#projektspódnica

W kraju wrze z powodu protestów pielęgniarek i położnych. Trochę więc wahałam się, czy ruszyć temat dużo lżejszy i pozbawiony polityki. O proteście napisano jednak dużo mądrzej i wnikliwiej, w tym Julia Kubisa w „Buncie białych czepków” niż mnie by się kiedykolwiek udało, a do pociągnięcia projektu zobowiązałam się ładnych kilka miesięcy temu. To chyba najwolniej realizowany projekt w polskiej blogosferze, bo wspomniana już Julia też miała coś napisać! (a może napisała, a ja nie umiem znaleźć?)

Wszystko zaczęło się od jakiegoś niemądrego konserwatywnego wpisu na losowym blogu, w którym autorka czy też interlokutorka klarowała, że odkąd nosi spódnice, wszystko jej się uklada. Ma pracę, męża, bodaj i udane dzieci, osiągnęla harmonię z naturą, chleb sam rośnie, mleko samo kiśnie, a czereśnie rodzą się dorodne i nierobaczywe. Wszystko dzięki tej jednej części garderoby, gdyż spodnie ode złego są, rozpraszają, wpijają się, eksponują, niszczą nadaną nam z natury kobiecą moc i kradną manę. Jak to z takimi wpisami bywa, obiegł lewicowy internet, powodując salwy śmiechu i lawinę świadectw, z których wynikało, że na udane życie pomaga raczej poszanowanie godności, wolności wyboru i bezpieczeństwo ekonomiczne, a kobiecość jest konstruktem, nieprawdaż, kulturowym. Czyli dość przewidywalnie. Obiecałyśmy sobie jednak z Julią i Lady Pasztet, że zabierzemy głos w sprawie spódnic jako feministki z różnych stron świata i obszarów tego ruchu. Lady Pasztet swoją opinię wyraziła już kilka miesięcy temu, czas więc i na mnie.

Zacząć należy od tego, że spódnicy samej w sobie praktycznie nie noszę. Jestem raczej sukienkowa i tuniczkowa. Głównie z tego prostego powodu, że jako osoba z nadwagą a wielce niewysoka mam spore trudności ze znalezieniem pasującej spódniczki; tuniki, które potrafią być jednocześnie sukienkami są pod tym względem łatwiejsze. Chciałabym jednak opowiedzieć wam swoją drogę do tego sposobu ubierania się, jako że przez lata całe chodziłam wyłącznie w spodniach i to ze wskazaniem na jeden konkretny krój typu bootcut (do tej pory zresztą ten fason lubię najbardziej).

Gdy miałam lat 14, był to sam początek lat 90., wybuchała wojna w Zatoce Perskiej, o rzeczach tak egzotycznych jak molestowanie seksualne nikt nie słyszał, a ja jak na swój wiek byłam wówczas przedwcześnie dojrzałą. Miesiączkowałam, porosłam włosem tu i tam, nosiłam stanik i nawet miewałam już jakieś myśli erotyczne (aczkolwiek głównie siedziałam w książkach i swoich rysuneczkach, starannie wyalienowana, bardzo skłonna do osądów i zafascynowana zespołem Roxette, bóg raczy wiedzieć, czemu). Dodać należy, że w klasie miałam sporą liczbę dorastających i średnio z tym sobie radzących chłopaków, z których dwóch przeszło tak przedziwne drogi, że nie oprę się chyba dygresji.

Tak więc: czasy były takie, że o rzeczach związanych z przemocą wiedziało się niewiele, chyba że działy się sprawy poważne jak pobicia. Nikt też nie ganił chłopaków zaczepiających dziewczyny na przerwach, a potrafili z nich być mali prześladowcy. Jeden z klasowych kolegów miał, na ten przykład, przemiły zwyczaj zadzierania nam spódnic i zaglądania pod nie. Bagatelizowano to, ot młody chłopak, wyrośnie (no i pewnie wyrósł). Był chyba jedynym człowiekiem, wobec którego użyłam fizycznej przemocy, bo gdy za którymś razem spódnicę zadarł mnie, odwróciłam się jak na dobrze naoliwionej osi i strzeliłam go w gębę. Nie jestem z siebie dumna, choć zyskałam tym parę punktów szacunu u reszty chłopaków.

Zwyczaj tego kolegi starannie mnie jednak zniechęcił do noszenia kiecek. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałam przeświadczenie, że nie jestem w spódnicy bezpieczna i że łatwiej niż skarżyć się na niego lub powtarzać numer ze spoliczkowaniem będzie po prostu tych spódnic nie nosić. W tym też okresie zaczęło narastać we mnie przekonanie, że jestem gruba i nieatrakcyjna, więc też nie bardzo jest co eksponować.

Przekonanie ugruntowało się w szkole średniej. Tam wprawdzie już koledzy byli ciut mądrzejsi i kiecek nam nie zadzierali, byli natomiast przekonani, że ideałem urody są modelki pokroju Kate Moss i każda dziewczyna krąglejsza od tego wzorca powinna raczej przywdziać wór pokutny. Inaczej było się obiektem dość bezlitosnych kpin, czego doświadczyłam i przypłaciłam – teraz to wiem – pierwszą depresją.

