#metoo bingo

if all the women, femme, feminine-types/ non-cis-males who have been sexually harassed or assaulted wrote „Me too” as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.

Taki tekst krąży od dwóch dni w social mediach. Mój facebook wybuchł: młodziutkie dziewczęta i dojrzałe kobiety, feministki, fandomitki, dziennikarki, nauczycielki, aktywistki, matki dzieciom i babcie wnukom – daleko poza normalną banieczką, omal wszystkie postowały, że #jateż. Że złapał za tyłek w autobusie. Że się onanizował w przedziale. Że posadził na kolana wbrew jej woli, gdy była dzieckiem. Po jednym dniu skrolowania feeda nawet ja – osoba znająca statystyki, w pełni świadoma, jak bardzo to powszechne – popadłam w przygnębienie i wściekłość.

A potem poczytałam komentarze i wściekłość zamieniła się w furię.

A ja nie, he he he.

Nie chcę ci wmawiać czegoś, czego nie czujesz, ale dla porządku sprawdź:

Molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny. Może dochodzić do niego wśród osób każdej orientacji seksualnej. O molestowaniu mówimy wtedy, gdy osoba molestowana wyraża swój sprzeciw wobec takiego zachowania, nie godzi się na nie. Bardzo ważne więc, by w takich sytuacjach wyraźnie komunikować swój sprzeciw. Molestowanie często łączy się z poczuciem władzy wobec drugiej osoby (przełożony wobec pracownika, wychowawca wobec ucznia, rodzic wobec dziecka, starszy nastolatek wobec młodszego).

Molestowanie może mieć różny charakter:

– słowny – dręczenie psychiczne, dwuznaczne propozycje, pseudo-żarty, „końskie zaloty”, naśmiewanie się, opowiadanie anegdot o życiu seksualnym.

– fizyczny – dotykanie różnych części ciała, niechciane pocałunki, przytulenia, wykonywanie ruchów seksualnych, gwałt.

– może być związane ze zmuszaniem do oglądania pornografii albo łączyć się z szantażem „dam ci coś, jeżeli ty…”.

Molestowanie może być działaniem jednorazowym, jak także długo ciągnącym się dręczącym procesem.

Ofiarami molestowania seksualnego padają najczęściej kobiety: w domu, szkole, pracy, na ulicy. Ważne, by nie bagatelizować sytuacji, które sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Nie należy tłumaczyć sobie nachalności jako żart lub flirt i usprawiedliwiać osoby, która molestuje. Ofiara często czuje, że w jakiś sposób sprowokowała agresora, a to nie ma żadnego znaczenia: nie liczy się to, jak ktoś wygląda, w co jest ubrany. Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. Niestety, w Polsce nadal często zrzuca się winę na kobiety i zamiast chronić ofiarę – dodatkowo się ją potępia! Molestowanie zawsze należy zgłaszać (rodzicom, nauczycielom, policji) i koniecznie nie dać się zastraszyć agresorowi.

(za: http://ponton.org.pl/pl/faq/przemocgwalt/co-jest-molestowanie-seksualne)

Jeśli faktycznie nigdy, ale to nigdy nie byłaś obiektem sprośnych, niechcianych żartów, nigdy nikt cię nie klepnął w tyłek wbrew twojej woli i nikt nigdy cię nie zaczepił na ulicy namawiając na seks – to poważnie i bez sarkazmu bardzo się cieszę. Jesteś jedną z bardzo niewielu osób.

Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że żadna w tym twoja zasługa, po prostu masz niewiarygodne szczęście (tak jak nie jest żadną winą molestowanych dziewczyn, że tego doświadczyły).

A tak poza tym, to co cię w tym bawi?

Po co o tym piszesz? Dla atencji?

Po pierwsze: bo mogę. Przełamałam się i chcę opowiedzieć, co mnie spotkało.

Po drugie: żeby pokazać, zgodnie z celem akcji, jak bardzo powszechne jest to doświadczenie, żeby przez chwilę inne osoby, które doznały tego, co ja, poczuły, że nie są z tym same.

Po trzecie: także po to, by te osoby, które mają na koncie zachowania przemocowe, poczuły przez moment lęk, że to o nich.

Trzeba było komuś coś powiedzieć.

Nie jesteś od tego, by mi doradzać po czasie. Milczymy z różnych powodów. Czasem sprawca ma nade mną władzę: jest moim szefem, profesorem, starszym kolegą z redakcji, mężem, który mnie utrzymuje. Czasem dlatego, że się wstydzimy tego, co się stało. Czasem boimy się, że nikt nam nie uwierzy (i strasznie często faktycznie nikt nie wierzy). Czasem po prostu jesteśmy jeszcze małymi dziewczynkami, a kto by tam dzieci słuchał. Nie rozliczaj nas z tego milczenia. Mamy do niego powody. To nie my tu jesteśmy komuś coś winne.

Ja tam nie miałbym nic przeciwko molestowaniu.

Podejrzewam, że wyobrażasz sobie, że o seks cię prosi, no nie wiem, Alicia Vikander, Monica Bellucci czy chociażby ja. Ale z naszej perspektywy to wygląda tak, że ogromna większość to są odstręczający nas ludzie, czasem pijani i śmierdzący, czasem po prostu dla nas nieatrakcyjni. Aha, i w przeważającej większości — dużo więksi i silniejsi od nas. Tak, że małe ćwiczenie z wyobraźni: zamiast Alicii, Moniki czy mnie za rozporek łapie cię kobieta wyższa od ciebie o głowę, ze dwa razy szersza w barach i do tego z metryki raczej twoja mamusia niż córka. Nadal nie masz nic przeciwko?

Coś sobie wyobraziłaś, bo szukasz uwagi.

Ej, a wiesz, że wmawianie mi, że coś sobie wyobrażam i nie powinnam ufać swoim osądom to też zachowanie przemocowe i ma nawet swoją nazwę — gaslighting? Prawdopodobnie wierzysz mi w innych sprawach: kiedy mówię, że jadę na Marsz Równości, kiedy opowiadam o tym, że mnie kot obudził o czwartej czy kiedy wspominam fajną rozmowę w sklepie. To czemu nagle w sytuacji molestowania ma odejść mi rozum?

Wiem, co czuję, gdy ktoś, kogo pragnę mnie dotyka. I wiem, co czuję, gdy dotyka mnie ktoś, kto jest dla mnie obrzydliwy. Nie trzeba do tego geniuszu.

Ale to niemożliwe. Nie wszyscy mężczyźni molestują.

