Dwa światy

Pierwszy:


Reklama powstała na podstawie autentycznej historii pracownika infolinii alarmowej. Keith Weisinger miał nocną zmianę, odebrał połączenie i ku swojemu zaskoczeniu usłyszał zamówienie pizzy. Na szczęście – usłyszał w głosie kobiety coś, co sprawiło, że poprowadził rozmowę tak, by upewnić się, czy jest ona w niebezpieczeństwie.

Była. Wysłał na miejsce zdarzenia policjanta.

Druga:

Gniew

Zygmunt Miłoszewski, Gniew


W Gniewie Miłoszewski konsekwentnie opisuje prokuratora Szackiego jako mężczyznę przepełnionego codziennym seksizmem (taki zresztą miał pomysł na tę postać, zanim jeszcze pojął, że nieszkodliwość jego postawy jest bardzo pozorna). Nie opiera się tutaj na żadnej konkretnej historii, lecz raczej na tysiącach historii kobiet, które doświadczają przemocy i próbują podjąć jakieś działania. Odbijają się od policjantów i prokuratorów, czasem ze złej woli, dużo częściej z niewiedzy lekceważących zgłoszenia, w których nie mają tzw. twardych dowodów (obdukcji, widocznych śladów pobicia). Przekonują się, że nie ma sensu prosić o pomoc. I tkwią w przemocowych relacjach dopóki nie zdarzy się nieszczęście. U Miłoszewskiego, szczęśliwie, jest jeszcze młodszy kolega prokuratora, Edmund Falk, który na opis powyższej sytuacji, zawartej w słowach: „Miałem tutaj pseudopandę, w sam raz dla pana” reaguje bezkompromisowo:

„– To bar­dzo cie­ka­we, ile sek­si­stow­skiej po­gar­dy można za­wrzeć w jed­nym słowie. To dość rozczarowujące, że aku­rat z pana ust usłyszałem coś ta­kie­go.”

Większość policjantów i prokuratorów takich kolegów nie ma. Idzie ku lepszemu – przedstawicielki i przedstawiciele organów ścigania mają szkolenia w tej dziedzinie, ale na razie jest to jednak dość nieskoordynowane i rozproszone. Artykuł 50. konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy ze względu na płeć wskazuje natomiast:

Szybka reakcja, zapobieganie i ochrona

1. Strony podejmują konieczne środki prawne lub inne działania mające na celu zagwarantowanie, że właściwe organy ścigania zareagują na wszelkie formy przemocy objęte zakresem niniejszej Konwencji w sposób szybki i odpowiedni, oferując ofiarom stosowaną i niezwłoczną ochronę.

2. Strony podejmują konieczne środki prawne lub inne działania mające na celu zagwarantowanie, że właściwe organy ścigania w sposób niezwłoczny i odpowiedni wezmą udział w zapobieganiu wszelkim formom przemocy objętym zakresem niniejszej Konwencji oraz ochronie przed takim formami przemocy, łącznie z podjęciem zapobiegawczych działań operacyjnych i zbieraniem dowodów.

Potrzebujemy konwencji przede wszystkim po to, by żadna z tych historii nie mogła się zdarzyć. Ale jeśli już  ich doświadczamy – to aby jednak ta pierwsza była codziennością. Razem łatwiej.

Oraz: jak zwykle w walentynki tańczymy – bo co to za rewolucja bez tańca! Pełna lista miast na feminotece, warszawianki widzą się zaś na pasażu Wiecha o godzinie 13:00.

Papież Franciszek (wisi mi pięć dyszek)

Są rzeczy, wobec których czuję się odklejona. Nie kumam, na przykład, święta zmarłych i w ogóle obrządku pochówku – ktoś umiera to ktoś umiera, ja będę pamiętać ze zdjęć czy notatek, zupełnie nie mam potrzeby dzielenia się smutkiem i tęsknotą ze społecznością, a już tym bardziej odbębniania ich w wybrany dzień w roku, do tego późną jesienią, kiedy to raczej chce się siedzieć w domu i zajadać pierniki. Czy też wznoszenia sztandaru z imieniem. Na wypadek, gdyby ktoś mi zarzucał, że nie wiem, o czym mówię: wiem od mniej więcej ósmego roku życia, kiedy to odeszła naprawdę bliska mi osoba. Jest na zdjęciach. Jest w moich wspomnieniach.

