#metoo bingo

if all the women, femme, feminine-types/ non-cis-males who have been sexually harassed or assaulted wrote „Me too” as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.

Taki tekst krąży od dwóch dni w social mediach. Mój facebook wybuchł: młodziutkie dziewczęta i dojrzałe kobiety, feministki, fandomitki, dziennikarki, nauczycielki, aktywistki, matki dzieciom i babcie wnukom – daleko poza normalną banieczką, omal wszystkie postowały, że #jateż. Że złapał za tyłek w autobusie. Że się onanizował w przedziale. Że posadził na kolana wbrew jej woli, gdy była dzieckiem. Po jednym dniu skrolowania feeda nawet ja – osoba znająca statystyki, w pełni świadoma, jak bardzo to powszechne – popadłam w przygnębienie i wściekłość.

A potem poczytałam komentarze i wściekłość zamieniła się w furię.

A ja nie, he he he.

Nie chcę ci wmawiać czegoś, czego nie czujesz, ale dla porządku sprawdź:

Molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny. Może dochodzić do niego wśród osób każdej orientacji seksualnej. O molestowaniu mówimy wtedy, gdy osoba molestowana wyraża swój sprzeciw wobec takiego zachowania, nie godzi się na nie. Bardzo ważne więc, by w takich sytuacjach wyraźnie komunikować swój sprzeciw. Molestowanie często łączy się z poczuciem władzy wobec drugiej osoby (przełożony wobec pracownika, wychowawca wobec ucznia, rodzic wobec dziecka, starszy nastolatek wobec młodszego).

Molestowanie może mieć różny charakter:

– słowny – dręczenie psychiczne, dwuznaczne propozycje, pseudo-żarty, „końskie zaloty”, naśmiewanie się, opowiadanie anegdot o życiu seksualnym.

– fizyczny – dotykanie różnych części ciała, niechciane pocałunki, przytulenia, wykonywanie ruchów seksualnych, gwałt.

– może być związane ze zmuszaniem do oglądania pornografii albo łączyć się z szantażem „dam ci coś, jeżeli ty…”.

Molestowanie może być działaniem jednorazowym, jak także długo ciągnącym się dręczącym procesem.

Ofiarami molestowania seksualnego padają najczęściej kobiety: w domu, szkole, pracy, na ulicy. Ważne, by nie bagatelizować sytuacji, które sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Nie należy tłumaczyć sobie nachalności jako żart lub flirt i usprawiedliwiać osoby, która molestuje. Ofiara często czuje, że w jakiś sposób sprowokowała agresora, a to nie ma żadnego znaczenia: nie liczy się to, jak ktoś wygląda, w co jest ubrany. Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. Niestety, w Polsce nadal często zrzuca się winę na kobiety i zamiast chronić ofiarę – dodatkowo się ją potępia! Molestowanie zawsze należy zgłaszać (rodzicom, nauczycielom, policji) i koniecznie nie dać się zastraszyć agresorowi.

(za: http://ponton.org.pl/pl/faq/przemocgwalt/co-jest-molestowanie-seksualne)

Jeśli faktycznie nigdy, ale to nigdy nie byłaś obiektem sprośnych, niechcianych żartów, nigdy nikt cię nie klepnął w tyłek wbrew twojej woli i nikt nigdy cię nie zaczepił na ulicy namawiając na seks – to poważnie i bez sarkazmu bardzo się cieszę. Jesteś jedną z bardzo niewielu osób.

Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że żadna w tym twoja zasługa, po prostu masz niewiarygodne szczęście (tak jak nie jest żadną winą molestowanych dziewczyn, że tego doświadczyły).

A tak poza tym, to co cię w tym bawi?

Po co o tym piszesz? Dla atencji?

Po pierwsze: bo mogę. Przełamałam się i chcę opowiedzieć, co mnie spotkało.

Po drugie: żeby pokazać, zgodnie z celem akcji, jak bardzo powszechne jest to doświadczenie, żeby przez chwilę inne osoby, które doznały tego, co ja, poczuły, że nie są z tym same.

Po trzecie: także po to, by te osoby, które mają na koncie zachowania przemocowe, poczuły przez moment lęk, że to o nich.

Trzeba było komuś coś powiedzieć.

Nie jesteś od tego, by mi doradzać po czasie. Milczymy z różnych powodów. Czasem sprawca ma nade mną władzę: jest moim szefem, profesorem, starszym kolegą z redakcji, mężem, który mnie utrzymuje. Czasem dlatego, że się wstydzimy tego, co się stało. Czasem boimy się, że nikt nam nie uwierzy (i strasznie często faktycznie nikt nie wierzy). Czasem po prostu jesteśmy jeszcze małymi dziewczynkami, a kto by tam dzieci słuchał. Nie rozliczaj nas z tego milczenia. Mamy do niego powody. To nie my tu jesteśmy komuś coś winne.

Ja tam nie miałbym nic przeciwko molestowaniu.

Podejrzewam, że wyobrażasz sobie, że o seks cię prosi, no nie wiem, Alicia Vikander, Monica Bellucci czy chociażby ja. Ale z naszej perspektywy to wygląda tak, że ogromna większość to są odstręczający nas ludzie, czasem pijani i śmierdzący, czasem po prostu dla nas nieatrakcyjni. Aha, i w przeważającej większości — dużo więksi i silniejsi od nas. Tak, że małe ćwiczenie z wyobraźni: zamiast Alicii, Moniki czy mnie za rozporek łapie cię kobieta wyższa od ciebie o głowę, ze dwa razy szersza w barach i do tego z metryki raczej twoja mamusia niż córka. Nadal nie masz nic przeciwko?

Coś sobie wyobraziłaś, bo szukasz uwagi.

