować, jest bardziej pewna siebie i nie traci czasu na pierdoły. I tutaj wkracza to straszne „Masz zamiar TO zjeść? Będziesz GRUBA!”. Kobiety mają cierpieć i ćwiczyć się w ascezie, co nabiera tym groźniejszego wymiaru, że ten sam patriarchat ustawia kobiety w roli karmicielek. A zatem karmić innych, ale sobie samym odejmować od ust. Matka podająca obiad na stół, ale sama do niego niezasiadająca („zjadłam w kuchni”, znacie to?) jest ideałem kobiecości. Groza, groza, groza.

    Polubione przez 1 osoba

  7. A jeszcze dochodzi do tego kwestia, że dzisiaj za „grubą” uważa się kobietę, która z punktu widzenia BMI, BFP i pięćdziesięciu innych wskaźników jest po prostu normalna. A za normalną uważa się taką, która ma te wszystkie wskaźniki poniżej normy. Obowiązuje model chudej modelki, przy czym przeciętna modelka w reklamie czy na wybiegu jest szczuplejsza niż 95% ludzkości. I w związku z tym fat-shaming dotyczy ludzi, których pięćdziesiąt lat temu nikt by za grubych nie uważał. I to jest dopiero porąbane.

    Polubienie

  8. @ deserprzedobiadem – Masz rację, a drugą stroną tego zjawiska jest, że kompulsywne jedzenie to jeden z nałogów, które częściej przytrafiają się kobietom, bo jest bardziej społecznie akceptowany. Kobieta prędzej zje cały tort niż się narąbie na mieście. Kobieta częściej poprawi sobie samopoczucie czekoladą niż wódką. Bo jej tak wypada.

    Polubione przez 1 osoba

  9. To ja o tej trosce o zdrowie, bo jak pod zdjęciem grubych ludzi widzę rady, że powinni schudnąć dla zdrowia, to mnie śmiech bierze. Dla zdrowia, jasne. Może bym uwierzyła, gdyby nie to, że szczupłym osobom o beznadziejnej kondycji nikt uwagi nie zwraca, gdyby nie to, że zdrowie i kondycha grubych sportowców nie mają znaczenia, bo przecież tłuszcz! i gdyby nie to, że mięśnie u kobiet są takie nieseksowne, więc panie muszą uprawiać sporty tak, żeby schudnąć, ale nie mieć mięśni. Ale oczywiście to zdrowie jest na pierwszym miejscu.

    Polubienie

  10. Szpro, z jednej strony sensownie piszesz. Fat shaming nie wpływa pozytywnie na niczyją psychikę, ani na zapał do odchudzania, ani na zdrowie – pokażcie mi człowieka, który kwitnie w stresie. W zasadzie shaming nie rozwiązuje niczego i w związku z tym na socjologii i psychologii mądrzy ludzie uczą przyszłych lekarzy, żeby podczas leczenia stosować postawę partnerską i wspierającą, bo ocenianie powoduje jedynie zamknięcie pacjenta w sobie i nieufność.
    Ale. Ale mimo tej cukierkowości mnie, jako osobę studiującą medycynę, bardzo rozczarowuje w tym wszystkim wysnuwanie wniosku, że skoro otyłość nie jest problemem kosmetycznym (IMHO nie jest, zresztą wiele kultur przedstawiało w sztuce postaci o bujnych kształtach, więc mamy sprzymierzeńców), to nie jest problemem wcale. Wnioskowanie w ten sposób jest płytkie i skupia się na powierzchowności, to bardziej myślenie życzeniowe niż przełom myślowy. Choroby związane z otyłością potrafią zamienić normalne życie w koszmar i twierdzenie, że tak nie jest, umniejsza codzienną gehennę chorych.

    Moim zdaniem cholernie niedobrze się stało, że w masowej wyobraźni prawidłowa waga* kojarzy się tylko z atrakcyjnością. I winę ponoszą media, jak z większością, ale nie tylko one . Tak, może osoba 120kg jest śliczna. Nie, to nie jest racjonalny wybór. I z reguły nawet nie jest świadomy. Postawa „mówią, że grube jest niepiękne, ale mi się podoba, więc jest fajnie i w ogóle nie ma żadnego problemu”… nie ma nic wspólnego z feminizmem, ani pozytywnym myśleniem, ani z tolerancją. To jest nieetyczne zwodzenie osób podatnych na wpływy, często z niższą samooceną czy potrzebą akceptacji, które bezkrytycznie przyjmą postawę afirmatywną, bo umówmy się – wykształcenie potrzebne do rozważenia problemu ma niewiele osób, zaś potencjalna choroba, której się nie przeżyło, nie wydaje się taka straszna, jak naprawdę jest – i w efekcie narażanie ich na paskudne konsekwencje, których nie są świadomi. I mówienie głośno, że otyłość a) jest ładna i b) nie powoduje skutków zdrowotnych to zła droga. Tak, może być ładna, może być śliczna, nie, otyłość jest stanem, który ma w perspektywie głębokie negatywne konsekwencje dla zdrowia i jakości życia. I nie wiem, chyba ta druga część powinna być wysunięta na pierwszy plan jako ważniejsza?

    Nie pomożemy osobom otyłym śmiejąc się z nich, ale pomożemy wspierając. Ucząc. Informując, co im grozi, a grozi naprawdę wiele. Zapewniając pomoc i badania okresowe, oraz leczenie w razie potrzeby na wczesnych etapach, kiedy jeszcze da się coś zrobić. Edukując, a nie głaszcząc po główkach, jak to cudnie mieć kilkadziesiąt kilogramów nadwagi. Szczególnie szkodliwe społecznie jest afirmowanie i przyjmowanie za normę otyłych dzieci i nastolatków – bo zmiany są u nich nieodwracalne i n i e s ą i c h w y b o r e m. Dzieci nie wybierają tego, że rodzice pasą ich frytkami, nagradzają słodyczami i że z braku stołówki żywią się w szkole prepakowanym śmieciem; oraz że program WF układał kretyn o nierealnych sportowych oczekiwaniach wedle przeciętnych genetycznie uczniów. Nie powinno się zostawiać ich w tym stanie, bo ja wiem, z ludzkiej przyzwoitości? Otyłe dziecko powinno się otoczyć fachową opieką i pomóc zmienić tryb życia, a nie zadeklarować wzniośle, że jest śliczne, poklepać po główce i zostawić samo, bo skończy w szpitalu i z chorobami przewlekłymi. Otyłość nie była, nie jest i nie będzie fizjologicznym stanem człowieka, organizm sobie z nią nie radzi i kawałek po kawałku się pod nią załamuje. Niezależnie od tego, czy jest brzydki, czy ładny =)