Nie wszyscy! Kto mówi, że wszyscy!

Ale prawda jest taka, że jesteście — w patriarchalnym społeczeństwie, popkulturze i tradycji — wychowywani na seksistowskich buców. Część z was ogarnia dupę i traktuje nas partnersko. Część nie i sięga po nasze ciała jak po kawałek mięsa z talerza. Część z was jest w połowie tej drogi i już umie ładnie mówić o feminizmie, ale jeszcze — na przykład po alkoholu — traktuje nas tak samo albo i gorzej niż kolesie, co nigdy o feminizmie nie słyszeli, chyba że z prześmiewczych memów na kompoście.

Codziennie macie wtłaczane do głów, że kobiety są dla waszej przyjemności.

Codziennie jakiś mężczyzna molestuje kobietę.

Tą akcją nie przysłużysz się sprawie. Trzeba inaczej…

No ale czy ja cię pytałam o zdanie na temat strategii? Czemu zakładasz, że się na niej nie znam?

Ta konkretna akcja miała na celu dokładnie to: pokazać, jak wiele osób mających doświadczenie bycia kobietą doświadcza przemocy; jak bardzo jest to przezroczyste, codzienne i nieuchronne. I to się udało. Nawet jeśli to będzie tylko jeden mój znajomy, to i tak warto.

Mężczyźni też doświadczają przemocy seksualnej.

Tak. Oczywiście. I macie z tym przechlapane, bo patriarchat faceta doświadczającego przemocy traktuje jak kobietę. Czyli chujowo i niezabawnie, z całą wtórną wiktymizacją, obwinianiem ofiary i dodatkowo odarciem z męskości. Nic nie stoi na przeszkodzie, byście zrobili podobną akcję w social mediach.

Ale ta konkretna akcja nie jest o was, tylko o nas. Przemoc, jakiej doświadczamy, jest systemowa, wpleciona w strukturę rzeczywistości, w której się obracamy, codzienna i powszechna. Nie boicie się o to, że ktoś was zgwałci, gdy idziecie na imprezę. Nie boicie się o to, że ktoś was spyta, czy zrobicie mu loda, gdy przejdziecie ciemną uliczką. I gdy wracacie sami nocnym – nie przysiądzie się do was większy o połowę koleś pytając, czy dotrzymać towarzystwa.

No to mam cię komplementować czy nie?

No ale co: nie wiesz, czy cię lubię? Jeśli nie wiesz, lepiej nie.

Jeśli wiesz, że lubię, upewnij się jeszcze, w jakiej sytuacji jesteśmy. No bo jeśli siedzimy sobie na kawie pod Kinoteką, to przecież spoko! Ale jeśli razem pracujemy albo się o coś spieramy, to nie jest to przestrzeń do sprowadzania mnie do mojego wyglądu. Wolę, byś się odnosił do moich argumentów i kompetencji.

No ale to wytłumacz mi, jak się ma niechciany komplement do gwałtu.

Uch, znów muszę tłumaczyć, a przecież masz internet i dwie ręce!

No to tak: z przemocą seksualną wobec osób mających doświadczenie bycia kobietą nierozerwalnie wiąże się zjawisko ich uprzedmiotawiania. Czyli traktowania nie jak osobę, która myśli i czuje, tylko jak przedmiot, który można pomacać, pomiąć, wyrzucić. Widzimy to na co dzień – od hostess na szpilkach przez reklamowane przez gołą babę opony zimowe po artykuły w serwisach plotkarskich o tym, że Lewandowska znów schudła. We wszystkich tych przykładach kobieta ma być wyłącznie elementem dekoracyjnym i umilającym życie. Niezmiernie łatwo przywyknąć do myśli, że nie jest nikim więcej.

Dlatego, gdy w pracy nagle mówisz do koleżanki „no no, ale dekolt”, jest spore ryzyko, że poczuje się ona właśnie tym: dekoracją dla twojej przyjemności.

Przemoc narasta. Część z was, przyzwyczajona do myśli o tym, że kobiety są tu dla was, by było wam miło, nie poprzestaje na komplementach. Wychodząc z założenia, że skoro się uśmiechnęła, to widać to lubi, pójdziecie o krok dalej. Złapiecie za tyłek na firmowej imprezie. Otrzecie się o nią w pracowni. Znienacka pocałujecie w szyję, gdy przyjdzie do was na konsultacje. A potem o jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.

W punkcie 3 wyjaśniałam, czemu milczymy. Głównie — ze strachu o siebie.

Nie bierz tego milczenia za zgodę. Jeśli nie masz pewności – zawsze pytaj. Nie, to nie zepsuje nastroju. Nastrój zepsuje raczej to, że nie spytasz, a dotkniesz.

Reklamy

Czy feministka powinna oglądać Projekt Lady?

Jest taka zasada, że jeśli tytuł artykułu jest pytaniem, to odpowiedź brzmi „nie”.

Projekt Lady to kolejna kalka TVNu z pomysłów brytyjskiej telewizji: zaganiają 13 „zbuntowanych” dziewcząt do szlacheckiego (fuj) pałacyku i przez trzy miesiące próbują poskromić poprzez naukę dobrych manier, coaching i rozwój osobisty. Co tydzień odpada jedna. Całość ma formę reality show, rozbrykane dziewczęta można podglądać nie tylko na zajęciach z chodzenia na obcasach i trzymania serwetek, ale także podczas nocnych wypraw do dobrze zaopatrzonej piwniczki pałacu lub w trakcie przerwy na fajkę. Opiekę sprawują nad nimi dwie mentorki: jedna od dobrych manier (zły glina) i jedna od coachingu (nieco lepszy glina), a nad tym wszystkim fruwa anioł miłosierdzia, Małgorzata Rozenek-Majdan (najlepszy glina).

Co do pytania zadanego w tytule: od pewnego czasu nie znoszę chodzić z feminizmometrem i oceniać, która z nas powinna mieć legitymację feministki, a która nie. Mogę natomiast opowiedzieć, czemu ten program oglądam ja i jakie mam (zwłaszcza po ostatnim odcinku) do niego zastrzeżenia.

No więc, po pierwsze, same dziewczyny. Przeróżne życiorysy – od osób z przeszłością z poprawczaka i nałogami, poprzez erotyczne tancerki i chłopczyce po dobrze się zapowiadające, ale wierzgające i rogate panny z dobrych domów. Wszystkie są w dość podobnym wieku 20-25 lat, więc młodziutkie, bardzo wrażliwe i bardzo wątpiące w siebie. Tworzą galerię ciekawych charakterów (i jest to pewnie po części zasługa naboru do programu: po pierwszym sezonie widać, że np. na składzie jest zawsze jedna butchka i przynajmniej jedna dziewczyna z wyraźną nadwagą). Nie wszystkie budzą moją sympatię, ale wszystkie – zaciekawienie, a formuła programu sprawia, że ma się złudzenie, jakby się je faktycznie znało.