Ej, a wiesz, że wmawianie mi, że coś sobie wyobrażam i nie powinnam ufać swoim osądom to też zachowanie przemocowe i ma nawet swoją nazwę — gaslighting? Prawdopodobnie wierzysz mi w innych sprawach: kiedy mówię, że jadę na Marsz Równości, kiedy opowiadam o tym, że mnie kot obudził o czwartej czy kiedy wspominam fajną rozmowę w sklepie. To czemu nagle w sytuacji molestowania ma odejść mi rozum?

Wiem, co czuję, gdy ktoś, kogo pragnę mnie dotyka. I wiem, co czuję, gdy dotyka mnie ktoś, kto jest dla mnie obrzydliwy. Nie trzeba do tego geniuszu.

Ale to niemożliwe. Nie wszyscy mężczyźni molestują.

Nie wszyscy! Kto mówi, że wszyscy!

Ale prawda jest taka, że jesteście — w patriarchalnym społeczeństwie, popkulturze i tradycji — wychowywani na seksistowskich buców. Część z was ogarnia dupę i traktuje nas partnersko. Część nie i sięga po nasze ciała jak po kawałek mięsa z talerza. Część z was jest w połowie tej drogi i już umie ładnie mówić o feminizmie, ale jeszcze — na przykład po alkoholu — traktuje nas tak samo albo i gorzej niż kolesie, co nigdy o feminizmie nie słyszeli, chyba że z prześmiewczych memów na kompoście.

Codziennie macie wtłaczane do głów, że kobiety są dla waszej przyjemności.

Codziennie jakiś mężczyzna molestuje kobietę.

Tą akcją nie przysłużysz się sprawie. Trzeba inaczej…

No ale czy ja cię pytałam o zdanie na temat strategii? Czemu zakładasz, że się na niej nie znam?

Ta konkretna akcja miała na celu dokładnie to: pokazać, jak wiele osób mających doświadczenie bycia kobietą doświadcza przemocy; jak bardzo jest to przezroczyste, codzienne i nieuchronne. I to się udało. Nawet jeśli to będzie tylko jeden mój znajomy, to i tak warto.

Mężczyźni też doświadczają przemocy seksualnej.

Tak. Oczywiście. I macie z tym przechlapane, bo patriarchat faceta doświadczającego przemocy traktuje jak kobietę. Czyli chujowo i niezabawnie, z całą wtórną wiktymizacją, obwinianiem ofiary i dodatkowo odarciem z męskości. Nic nie stoi na przeszkodzie, byście zrobili podobną akcję w social mediach.

Ale ta konkretna akcja nie jest o was, tylko o nas. Przemoc, jakiej doświadczamy, jest systemowa, wpleciona w strukturę rzeczywistości, w której się obracamy, codzienna i powszechna. Nie boicie się o to, że ktoś was zgwałci, gdy idziecie na imprezę. Nie boicie się o to, że ktoś was spyta, czy zrobicie mu loda, gdy przejdziecie ciemną uliczką. I gdy wracacie sami nocnym – nie przysiądzie się do was większy o połowę koleś pytając, czy dotrzymać towarzystwa.

No to mam cię komplementować czy nie?

No ale co: nie wiesz, czy cię lubię? Jeśli nie wiesz, lepiej nie.

Jeśli wiesz, że lubię, upewnij się jeszcze, w jakiej sytuacji jesteśmy. No bo jeśli siedzimy sobie na kawie pod Kinoteką, to przecież spoko! Ale jeśli razem pracujemy albo się o coś spieramy, to nie jest to przestrzeń do sprowadzania mnie do mojego wyglądu. Wolę, byś się odnosił do moich argumentów i kompetencji.

No ale to wytłumacz mi, jak się ma niechciany komplement do gwałtu.

Uch, znów muszę tłumaczyć, a przecież masz internet i dwie ręce!

No to tak: z przemocą seksualną wobec osób mających doświadczenie bycia kobietą nierozerwalnie wiąże się zjawisko ich uprzedmiotawiania. Czyli traktowania nie jak osobę, która myśli i czuje, tylko jak przedmiot, który można pomacać, pomiąć, wyrzucić. Widzimy to na co dzień – od hostess na szpilkach przez reklamowane przez gołą babę opony zimowe po artykuły w serwisach plotkarskich o tym, że Lewandowska znów schudła. We wszystkich tych przykładach kobieta ma być wyłącznie elementem dekoracyjnym i umilającym życie. Niezmiernie łatwo przywyknąć do myśli, że nie jest nikim więcej.

Dlatego, gdy w pracy nagle mówisz do koleżanki „no no, ale dekolt”, jest spore ryzyko, że poczuje się ona właśnie tym: dekoracją dla twojej przyjemności.

Przemoc narasta. Część z was, przyzwyczajona do myśli o tym, że kobiety są tu dla was, by było wam miło, nie poprzestaje na komplementach. Wychodząc z założenia, że skoro się uśmiechnęła, to widać to lubi, pójdziecie o krok dalej. Złapiecie za tyłek na firmowej imprezie. Otrzecie się o nią w pracowni. Znienacka pocałujecie w szyję, gdy przyjdzie do was na konsultacje. A potem o jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.

W punkcie 3 wyjaśniałam, czemu milczymy. Głównie — ze strachu o siebie.

Nie bierz tego milczenia za zgodę. Jeśli nie masz pewności – zawsze pytaj. Nie, to nie zepsuje nastroju. Nastrój zepsuje raczej to, że nie spytasz, a dotkniesz.

Reklamy

Czy feministka powinna oglądać Projekt Lady?

Jest taka zasada, że jeśli tytuł artykułu jest pytaniem, to odpowiedź brzmi „nie”.