    Szproto, pod merytorycznym, naukowym, popartym badaniami względem nie masz racji mówiąc, że otyłość nie jest poważnym problemem zdrowotnym. Może być cholernym, i w dodatku pociąga coraz to nowe choroby w czasie jej trwania, a nauka to po prostu od lat coraz silniej udowadnia. Mówienie że otyłość nie ma skutków zdrowotnych jest jak kreacjonizm: przejdź się po oddziałach diabetologicznych i kardiologicznych, popatrz na pracę internistów, poczytaj podręczniki medyczne, zajrzyj do PubMedu (nie dziwne strony w sieci, ludzie piszą tam wszystko. Nauka jest na PubMedzie, dalej są tylko popłuczyny). Zobacz choćby zespół metaboliczny i jego smętne skutki.

    Zresztą, TL;DR poniżej.

    Podobno mam moralny obowiązek przekazywać wiedzę dalej, to przekazuję:
    Właściwie każdy wykładowca medycyny na mojej uczelni mówiąc o cukrzycy czy nadciśnieniu zalicza wściekłe ranty o tym, że te choroby nie dają się leczyć bez zmiany trybu życia; leki na otyłe osoby po prostu nie działają jak powinny. Nie i koniec, bo blokuje je właśnie dodatkowy tłuszcz. I nikt nie umie tego ominąć. Tkanka tłuszczowa jest oddzielnym narządem hormonalnym jak tarczyca czy nadnercza: bombarduje swoimi hormonami cały organizm i niszczy naturalne szlaki regulacyjne; osoba otyła jest ciągle głodna, bo komórki tłuszczowe oszukują mózg zalewając go hormonami głodu; nie jest w stanie schudnąć, bo te małe podstępne cholery przy każdym spadku wagi przestawiają cichcem organizm na tryb oszczędzania. Musi jeść nie dlatego, że świadomie tak chce, tylko dlatego, że staje się to instynktem – w zasadzie nie do końca nawet można mówić o patologicznej otyłości jako o świadomym wyborze, bo hormony działają na pierwotne, anachroniczne regiony mózgu. Część hormonów od adipocytów (komórek tłuszczowych) nakręca złowrogi cykl: komórki są mniej wrażliwe na insulinę, nie może do nich wchodzić pokarm, są głodne, domagają się od organizmu jedzenia, trzustka produkuje więcej insuliny, rośnie tkanka tłuszczowa, produkuje więcej hormonów, komórki bardziej oporne na insulinę, dalej głodne, domagają się jedzenia, trzustka produkuje… póki może. Słabym punktem tego koła jest trzustka: najpierw może produkować insuliny więcej, potem daje się leki (metforminę), żeby ją do tego zmusić. Chodzi przez jakiś czas na pełen regulator, a potem się załamuje. W pewnym momencie komórki się wypalają i człowiekowi pozostaje tylko branie insuliny. Och, co tam, dwa zastrzyki dziennie, można pomyśleć, da się przeżyć. Po góralsku, g***no prawda: sztuczna insulina jest hormonem wzrostu (nie da się już schudnąć po rozpoczęciu brania), tkanka tłuszczowa dalej rośnie, insulinooporność rośnie, w ciągu dnia występują spore wahania poziomu glukozy (powód: dwa zastrzyki, nie fizjologiczne stopniowe uwalnianie zależnie od potrzeb). Efekty: uszkodzenie siatkówki i w efekcie ślepota, wyniszczenie serca, uszkodzenie nerek wymagające przeszczepu, poważne zmiany w mózgu (serio serio) i nerwach – drętwienie, mrowienie i zaniki czucia, u mężczyzn zaburzenia erekcji, niegojące się rany (niewchłonięta glukoza świetnie działa jako pokarm dla bakterii) – tzw. stopa cukrzycowa. Osobiście przeżyłam szok, kiedy dowiedziałam się od asystentki – diabetolog – że połowa osób z cukrzycą będzie w pewnym momencie potrzebować amputacji jakiejś części ciała w rejonie, gdzie pracuje. Poważnie, połowa. Co druga osoba. Żeby było bardziej gorzko, cukrzyca może zupełnie zniknąć w początkowej fazie, jeśli otyła osoba wprowadzi aktywny tryb życia, zmieni dietę i nieco zredukuje wagę, by obniżyć insulinooporność tkanek – w Polsce oczywiście nie rozpoznaje się cukrzycy na tym etapie. Tzw. „cukrzycę po polsku” rozpoznaje się, gdy noga odpada sama i jest za późno. Każda otyła osoba może mieć teraz początki cukrzycy (bezbolesne, bezobjawowe) i nie zdawać sobie sprawy, że aktywność fizyczna (pracujące mięśnie nie potrzebują insuliny do zużywania glukozy, ergo – oszczędzamy trzustkę) i lepsza dieta nie mają jej zbliżać do prezenterek TVN-u. One mają ochronić jej nerwy, oczy, nerki, serce i normalne życie.

    Najwięcej rozgoryczenia zawsze czuję widząc, jak na oddział dziecięcy przychodzą (od niedawna) dzieciaki i nastolatki z cukrzycą typu II. Wszystkie jak jeden mąż otyłe, z marną dietą, i często już powikłaniami (ślepota, rany, uszkodzenie nerwów etc), z kiepską przyszłością na insulinie i marną prognozą. Jeszcze dekadę temu takich pacjentów po prostu nie było (DM typ I to inna choroba i nie będziemy się nim zajmować), bo DM II rozwija się z kilkuletniej otyłości bez ruchu; gdyby były lepiej żywione, bardziej aktywne, miałyby przed sobą normalną przyszłość, bez obrzęchanych polskich szpitali, ciągłych badań, czekania w kolejkach, zastrzyków, lekarzy i powikłań zabierających im masę możliwości w późniejszym życiu. Dzieci powinny być przeciętnej wagi nie dlatego, że mają wyglądać jak małe lolitki i smukłe elfy, tylko dlatego, że złe żywienie stosowane przez rodziców zostawia piętno na całe przyszłe życie.