Po drugie, uwielbiam metamorfozy. Zaznaczę przy tym, że absolutnie nie mam oczekiwań, by wszystkie kobiety świata miały dobrane fryzury i makijaże (dobrane do czego właściwie? Do standardów piękna AD 2017 w Polsce? no błagam), wręcz przeciwnie: stale jestem zdania, że to, jak wyglądamy, powinno być wyłącznie naszą sprawą. Niemniej jest dla mnie coś fascynującego w tym, jak zmiana koloru włosów czy kilka ruchów pędzelka zmienia twarz dziewczyny. To omal magia. Nie zawsze zmiany w „Projekcie Lady” oceniam jako zmiany na dobre i totalnie solidaryzuję się z tymi dziewczynami, które nie chcą ściąć długo zapuszczanych włosów lub butchek broniących swego chłopięcego wizerunku.

Po trzecie, nie tracę nadziei, że dziewczyny w końcu rozpieprzą ten dworek, bo atmosfera pałacyku, mundurków i uwielbienia dla szlacheckości trochę wywraca mi flaki. Kurde, one nawet uczyły się strzelać do rzutek, no na co to komu.

Po czwarte, jak bardzo nie cisnęłabym z coachingu, to mentorka od tej działki niekiedy robi niezłą robotę: – Uważasz, że będąc kobietą jesteś słaba? Powiesz mi prosto w twarz, że jestem słaba? – zagaduje chłopięcą Kaję i jest to bardzo fajny, feministyczny kawałek tego programu. Naturalnie nie widzimy wszystkich zajęć, jakie prowadzi z dziewczynami, widać jednak ich cel: budowanie, krok po kroku, wiary w swoje możliwości i pewności siebie. I ja to szanuję. Widzę jej dobre intencje. Co nie zmienia faktu, że…

Podoba Ci się to, co piszę? Wrzuć monetę!

Czytaj dalej

Czy tylko feministki miesiączkują?

O spocie poznańskiej Manify napisał już Newsweek i Gazeta Wyborcza (brakuje mi do kompletu pudelka – bez kitu! – ale to pewnie kwestia czasu). Filmik opisywany jest jako kontrowersyjny; i chyba faktycznie taki jest. Pobudził do dyskusji, czy jest skuteczny – na to pytanie odpowiemy sobie zapewne dopiero w niedzielę, oceniwszy, ile kobiet tym razem przyszło na demonstrację; ale dyskusja dotknęła też innych kwestii, jak: w jaki sposób przedstawia się kobiece ciało w mediach i jak to może wpływać na odbiorczynie i odbiorców.

 

Ideą spotu, tak, jak ja go rozumiem, jest pokazanie, że kobiece ciała nie są tak nieskazitelne i sterylne, jak to wynika z okładek i jotpegów; i że nadszedł już czas, by popatrzeć na nas jak na ludzi, z całą naszą (nie)doskonałością. Z mojej strony propsy, stałe czytelniczki wiedzą, że mało co mnie jara mniej niż body acceptance i to nie tylko dlatego, że sama jestem krągła, niewysoka, nieprzystająca do dzisiejszego ideału urody, a mimo to mająca swoje ciało za dość wydolnie i dekoracyjnie funkcjonującą machinerię. Z wielu innych stron – gromy, że pokazywanie włosków na ciele czy, najgorzej! – plamy z okresu na kostiumie kąpielowym w basenie – to o wiele za dużo. Pojawiły się porównania do Marszu Szmat, który przez mocną nazwę i ideę półnagości również odbierany jest jako prowokujący.

Demonstracje mają dwa cele. Jeden, oczywisty: demonstrację żądania praw lub też uwidocznienia jakiejś grupy mniejszościowej albo społecznego problemu w przestrzeni publicznej. Marsz Szmat mówi tutaj: mogę się ubrać jak chcę lub być na wpół rozebrana, a i tak nie masz prawa dotykać mnie wbrew mej woli. Media piszą o temacie, sprawa hula po social mediach, zawsze jest szansa, że ktoś się zainteresuje, o co chodzi z tym całym molestowaniem. Drugi cel, mniej oczywisty dla tak zwanego obiektywnego obserwatora, ale zupełnie naturalny dla osoby, która np. od lat uczestniczy w pikietach itp działaniach dotyczy uczestniczek tudzież tych osób, które są tematem manifestacji: że oto dostają komunikat, że nie są z tym same, że jest grupa, która je widzi i wspiera. I to jest co najmniej równie ważny aspekt. Dziewczyny, które doświadczyły molestowania, zobaczyły, że nie są same z tym doświadczeniem. Dlatego, ilekroć jest Marsz Szmat w moim mieście, jestem na nim. Wsparcie jest ważne.

W przypadku manifowego filmu mamy podobnie: na poziomie zewnętrznym jest komunikat: hej, jesteśmy osobami z krwi i kości, rosną nam włosy, mamy rozstępy, a czasem miesiączkujemy i nam przecieknie; wiara w to, że jesteśmy gładkie, bezwłose i pachnące wyłącznie fiołkami jest szkodliwa dla wszystkich płci. Do wewnątrz mamy zaś silnie solidarnościową wiadomość, że pomimo różnic jest wiele spraw, które nas łączą.

A to, co nas łączy, to niezgoda na to, by ktokolwiek inny mówił nam, co mamy ze swoimi ciałami robić, czy to chodzi o depilację, czy o walkę z cellulitem, czy antykoncepcję, czy ubiór. Pod tyloma względami jesteśmy dyscyplinowane i oceniane, że naprawdę, naprawdę – już dość.

Nie chcę się oburzać, że ktoś nie rozumie spotu poznańskiej Manify, bo rozumiem, że widok owłosionej pachy czy zaplamionej pupy jest na tyle rzadki, że budzi sprzeciw. Więc proszę tylko o jedno: o chwilkę refleksji, skąd ten sprzeciw się bierze. Nie: czy to skuteczne, bo to ocenimy same, jesteśmy kompetentne, tylko: czemu pojawia się myśl, że to za wiele.

Klauzula bycia nieczułym bucem

Jak się znajome dobre osoby troszczące o prawa człowieka orientują, minister Radziwiłł dziś wziął zdrowy rozpęd i przydzwonił z całej siły nieprzesadnie zasobnym w wiedzę łbem o ścianę.