Inne rzeczy, które rzadko przenikają przez moją bańkę to ten pasywno-agresywny stosunek do obrzędowości religijnej, jaki mają tak zwani wyborcy PO (czyli młodzi, wykształceni, z wielkich miast, biurowa klasa średnia, liberalni światopoglądowo i ekonomicznie). Używam tu pewnej szufladki, ale może uda mi się opisać, o co mi chodzi – generalnie taka kategoria ludzi, którzy mają pewną (nikłą) stabilizację finansową, a często już i rodzinną, ufają raczej nauce niż wierze oraz bardzo często starannie zajmują stanowisko prawdy leżącej pośrodku, wychodząc z założenia, że dzięki temu będą obiektywni i racjonalni. Wychodzi różnie, bo są sprawy, w których nie ma symetrii. Więc podśmiewają się z cicha z obostrzeń religii rzymskokatolickiej dotyczącej strefy seksualności, bywa, że określają się jako ateiści, ale jednocześnie, zwłaszcza przy dyskusji o JP2 reagują w formie ALE PAPIEŻA TO TY SZANUJ.

No nie, bardzo mi przykro. Ja mogę uszanować to czy inne uczucie religijne osoby mi bliskiej i na słowa „to jest bowiem ciało moje” nie wykrzykiwać „no nie przy jedzeniu!” (dobra, ten jeden raz mi chyba wybaczycie?). W zamian oczywiście oczekuję, że i moje uczucia ateistyczne się uszanuje i nikt mi nie będzie robił wymówek, że się gdzieś nie przeżegnałam. Dopóki rzecz jest prywatna – nie ma problemu. Jedna osoba wierzy w bóstwo, inna w rock and roll, trzecia w eksperymentalny sygnał dobra (a ja chyba w to, że ludzie pragną być kochani i jak się ma to w pamięci, można wspólnie zdziałać sporo dobrych rzeczy). Gdy staje się publiczna czy polityczna – gdy nagle okazuje się, że czyjaś wiara nie pozwala mi decydować o sobie, gdy dowiaduję się, że jakiś ksiądz czy papież powiedział coś, co w ogóle nie powinno mnie interesować – przestaję mieć skrupuły.

No i tu wracamy do Franciszka, który ostatnio powiedział, że katolicy nie muszą być jak króliki.

Zrugałem kilka miesięcy temu w parafii kobietę, która była po raz ósmy w ciąży i była po siedmiu cesarskich cięciach, pytałem ją: Chce pani osierocić dzieci? Nie trzeba rzucać Bogu wyzwania – powiedział.

Dysponuję tylko polską wersją tekstu, więc opieram się na niej: nie wiem, czy ta kobieta jest samotną matką (ale siedmiorga dzieci? nie wydaje mi się), nie wiem też, czy do papieża przyszła sama, czy słowa te padły w trakcie rozmowy sam na sam. Wiem tylko, że papież zrugał za niepohamowane dziecioróbstwo.

No wiecie, dość mocne słowa jak na głowę instytucji, która tupie nóżką na antykoncepcję hormonalną, w tym awaryjną oraz wybitnie przyczyniła się do rozprzestrzenienia wirusa hiv bezrozumnym uporem w kwestii zakazu prezerwatyw (i nie, nie przekonacie mnie, że „naturalna kontrola urodzeń” ma porównywalną skuteczność z antykoncepcją hormonalną). Ja rozumiem: papa chce, żeby ludzie robili dzieci odpowiedzialnie. Chwali mu się, jest to jakaś nowość. Ale bez narzędzi kontroli urodzeń może sobie pogadać.