Projekt Lady to kolejna kalka TVNu z pomysłów brytyjskiej telewizji: zaganiają 13 „zbuntowanych” dziewcząt do szlacheckiego (fuj) pałacyku i przez trzy miesiące próbują poskromić poprzez naukę dobrych manier, coaching i rozwój osobisty. Co tydzień odpada jedna. Całość ma formę reality show, rozbrykane dziewczęta można podglądać nie tylko na zajęciach z chodzenia na obcasach i trzymania serwetek, ale także podczas nocnych wypraw do dobrze zaopatrzonej piwniczki pałacu lub w trakcie przerwy na fajkę. Opiekę sprawują nad nimi dwie mentorki: jedna od dobrych manier (zły glina) i jedna od coachingu (nieco lepszy glina), a nad tym wszystkim fruwa anioł miłosierdzia, Małgorzata Rozenek-Majdan (najlepszy glina).

Co do pytania zadanego w tytule: od pewnego czasu nie znoszę chodzić z feminizmometrem i oceniać, która z nas powinna mieć legitymację feministki, a która nie. Mogę natomiast opowiedzieć, czemu ten program oglądam ja i jakie mam (zwłaszcza po ostatnim odcinku) do niego zastrzeżenia.

No więc, po pierwsze, same dziewczyny. Przeróżne życiorysy – od osób z przeszłością z poprawczaka i nałogami, poprzez erotyczne tancerki i chłopczyce po dobrze się zapowiadające, ale wierzgające i rogate panny z dobrych domów. Wszystkie są w dość podobnym wieku 20-25 lat, więc młodziutkie, bardzo wrażliwe i bardzo wątpiące w siebie. Tworzą galerię ciekawych charakterów (i jest to pewnie po części zasługa naboru do programu: po pierwszym sezonie widać, że np. na składzie jest zawsze jedna butchka i przynajmniej jedna dziewczyna z wyraźną nadwagą). Nie wszystkie budzą moją sympatię, ale wszystkie – zaciekawienie, a formuła programu sprawia, że ma się złudzenie, jakby się je faktycznie znało.

Po drugie, uwielbiam metamorfozy. Zaznaczę przy tym, że absolutnie nie mam oczekiwań, by wszystkie kobiety świata miały dobrane fryzury i makijaże (dobrane do czego właściwie? Do standardów piękna AD 2017 w Polsce? no błagam), wręcz przeciwnie: stale jestem zdania, że to, jak wyglądamy, powinno być wyłącznie naszą sprawą. Niemniej jest dla mnie coś fascynującego w tym, jak zmiana koloru włosów czy kilka ruchów pędzelka zmienia twarz dziewczyny. To omal magia. Nie zawsze zmiany w „Projekcie Lady” oceniam jako zmiany na dobre i totalnie solidaryzuję się z tymi dziewczynami, które nie chcą ściąć długo zapuszczanych włosów lub butchek broniących swego chłopięcego wizerunku.

Po trzecie, nie tracę nadziei, że dziewczyny w końcu rozpieprzą ten dworek, bo atmosfera pałacyku, mundurków i uwielbienia dla szlacheckości trochę wywraca mi flaki. Kurde, one nawet uczyły się strzelać do rzutek, no na co to komu.

Po czwarte, jak bardzo nie cisnęłabym z coachingu, to mentorka od tej działki niekiedy robi niezłą robotę: – Uważasz, że będąc kobietą jesteś słaba? Powiesz mi prosto w twarz, że jestem słaba? – zagaduje chłopięcą Kaję i jest to bardzo fajny, feministyczny kawałek tego programu. Naturalnie nie widzimy wszystkich zajęć, jakie prowadzi z dziewczynami, widać jednak ich cel: budowanie, krok po kroku, wiary w swoje możliwości i pewności siebie. I ja to szanuję. Widzę jej dobre intencje. Co nie zmienia faktu, że…

Podoba Ci się to, co piszę? Wrzuć monetę!

Czytaj dalej

Antyfeministyczne bingo p.4

W  ostatnim czasie odbył się Kongres Kobiet i Środzie się mocno oberwało za to, co wiemy od dawna: jest liberałką, jest kobietą sukcesu, jako kobieta ze swojej klasy społecznej korzysta z jej przywilejów. Przyznam, że chętniej bym przeczytała, jak to jest mieć dziecko w roku 1983 niż, że u Środy sprząta jakaś pani, bo więcej z nas jednak należy do klasy sprzątającej niż mającej sprzątane. Ale po burzliwej dyskusji wypowiedź pani profesor oceniam wyłącznie jako porażkę PR-ową, nie ideologiczną.

Wróćmy jednak do bingo – udało mi się znaleźć jeszcze kilka punktów, więc cykl trwa.

  1. Kobiety mają takie same możliwości pójść na studia [techniczne] ale po prostu tego nie wybierają [bo nie chcą]
    Zgodnie z raportem akcji „Dziewczyny na Politechniki” przez ostatnich 5 lat ilość studentek na uczelniach politechnicznych wzrosła o blisko 5% przy nie zmniejszonej ilości studentów. Nie wiązałabym tego wyłącznie z sukcesem wspomnianej akcji społecznej, ale nie wierzę też w to, że nagle przez tak krótki okres dziewczyny zbystrzały w kierunku studiów technicznych. Za wzrost odpowiedzialne byłyby raczej zarówno rosnące bezrobocie dla absolwentek kierunków humanistycznych – więc kolejne pokolenia szukają studiów, po ukończeniu których znalezienie pracy jest łatwiejsze – i rosnąca atmosfera przychylności dla kobiet zainteresowanych naukami ścisłymi.

Przez dziesięciolecia bowiem kobietom raczej wkładano do ślicznych, niemądrych główek, że liczby, przestrzenie, konstrukcje i algorytmy to nie dla nich. Nauczyciele w sposób nie do końca świadomy bardziej w naukach humanistycznych ścisłych wspierali chłopców: traktowali poważniej ich zainteresowania, więcej wymagali, w bardziej przyjazny sposób korygowali błędy. Aż przyszli ci straszni Skandynawowie i pokazali, że jak się dziewczyn nie różnicuje podczas lekcji matmy, to jednak nie są naturalnie humanistyczne.