W poranku Radia Zet z jego ust szparek spłynęła bowiem następująca mądrość: nie przepisałby osobie, która doświadczyła gwałtu, pigułki „dzień po”, skorzystałby z klauzuli sumienia.

307dd34cded80827572686a5aa3622c1

Mam taką propozycję, by frazę „klauzula sumienia” zastąpić „byciem uprzywilejowanym mężczyzną u władzy, który wie lepiej, czy i kiedy kobieta ma rodzić”. Innymi słowy, byciem nieczułym bucem. Lepiej od tego nie będzie – ale za tych rządów nie ma co się łudzić, że prawa do decyzji o rodzicielstwie ulegną poprawie – ale za to minimalnie uczciwiej.

Zasadniczo powinnam pochylić się nad tym z pewnym zrozumieniem, jako socjolożka. Mężczyzn wychowuje się na nieczułych buców. Bycie nieczułym bucem jest męskie i skuteczne. Nieczułe buce rządzą.

tumblr_o3cxhyxhje1qfhve9o2_500

To, co dzieje się w Polsce, nie jest nowe. Za PO nie było jakoś drastycznie lepiej (i dlatego w żadnym wypadku, nawet gdybym nie była polityczką, nie chciałabym powrotu rządów Platformy). Taka jest różnica, że PiS się, kolokwialnie mówiąc, w tańcu nie pierdoli i to, co Platforma robiła białymi rękawiczkami na faktury, PiS robi obuchem, pałką, piłą i siekierą (czaicie, siekierą, minister Szyszko, wycinka drzew, haha). Po czym hojną rączką daje benefity, na które za moment nie wystarczy kasy i będą cięcia; jednym słowem ma napady czułości dokładnie tak samo jak przemocowy mąż, co po spuszczeniu łomotu przynosi pączusie i kwiaty.

groot-flower

Nie mam nic przeciw benefitom, wręcz przeciwnie, uważam, że powinny być uniwersalne, bo w tej chwili i tak zasiłek 500+ wyklucza część osób, którym by się przydał (np. samodzielne matki z jednym dzieckiem). Ale budżecik państwa nie jest z gumy i zaraz albo będzie trzeba komuś zabrać – coś mi mówi, że jakieś grupie o niewielkiej sile przebicia, może pielęgniarkom albo opiekunom osób z niepełnosprawnościami? – albo podnieść podatki. Przy PiS memlącym w uściech frazesy o prostym człowieku, ale przecież zasilanym przez oligarchów, co się dorobili na transformacji, różnych cinkciarzy od SKOK-ów i Corleonów od medialnego torciku – podniesienia podatków tym, którym stanowczo przydałoby się coś dorzucić do wspólnego worka, czyli najbogatszym jest tak samo odległe, co przyjazne kobietom środowisko IT czy niezasrane na przedwiośniu trawniki. A podniesienie mniej zamożnym będzie musiało zostać przeprowadzone w odmiennym stylu niż obecnie obowiązujące „jebłem to jebłem, na chuj drążyć”, by się lud nie wkurwił i nie wyszedł na ulice. Tak ostatnio tłumaczyłam jednemu miłemu Szwajcarowi i zgodziliśmy się, że faktycznie, jesteśmy w dupie ogólnie.

589

Natomiast tam, gdzie jest się w dupie ogólnie, najbardziej w dupie są grupy mniejszościowe, w tym kobiety. Osobom chcącym uświadomić mnie, że kobiety to nie mniejszość odpowiem: liczebnie nie, ale jeśli chodzi o dostęp do władzy i dóbr już tak. Wszelkie organizacje antydyskryminacyjne rozpoznają kobiety jako grupę mniejszościową, kropka.

No bo tak: obraz stosunku do kobiet w Polsce jest bardzo spójny. Tnie nam się dostęp do antykoncepcji awaryjnej (ale także do globulek i płynów plemnikobójczych), bo mamy rodzić. Część miast wycofuje się z finansowania in vitro, ale mamy rodzić. Kolejne epigony Ordo Iuris kombinują, jak zakazać całkiem aborcji, bo mamy rodzić. Reforma na porodówkach sprawia, że akcja rodzić po nieludzki zatacza coraz szersze kręgi, niemniej mamy rodzić. W przypadku urodzenia dziecka z niepełnosprawnością dostaniemy ochłap pieniężny, więc mamy rodzić. O tym, że po urodzeniu mamy mniejsze niż nikłe wsparcie, nie chce mi się nawet już wspominać. Tak to wygląda ze strony miłościwie nam panujących; najświętsze jest życie napoczęte, gdy zaś wychynie już na ten świat, jakiekolwiek problemy związane z jego utrzymaniem i wychowaniem ponoszą rodzice, ze szczególnym wskazaniem na matkę.

tumblr_inline_nz5p8wurld1rxt9pr_500

Ciekawym elementem tego obrazu jest jednak to, co się dzieje po stronie opozycyjnej. Bo oczywiście: mamy Ogólnopolski Strajk Kobiet, który wzywa do strajku 8 marca. Mamy KOD, który po części pokrywa się ze środowiskiem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – ale na jego czele stoi dopiero na dniach demokratycznie wybrany Mateusz „nie płacę alimentów i co mi zrobicie” Kijowski; wśród jego popleczników jest także pan Wieczorek, bluzgający niemiłymi słowy na organizatorki Ściany Furii. Część osób z tego środowiska jest za tak zwanym kompromisem aborcyjnym, część nieszczególnie poddaje refleksji zabiegi wokół EllaOne. Oczywiście, każde ręce w tej walce się liczą, ale nie oszukujmy się, nie jest ich za wiele po stronie opozycji. Nawet na pozór opozycyjna telewizja TVN wydaje ze swych lędźwi program o mistrzach podrywu. Serio – nadaje jakiś reality show o pick-up artists, w którym młode, jurne byczki uczą się, jak być mroczniejszym niż Grey i bardziej błyszczącym niż Edward…

gif-1-4

…przy czym najprostsza z rad, jakiej, jak tu siedzę, udzieliłabym każdemu heteroseksualnemu mężczyźnie szukającemu partnerki: „Słuchaj jej i wspieraj ją” – nie wchodzi w grę. Kto by tam bab słuchał, toż wiadomo, że nie wiedzą, czego chcą, ich „nie” znaczy „tak”, no i lepiej przecież, by nie powiedziała zbyt entuzjastycznie „tak”, zdzira jedna, bo jeszcze by się okazało, że ma oczekiwania i roszczenia.