12694600_1097098463655476_4358588505507914823_o (1)

Panel o przemocy. Foto: Piotr Stasiak

To, naturalnie, jeszcze bardziej skłoniło mnie do trzymania się koszulek XXL i luźnych spodni. Swoją drogą: ja chyba nawet nie miałam wtedy nadwagi. Po prostu miałam biodra i biust; możliwe też, że nie miałam takiego poczucia stylu jak moje atrakcyjniejsze koleżanki. Ciuchy zaczęłam sobie kupować dopiero na studiach, gdy miałam własne pieniądze; wcześniej raczej nosiłam to, co kupowała mi mama. A mama podtrzymywała we mnie przekonanie o byciu nieatrakcyjną grubaską i nieomylnie wybierała z mody to, co najgorsze: podwyższone stany, zwężane ku dołowi nogawki, watowane ramiona i podkreślone talie. Wszystkie te rzeczy naturalnie miałam prawo nosić bez narażania się na kpiny, ale sama nie czułam się w nich dobrze ani ładnie. Koło się zamykało.

Wyzwoleniem był okres studencki, gdy wreszcie kupowałam swoje za własne, uparcie jednak trzymając się raczej spodni i swetrów. W kiecki na stałe wskoczyłam kilka lat temu, gdy zaokrągliłam się na tyle, że kupno dobrych dżinsów stało się trudniejsze, a i jakoś się bardziej sobie zaczęłam podobać z widocznymi nogami i całą resztą (no dobrze, nie całą). Pomogły na to i różne terapie, i wsparcie coraz większej liczby coraz mądrzejszych przyjaciół, i przyrastanie mojego własnego rozumku.

10421974_10204535535129160_5188578693083416589_n

Z Marceliną w historycznej chwili rejestracji partii. Foto: Adrian Zanberg

 

Wiele jednak czasu musiało upłynąć, zanim pojęłam, że ja, tak jak i każda inna, ma prawo chodzić w tym, w czym jej wygodnie bez obawy o narażenie się na szyderstwo czy ostracyzm. Was, moje czytelniczki, pewnie przekonywać do tego nie muszę, wiem jednak, że i Wy się zmagacie ze swoimi demonami, jeśli chodzi o wizerunek własnego ciała. Pamiętajcie po prostu, że najważniejsze, jak czujecie się z nim Wy – nie Wasi rodzice, partnerzy, partnerki czy grupa rówieśnicza.

 

Advertisements

5 uwag do wpisu “#projektspódnica

  1. Jestem w podobnym wieku i szczerze współczuję szkoły zarówno podstawowej i jak i średniej.

    Nie wiem, jakie były ideały damskiej urody moich kolegów z liceum, ale na pewno z nikogo się otwarcie nie wyśmiewali.

    Z macaniem po tyłku spotkałam się raz, na szkolnej dyskotece może w siódmej klasie. Razem z koleżankami poskarżyłyśmy się pani, niestety nie widziałyśmy „sprawców”, więc nauczycielka chyba uświadomiła wszystkim chłopcom, że jest to niewłaściwe.
    Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś u nas szarpał dziewczyny za spódnicę i żeby nauczyciele nie interweniowali. I żeby moja mama nie interweniowała gdyby sytuacja się powtarzała.

    Lubię

  2. Przypomniał mi się Salwowski i jego słynna „dwoistość nóg powyżej kolan”. A zadzieranie spódnic też przeżyłam, ale w… przedszkolu. Nazywało się to „podrywanie dziewczyn”.

    Lubię

  3. Hej.
    Myślę, że to kupowanie najbardziej niepasujących rzeczy przez mamy to dość powszechne w naszym pokoleniu. Może matki instynktownie nas chroniły przed przemocą seksualną? W tamtych czasach, gdy dorastałyśmy (lata 90.) można było tylko brzydkim strojem się bronić. Ja też miałam zawsze za duże i niepasujące ubrania, a i tak nie uchroniły przed gwałtem.

    Co do stroju to akurat myślę sobie, odkąd zaczęła się wosna, skąd ten mój pociąg do kwiatków, falbanek i jasnych kolorków. Nie w stylu Barbie, nie, jednak koronkami i kokardkami nie mogę się nasycić. I znów myślę o mamie i o ubraniach z dzieciństwa: „praktycznych”. Tzn. spodnie, najlepiej ogrodniczki, bo mojej mamie się podobały, i koniecznie ciemne, „bo zaraz byś wybrudziła jasne”. No i może tak zostanie już, nie wiem. Póki co mieszkam w Danii pośród ludzi ubierających się głównie na czarno, czarny jest tu kolorem neutralnym, do wszysktiego, od wystroju wnętrz po bieliznę niemowląt. A ja jak ta papuga w pomarańczach występuję. Albo cała na zielono, w kilku ładnie dobranych tonacjach.

    I właściwie dopiero teraz mam odwagę na rozkwit kobiecości. Dopiero tu, z daleka od polskiej kultury, nie boję się nocą wracać w kusej kiecce przez miasto pełne uchodźców. Tu czuję się bezpiecznie. Tu nie ma spojrzeń polskich kobiet, mówiących: szmata, jeszcze dupę pokaż! Tu zakładam spódnicę, gdy chcę. Tu spódnica nikogo nie prowokuje: ani gwałcicieli, ani babskiej niesolidarności.

    Lubię

    • No u mojej mamy to nie to, ona była szczerze przekonana, że w stylu „najgorsze, co z lat 80.” wyglądam ładnie i dziewczęco. Jak można się domyślić, przez długi czas hejtowałam dziewczęcość, wolałam być silną babą-kumpelką, rys tego zresztą został mi do tej pory.

      Lubię

  4. Mnie nieustannie bawią ludzie, którzy uważają, że strojem można zbawić świat. Owszem, strój może być wyrazem indywidualizmu, przekonań czy wiary, ale 80% społeczeństwa służy po prostu do tego, żeby nie wychodzić nago na ulicę.
    I absolutnie się zgadzam z tym wpisem – jeśli my się w czymś dobrze czujemy, to zazwyczaj dobrze w tym wyglądamy.

    Lubię

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s