    Kolejnym smutnym skutkiem otyłości jest miażdżyca w młodym wieku. Każdy kiedyś zużyje sobie układ krwionośny, ale osoby otyłe już zanim się zestarzeją mają duże ilości tłuszczów we krwi i patologiczne dawki hormonów z tkanki tłuszczowej. Tworzą się blaszki miażdżycowe, tłuszcz wapnieje, rozwija się miejscowe zapalenie naczyń (hej, to w końcu ciało obce jest), światło się zwęża i taka osoba ma, żołniersko mówiąc, przerąbane. Jeśli dochodzi obciążenie wieloma kilogramami do dźwigania, doprowadzi sobie do przerostu serca, rozwinie się niewydolność serca i właściwie normalne życie się kończy (osobiste doświadczenie jako pacjentki, tyle że u mnie była inna przyczyna i stan był odwracalny. Gdyby był na stałe, nie chciałabym dalej żyć). Pacjent ląduje w kolejce po przeszczep i w zasadzie z urzędu powinien dostać psychologa, bo nic tak nie niszczy, jak depresja + choroba serca + czekanie. Nie ma pieniędzy w NFZ i nie dostaje.
    Części kardiologów w pewnym momencie kariery wręcz puszczają nerwy i wprost wrzeszczą na otyłych pacjentów, że póki nie schudną, nic nie da się dla nich zrobić. To jest frapujące zagadnienie: ktoś ma powołanie i chce koniecznie pomóc drugiemu człowiekowi, jedyna możliwa forma pomocy opiera się na pracy pacjenta, ale ten nie rozumie, że musi schudnąć. On wie, że szczupłe jest ładne (ale przecież nie musi być ładny, jak mawiają panowie po 50.), akceptuje swoją wagę i czeka na magiczną pigułkę/operację, która wszystko rozwiąże. Ta jednak, madafaka, nie istnieje. Można sobie brać aspirynę, żeby nie było skrzepów i nie było zawału, można obniżać cholesterol statynami, można robić by-passy, można czyścić żyły, lecz w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się tylko tryb życia i otyłość. Która się nie zmieni, bo przecież to tylko defekt kosmetyczny, albo stan który trzeba zaakceptować, prawda?

    Koniec TL;DR

    *prawidłowa waga nie oznacza, że ma się 55 kg przy wzroście 170. Można być obiektywnie pulchnym (70 kg) i to wciąż jest prawidłowa waga. 42 to też najczęściej prawidłowa waga. To tak na marginesie.

    Polubione przez 2 ludzi

  11. Dziala to zreszta w obie strony. Otylość wszyscy potepiamy, w zwiazku z czym jest jednak troche tematem tabu. Chuda dziewczyne mozna komentować do woli – z aprobata (na pewno cale zycie chciala tak schudnać) badź z dezaprobata (wszak prawdopodobnie jest tylko ta, co „przesadzila” z „dbaniem o sylwetke”). Jak moja, z kolei, matka – gratulujaca mi BMI na granicy niedowagi i normy („WRESZCIE jesteś szczuplutka”). Albo starsze kolezanki z pracy i ich niezobowiazujace „pani, to wyglada, jakby pani wyszla z Oświecimia” i „a pani t., to coraz bardziej wychudzona” (czy ja moge powiedzieć: „pani Heleno, a pani, to ma tylek jak wersalka” albo „za to pani, pani Ewo, z kazda wizyta coraz bardziej siwa”? oczywiście, ze nie – nawet, jeśliby mnie te sprawy frapowaly… bo naszczeście nie frapuja).
    I ciagle, jak ciepla wódka, powraca ten temat jedzenia. Wiadomo: gruba za duzo je, chuda nie dojada i grymasi. Ludzie, grubym i chudym mozna być równiez zupelnie niezaleznie od diety – np. na skutek chorób, zazywania leków, specyficznego metabolizmu, (last but not least) genów.
    Straszliwe jest to, ze kiedy choć troche odbiegasz od normy, tracisz prawo do traktowania swojego ciala jako sprawy prywatnej.

    Polubienie

  12. @Helleboredom: myślę, że obie rozróżniamy sytuację, w której ktoś bliski pod pozorem troski o zdrowie namawia do przejścia na dietę a taką, w której taką dietę zaleca lekarz, bo stwierdza, że towarzyszą jej inne choroby (choćby te, co wymieniłaś). Jeśli to niedostatecznie podkreśliłam, to jednak w takim razie zaznaczę: lekarzy jednak warto słuchać.

    Ale miejmy też na uwadze, że nie wszyscy mają czas czy pieniądz chodzić do lekarza. I jeśli mają środowiskową i genetyczną skłonność do tycia, chudnięcie jest dla nich trudne. A niezmienianie nawyków żywieniowych, a tylko wskakiwanie z diety w dietę naprawdę jest szkodliwe.

    Polubienie

  13. „Mnie wystarczająco wiele osób powiedziało, że jestem śliczna, by w to wierzyć, niezależnie od tego, ile widzę na wadze.”

    Niestety mniej szczęścia mają osoby, które trafiają na wielu krytykantów. Niektórzy nawet tylko z zazdrości potrafią podcinać komuś skrzydła. Nawet osób powszechnie uważanych za ładne, nawet osób, które same się sobie podobają krytyka nie musi omijać. Ktoś nawet czegoś nie zauważa, a ktoś inny będzie próbował zasiać niepokój. Trzeba przede wszystkim nabierać odporności na takie gadanie.

    Polubienie

  14. nie twierdzę, że ludzie z nadwagą się nie ruszają, ale że prowadzą „spokojniejszy” tryb życia, więc omijają ich wypadki, które wykańczają tych szczuplejszych. Może też – paradoksalnie – częściej się badają, niż szczupli, którzy zakładają, że skoro są szczupli to nic im nie dolega.

    Polubienie

  15. Otyłość to pewniak, choroby. Gdyby oznajmiała dżumę, to by się nawet nikt nie zbliźył. Niestety nic się nie da zrobić, bo choć odchudzić się jest łatwo i bezboleśnie (oczywiście modelki to przegięcie), to osoby te są mądre i nie pójdą na taką łatwiznę, bo nie. Aż się chce płakać z bezsilości. Wycieczka na Szyndzielnię. Wjeżdża tam kolejka linowa. Można zgadywać kto wyszedł na górkę, a kto wjechał. Ale i tak było sympatycznie.

    Polubienie

  16. Ja pragnę tylko dodać na marginesie, że lekarze osobie otyłej też potrafią rzucić „proszę schudnąć, to się poprawi”, zamiast porządnie diagnozować pacjenta. Co jest naprawdę niedobre, zważywszy że niektórzy tyją z powodu choroby lub leków i wzrost wagi w takiej sytuacji jest nieuniknionym objawem, a nie przyczyną kłopotów zdrowotnych.