No bo wiecie: bo zanim urodzimy, musimy przynajmniej raz rozłożyć nogi, więc trzeba pokolenie młodych mężczyzn nauczyć, jak nas do tego nakłaniać i wtłoczyć im w głowy, że jesteśmy niczym innym jak przedmiotami, nad którymi odprawiane są gusła z księgi „Klauzula sumienia”.

Władcy macic

Tego taga używa Anna Dryjańska opisując ludzi (dziwnym trafem, przeważnie mężczyzn) wyciągającym łapska po nasze prawo do decydowania, czy i kiedy chcemy mieć dzieci.

Niby w ostatnich miesiącach się uodparniam. Dzieje się tego tyle, że właściwie to wstaję co rano i zastanawiam się, czym nas dziś zaskoczą. A to ordojurki. A to trumienkowe. A to poseł PiS radzi używać kondomów po gwałcie (w sumie trudno się dziwić, że nie wie, jak się je stosuje, ale to może niech nie doradza?) No i w tym wszystkim – bam, genetyczka w Centrum Zdrowia Dziecka, niejaka Malina Świć, której światłe wypowiedzi można sobie przeczytać na fanpeju Seksizmu Naszego Powszedniego. Portal mamadu zdecydował się na wywiad z tą panią, no włos się jeży, mózg truchleje, cóż to za paskudny sposób myślenia.

Tabletki nie są pewne i nie chronią przed zakażeniami. Natomiast jest to mentalność seksu bez konsekwencji, bardzo niebezpieczna. A chore dziecko można przekazać do adopcji.

Tabletki są jedną z najpewniejszych metod antykoncepcji, natomiast faktycznie przed zakażeniami chronią prezerwatywy. Przypis dla posłów PiS: stosowane w trakcie stosunku, nie po. Konsekwencją seksu powinna być natomiast zmysłowa przyjemność z orgazmem włącznie plus ewentualne podtrzymanie więzi w związku  – i faktycznie, jeśli ludzie idą do łóżka nie chcąc tych konsekwencji, jeśli nie zależy im na tym, by było im przyjemnie i żeby wzmogło się pomiędzy nimi poczucie bliskości, to jest tu coś mocno nie tak.

Ewentualnie, jeśli wszystkie osoby zaangażowane w akt erotyczny tego pragną, konsekwencją seksu może być poczęcie potomka, ale dokładnie tak jak z w/w konsekwencjami, byłoby fajosko, superowo i w dechę, gdyby wszyscy w nim uczestniczący wyrazili na to entuzjastyczną zgodę.

4-2-gonna-make-a-baby

Każdy lekarz zasłaniający się klauzulą i dyskryminujący kobiety ze względu na to, że wybierają stosowanie antykoncepcji, musi liczyć się z tym, że będzie atakowany przez oburzone kobiety.

Tak, ideologia rzekomych praw… No i niestety brak kultury osobistej.

I ja się tu zgodzę z panią Maliną: faktycznie wyznaje ona ideologię rzekomych praw; praw zarodków, które jako żywo ani nie czują, ani nie myślą, ani nawet nie mają poczucia, że są kimkolwiek; no nie są ludźmi, część z nich będzie, część się samoistnie poroni, a część przeobrazi się w tak miluchne stworzonka jak zaśniad groniasty. Jest to także rzekome prawo władczyni macic do decydowania, który seks jest spoko, a który nie. Na ten przykład, tylko małżeński, tylko heteroseksualny i tylko kończący się ryzykiem poczęcia. Och, droga pani Malino, związki i seksy to o wiele więcej niż ten jeden model.

tumblr_nban74whwi1r3wairo1_500

Natomiast ja nie mam obowiązku brać udziału w rzeczach nieetycznych i w gruncie rzeczy nieleczniczych. Bez pigułek i bez amniopunkcji przecież się nie umiera.

Śmiem twierdzić, że zapobieżenie ciąży u nastolatki (bo nie udawajmy, że nastolatki nie uprawiają seksu) czy u kobiety chorej ma jak najbardziej funkcję leczniczą. I owszem: bez antykoncepcji i aborcji się umiera – wystarczy spojrzeć na statystyki śmierci przy porodach.

O etyce się z tą panią spierać nie będę, bo nie poznałaby etyki, rozumianej jako zapobieganie cierpieniu, nawet gdyby wpadła jej do gabinetu przez okno i zażądała ciepłego kocyka oraz kawałka pizzy hawajskiej.

Władczyni macic (nie ma co się łudzić: nie jedyna, jej kolegów jest cała dywizja) zasłania się „sumieniem”, by w poczuciu wyższej moralności pouczać, jakie badania genetyczne są dobre i miłe, a jakie nie. Bredzi o postawie roszczeniowej względem bezpiecznego seksu i odpowiedzialnego życia erotycznego.

Miałam tutaj stek wyzwisk, serio, miałam, bo dawno mnie nic tak nie wkurwiło, jak ta bezczelność, ale to donikąd nie doprowadzi, a tę panią utwierdzi tylko w przekonaniu, że jest obiektem ataków wściekłych, rozpasanych feministek (na marginesie: jak w oczach antyfeministów łączymy rozpasanie z faktem, że nikt by nas nawet kijem nie dotknął?). Tak, jestem wściekła, a fakt, czy jestem rozpasana nie jest niczyją sprawą.

Ujmę więc to tak: jak nie znoszę sformułowania „postawa roszczeniowa”, bo uważam, że musimy sobie rościć i się domagać, nikt za nas praw nie wywalczy – tak postawa tej pani jest właśnie roszczeniowa. Oczekuje, że każda jej pacjentka i każda zatrudniająca ją instytucja uzna jej wyobrażenia o moralności za obowiązujące. Jest to tak skrajny indywidualizm i chciejstwo, że dziw, że ta pani jest w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu z innymi i oddychać tym samym powietrzem. Już nie nawet nie to, że jest to wręcz socjopatia – to jest nawet niezgodne z duchem niekoniecznie wyznawanego przeze mnie katolicyzmu, który mówi dużo o wspólnocie.

Więcej dystansu

Andrzej Mleczko ma bucerskie rysunki, jak również ma brzydkie rysunki.

Z tymi brzydkimi no to już trudno, taką ma kreskę, są tacy, co lubią, ja dostaję nerwowej wysypki. Z bucerskimi gorzej.

