Równouprawnienie żądań

Zawsze mam lekkie wątpliwości, czy powinnam, gdy rozważam polemikę nie z ideologiczną oponentką, a podobną mnie feministką. Nade wszystko nie chciałabym przecież sprawić wrażenia, że podgryzam siostry po feminizmie. Złożę więc takie oto oświadczenie, że wolę rzeczoną polemikę podjąć z kimś, o kim wiem, że walczy po tej samej stronie. Mam wtedy o wiele większą szansę na ciekawą dyskusję i wymianę opinii zakończoną konkretnym wnioskiem zamiast ostrzeliwania się argumentami z okopanych pozycji.

Uczyniwszy to zastrzeżenie, spieszę wyjaśnić, o co chodzi: o noworoczny felieton Anny Dryjańskiej w WO. Przede wszystkim, samo meritum nie budzi moich zastrzeżeń i nie dalej jak w poprzedniej notce wspominałam o tym: że niezależnie od naszych osiągnięć naukowych nadal my, kobiety, jesteśmy postrzegane przez pryzmat atrakcyjności. Wciąż naszym podstawowym obowiązkiem jest podobać się mężczyznom. Niezależnie od tego, czy chcemy się podobać wszystkim, jednemu czy żadnemu. Pisze o tym Anna i podkreśla: nie fiksujmy się na wyglądzie, róbmy swoje, jesteśmy świetne.

Niemniej tytuł (nie wykluczam, że nadany przez redakcję) wyświadcza felietonowi Anny niedźwiedzią przysługę, bo i cytat jest dziwnie nietrafny:

Równouprawnienie będzie wtedy, gdy łysa i gruba kobieta, idąc ulicą, będzie myślała, że jest obiektem marzeń wszystkich przechodzących mężczyzn

Nie mam wprawdzie doświadczeń kobiety łysej, mam natomiast doświadczenia kobiety grubej (chudej też, tak na marginesie). I gdy idę ulicą, najbardziej to myślę o tym, żeby dotrzeć sprawnie i bezpiecznie do biura, domu czy sklepu. Nie upaść na oblodzonym chodniku. Nie wdepnąć w psią kupę. Nie zgubić się pod przejściem podziemnym. Nie zasapać się po schodach. Jeśli zostać zaczepioną, to pytaniem o drogę lub pomoc w przejściu na pasach, a nie o to, czemu się nie uśmiecham. Szlag by mnie trafił, gdybym była tym obiektem marzeń i zamiast świętego spokoju czułabym na sobie pożądliwe spojrzenia.

Mówi wam to osoba, która naprawdę nie boi się chodzić po ulicach, dzień czy w nocy. Lubię miasto, lubię przemierzać je pieszo, źle się czuję zamknięta w czterech ścianach domu czy biura (nawet przy dzisiejszych mrozach). Nie jestem też aseksualna, bywałam w sytuacjach, gdy wstrzymywano oddech na mój widok i było to doskonałe. Ale: wtedy, gdy sobie zaplanowałam. Wśród konkretnych osób. W konkretnych okolicznościach. Nie w codziennym zgiełku między pralnią a spożywczakiem.

Więc kiedy będzie równouprawnienie? Dla mnie jednak wtedy, gdy łysa i gruba kobieta będzie miała równe szanse w znalezieniu pracy, wygodny dojazd z pracy do domu i możliwość ubrania się w to, co lubi – wygodne, seksowne czy śmieszne – bez dziwnych spojrzeń i szeptów na boku.

Reklamy