    Polubienie

  17. „Fat shaming” nie ma oczywiście nic wspólnego z prawdziwą troską, bo wiadomo że od tekstów „strasznie wyglądasz, weź się za siebie” nikt się za siebie nie weźmie, tylko wręcz przeciwnie, poczuje się jeszcze gorzej sam ze sobą. Wiadomo też, że nieważne jak ktoś wygląda, „każda potwora znajdzie swojego amatora”. Ale prawdą jednak też pozostaje, że generalnie to osoby szczupłe są uważane za ładne, a otyłe nie. I raczej w najbliższym czasie nie zapowiada się na to, żeby miało się to zmienić i żeby osoby otyłe były uważane za wzór atrakcyjności.

    Polubienie

  18. „Fakt 1 – większość ludzi po odchudzaniu wraca do poprzedniej wagi, a co najmniej 40% ją przekracza”
    Ja nie wiem skąd u dorosłych (nastolatkom wybaczam) ludzi podejście do diety jako czegoś na jakiś czas. Że „pokatuję się przez miesiąc, a potem wrócę do starego trybu jedzenia i/lub aktywności fizycznej”. Serio, skąd się to wzięło? Osoby otyłe są na tyle zagubione, że nie wpadły na to, że to świetny sposób, ale na rozwalenie sobie metody gromadzenia zapasów (tłuszczu) w organizmie?
    A tak ogólnie – samo przypierdzielanie się do otyłych, ok, to jest problem, ale – jak już u góry zostało opisane – otyłość wiąże się z wieloma chorobami przewlekłymi. I jeżeli dorosła osoba nie ma z tym problemu, to ja też nie, ale jak widzę otyłe dziecko (na szczęście rzadko), to mi się nóż w kieszeni otwiera tak samo jak kiedy widzę dzieciaka z szalenie ciężkim plecakiem.

    Polubienie

  19. Pozwolę sobie jeszcze na addendum, bo temat żywo mnie interesuje: nasze społeczeństwo, będące, jak wiadomo, wzorem uogólnionej miłości bliźniego i akceptacji bez względu na wszystko, znalazło już nawet sprytny sposób na podgryzanie także szczupłych osób (pun not intended; i nie chodzi mi o jechanie po modelkach, jak w komciach do posta na fejsiku). Nazywa się on „skinny fat” i jest nowym levelem body shamingu. Nie wystarczy już nie być grubym; trzeba być szczupłym i dyskretnie-ale-wyraźnie-umięśnionym (nie wiem, jak inaczej przełożyć angielskie „toned”). Skinny fat obnaża absurd concern trollingu, bowiem w obrębie tej retoryki nie mieści się bycie wysportowanym i grubym jednocześnie, choć rzekomo o bycie wysportowanym tym wszystkim „życzliwym” przejętym losem „chudych grubasów” chodzi. Słowem: nie da się, no nie da się tak, żeby się ludzie od człowieka odzajączkowali raz na zawsze.

    Polubienie

  20. @anngelica
    Tak, bo my wszysc jesteśmy tacy słabi psychicznie i nie wytrzymamy nawet miesiac na diecie. Jasne. Ja wróciłam do poprzedniej wagi po 3 latach, gdy dostałam nawrotu depresji i odechciało mi się trzymać dietę. Po prostu takie są nawyki, trudno to zmienić, w praktyce się nie da, więc się odwal.

    Ty jesteś zagubiona a nie „osoby otyłe”.

    Polubienie

  21. @Uni
    Przytycie z okazji depresji to jednak co innego niż efekt jo-jo.
    I to ty piszesz o słabości psychicznej, a nie ja. Bo wytrzymanie na z dupy wyciągniętej diecie (nastawionej na utratę masy, kompletnie mijającej się z kubkami smakowymi delikwenta/delikwentki) wcale nie świadczy o nie wiadomo jakiej sile psychicznej. I o takiej diecie pisałam. Ok, wychodzi na to, że się nie dowiem skąd się bierze ten pęd do diet tymczasowych. Czy generalnie podejście do diety jako czegoś, „co trzeba wytrzymać, bo wskazówka na wadze”.
    Nawyki można zmienić, tylko trzeba chcieć je zmienić. Jeżeli się chce, bo jak się nie chce, to nikomu nic do tego (no, może poza lekarzem, ale ja teraz nie o tym). I nie wiem, jak mocno mam podkreślać, że NIE uważam zmiany nawyków za coś w uj pozytywnego.

    Polubienie

  22. Mam wrażenie, że trochę kręcimy się w kółko, więc może podsumuję:
    1. naukowe linki dotyczą osób z nadwagą i I stopniem otyłości, nie drugim i krytykują tzw. concern trolling „mówię ci, abyś schudła dla twojego dobra”
    2. zmiana nawyków żywieniowych, jakkolwiek możliwa, nie jest prosta i nie bierze się od pstryknięcia palcami
    3. najlepiej, gdy jadłospis układa wykwalifikowana dietetyczka – przypominam, że nie wszystkich na to stać (jak również nie wszyscy mają czas, by przygotowywać sobie niskokaloryczne posiłki – półproduktowe przeważnie jednak są bardziej tuczące); diety z czasopism kolorowych przeważnie są albo tak restrykcyjne, że nie da się ich na dłuższą metę utrzymać albo w ogóle szemrane (Ducan, anyone?)
    4. ruch fizyczny, zamiast być czymś fajnym samym w sobie (ja swego czasu szalenie lubiłam rower) staje się w tym kontekście narzędziem do zdobycia odpowiedniej wagi lub masy mięśniowej – not cool at all
    5. nawet przy otyłości II stopnia nie mamy rozstrzygnięte, czy to otyłość powoduje choroby, czy choroby powodują otyłość, a część lekarzy ulegając stereotypom poprzestaje na diagnozie „proszę schudnąć”
    6. osoby ponadnormatywnie szczupłe też dostają za swoje (doznają z kolei terroru żywieniowego pt „zjedz to, nic nie jesz, musisz przybrać”)

    Z mojej strony – od maja zrzuciłam ok 10 kg i mam to za sukces. Ale odbyło się to przy współpracy z dietetyczką właśnie i część nawyków żywieniowych zmieniłam na stałe. Z całą pewnością nie namówiły mnie do odchudzania zatroskane cioteczki, które szeptały mi w trakcie rodzinnych imprez „powinnaś się za siebie wziąć” – i taką rzecz może mi powiedzieć jedynie lekarz lub, ostatecznie, osoba bliska.