Nie przypisywałabym całości sukcesu czerpaniu wzorców z lewicowych krajów skandynawskich i feminizmowi – jak mówię, mamy bezrobocie, pracodawcy nawet do pociskania komciów na fejsie wymagają magistra, więc dziewczyny, jako te, które generalnie muszą się bardziej starać i już od lat stanowią większość studiujących, wybierają to, po czym może nie będą biedować na korekcie tekstów dla portalu, lecz zarobią na godziwe życie.

  1. Feministki już wywalczyły równe prawa dla kobiet wiele lat temu, teraz feminizm nie jest już potrzebny.

No nie wiem, nie wiem. Prawa wyborcze to mamy, owszem, ale: praw prokreacyjnych: coraz mniej, nadal niższe pensje, nadal większe trudności w znalezieniu pracy, nadal kwestie pozostające głównie zmartwieniem kobiet, jak przedszkola i żłobki są upychane na margines tak istotnych kwestii jak stadion narodowy.

  1. Feministki są dziś wulgarne i roszczeniowe, urządzają różne Marsze Szmat. Jestem za feminizmem, ale nie w takiej wulgarnej formie.

Już kiedyś pisałam: nie miałybyśmy praw wyborczych, tak jak nie zniesiono by niewolnictwa, gdyby nie postawy krzykliwe i roszczeniowe. Manifestacje mają takie być. Ma być o nich głośno, nawet jeśli wydają się chybione i bezcelowe. W dzisiejszym szumie informacyjnym, gdy transmisja z innej planety wpada mi w streama pomiędzy link z pudla i fotę kota, nie da rady inaczej.

  1. Nie miałbym nic przeciwko temu, by kobieta próbowała mnie uwieść.

Ja się domyślam, że gdyby to była, powiedzmy, Monica Bellucci, mało kto z nas by miał coś przeciwko. Ale w molestowaniu seksualnym nie chodzi o to, że ludzie się uwodzą, tylko o to, że próbują nas uwieść nie odpowiadający nam ludzie w nieodpowiednim miejscu i czasie.

  1. Całe to gadanie o kulturze gwałtu zachęci kobiety do nieodpowiedzialnych zachowań.

Kwestię obwiniania ofiary omówiłam w poprzednich notkach. Wszyscy mamy prawo zachować się czasem nieodpowiedzialnie i w żadnym przypadku nie powinien nas za to spotkać gwałt. W codziennym wydaniu jest to raczej skłonność do bagatelizowania kobiecych uczuć w zderzeniu z dyskryminacją (jak w słynnym żarcie z puentą oj tam oj tam, który dość dobrze obrazuje polską mizoginię i seksizm).

Jeszcze wrócę do tego tematu, bo riserczując, znalazłam też binga dotyczące dziewczyn-graczek. A tam jest cała otchłań uprzedzeń.

Antyfeministyczne bingo p.3

Po krótkiej przerwie, która, jak widać, nie przyciągnęła tyle czytelniczek i komentatorek, wracam z antyfeministycznym bingo. To ostatnia część i sama nie wiem – rozprawiać się potem z jakimiś innymi? krąży ich po sieci znaczna ilość, a ja wybrałam przecież tylko jedno z nich.

  1. Patriarchat krzywdzi też mężczyzn.

A to akurat prawda jest. Możemy to nazwać patriarchatem, paradoksem macho, pewną definicją męskości, w którą zgodnie z wypracowanymi przez lata wzorcami mężczyzna ma się wpisać. A więc: nie płakać, lać w pysk, śmierdzieć piwem, nie golić pach, otrząsać się ze wstrętem na róż, kucyki i lalki barbie, jak również muzykę dyskotekową, taniec i śpiew. Generalnie tych wszystkich „męskich” cech jest tyle, że gdyby chcieć mieć je wszystkie, to przyszłoby takiemu mężczyźnie zwariować. Tak, że tak – cały ten zestaw oczekiwań jest nie lada balastem.

Panowie, pamiętajcie jednak, że jesteście wychowywani w atmosferze przyzwolenia na łamanie zasad. Wam się to dużo bardziej wybacza, zwłaszcza jak już wyjdziecie z licealno-studenckich grup rówieśniczych. Więc jeśli macie ochotę na różową koszulę, denerwuje was niemożność domycia pach z uwagi na kłaki i prócz solidnego jebnięcia przesterowanej gitary lubicie się gibnąć do kanadyjskiego rocka – róbcie to. Ostatecznie, męskość musiałaby być szalenie kruchym konstruktem, jeśliby tego typu zachowania miały nią zachwiać.

sinfest

  1. Jeśli chcesz być traktowana jak dama, zachowuj się jak dama

Na usta cisną się komentarze do słów posłanki Pawłowicz, Warzechy i innych małych, zaplutych człowieczków o Marszu Szmat. Umówmy się: ci ludzie, prócz nienawiści do tego, co od nich różne i zapędów dyktatorskich nie mają nam jednak nic do zaoferowania, więc zostawimy ich sobie na inną okazję.

Dama, cóż to jest ta dama, zastanowiłam się. Nie, no, serio: to takie słowo-klucz, po którym dyskusja traci impet, oh dear, żadna ze mnie dama, plebs mi wyszedł spod spódnicy. No wyszedł: korzenie mam dość robotnicze i nie zamierzam się tego jakoś wstydzić.

Zapytałam internetu, co to znaczy być damą i najbardziej wyczerpującej odpowiedzi udzielił mi portal kafeteria.pl:

„Obowiązkowym atrybutem damy w każdych czasach pozostaje jednak klasa.”
Nie wiem, jaka: społeczna? No, to już wyżej ustaliłam – nie jestem.