Poza wszystkim innym, jak ludzi stać i mają siłę, to niechże będą sobie wielodzietni. Póki kobieta ma wybór, czy zostać matką czy nie i decyduje o tym z pełnym wsparciem swoich praw reprodukcyjnych – bardzo proszę. Ci rodzice czworga dzieci, których znam, są fajni i ogarniają towarzystwo śpiewająco.

I też nie bardzo rozumiem, dlaczego miałabym do papieża przykładać jakąś inną, mniej nowoczesną miarę niż do innego polityka. Bo, słuchajcie – to jest polityk, to jest głowa państwa. Dlaczego mam go traktować inaczej? On żyje w XXI wieku, nie w XVIII. Ma pieniądze i wykształcenie. Ma dostęp do informacji naukowych. Ma władzę. Nie widzę powodów, by puszczać mu płazem rugania matki o jej ciąże, jakby je sobie sama robiła i nie widzę powodów, by nie pytać: no fajno, ale skoro tak, to dopuść-że jakąś nowocześniejszą kontrolę płodności niż mierzenie temperatury i obserwację śluzu.

To znaczy wiem, że papież się moją notką przejmie tak samo jak utyskiwaniem Terlikowskiego, bo żadne z nas nie ma takiej władzy jak Franciszek. No, Terlikowskich trochę częściej zapraszają do polskiej telewizji (a szkoda). Ale zaczęłam od tego, że jestem odklejona od pewnych rzeczy, no więc: jestem odklejona od tego zachwytu Franciszkiem, że jaki on liberalny i nowoczesny. No gdzie? Jest normalnym, homofobicznym, mizoginicznym i zafiksowanym na seksualności księdzem jak większość księży katolickich; nawet jak powie coś, co zaczyna mieć pozory racjonalności, to zaraz wraca w utarte wiekami uprzedzeń koleiny. I nawet jeśli widuję tak zwanych normalnych księży, to sami widzicie, co często się z nimi dzieje: są uciszani, przenoszeni na odległe parafie itp. Cóż, polski KRK ma wiele cech organizacji przestępczej i wstępuje się do niej jednak na własne ryzyko.

Papież nie jest świętością. Z jakiegoś powodu trafiło mu się najwyższe stanowisko i nie udawajmy, że nie było w tym takiej samej polityki, układów, koterii, przepijania na stole i kopert pod stołem jak w każdym innym układzie politycznym. Więc nie – żadnej taryfy ulgowej. Głupio zrugał kobietę, głupio mówił później – o kolonizacji ideologicznej przyrównując ją do kolonizacji, jakiej dokonał faszyzm. Zaiste, bardzo liberalny i postępowy ksiądz, no miejcie litość.

Awaria antykoncepcji awaryjnej

O pigułce „dzień po” pisałam już na łamach Codziennika Feministycznego, ale mam wrażenie, że temat nie jest wyczerpany.

 Dla kogo jest antykoncepcja awaryjna?

Ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że powinna być dla wszystkich. Każdej z nas może, niestety, przydarzyć się gwałt, bo facetów przekonanych, że „nie znaczy tak” jest nadal zbyt wielu; a takich, którym nie przeszkadza fakt, że dziewczyna przelewa się przez ręce i ledwo kojarzy, jak się nazywa – jeszcze więcej. Część z nas miewa przygodny seks i ma do tego pełne prawo. Części z nas może trafić się pęknięta gumka lub nieogarnięty w temacie zakładania prezerwatyw facet. Część z nas nie jest pełnoletnia i nie może pójść do ginekologa bez wiedzy rodziców, a umówmy się – także część z nas nie ma na tyle dobrych układów z rodzicami, by ich poprosić o asystę. Generalnie, odkąd skończymy 15 lat, mamy pełne prawo korzystać z dobrodziejstw erotyzmu – tyle że jesteśmy niedostatecznie chronione w zakresie ewentualnych jego skutków.