    Polubienie

  23. @Uni
    Tak na wszelki wypadek dopiszę, że „zagubieni” w mojej wypowiedzi nie miało wydźwięku negatywnego. Jestem w stanie zrozumieć, że np. jak kogoś życie kręci się wokół wagi (nie wiem, czy tak jest), to może dostać kręćka od tych wszystkich informacji czy „informacji”. I uściślę, że nie wiem, czy tak jest. Dlatego się zapytałam.

    I fakt – do otyłości bardzo łatwo jest się dopierdolić przykrywając to płaszczykiem troski o bliźniego.

    I cieszę się, że mniej więcej wszystko mam w normie, a trollom na necie, którzy powiedzą, że mam długi nos czy „ździebko ci się przytyło” mogę powiedzieć soczyste „spierdalaj” i „sam(a) spójrz w lustro”. Szczerze? Uważam, że na to zasługują.
    Jeżeli ja (!) mam problem, żeby zapytać się kolegi po ponad dwóch miesiącach siedzenia w jednym pokoju, czy nie ma problemów z tarczycą (charakterystyczne sińce wokół oczu, nadwaga), to inni powinni mieć dużo większy problem.

    Polubienie

  24. „Tak na wszelki wypadek dopiszę, że „zagubieni” w mojej wypowiedzi nie miało wydźwięku negatywnego.”
    Daruj sobie, tak samo mogłabyś pisać, że gdy Kościół pisze, że homoseksualiści są zagubieni to robi to z troski i że nie ma to wydźwięku negatywnego.

    „I cieszę się, że mniej więcej wszystko mam w normie”
    No żeby nikt nie pomyślał że może jesteś grubasem, na wszelki wypadek lepiej dodać, że w przeciwieństwie do nas ty jesteś „normalna”. :))) Ile tej empatycznej troski u ciebie, ach!

    Polubienie

  25. „Nawyki można zmienić, tylko trzeba chcieć je zmienić. ”
    Z depresji też można się wyleczyć, tylko trzeba po prostu chcieć przestać się dołować. Tak samo z zaburzeń osobowości, wystarczy tylko zmienić swoje zachowanie – takie to proste, przecież ty problemu nie masz, czyż nie?

    Nie, nie stajesz się przez takie teksty fajniejsza, przez pisanie głupot się nie mądrzeje.

    Polubienie

  26. Otyłość bardzo często bierze się z objadania się kompulsywnego i z uzależnienia od jedzenia i to co wy tak lekko nazywacie „zmianą nawyków żywieniowych” nie różni się niczym od rzucania jakiegokolwiek innego uzależnienia. Wiec o ile wiadomo, że alkoholik może przestać pić, ale nadal pozostanie alkoholikiem, to dlaczego nie ma ani odrobiny zrozumienia, że osoba uzależniona od jedzenia to nie jest głupi, leniwy i nie zmotywowany podczłowiek, tylko ktoś z autentycznym problemem, który nie zniknie, i który może wrócić po latach, podobnie zresztą jak anoreksja – na którą można patrzeć trochę jak uzależnienie od głodu?

    Polubienie

  27. Ktoś wyżej napisał, że jedzenie jest jedną z najprostszych i społecznie akceptowanych przyjemności (kobietom bardziej wybacza się objadanie niż nadużywanie alkoholu czy innych substancji psychoaktywnych).

    Polubienie

  28. @Uni
    Co innego nadwaga wywołana chorobą (np. tarczyca, depresja) czy lekami (tak, wiem że są leki, po których waga leci w górę jak szalona), a co innego nadwaga wywołana nawykami.
    I chcieć czyli odczuwać wewnętrzną potrzebę, a nie „bo wypadałoby schudnąć” czy nawet „bo stawy mi siadają”. I to jest warunek konieczny, a nie wystarczający – tutaj rzeczywiście dałam ciała, że nie dopisałam.
    I nie sadzaj mnie w jednym rzędzie z osobami, które uważają depresję za nastrój, a nie rozwaloną biochemię mózgu.
    Nie staram się być fajniejsza, staram się przedstawić mój punkt widzenia. W sumie rzeczywiście – mogłam jak zwykle się nie odzywać i tylko lurkować. Ale skoro już się odezwałam i okazuje się, że piszę szalenie nieściśle, to uzupełniam. A przy okazji światopogląd mi się bardziej klaruje niż kiedy tylko czytam. Ja wychodzę na plus, ty najwyraźniej na minus. Więc ok, chyba już wyjaśniłam, co dałam radę i sobie odpuszczę.

    Polubienie

  29. @anngelica
    Biorąc pod uwagę, że jestem osobą która miała od frustracji wyglądem własnego ciała poważne zamiary samobójcze, to zarzucanie mi i osobom mi podobnym „braku prawdziwych chęci” czy niedostatecznej motywacji jest po prostu bez sensu i wynika właśnie z braku chęci autentycznej pomocy i zrozumienia choroby.

    Ludzie mają wiele nawyków i nie każdy można zmienić, a jeżeli można, to naprawdę niewielu się to udaje i jest to wyczyn godny ogromnego szacunku, a nie wymaganie, które możesz każdemu stawić bo wydaje ci się to proste. I zawsze zostaje zagrożenie powrotu, bo jeżeli ktoś nauczył się sprawiania sobie przyjemności jedzeniem i to jedzenie dużo i w dużych ilościach pobudza ośrodek nagrody, to po prostu będzie pamiętał że jest to łatwa metoda szybkiego podniesienia sobie nastroju. Moja była dziewczyna – która wyszła z anoreksji, w momentach większych problemów życiowych też musiała walczyć z sobą, żeby znowu nie zacząć się głodzić, i czasami się jej nie udawało, jak każdemu może zdarzyć się potknięcie. Nie rozumiesz jak tak można mieć? Może też miała niedostateczną, nieautentyczną chęć zmiany?