„Prawdziwa dorosła dama nie przyciąga wzroku nadmiarem biżuterii, wieczorowym makijażem lecz dyskretną elegancją.” – twierdzi dalej portal i znów baranieję – nadmiar to ile, cztery kolczyki w jednym uchu? I czy mogę pod białą kreską na linii wodnej zrobić sobie brązową, by nadal być damą? Same ogólniki!

„Ale nie ubiór decyduje o klasie. Przynajmniej nie jedynie. Czymże więc ona jest? – zapyta wiele z nas.”
(myślę, że wiele z nas nie użyje partykuły -że, z uwagi na jej anachronizm, ale tak to jest, jak się uczy ludzi polskiego na Żeromszczyznach, zamiast na Masłowskiej i Chutnik).

„No i tu trzeba będzie rozpisać się nie tylko na temat dyskretnej kobiecości i wdzięku”
Duże biusta, jako niedyskretne, won. Bandażujcie sobie, dziewczyny.

„…lecz również inteligencji, oczytania, godności, honoru, umiejętności znalezienia się w każdej sytuacji. Trzeba by też wspomnieć o dyskrecji, powściągliwości w wyrażaniu opinii, rozsądku, umiejętności trzymania swoich emocji na wodzy, wszechstronnych zainteresowaniach a przede wszystkim o takcie i kulturze osobistej.”
Matko boska irakowska, toż to litania jak z zeszyciku na tak zwane złote myśli na cechy twojego ideału.

„Kto zna prawdziwą damę ręka do góry?”
Nie wiem, czy znam. Większość znajomych mi dziewczyn i kobiet to osoby inteligentne, oczytane, sprawnie operujące klawiaturą. Przeważnie też odważnie i otwarcie wyrażają swoje opinie, jak również potrafią w sposób całkowicie spektakularny wyjść z nerw, przejawiając przy tym zachowania pozbawione taktu i dyskrecji, a wszechstronne zainteresowania nie mają na to najmniejszego wpływu. Z uwagi na trudności w zdefiniowaniu pojęcia damy nie wiem, czy są prawdziwymi damami, z całą pewnością jednak fakt, że są odważne, emocjonalne czy nietaktowne w żaden sposób nie powoduje, że są jakieś, nie wiem, niegodne szacunku.

W ogóle sobie myślę, że człowieka fajnie się szanuje niezależnie od płci, emocjonalności czy otwartości w wyrażaniu opinii – dopóki nam (albo nam bliskim) nie wyrządzi, rzecz jasna, krzywdy.

Więc jeśli ktoś ten szacunek uzależnia od wydumanych cech jak ilość kolczyków, siła makijażu czy powściągliwość w emocjach, może równie dobrze dać się wystrzelić jako wybuchający ptaszor w angry birds space – byłaby wręcz z niego większa uciecha.

  1. Jestem dżentelmenem starej daty.

Wiecie co, ostatnio oglądałam film, gdzie był taki dżentelmen. Stara data, stare pieniądze, lata 20 w USA. Potępiał przemytników alkoholu, ale pił przemyconą przez nich whiskey, miał za złe żonie romans, gdy sam od początku małżeństwa cały czas miał kochanki. Ostatnią z nich przynajmniej raz uderzył. Był również ksenofobem, rasistą i miał brzydki wąsik. Nazywał się, oczywiście, Tom Buchanan z Wielkiego Gatsby’ego.

No więc, drogi dżentelmenie, nie ma się czym chwalić. Generalnie przy konserwatyzmie nie ma się czym chwalić, bo ilekroć mu się przyjrzymy, wychodzą z niego uprzedzenia dla inności i obsesyjne przywiązanie do tradycji bez żadnych racjonalnych przyczyn.

  1. Jesteś głupia i przesadnie emocjonalna.

O ile sobie przypominam, nawet w łonie naszego lewicowego grona pojawiali się uroczy technokraci, którzy hejterzyli emocjonalność. Ja to nawet rozumiem, na pewnym etapie zachłyśnięcia się racjonalizmem ma się wzgardę dla emocji. Potem jednak poprawnie funkcjonujący w społeczeństwie człowiek orientuje się, że ludzie są emocjonalni i irracjonalni. Tak już mają. Co więcej, emocje są niezbędnym elementem zdrowej istoty ludzkiej. Jedyne zatem, co warto rozstrzygnąć, to fakt, czy emocje są w konkretnym przypadku szkodliwe lub zaciemniają obraz, gdy dyskutujemy jakieś pryncypia.

Aha, tu nadmierna emocjonalność jest chyba też wskazana jako cecha typowo kobieca. No więc jako prawdziwe damy oczywiście jesteśmy przecież powściągliwe w emocjach, prawda?

A prawdziwi mężczyźni, jak mi podpowiedział Michio, to już w ogóle:
emo

  1. Ale ja chcę o tym rozmawiać. Posłuchaj mnie!

Pochodna poprzedniego. Nadmierną emocjonalność można zlekceważyć jako przejaw niepoczytalności. Nie odnosić się do niej i tym samym prześliznąć się nad uczuciami rozmówczyni, by wskazać priorytet swoich: nie interesuje mnie, że temat jest dla ciebie trudny albo dyskusję masz za zakończoną, masz mnie słuchać, bo przecież słuchałyście nas przez stulecia.

Prawdę powiedziawszy, to ostatnie jest raczej problemem władzy niż płci – tendencja do lekceważenia uczuć osoby słabszej pojawia się niezależnie od kulturowej płci dyskutantów, za to mocno zależnie od ich wzajemnych relacji. Oziębła matka, starsza partnerka, toksyczna szefowa, wszystkie mogą zagrać tym samym punktem. Nie wiem, czy jest antyfeministyczny.