Parę dni temu fanpejcz tegoż rysownika opublikował rozkoszną złotą myśl:

15036538_10154207977008722_887118761352434727_n

I tu przekleję, co pisałam na fb:

Rysunek jest z 2004 roku, co dawałoby nadzieję, że Mleczko od tamtego czasu wysubtelniał w żarcie lub nauczył się sprawniej używać ironii. Niemniej – to dziś, w 2016, odgrzano ten przedni wic i to dziś, w 2016, mnóstwo osób, deklarujących się inteligencko i postępowo, zerwało sobie oba boki ze śmiechu.

Mnie nie bawi; być może dlatego, że jako kobieta doświadczyłam i tego, że ktoś mnie uznał za brzydką, i molestowania. Być może dlatego, że molestuje ktoś, kto uważa, że może potraktować drugą osobę jak kawałek mięsa, a nie uroda tej drugiej osoby. Być może po prostu dlatego, że jest to rzecz, jaką powie nam podpity wujek na nieszczęsnej corocznej imprezie rodzinnej, i temu wujkowi można w sumie to wybaczyć, bo jest na przykład człowiekiem, który całe życie pracował fizycznie, teraz sobie popił i po prostu nie wie, jak niechcący przykrą rzecz właśnie powiedział, no bo kto robi edukację antydyskryminacyjną kuśnierzom, włókniarzom czy też kierowcom. No ale Mleczko jest przecież artystą z kapitałem kulturowym i można od niego wymagać więcej. Można, nie?

Molestowanie jest codziennym doświadczeniem milionów kobiet. Jest to przemoc. Krzywdzi. Odbiera poczucie wiary we własne siły, wbija w błędne koło samoobwiniania się o tę sytuację i podkopuje zaufanie do innych ludzi. Umiem sobie wyobrazić dobry żart ze stereotypowego myślenia o przemocy seksualnej, ale dowcip wiążący atrakcyjność kobiety z tym doświadczeniem nie jest ani dobry, ani nie skłania do zmiany myślenia.

Nie wiem, czy satyrze wolno więcej; nawet jeśli, to po to, by coś zmienić w głowie patrzącego. Czy tu jest zmiana? Czy może jednak pozostajemy w miłym poczuciu, że utwierdziliśmy się w stereotypie co do brzydkiej baby, której nikt nie zmolestuje, choćby bardzo chciała, a jak już, to niechże biedaczek nie odpokutuje za bardzo?

Są głosy, że poniższa krotochwila to ironia, no możliwe, ale z ironią jest taki drobiazg, że cholernie łatwo ją przeoczyć (między innymi dlatego nie przepadam za nią w humorze; da się nią pograć przy dłuższym stand-upie, gdy jest czas na nakreślenie ram dowcipu, w rysunku jest to karkołomne).

Z humorem zaś jest tak, że funkcjonuje kontekstowo. I kontekst polskiego humoru jest taki, że jest on, zwłaszcza w ostatnich latach, szalenie oparty na stereotypie i wykluczeniu. Dlatego bardzo mi przykro, ale nie wierzę w ironię, sarkazm i ostrze satyry wymierzone w heheszkujących z gwałtu Polaków.

Jak łatwo się domyślić, rysunek czy też raczej: aforyzm zyskał rzeszę obrońców i obrończyń. Nie ustają nawoływania do nabrania dystansu. Sugeruje się, że Mleczko prawą ręką przez lewe ucho naprawdę wymierzył ostrze satyry w miłościwie nam panujących, a oburzone i oburzeni tym bon-motem po prostu nie widzą ironii i sarkazmu. Widziałam nawet stwierdzenie, że no przecież Mleczko to ogólnie równy chłop, na manify chodzi, rysował z poparciem praw reprodukcyjnych i dla Koalicji Ateistycznej, jak można więc tej całej ironii nie widzieć?!

tumblr_ms83q9joht1sxz8n4o1_400

HUMOR

Przez ostatnich kilka lat godziłam się z faktem, że ja tak właściwie to nie mam poczucia humoru – no i trudno, nie muszę go mieć, aby funkcjonować, uszanujcie to. Ale dziś mnie tknęło, po kolejnym fajerwerku dowcipu Mleczki, że może jednak je mam, tylko ludzi irytuje moje pytanie, co ich właściwie tak bawi?

Znów się zacytuję, tym razem artykułem dla Wakatu Online:

Jednym z najlepszych polskich skeczów określających granice humoru jest skecz Kabaretu „Pod Egidą” pt „Awas”. Z punktu widzenia intelektualistki czy osoby o wysokich kompetencjach kulturowych nie jest on szczególnie zabawny, jednak poddany analizie pokazuje nam, czym charakteryzuje się polski humor. Co ma humor do wykluczenia? (można by spytać) Otóż polski ma całkiem sporo, a ja w odpowiednim czasie postaram się to wam wyjaśnić. Większość czytelniczek zapewne zna ów skecz, jest do obejrzenia w serwisie youtube, pozwolę jednak go sobie przypomnieć: na scenę wychodzi Piotr Fronczewski i zaczyna swój monolog od konstatacji, że poczucie humoru jest ważne w życiu i trzeba je mieć. Po czym postanawia opowiedzieć anegdotę, w której istotą rolę odgrywa humor słowny i żart z gruzińskiej formy zdrobnienia imienia („Mnie Nikołaj Stiepanowicz, a was?” „Awas” „Mnie Nikołaj, a was?” „Awas”). Żart bawi widownię niemal tak samo, jak Fronczewskiego, na tę feerię śmiechu wychodzi Pszoniak i pyta, z czego się śmieją. Fronczewski opowiada anegdotę po raz wtóry i nagle okazuje się, że żart Pszoniaka nie bawi – popatruje on na Piotra z wyczekującym uśmiechem, wygląd mając ogólnie lichy i durnowaty. Dykteryjka zostaje mu opowiedziana po raz drugi, trzeci, czwarty, za każdym razem jednak jej puenta jest kwitowana słabym uśmiechem zamiast aplauzem. Fronczewski upewnia się, czy Pszoniak ma świadomość, jak się tworzy gruzińskie zdrobnienia, okazuje się, że tak, że sam jest Gruzinem. Mimo tej kompetencji (a może przez nią?) Pszoniak żartu nie rozumie; scenka staje się groteskowa: Fronczewski zaczyna wpadać w furię, na przemian szarpać rozmówcę i obcałowywać go po policzkach, zabawnie się przejęzyczać, ostatecznie w wybuchu ekstremalnej złości wybiega ze sceny. Na placu zostaje Pszoniak, wodzi poczciwym wzrokiem po roześmianych twarzach widowni i w końcu pyta bezradnie: – No i z czego wy się, głupki, śmiejecie?