    „Ja wychodzę na plus, ty najwyraźniej na minus.”
    Problem z nadwagą mam od dziecka, nie od światopoglądu. A takie światopoglądy jak twój wiele nie pomogły. Bo można schudnąć ze 100 kg do 60 kg, ale to dalej pozostaje dla was nic, gdy po latach znowu się przytyje z różnych przyczyn, z prostego powodu – wy czujecie się lepsi, bo problemu nie macie, więc problem dla was rozwiązuje się decyzją i chęcią. Ktoś kto ma jakiekolwiek uzależnienie po prostu chce jeść/pić/ćpać, gdyby nie chciał to by rzucił. Jak słynny cytat Mariy Antoniny – skoro nie mają chleba, to czemu nie jedzą bułeczek? :)

    Polubienie

  30. Zresztą, to jest charakterystyczne dla ludzi pod innymi względami społecznie uprzywilejowanymi w sytuacji gdy mowa o temacie który dotyczy tolerancji dla odmienności: ktoś, kto jest w sytuacji z zasady lepszej, może sobie pozwolić na to, żeby nie starać się zrozumieć odmienności, więc zwykle stawia sprawę tak: „nie będę was tolerować pi przyjmę sobie pogląd jaki mogę, mogę nie zwracać uwagę na niuanse i szczegóły, bo mnie nie obchodzą, i nie obchodzi mnie czy was krzywdzi, czy nie, bo mnie nie krzywdzi i lubię mieć ten komfort”. Ludzie lubią czuć się lepsi i gdy jakiś pogląd społecznie akceptowany i przyjęty daje im tą możliwość, to ją wykorzystają.

    Polubione przez 1 osoba

  31. 2 lata temu na wakacjach wśród Anglików byłem przerażony tym jak wyglądają, jak mało są mobilni i jak potwornie żywią dzieci. Urządziłem tam sobie naprawdę junk-foodową fiestę, ale regularnie podawano dania do tego stopnia tłuste/ocukrzone, że strach było to tknąć. Na tym tle rodacy i miejscowi wyglądali jak jakieś gepardy.

    Polubienie

  32. Ale to jest dla mnie straszny temat, ale aż napiszę, bo tyle dziwnych rzeczy w komentarzach…
    Po kolejnym epizodzie depresyjnym objadałam się kompulsywnie i przytyłam i wszyscy wokół (rodzina, a szczególnie moja matka) czuli się w obowiązku informować mnie o tym, że przytyłam (bo oczywiście nie zauważyłam tego po tym jak musiałam kupować nowe ciuchy, wcale). Co ciekawe, w obowiązku takim czuli się też klienci płci męskiej (jestem prawniczką).
    W końcu zmieniłam całkowicie swoją dietę, zaczęłam ćwiczyć, schudłam… Teraz wszyscy czuli się w obowiązku mówić mi jak cudownie schudłam i jaka wielka różnica i jaka byłam wcześniej gruba. W domyśle brzydka. No i nagle się okazało, że jak sobie chrupałam chipsy czy jadłam kawałek pizzy, to pytano mnie czy już nie stosuję diety… I czy może nie boję się efektu jojo?
    Na moją skłonną do depresji, walczącą z OCD psychikę nic nie mogło wpłynąć fajniej. Skutek jest taki, że teraz walczę z zaburzeniami odżywania. Każde wyjście do restauracji, obiad u teściów to dla mnie powód do nieustannych zamartwień, szczypania się w brzuch i oglądania w lustrze rosnących fał tłuszczu (podobno mam go za mało, ale kto by tam słuchał dietetyczki i lekarza, skoro w lustrze przygląda mi się słoń?) – no bo skąd mam wiedzieć ile tam było kalorii.
    Ćwiczenia, które kiedyś sprawiały mi przyjemność (dziś udało mi się zrobić tak trudny trening!) stały się źródłem przykrego obowiązku. Z przerażeniem obserwuję, że podobnie zaczynam podchodzić do roweru. Kiedyś jazda na nim mnie odprężała i pozwalała wypocząć, teraz znów ścigam się sama ze sobą żeby jechać jak najszybciej (więcej spalonych kcal!) i jak najdłużej (nie ma piękniejszego dnia niż rozprawa w Sądzie na Kocjana, tyle dodatkowych kilometrów do przejechania).
    Do końca nie wiem kiedy z radości z chudnięcia, z ruchu fizycznego, poczucia, że mogę więcej, że mniej się męczę, zmieniłam się w zestresowaną osobę, która całe swoje życie podporządkowuje jedzeniu i ćwiczeniom, martwieniu się o sylwetkę i ilość tłuszczu na tyłku. Jednak poczucie bycia ocenianą, porównywaną miało z tym na pewno wiele wspólnego.

    Polubione przez 1 osoba

  33. @Jak słynny cytat Mariy Antoniny – skoro nie mają chleba, to czemu nie jedzą bułeczek?

    „Marie Antoinette did not say „let them eat cake” when she heard that the French peasantry were starving due to a shortage of bread. The phrase was first published in Rousseau’s Confessions when Marie was only nine years old and most scholars believe that Rousseau coined it himself, or that it was said by Maria-Theresa, the wife of Louis XIV. Even Rousseau (or Maria-Theresa) did not use the exact words but actually Qu’ils mangent de la brioche („Let them eat brioche [a rich type of bread]”). Marie Antoinette was an unpopular ruler; therefore, people attribute the phrase „let them eat cake” to her, in keeping with her reputation as being hard-hearted and disconnected from her subjects.”

    Source: http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_common_misconceptions

    Polubienie

  34. @Helleboredom

    Wiesz, co mnie uderza w tym co opisujesz? Fakt, ze nawet lekarze, w tym Ty, redukujecie kwestie zdrowotne do kwestii wagi. I skupiacie sie na wadze, ktora jest tylko jednym elementem ukladanki, zamiast sie od tej wagi odczepic i skupic na tym, co wazne i przede wszystkim latwo zmienianlne. Bo w calym tym dyskursie pomija sie fakt, ze nalezy uprawiac sport i jesc zdrowo po prostu tak. Nie „w celu” – w celu osiagniecia czy utrzymania wagi tylko zeby jak nadluzej jak najsprawniej zyc.
    Wezmy sie za Twoje przyklady:
    – Insulinoopornosc mozna zwalczyc spadkiem wagi. Ale to jest cel odlegly i trudno osiagalny. Za to dieta rozdzielnoinsulinowa (w ktorej ograniczenia sa doprawdy smieszne i pojmuje ja kazdy przecietnie ogarniety szympans) oraz regularne uprawianie sportu daja namierzalne efekty dosc szybko i sa realne do osiagniecia.
    – Problemy kardiologiczne w wiekszosci mozna zredukowac przez… uprawianie sportu. Uelastycznienie naczyn krwionosnych, zwiekszenie wydolnosci serca z jednej strony. Z drugiej strony redukcja obciazen psychicznych. Jesli do tego dochodzi jakikolwiek ambit, jakakolwiek walka o wynik, to czesto konczy sie rzuceniem palenia.