Poniżej wklejam wam bingo – znajdziemy jeszcze jakieś punkty?

tumblr_m3xvkmXxMx1r9f9bx

Antyfeministyczne bingo p.2

Jak widać z przykładu poprzedniej notki, także osoby inteligentne i z dostępem do zasobów ulegały stereotypom i uproszczeniom, gdy mowa o feminizmie. Wspominałam w niej o stereotypizacji drugofalowego feminizmu, jako że wśród lekko już rozeznanych w tematyce ludzi nadal zdarza się demonizować drugą falę jako tę, która miała największy odpał na seksualizację, ujednolicenie ról społecznych bez brania pod uwagę indywidualnych predyspozycji i przysłowiowe lanie w pysk za przepuszczenie w drzwiach. Takiego feminizmu właściwie nigdy nie było. Druga fala generalnie zaś zmagała się z seksualnością, mając fazę nienawiści do wszechobecnej erotyzacji, ale uporała się z nią. Jej też zawdzięczamy to, co w zachodnich krajach jest standardem, czyli aborcję na tak zwane życzenie, silne dotacje antykoncepcji i generalnie traktowanie praw prokreacyjnych na równi z innymi podstawowymi prawami człowieka.

 1. Kobiety są z natury lepsze w tych rzeczach.

Nie wiem wprawdzie, w jakich, ale z natury kobiety są nieco lepsze w miesiączkowaniu, zachodzeniu w ciąże i rodzeniu dzieci. Gdzieś dokopałam się do badań o tym, że z natury mamy jakieś drobne różnice w orientacji przestrzennej i tyle. Nie ma żadnych genów odpowiadających za opiekę nad dziećmi, gotowanie, prasowanie koszul czy też zarządzanie budżetem domowym. Za to są lata kultury, która przyucza dziewczyny do myśli, że nie gotując, nie prasując i nie mając dzieci są niepełnowartościowe, gdy tymczasem są tak samo wartościowe, jak te, co lubią zajmować się domem.

To kultura narzuca nam myślenie, w czym jesteśmy gorsze.

2. Ale ona wcześniej dawała wielu facetom!

I to sprawia, że co: można ją nazwać dziwką, mniej ją szanować, czy może zgwałcić? To, co robi ze swoim życiem seksualnym jest wyłącznie jej sprawą. To, że ma temperament i wielu partnerów, nie oznacza, że jest zobowiązana do seksu z każdym.

Na marginesie: przypomniała mi się dyskusja na forum fanów Joanny Chmielewskiej o „Krwawej Zemście”, którą mam w czytaniu. Książka jest bardzo zła i znów pojawia się w niej słowo „gwałt” używany chyba zamiennie z seksem, bo nie wierzę, że pełnosprawna na umyśle osoba, jaką jest JCh nie rozumie, jaką krzywdą i upokorzeniem jest gwałt właśnie. Zarzutem było traktowanie więc gwałtu jako „niczego takiego”. Jeden z dyskutantów odpisał wówczas: „Stosownie do traktowania własnej sfery intymnej przez pokrzywdzoną.”, jako że bohaterką była dziewczyna romansująca z wieloma, także żonatymi mężczyznami. Odpisałam mu „Jak się gzi z więcej niż jednym przez całe życie, to można gwałcić. Przeciez to lubi.”. Dyskutant wówczas odpisuje:

„Tyś powiedziała. Ja nie powiedziałem, że można. Twierdzę natomiast, że w przypadku ladacznicy traktującej mufkę jako nawet nie narzędzie pracy, lecz narzędzie manipulowania bliźnimi ma to zupełnie inny ciężar gatunkowy.”

(dyskutant nazywa się a_weasley). Rozumiecie: nie można, ale nic się nie stanie, jak się jednak przydarzy. W sumie sprawca jest usprawiedliwiony. Rozumiecie? Ja też nie rozumiem.

Obejrzyjcie sobie dla kontrastu ten filmik. Wnioski, kto jest lepszym człowiekiem w takich sytuacjach pozostawię wam:

3. Nie znasz się na żartach?

Posłużę się linkiem do Michio, bo nie napiszę tego lepiej: nie znam.

A poważnie: przy żartach lubię sobie zadać pytanie, co mnie w żarcie śmieszy. To nie znaczy, że zamierzam zakazywać żartów, które mnie nie bawią. To tylko znaczy, że jeśli rozpoznam żart jako przykry, zastanowię się, na jakim stereotypie on operuje i czemu jest ów stereotyp powszechny.

Humor podlega refleksji i warto z tego korzystać.

4. Masz mentalność ofiary.

Jak rozumiem, chodzi o to, że za wszelkie niepowodzenia w, dajmy na to, karierze zawodowej winię mężczyzn, w przeciwieństwie do mentalności zdobywcy, który doskonale wie, że wszystko zawdzięcza sobie sam.

No – więc nie. Mam po prostu świadomość, że tak samo, jak człowiek sukcesu nigdy nie zawdzięcza go tylko sobie – lecz choćby urodzeniu w rodzinie, która mogła go posłać do dobrej szkoły, dobrze karmić, wyposażyć w wiedzę i pomoce naukowe, a potem w siatkę znajomości lub umiejętności społeczne, by zdobył dobrą pracę i dostawał w niej awanse – tak i ofiara nigdy nie jest sama sobie winna.

Rozpoznanie systemowych uwarunkowań dyskryminacji nie jest mentalnością ofiary.

5. Jestem miłym gościem, czemu nigdy mi się nic nie trafia?

Dlatego.

6. To Ty masz mnie nauczyć feminizmu, więc do roboty.

Nic nie wiem, nie znam tematu, proszę mi tutaj wyłożyć porządnie, o co chodzi. No więc nie. Masz pełną możliwość sięgnięcia choćby do en.wiki, by zdobyć jakąś podstawową wiedzę. Jeśli przychodzisz do mnie i na dzień dobry serwujesz mi tekst o włochatych feministkach, rozumiem to jako komunikat: „nie chcę wiedzieć, o co chodzi w tym całym feminizmie” – inaczej nie powtarzałbyś idiotycznego stereotypu. To, co mogę dać ci ja, to kilka linków, garść informacji i parę śmiesznych bon motów. Co więcej: częstokroć mówię o rzeczach, które dla mnie są elementarzem i gdy mówię, że hej, ale żart o gwałcie jest niefajny, nie powtarzaj go – nawet nie umiem uzasadnić, dlaczego; nie bo nie, tak jak nie przechodzi się na czerwonym.