Zanim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się przez chwilę, co właściwie zaszło w trakcie tej scenki. Moja interpretacja jest taka: Fronczewski w pierwszym zdaniu narzuca reguły: mówi, że poczucie humoru jest niezbędne do akceptacji grupy, następnie zaś podaje ramy humoru, w jakich powinniśmy się poruszać – za pomocą anegdoty, opartej wprawdzie na humorze słownym, wymagającym przecież pewnych kompetencji kulturowych, ale jednak za przedmiot żartu mającej niewiedzę w kwestii obcojęzycznych imion. Jest to więc w pewnym sensie żart wykluczający. Postać Pszoniaka przeprowadza dekonstrukcję tej anegdoty: możemy się domyślać, że skoro postać odtwarzana przez Pszoniaka jest Gruzinem, rozumie on, że Awas to imię, być może nawet rozumie grę słów pomiędzy „a was” „Awas”, jednak nie uznaje jej za humorystyczną. Odmowa udziału w żartowaniu z niewiedzy doprowadza Fronczewskiego do furii, widownię do spazmów radości, a Pszoniaka do pytania, w czym tkwi żart.

Mam taką tezę, że żart tkwi w przyjęciu reguł Fronczewskiego przez widownię: musimy się śmiać. Powinniśmy mieć poczucie humoru, także na swój temat, dystans do siebie, a może nawet być ironicznymi i sarkastycznymi (kto wie). Śmiech z anegdoty jest i śmiechem z humoru słownego, i śmiechem z niekompetencji bohatera anegdoty, i śmiechem dla towarzystwa – nikt przecież nie chce wyjść na ponuraka. Późniejsze pojawienie się Pszoniaka uprawomocnia śmiech z niekompetencji – no bo doprawdy, jak można nie pojąć tak prostego żartu! Im dalej w skecz, tym śmiech jest jednak coraz bardziej nerwowy, może nawet trochę nam szkoda Pszoniaka i chcemy, by Fronczewski przestał się tak złościć i tak uparcie powtarzać żart (pewnym punktem zwrotnym w atmosferze jest przejęzyczenie się Fronczewskiego, dzięki któremu on również staje się śmieszny i bezradny). Dzieła dekonstrukcji dokonuje końcowe pytanie Pszoniaka: z czego tak naprawdę śmialiśmy się w trakcie tego skeczu? Wychodzi na to, że lwią część scenki zajmuje kpina z niewiedzy, a właściwie co w niej takiego śmiesznego? Czemu czujemy, że mamy przyzwolenie na śmiech z ignorancji, a przy śmiechu z biedy czy choroby jest nam jednak nieswojo? (pewnie nie wszystkim, ale zakładam, że zwracam się do osób, dla których niższy status materialny czy słabsze zdrowie nie jest tematem do żartów).

Polski humor, zwłaszcza w wydaniu współczesnych kabaretów, lubi wykluczać. Gros żartów, jakie widzimy w mainstreamowych mediach, to żarty ze stereotypów, z niższej pozycji kobiet, mniejszości seksualnych, religijnych i etnicznych oraz jakże banalne złamanie tabu pod postacią użycia wulgaryzmu. Gdy zadać pytanie, z czego właściwie się śmiejemy, w dużej mierze odpowiemy: z tego, że inni mają gorzej. Humor, prócz ogłoszeń w prasie lokalnej i grafitti jest jednym z najczulszych probierzy zeitgeistu. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli masom serwuje się humor oparty na wykluczeniu, masy oprą swoje ramy kulturowe na wykluczeniu właśnie; będą czuły, że mają na to przyzwolenie i będą używać argumentu z poczucia humoru jako rozstrzygającego, czy tak się powinno żartować.

Innymi słowy, obrona Mleczki bierze się z ogólnego przyzwolenia na ten typ humoru i z równie ogólnego konsensusu, że aby być osobą o odpowiednich kompetencjach społecznych, należy charakteryzować się poczuciem humoru i niebraniem żartów do siebie. Nieśmianie się z żartu i dopytywanie, co w nim zabawnego jest grzechem towarzyskim, zakłóceniem płynnych i niekonfrontacyjnych relacji w grupie; grupa odruchowo i naturalnie reaguje na to wykluczeniem.

Aby więc tego uniknąć, potrzebna jest strategia przetrwania.

STRATEŻKI PRZETRWANIA

W przypadku mężczyzn dość łatwo jest sobie wytłumaczyć, czemu bronią żartu Mleczki i szerzej: prawa do kpienia z takich rzeczy jak przemoc seksualna. Na przykład: nie doświadczają tego w ogóle albo w o wiele mniejszym stopniu niż kobiety. Wychodząc z domu ryzykują czasem dostanie w pysk za szalik lub przypinkę, ale prawie nigdy –  faceta każącego im się uśmiechnąć, faceta komplementującego ich tyłek, ocierającego się o nich faceta, faceta usilnie zapraszającego na kawę i wyzywającego od szmat, gdy mu się odmówi. Większość moich kolegów jest zaskoczona i przerażona, gdy w trakcie rozmowy o molestowaniu w przestrzeni publicznej rozwiązuje się worek ze zwierzeniami i ogromna większość obecnych kobiet mówi: tak, miałam takie doświadczenie. Wystarczy zerknąć zresztą na świadectwa na Hollaback! Polska; codziennie przybywa kilka nowych.

Nam jest strasznie trudno z tym gdzieś pójść, to pozostaje w opowieściach, na stronie Hollaback!; no bo co: panie władzo, ktoś mnie złapał za tyłek? A w co była pani ubrana, w legginsy? A no to trzeba było w luźne dżinsy albo najlepiej worek pokutny, trzeba było nie mieć tyłka.

giphy1

Te opowieści są gremialnie lekceważone i jest to ściśle powiązane z tym, że tyle osób śmieszy żart Mleczki, wspierający bagatelizowanie takiego drobiazgu jak nieszanowanie naszych granic i traktowanie nas jak kawałka mięska do obmacania. Tak się wychowuje mężczyzn; tego uczy mainstreamowa prasa, literatura i pornografia; części z nich udaje się wyzwolić i wesprzeć, wzorem Jacksona Katza, co zawsze doceniam, bo sprawa jest wspólna. Niemniej przy przeciętnym polskim stole to mężczyzna nada ton, nakreśli ramy i przestrzeń do rozmowy, kobiece tematy spychając na bok jako błahe, sentymentalne i niemające wpływu na losy świata. Tak było, tak jest i tak pewnie jeszcze przez ładnych parę lat będzie.

