Street art rights

Każda osoba interesująca się streetartem wie, że ten rodzaj ekspresji niesie w sobie dwie immanentne cechy: wierne odbicie zeitgeistu i ulotność.

Nic tak nie oddaje ducha czasów jak ogłoszenia w prasie lokalnej i maziaje na murach. Dotykają napięć, których możemy się tylko domyślać, nie będąc wtopionymi w społeczność, z której wyrastają. Dwadzieścia lat temu zobaczyłabyś napisy szkalujące psychologów behawioralnych, dziesięć lat temu — rozważania, czy Macierewicz jest agentem. Dziś widzisz hasła, że przemoc to żyć za 1500 zł i antyPiSowskie wrzutki. Lata temu widziałaś partyzancką sztukę tworzoną na opuszczonych rampach kolejowych, dziś monumentalne dzieła w dzielnicach poddawanych rewitalizacji. To wszystko opowiada nam, co się dzieje w mieście, kto decyduje, gdzie jest miejsce na artystyczną ekspresję i co o tym myśli reszta.

W naturę murali wpisana jest ulotność. Miasta żyją, kruszą się ich mury, wzrastają nowe ściany; a wraz z nimi znikają buńczuczne napisy i dopieszczane kontury. I tak ma być. Skuwanie tynków z szablonami Banksy’ego to barbarzyństwo i głębokie niezrozumienie natury streetartu. On musi powstawać wciąż na nowo, by nadać charakter miejscu, z którego wyrasta.

Podobnie chwiejne, ulotne i podatne na ducha czasów są prawa człowieka.  W 1997 roku w Tasmanii kontakty homoseksualne nadal były karalne. Dwadzieścia lat później mieszkańcy i mieszkanki Australii zdecydowali w referendum o równości małżeńskiej. Nie są one jednak dane raz na zawsze. Wywalczone przed laty 8 godzin pracy staje się fikcją, gdy musisz trzaskać nadgodziny, by wyciągnąć pensję wystarczającą na wynajem mieszkania, zakupy w osiedlowej małpce i miejską kartę. Prawo do aborcji, ograniczone przed 25 laty, od kilku lat jest w stałym zagrożeniu całkowitego zakazu, mimo tysięcy kobiet na ulicach.

Kobietom protestuje się trudniej. Nasza praca jest podzielona na tę zarobkową — rzadko dobrze płatną, bo nasza luka płacowa sięga tej w Chinach — i pracę nieodpłatną, w domu. Wykonujemy przeważnie 2/3 domowych obowiązków, często z poczuciem, że nikt ich za nas nie wykona. Jednym słowem: jesteśmy przepracowane, zmęczone i wciąż zajęte; mamy mało czasu, by móc zatrzymać się w tym kołowrotku i zastanowić się, co właściwie jest nie tak.

Nie zmieni się to, jeśli części z tych obowiązków nie podzielimy z naszymi partnerami, mężami, dziewczynami. Nie zmieni się, jeśli nie oddelegujemy ich na publiczne instytucje. Nie zmieni się, jeśli państwo nie zapewni nam przestrzeni do własnych działań.

Takiej przestrzeni potrzeba do organizowania się oddolnie, jako Dziewucha, uczestniczka Strajku Kobiet czy członkini kolektywu manifowego. Jeszcze większej — gdy decydujemy się pójść w politykę parlamentarną. Jest to dobry kierunek. Nie zmienimy rzeczywistości politycznej bez współpracy organizacji społecznych z partiami politycznymi. Start w wyborach oznacza jednak setki godzin na ulicach przy zbiórce podpisów i kampanii, a potem kolejne, nienormowane godziny na posiedzeniach. Nie jest to przyjazne środowisko dla tych z nas, które nie mają znajomości, wsparcia w rodzinie lub nie są majętne z domu. Staje się tym trudniejsze, gdy w grę wchodzą dzieci — jak być młodą matką i posłanką?

Boleśnie przekonała się o tym posłanka Pomaska, którą swego czasu sięgnęła fala nienawiści za przyprowadzanie swojego dziecka na obrady. Matki powinny siedzieć w domach i nie obnosić się z rodzicielstwem. Na pewno nie pomaga też kruchość i ulotność tak podstawowego prawa jak prawo do urlopu macierzyńskiego. Duża część z nas pracuje w warunkach uniemożliwiających wzięcie urlopu: nie mamy umów o pracę lub boimy się o powrót do pracy po urlopie. Lub, tak jak posłanki, urlop dostaniemy albo nie, w zależności od widzimisię marszałka.

Wyobrażacie sobie? Coś tak oczywistego jak czas na opiekę nad dzieckiem zależy od kaprysu jednej osoby.

Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Nasz okrzyk „Kobiety do polityki!” będzie obietnicą bez pokrycia, jeśli nie zapewnimy warunków do odciążenia nas z naszych obowiązków i scedowania ich na bliskich i instytucje publiczne. W przeciwnym wypadku nie przekroczymy magicznej bariery 30% kobiet w parlamencie. Nie opowiemy się za prawami kobiet: dostępności in vitro, antykoncepcji awaryjnej, aborcji, opieki okołoporodowej czy odpłatności pracy opiekuńczej (500+ i opiekuńcza emerytura obywatelska, planowana przez PiS nie naprawią systemu zostawiającego poza burtą kobiety samotne i/ lub nieheteronormatywne). Utrwalimy partiarchalny układ, zgodnie z którym ciężar decyzji o naszym życiu spoczywa wyłącznie na mężczyznach, systemowo odsuwanych od zaangażowania w temat rozrodczości i pracy opiekuńczej. Widzicie, jak to się samo napędza? Im więcej władzy w rękach tylko jednej z płci, tym większa jej alienacja od pozostałych. Nie da się tu mówić o reprezentacji czyichkolwiek interesów poza własnymi, usztywniającymi podział ról, bo, jakkolwiek krzywdzący także dla mężczyzn, to oni są jego głównymi beneficjentami.

Nie ma współpracy, jest tylko stroszenie piórek i pełen zachwytu śpiew nad własną mocą. I gniew, gdy trzeba podzielić się choć odrobiną swojego przywileju.

Hannah Gadsby w swoim znakomitym stand-upie „Nanette” mówi o tym, że zagniewany biały mężczyzna jest jak kanarek w kopalni, mający wyczuć wyciek metanu. Wiecie, gdy metan się ulatniał, one nie umierały. Po prostu przestawały stroszyć piórka i śpiewać. Ważne jednak jest to: jeśli im jest ciężko, to dla nas już nie ma nadziei.

Reklamy