Na dobry początek wystarczy, byś wiedział, że jeśli kobieta opowiada o swojej dyskryminacji, ostatnią rzeczą, jaką chce otrzymać w zamian, to usłyszeć „a mnie się to nie zdarza”. Nie rozmawiamy o tobie, rozmawiamy o zjawisku.

7. Daliśmy ci prawo głosu, a teraz się zamknij.

Aha: chodzi o to, by prawo głosu nie było czymś, co mi dają mężczyźni, lecz czymś, co po prostu mam. Wtedy mogą sobie mówić, żebym się zamknęła, efekt równie syzyfowy co zwrakowanie zabawkowego auta w Burnout Paradise.

8. Źle nazywasz feminizm.

Od czasu do czasu pojawiają się ci od „nie jestem feministą, jestem równościowcem”. No, doskonale, skoro jesteś za równością praw, jesteś feministą i tyle. Jeśli cię boli etykietka feminizmu, dupa z ciebie, nie równościowiec, bo masz gdzieś w sobie przekonanie, że walka o prawa kobiet jest jakaś ośmieszająca. Jest? Dlaczego?

9. Wszystko, czego potrzebują feministki, to porządnego przeruchania.

Mam wrażenie, że to się częściej słyszy w odniesieniu do lesbijek ostatnio, ale że przeważnie jedziemy na tym samym wózku, niewielka różnica.

Miałabym mnóstwo żartów o panach opowiadających o niedoruchaniu z intrygującym zafiksowaniem na temacie, znamionującym pewne niedobory. Cóż, jakkolwiek strefa erotyczna nie pozostaje bez wpływu na naszą kondycję psychiczną i fizyczną, a wręcz jest jej bardzo ważną częścią, nadal jednak: nie jest to kwestia, jaka powinna interesować dyskutanta, o ile nie pozostaje z nami w intymnej relacji lub przynajmniej serdecznej przyjaźni.

Gwałt terapeutyczny jest zaszłością poprzedniego stulecia i pozostawmy go właśnie tam.

10. Powiem ci, co jest nie tak z feminizmem.

Jeśli jesteś tym gościem, który parę punktów wcześniej prosił o edukację, czym jest feminizm, to może lepiej nie.

Antyfeministycze bingo p.1

Prawdę powiedziawszy, nie wierzę w człowieka obdarzonego intelektem i mocami poznawczymi, który, osiągnąwszy wiek ~30 nigdy nie zetknął się z debunkiem drugofalowego feminizmu. Inteligentny człowiek bowiem umie przezwyciężyć skłonność do posługiwania się stereotypem i zada sobie trud zgłębienia tematu, na który się wypowiada. Człowiek z kolei cierpliwy – a kobiety w tym kraju wychowuje się na cierpliwe – potrafi wybaczyć użycie stereotypu, jeśli widać, że wynikł on z niewiedzy. Jeśli jednak wiedza jest dostępna i bezpłatna, upraszczanie sobie życia stereotypami zaczynam brać jako przejaw złej woli i głupoty, nie zaś wybaczalnej dla laika ignorancji.

Po sieci krąży kilkadziesiąt antyfeministycznych bing. Pozwolę sobie rozmontować to, które wydało mi się najbardziej znajome:

  1. Lubię kobiece kobiety

Zrazu należałoby zdefiniować kobiecość. Jak wiemy, pojęcie jest płynne i to, że dziś jestem w sukience może mnie kwalifikować jako kobiecą, zaś brak makijażu może mnie z kolei dyskwalifikować. Dodatkowo, gdy się pozna trochę ludzi LGTBQ w ogóle przestaje się rozróżniać męskość i kobiecość (czy Brian Molko z makijażem jest męski, kobiecy i czy ma to w ogóle znaczenie?). Przyjmijmy na potrzeby dzisiejszej notki, że kobieca kobieta jest zadbana, schludna, porządnie uczesana, ubrana w sposób podkreślający walory jej sylwetki i nie stroni od obcasów.

Stereotypowe myślenie o feminizmie w ogóle, a o drugofalowym zwłaszcza, ukazuje feministki jako mające tak zwaną zen-wyjebkę na swój wygląd. I jest to dość cenna zdobycz: że możemy sobie pozwolić na brak gorsetu czy stanika, chodzić w rozwleczonych swetrach i obrzępolonych spodniach i dopóki nie śmierdzimy, otoczeniu powinno zwisać miękkim kalafiorem, co mamy na sobie. Ponieważ jednak feministki, jak każde inne istoty ludzkie, mają różnie wdrukowane wzorce dotyczące wyglądu i różne stopnie konformizmu, feminizm absolutnie nie wyklucza troski o strój ładny i eksponujący to czy owo.

Feminizm nie wyklucza mini, mini nie wyklucza feminizmu.

  1. Nie lubisz seksu, dlatego przenosisz to na inne dziedziny.

Różnie bywa. Dzięki feminizmowi możemy mieć luksus nielubienia seksu w ogóle, jak i lubienia go w innym wydaniu niż dopiero po ślubie.  Po drugiej fali zostało nam przekonanie, że to, co osobiste jest tym, co polityczne.  Tymczasem osobiste pozostaje osobistym tak długo, dopóki nie wtrąca się w to polityka.  Zatem, dopóki z ambony czy z mównicy nie padną słowa, jak mamy to robić i kiedy mamy to robić – my, feministki, tak samo jak wszyscy inni ludzie, robimy to po swojemu, wedle upodobań. Chcemy też, by każda z nas miała do tego prawo – bo póki co jest to jednak raczej przywilej białych heteryckich kobiet cywilizacji zachodniej.