    Ja moge dorzucic dalej:
    – Ortopedia. Jojcz pacjentce, ze dla dobra kolan powinna schudnac 40 kilo. Na pewno wroci do Ciebie za trzy miesiace lzejsza o 45 i z kolanami w idealnym stanie, w koncu cuda sie zdarzaja. Albo wyslij ja na zajecia sportowe, co najmniej 3 razy w tygodniu. Moze przy okazji schudnie. A moze nie, ale prawdopodobnie za trzy miesiace te pierwsze problemy z kolanami mina.

    Skupianie sie na wadze powoduje, ze pacjenci tez skupiaja sie na wadze, a nie na zdrowym trybie zycia. I np. trzymaja wage wylacznie za pomoca diety, a tak to z lozka do auta, z auta do biurka w pracy, z pracy do auta, z auta na fotel, ale waga jest ok, to znaczy ze jest zdrowo. Serio?

    Dlaczego w polskim systemie medycznym praktycznie pomija sie role sportu? Dlaczego Twoi wykladowcy i starsi koledzy tluka glowa w stol, ze pacjent nie chce schudnac, zamiast namawiac go przede wszystkim do uprawiania sportu? Sport jest i w zasiegu pana Jozka po 50, wymaga od niego podniesienia sie z fotela chocby trzy razy w tygodniu. To lezy w zasiegu jego mozliwosci, bedzie sie mial czym pochwalic na nastepnej wizycie. Podniosl sie dwa razy? Tez dobrze, lepiej niz dotychczas, pochwalic, zachecic do zwiekszania aktywnosci.
    Pan Jozek nie da sie namowic do sportu? To moze niech na dzialke dojezdza na rowerze?

    I nie jestem taka madra sama z siebie. Mnie o zakres ruchu pyta praktycznie kazdy lekarz od internisty przez endo czy gina po okuliste. A jeszcze do tego sa programy premiowania ruchu, ktore przekladaja sie na konkretna kase. Bo ktos popatrzyl w statystyki i odkryl, ze kazda porcja ruchu jest prozdrowotna. No wiec jestem zachecana do ruchu ustawicznie. To (pomijajac programy premiujace) jest praktycznie bezkosztowe, po prostu wiem, ze kazdy lekarz podczas zbierania wywiadu spyta sie o ruch i w wiekszosci wypadkow zacheci do uprawiania sportu. Nawet jak wlasnie tylko odbieram antykoncepty. To sa dwa zdania. Powtorzone setki razy. Do milionow ludzi. Zostaja w glowach, zmieniaja zycia.

    Polubione przez 1 osoba

  35. @Helleboredom

    Wypowiedziałaś się obszernie trochę obok tematu.
    Nie chodzi o to, żeby dla odmiany wciskać osobom otyłym, że wszystko jest cacy i niech sobie tyją. Chodzi o to, żeby się po prostu od nich odpieprzyć. Od chudych też. Odpieprzyć się od wszystkich, którzy naszym zdaniem nie mieszczą się w naszej normie i, bez pytania z ich strony o opinię, nie dzielić się tą opinią. Tu nie chodzi o zdrowie i urodę tylko o zwykłą kulturę.

    Polubienie

  36. Sprzeciwem wobec imperatywu „każdy musi być piękny” jest twierdzenie „nie każdy musi być piękny” (za czym, oczywiście, musi iść żądanie, by nie oceniać nikogo: grubych, chudych, ładnych, brzydkich) lecz nie wynika z tego jeszcze, by grube było piękne. Wnioskowanie w tym wpisie przeczy logice.

    Polubienie

  37. „lecz nie wynika z tego jeszcze, by grube było piękne. Wnioskowanie w tym wpisie przeczy logice.”

    Bo źle do tego podchodzisz. Jeśli Szprota dążyła do udowodnienia, że grube jest piękne, to nie tak jak ty myślisz, ale raczej w ten sposób:

    Weźmy z tekstu takie przesłanki: Rebel Wilson jest grubą kobietą, Rebel Wilson jest atrakcyjna. Sharon Rooney jest grubą kobietą, Sharon Rooney jest atrakcyjna. Wniosek: Każda gruba kobieta jest atrakcyjna.

    Ale raczej nie było celem bronienie tego, że grube jest piękne, lecz co najwyżej chęć wykazania, że grube kobiety też mogą być atrakcyjne. Przy okazji jest też przykład uderzający w to, że szczupli zawsze mają dobrze.

    Ja to odbieram tak, że w tym wpisie nie chodzi o to czy ktoś jest naprawdę ładny, ale o podejście do ludzi, którzy nam się nie podobają i o to, że wygląd nie przesądza o tym czy ktoś jest fajny, ani o tym czy ktoś będzie szczęśliwy.

    Polubienie

  38. Akara, zgadzam się w 100% z ostatnimi dwoma akapitami Twojego posta. Każdy może być (dla kogoś) atrakcyjny ale nie każdy JEST. Świat jest pełen grubych, ładnych, brzydkich, chudych ludzi. Wszyscy oni mają prawo żyć i nie być oceniani przez kogokolwiek.

    Nie zgadzam się jednak z całą resztą, ponieważ nie zgadzam się z wizją świata, w którym „każdy jest fajny”, do tego ładny i mądry oraz zasługuje na oklaski za sam fakt, że chodzi po ziemi i oddycha.

    .

    Polubienie

  39. @jestmifajnie

    Na początku się odniosłam do tego, że twierdziłeś, że takie wnioskowanie przeczy logice. Taki był zarzut wobec Szproty. Jak już zechciałeś spojrzeć w ten sposób na tekst Szproty i skrytykować to ja zechciałam sprawdzić. Cóż, oceniam inaczej. Nie przeczy logice, tylko co najwyżej wniosek nie wynika logicznie z takiego wnioskowania. A to jest różnica. Wnioskowanie może być przez indukcję enumeracyjną niezupełną. Można się opierać się o konkretne przykłady i to nie jest niewłaściwe. Moim zdaniem Szprocie się udało, chociaż najpewniej takiego zamiaru nie miała. Co nie znaczy, że utworzyła coś czym nie można łatwo zachwiać. Bo to inna kwestia.