Trzeba ponosić konsekwencje!

Nie znoszę takiego stawiania sprawy . Nierównomiernie oceniamy ryzykowne działania – himalaistę podziwiamy; kolesiowi, co przekroczył prędkość, pobłażamy; hazardziście, dopóki nie puści z torbami całej rodziny, zazdrościmy rozmachu. A osoby, które decydują się na seksy przygodne, nagle chcemy rozliczać konsekwencjami na całe życie, konsekwencjami angażującymi życie nie tylko ich, ale i osób wokół nich. Czy ma to sens? Niewielki. Ludzie nie przestaną decydować się na przygody erotyczne ze strachu przed przykrymi skutkami. Zważywszy też, że w przeciwieństwie do np. nadmiernie szybkiej jazdy szkodliwość takich zachowań jest żadna, apeluję do rozsądku: nie mówmy o konieczności ponoszenia konsekwencji.

Zwłaszcza że – pomijając przypadki gwałtów – decyzję przeważnie podejmują obie zaangażowane osoby, a skutki odczuwa o wiele bardziej kobieta.

Czy EllaOne jest powszechnie dostępna?

Oczywiście – nie. Ministerstwo Zdrowia nie miało wyjścia i wydało zgodę na pigułki „dzień po” bez konieczności okazywania recepty. Cena jednak jest zaporowa (140 złotych!), co oznacza, że jak zawsze, ograniczenia praw reprodukcyjnych uderzają w kobiety o najniższym statusie materialnym. To samo jest w przypadku aborcji – zamożne kobiety sobie poradzą z niechcianą ciążą. Problem mają przede wszystkim te, które są nieletnie i te, które są niezamożne. Cena wyklucza niezamożne. Dodatkowo – Gazeta Wyborcza dziś doniosła, że Kopacz z Arłukowiczem już pracują nad tym, by i nieletnim nie przewróciło się w głowach z nadmiaru dobrobytu. Jak się okazuje, lepszym dla nastolatki rozwiązaniem jest zajście w ciążę (która absolutnie nie jest bombą hormonalną ani obciążeniem dla organizmu, zwłaszcza dojrzewającego) i urodzenie niechcianego dziecka niż wzięcie pigułki. Bo jeszcze, co za czasy! wytworzy się moda na łykanie pigułek jak tik-taków.

Zacznę się o to martwić, jak EllaOne będzie w cenie tik-taków i będzie do kupienia na każdej stacji benzynowej jak tik-taki.

Dodatkowo aptekarzom marzy się klauzula sumienia. Wbrew temu, o czym fantazjuje pan Denis, EllaOne nie jest środkiem wczesnoporonnym i dziwi mnie, że ktoś z tak bezbrzeżną ignorancją jest rzecznikiem Izby Aptekarskiej. Co do klauzuli sumienia – przytoczę stanowisko Federy:

(pełne stanowisko w tej sprawie tu)

Czyli nie ma się z czego cieszyć?

Ależ jest. Jest duża szansa, że zapobiegniemy tym kilkunastu czy kilkudziesięciu nastoletnim ciążom, że ileś dziewczyn nie będzie musiało rodzić nie skończywszy liceum, ileś kobiet nie będzie musiało wychowywać dziecka gwałciciela, nie urodzi się ileś niechcianych dzieci.

Ale to jest bardzo, bardzo mało. Idealnym układem byłaby powszechna, hojnie refundowana lub wręcz darmowa antykoncepcja, solidna edukacja seksualna i aborcja na życzenie do 24. tygodnia życia płodu. Mam obawy, że w dyskusji o aborcji cofniemy się o krok – bo po co nam skrobanki, skoro mamy pigułki „dzień po”.

A poza tym jestem feministką z permanentnej niezgody na zastaną rzeczywistość, rzeczywistość, która dopieka tym, co i tak mają pod górkę –  i nie wiem, czy kiedykolwiek nastąpi dzień, w którym powiem: o, załatwiłyśmy to.