Lubimy seks, jeśli możemy wybrać, jak, kiedy i z kim.

3.  Nie możesz być obiektywna w kwestiach płci.

Właściwie – nie wiem, dlaczego nie mogę. Bo co: obiektywizm na widok dwóch chromosomów XX pakuje manatki na Marsa?

LOL.

4.  Jesteś taka seksowna, gdy  się złościsz.

Ja raczej słyszę, że pocieszna, w każdym przypadku jednak kompletnie odbiera się powód gniewu i przenosi uwagę na mój wygląd. Wygląd dla mnie akurat jest dość ważny, ale na jego ocenę jest czas  i miejsce – z całą pewnością nie jest ona pożądana, gdy budzi mój gniew coś diametralnie innego. Jest to lekceważące i protekcjonalne.

Złoszczę się nie po to, by cię uwieść.

  1. Kobiety mają władzę nad mężczyznami – możecie nas kontrolować swoimi uwodzicielskimi sztuczkami

Yeah, sure, right. Tylko po co mam uwodzić kogoś, od kogo chcę tylko tyle, by spełnił moje żądanie w jakimś zakresie? Kochany kierowniku, daj mi podwyżkę, zrobię ci laskę – serio? I co ma ze swoimi sztuczkami zrobić dwunastoletnia dziewczynka w Indiach, która kończy szkołę, idzie do pracy i po roku zachodzi w ciążę? Albo ukraińska prostytutka w łapach alfonsa, bez dokumentów i pozwolenia na pracę w kraju, do którego ją wywieziono?

Mężczyźni nie są bezwolnymi galaretami, popadającymi w stupor na widok kawałka ciała – a jeśli są, kto ich powybierał na prezydentów, premierów i papieży?

  1. Feministki nie mają racji, ja jestem za równością wszystkich.

No, my też. Z tym, że dodatkowo mamy świadomość, że grupie mniej uprzywilejowanej warto na początku dać fory; nie po to, by się odegrać na grupie do tej pory rządzącej, lecz, by wyrównać szanse. Skoro bowiem jesteśmy tak przekonani o tym, że wszyscy ludzie są równi, w grupie 50% mężczyzn / 50% kobiet powinno być tyle samo równie uzdolnionych, prawda?

Równouprawnienie jest bardziej feministyczne niż mizandria.

7.  Molestowanie seksualne to rzadkie przypadki, masz paranoję.

Zgodnie z danymi Hollaback! Polska molestowania w pracy, szkole lub na uczelni doświadcza co piąta kobieta.  Jeśli na moich 250 znajomych na fejsie 150 to kobiety, 30 z nich ma za sobą takie doświadczenia. To tyle, co szkolna klasa z samych użytkowniczek jednego z serwisów, którego używam. Rzadkie przypadki?

Dodatkowo: uwaga na słowa „masz paranoję”. Jeśli nie życzę sobie być dotykana, komplementowana lub komentowana w sposób uwodzicielski, szanujcie to. Jest na to miejsce i czas, jeśli nasza znajomość ułoży się interesująco, wybierzemy to miejsce i czas razem. Jeśli masz wątpliwości, czy sobie tego życzę: don’t. Ja wiem, że tak jak nas się przez pół życia uczy przyjmowania takich uwag z wdzięcznością, tak was – wygłaszania takich uwag, by zdobyć trofeum lwa salonowego, więc łatwo nie będzie. Ale to tylko jakieś tam nawyczki wyniesione z wychowania, więc dają się przezwyciężać.

Molestujący są wśród nas i chcą bagatelizować swoje działania.

  1. Nikt się z tobą nie prześpi, jak będziesz mieć taką postawę.

No und? Nie będę udawać, że coś mnie nie uraża czy drażni tylko dlatego, by kogoś bzyknąć.

sinfest

Oraz, spokojnie: na szczęście w erotyzmie jest dużo więcej możliwości niż władczy mężczyzna – uległa kobieta (nie mówiąc już o tym, że to, co w łóżku, nie musi przełożyć się na to, co poza nim).

Wolę spać sama niż z bucem.

  1. Czy to ten czas w miesiącu?

To jest pytanie o tym stopniu intymności, co: czy miałeś nocną polucję. Znaczy: nic, czego by się wstydzić, ale do zadania raczej wśród bliskich osób. Jak również: to, że boli, człowiek czuje się nieświeżą, spiętą, że przesiąknie i bardziej niż zwykle wątpiącą w swoją zajebistość – nie odbiera rozumu.

Skup się na tym, co do ciebie mówię, a nie na moim cyklu hormonalnym.

  1. Wy, feministki, nienawidzicie mężczyzn.

Znaczy, nie lubimy buców, którzy decydują o ustawie aborcyjnej, o dofinansowaniu in vitro; nie lubimy wąsatych wujciów od „nie zaprzątaj tym sobie ślicznej główki”; nie lubimy quasiaspergerycznych technokratów od „wy, baby, jesteście takie emocjonalne”; nie lubimy rozlazłych grubasów / pryszczatych chudzielców/ spoconych knypów czyniących uwagi, jak kobieta powinna wyglądać, bez żadnej chęci zatroszczenia się o wygląd własny.

Ja, osobiście, nie lubię jednakże też kobiet, które „wolą pracować z mężczyznami”, tych wszystkich IT/ gamer ninja, które schowały cycki we flanele i udając facetów twierdzą, że nie doświadczyły dyskryminacji – wystarczy po prostu ich udawać. Otóż nie chcę udawać; jestem kobietą z całym dobrodziejstwem fizjologii i kulturowych wzorców i proszę mnie szanować taką, jaką jestem.

Lubimy mężczyzn. Lubimy kobiety. Lubimy ludzi, którzy nas szanują.

c.d.n.