    Polubienie

  40. @jestmifajnie
    „Nie zgadzam się jednak z całą resztą, ponieważ nie zgadzam się z wizją świata, w którym „każdy jest fajny”, do tego ładny i mądry oraz zasługuje na oklaski za sam fakt, że chodzi po ziemi i oddycha”

    O, a to co musi ktoś zrobić, by zasłużyć na twoją aprobatę?

    Polubienie

  41. Wydaje mi się, że to pytanie zdradza podstawowy problem, leżący u podstaw tego posta. To naturalne wymagać tolerancji dla otyłych. Ale nie rozumiem co w byciu otyłym zasługuje na aprobatę? (zachęcam zajrzeć do słownika i przeczytać hasła „tolerancja” oraz „aprobata”).

    Twoje pytanie jest bardzo ogólne – ogólna odpowiedź to „pracować”. Nie wiem, na jaką pochwałę zasługuje osoba, której jedyną zasługą jest to, że się urodziła i przeżywa kolejne lata, gruba czy chuda, ładna czy brzydka.

    Polubienie

  42. jestmifajnie: jak już się do słownika odwołujemy to jeszcze zauważa różnicę między tolerancją a pochwałą.
    Nikt nie wymaga, żebyś wystosowała 7 miliardów pochwał dla wszystkich ludzi na Ziemi. Naprawdę.
    Wystarczy dać im żyć bez nachalnego wpychania się ze swoją opinią.

    Polubienie

  43. odwodnik – zerknij, proszę, do postów wyżej. Mam tolerancję dla każdego, tolerancja jest dla mnie równoznaczna z „mam w dupie”: mam w dupie to, kto z kim sypia, ile waży i jak wygląda, nie robi mi to różnicy. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek powiedziała komuś „nie podoba mi się, że jesteś gruby” albo „nie podoba mi się, że jesteś chudy”. To szprota zdaję się walczyć o czyjąś aprobatę, której jednym z synonimów jest „pochwała” i dlatego do pochwały się odnoszę.

    szprota – po co to oburzenie, chyba „wystarczająco wiele osób mówiło Ci że jesteś śliczna…” i inne takie, żebyś wiedziała swoje, (jak sama napisałaś) i moja aprobata nie jest Ci do niczego potrzebna; Nie rozumiem co tak oburzającego jest w tym, że nie chcę Cię chwalić?

    Polubienie

  44. Dzień dobry, ja pierwszy raz. Chciałbym skomentować „trzy fakty”.

    #3 – bardzo ciekawe, faktycznie dość mocny argument, przynajmniej co do kwestii związku BMI ze zdrowiem.

    #1 – Argument jest poniekąd inwalidą. To, że 40% podejmujących odchudzanie się przekracza po pewnym czasie wcześniejszą wagę, nie jest bynajmniej rozstrzygające dla skuteczności metody. Ten wynik należałoby zestawić z wynikami pomiarów osób z grupy kontrolnej, z takimi samymi parametrami początkowymi (dystrybucją BMI), po takim samym czasie. Oczywiście osoby z grupy kontrolnej miałyby NIE podejmować prób odchudzania. Jaki byłby procent tych, którzy w tym samym czasie zwiększą masę ciała ? I o ile? Takiej analizy w linkowanym badaniu nie ma.
    Przyznaję ja też tego nie wiem. Ale zdziwił bym się bardzo, gdyby w grupie kontrolnej wyniki były lepsze. Raczej jeśli ktoś ma nadwagę, i nic z tym nie robi, ten w ogromnej większości przypadków ma coraz większą nadwagę. Skądś się przecież ona wzięła, a skoro nie usuwamy źródła… A jeśli tak, to fakt, że tylko większość odchudzających się wróciła do poprzedniej masy (a nie – wszyscy), oraz to, że jedyne 40% odchudzających się przekroczyło początkową masę ciała należałoby uznać za sukces, gdyż bez odchudzania rokowania byłyby dużo gorsze.

    #2 Jest dostępny tylko abstract, ale jeśli nie pominięto w nim niczego istotnego, to mam poważne zastrzeżenia do metodologii. Stwierdza się korelację, i wyciąga z niej, moim zdaniem w niedopuszczalny metodologicznie sposób – wnioski. Nie sprawdzono bowiem bezsprzecznie, co jest skutkiem a co przyczyną – a może istnieje zmienna ukryta – przyczyna obu efektów? Są na to testy statystyczne…

    Bo czy kogoś naprawdę dziwi, że osoby odchudzające się mają w późniejszym wieku statystycznie większą nadwagę? Przecież częściej odchudzają się właśnie ci, którzy mają skłonności do nadwagi. I nieraz z nią przegrywają, niestety.

    Dlatego, znów, podobnie jak w #1, trzeba by mieć grupę kontrolną, ale zdefiniowaną jako „grupa nie odchudzających się z identycznym początkowym rozkładem wagi, co odchudzający się”, a nie po prostu jako „nie odchudzający się” (jak zrobiono). Wtedy odseparowano by wpływ samego odchudzania od czynnika indywidualnych skłonności. Może i zrobiono to, ale abstract na ten tema milczy.

    Polubienie

  45. Helleboredom – żeby wszystko było takie proste… Wiem, wiem, jestem wyjątkowym, jednostkowym przypadkiem, rzadkością, etc. Ale do jasnej cholery, mnie lekarze pocieszają tym, że cukrzyca i otyłość mnie czekają w związku z leczeniem, och, pardon, próbami utrzymania organizmu przy życiu i muszę się zgadzać na skutki uboczne, które – nomen omen – mogą doprowadzić do śmierci, poza rzecz jasna niechęcią społeczeństwa wobec mnie. I jeszcze jedno – niska samoocena. Taka naprawdę niska samoocena nie powoduje, że chwytamy się wszelkich afirmacji jak tonący brzytwy. My możemy je sobie czytać, ale to nic nie zmienia. Bo to afirmacja, a nie nasza rzeczywistość. Nieważne, ile razy usłyszymy „spoko, wcale nie wyglądasz//ważysz//myślisz//mówisz//robisz cokolwiek// tak źle” lub wręcz „jesteś super”. Niska samoocena podpowie nam, że kłamią żeby zrobić nam przyjemność. Niska samoocena będzie nakręcała w głowie tylko te negatywne komentarze i mnożyła je razy milion. I tak będzie CIĄGLE. Afirmacja u wielu osób z tak niską samooceną nie działa, bo w nią nie wierzą. Wierzą tylko w to, że są śmieciami. I nie, to też nie pomaga w walce o choćby prawidłową wagę. Ani w walce o cokolwiek, może poza samobójstwem.

    Polubienie

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s