Czy tylko feministki miesiączkują?

O spocie poznańskiej Manify napisał już Newsweek i Gazeta Wyborcza (brakuje mi do kompletu pudelka – bez kitu! – ale to pewnie kwestia czasu). Filmik opisywany jest jako kontrowersyjny; i chyba faktycznie taki jest. Pobudził do dyskusji, czy jest skuteczny – na to pytanie odpowiemy sobie zapewne dopiero w niedzielę, oceniwszy, ile kobiet tym razem przyszło na demonstrację; ale dyskusja dotknęła też innych kwestii, jak: w jaki sposób przedstawia się kobiece ciało w mediach i jak to może wpływać na odbiorczynie i odbiorców.

 

Ideą spotu, tak, jak ja go rozumiem, jest pokazanie, że kobiece ciała nie są tak nieskazitelne i sterylne, jak to wynika z okładek i jotpegów; i że nadszedł już czas, by popatrzeć na nas jak na ludzi, z całą naszą (nie)doskonałością. Z mojej strony propsy, stałe czytelniczki wiedzą, że mało co mnie jara mniej niż body acceptance i to nie tylko dlatego, że sama jestem krągła, niewysoka, nieprzystająca do dzisiejszego ideału urody, a mimo to mająca swoje ciało za dość wydolnie i dekoracyjnie funkcjonującą machinerię. Z wielu innych stron – gromy, że pokazywanie włosków na ciele czy, najgorzej! – plamy z okresu na kostiumie kąpielowym w basenie – to o wiele za dużo. Pojawiły się porównania do Marszu Szmat, który przez mocną nazwę i ideę półnagości również odbierany jest jako prowokujący.

Demonstracje mają dwa cele. Jeden, oczywisty: demonstrację żądania praw lub też uwidocznienia jakiejś grupy mniejszościowej albo społecznego problemu w przestrzeni publicznej. Marsz Szmat mówi tutaj: mogę się ubrać jak chcę lub być na wpół rozebrana, a i tak nie masz prawa dotykać mnie wbrew mej woli. Media piszą o temacie, sprawa hula po social mediach, zawsze jest szansa, że ktoś się zainteresuje, o co chodzi z tym całym molestowaniem. Drugi cel, mniej oczywisty dla tak zwanego obiektywnego obserwatora, ale zupełnie naturalny dla osoby, która np. od lat uczestniczy w pikietach itp działaniach dotyczy uczestniczek tudzież tych osób, które są tematem manifestacji: że oto dostają komunikat, że nie są z tym same, że jest grupa, która je widzi i wspiera. I to jest co najmniej równie ważny aspekt. Dziewczyny, które doświadczyły molestowania, zobaczyły, że nie są same z tym doświadczeniem. Dlatego, ilekroć jest Marsz Szmat w moim mieście, jestem na nim. Wsparcie jest ważne.

W przypadku manifowego filmu mamy podobnie: na poziomie zewnętrznym jest komunikat: hej, jesteśmy osobami z krwi i kości, rosną nam włosy, mamy rozstępy, a czasem miesiączkujemy i nam przecieknie; wiara w to, że jesteśmy gładkie, bezwłose i pachnące wyłącznie fiołkami jest szkodliwa dla wszystkich płci. Do wewnątrz mamy zaś silnie solidarnościową wiadomość, że pomimo różnic jest wiele spraw, które nas łączą.

A to, co nas łączy, to niezgoda na to, by ktokolwiek inny mówił nam, co mamy ze swoimi ciałami robić, czy to chodzi o depilację, czy o walkę z cellulitem, czy antykoncepcję, czy ubiór. Pod tyloma względami jesteśmy dyscyplinowane i oceniane, że naprawdę, naprawdę – już dość.

Nie chcę się oburzać, że ktoś nie rozumie spotu poznańskiej Manify, bo rozumiem, że widok owłosionej pachy czy zaplamionej pupy jest na tyle rzadki, że budzi sprzeciw. Więc proszę tylko o jedno: o chwilkę refleksji, skąd ten sprzeciw się bierze. Nie: czy to skuteczne, bo to ocenimy same, jesteśmy kompetentne, tylko: czemu pojawia się myśl, że to za wiele.

Reklamy