Co zatem z kobietami, które przyłączają się do chóru mężczyzn nawołujących do dystansu i braku przewrażliwienia? Przecież to zdrada, przecież mają te same doświadczenia, jak mogą tego nie widzieć? To jest strasznie przykre, co robią; wydawałoby się, że od towarzyszek niedoli można by oczekiwać wsparcia. A one są jak tralala, w kieszeni mam gaz, nic mi się nigdy nie przydarzy, bo trzymam życie krótko przy jajach, właściwie to ja jestem takim półfacetem i to działa, polecam serdecznie, żanetkaleta.

tumblr_nz72idvaho1uulkbto1_500

Spoko, tylko ja nie chcę być pół-ani całym facetem, ani kulturowo, ani fizycznie; jestem dużo niższa i słabsza, interesują mnie ciuchy i kosmetyki, lubię sukienki i makijaże i nie zamierzam się tego zrzekać, by być traktowaną poważnie. Ale po długiej rozkminie zrozumiałam, że jest w tym przejmowaniu męskich (kulturowo!) reguł gry strategia przetrwania, że zwłaszcza dla kobiety nie czującej się najlepiej w świecie skrojonym pod wygląd i pielęgnację ciała jest ona wygodna i bezpieczna. Strategia ta jest też łatwiejsza niż forsowanie poglądu, że kobiece tematy takie jak: jesteśmy czymś więcej niż wygląd naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż płodność naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż dostępność naszych ciał – są co najmniej równie ważne. Dotyczą przecież ponad połowy ludzkości.

Czy mogę je za to winić? Trochę mogę, ostatecznie część z nich dzięki tej strategii wywalcza pozycję, w której mogłaby zostać emisariuszką praw kobiet. Na pewno znajduję to cholernie irytującym. Czuję się zdradzona; zauważam też, że wtórujące żartownisiom kobiety są wykorzystywane jako przykłady „a zobacz, a Karolinkę też żart bawi”. Ale zjawisko jest jednak wtórne wobec tego, o czym Wam tutaj (troszkę dziś przydługo) opowiadam: o prawie do zaznaczenia: ten żart mnie nie bawi.

No bo co w nim jest właściwie śmiesznego?

Jak być z Natalią

Czarny Protest przejdzie do historii. Po raz pierwszy od wielu lat polskie kobiety najpierw zasiliły hasztaga w mediach społecznościowych, a następnie masowo wyszły na ulice. Wieloletnie działaczki mówią „czekałam na to tyle lat”. Znajome, które wcześniej nie określały swojego stosunku do praw kobiet, nagle stają po jednej ze stron. Coś się w nas zmieniło i być może zmieniło się trwale: wiemy już, że jest moc w proteście na ulicy, w poczuciu solidarności, w świadomości, że nawet jeśli sprawa nie dotyczy mnie, to zaprotestuję za inne.

Strajk trwa; środowiska walczące o prawa człowieka zaczynają sobie zadawać pytania o strategie; nie obywa się bez zarzutów o zawłaszczanie protestu i przywłaszczanie sobie zasług. Osobiście trwam przy teorii harmonii i współpracy różnych środowisk. Bez anarchizującego kolektywu Porozumienie Kobiet 8 Marca nie byłoby mnie w polityce; bez niego nie ma warszawskich Manif.  Bez Kongresu Kobiet wiele kobiet z mniejszych miejscowości nie miałyby okazji do zawierania znajomości i utrzymywania relacji, co przy ogólnopolskich działaniach jest po prostu kluczowe. Bez NGOsów nie byłby znany rozmiar podziemia aborcyjnego, braki w edukacji seksualnej i skala przemocy seksualnej. Są potrzebne skrupulatne naukowczynie, które zbadają feminizację biedy i rzutkie działaczki, które w odpowiedniej chwili krzykną do mikrofonu odpowiednie słowa. Są nam wreszcie potrzebne partie polityczne – posłanki .Nowoczesnej wpuszczające po pięć osób na swoje przepustki do sejmu i opozycja pozaparlamentarna (tak, mówię o tobie, moja partio Razem), która przyjdzie na protest, przyciągnie media i przemyci temat aborcji do rozmowy o prywatyzacji opieki medycznej. Myślę, że jeśli to uznamy i zgodzimy się na wspólną obecność w przestrzeni publicznej, dojdziemy do celu szybciej i skuteczniej.

Jest rzeczą oczywistą, że przy masowości zjawiska środowiska wspierające sprawę nie są tak homogeniczne jak wtedy, gdy mieściły się w jednej salce w Feminotece. Różne są pobudki kobiet wspierających protesty. Mnie od początku chodziło o to, by docelowo doprowadzić do dopuszczalności przerywania ciąży, przede wszystkim odpowiednim zapisem w ustawie. Innym – wystarcza to, co jest i gdyby „kompromis” działał, gdyby przypadki wymienione w ustawie w 1993 były respektowane, byłabym nawet w stanie to zrozumieć. Nie poprzeć, bo ograniczenie prawa do przerwania ciąży uważam za brak zaufania do rozsądku kobiety – no ale przynajmniej zrozumieć. Że zaś obecna ustawa nie działa, wystarczy spojrzeć w liczbę legalnych aborcji, w tym aborcji z czynu zabronionego i chwilę się zamyślić. Oraz, jeśli ma się trochę serca, wkurwić.

Mimo wszystko jestem zbudowana tym, co się dzieje. O prawach do świadomego rodzicielstwa wreszcie się mówi. Przestały być domeną niszowych kolektywów i organizacji pozarządowych. Nie jestem zaskoczona tym, że na ulice wyszły kobiety w mniejszych miejscowościach – tam problem niechcianej ciąży dotyka je o wiele bardziej, trudniej o antykoncepcję, trudniej o zaufanego ginekologa, a życie erotyczne toczy się swoim trybem niezależnie od liczby mieszkańców w danej jednostce administracyjnej.

Coming outy nie są rzeczą nową. Były wcześniej znane kobiety, które mówiły: no tak, miałam aborcję i żyję. Była Kasia Bratkowska z jej brawurowym (nadal jestem nim zachwycona!) wigilijnym oświadczeniem. Była Joanna Dziwak. Sama znam kilka dziewczyn, które ciąże przerwały i ich życia toczą się dalej – bez traum i rozdrap.

No i od wczoraj mamy wstrząs po wyznaniu Natalii Przybysz. Im więcej takich wyznań, tym lepiej dla sprawy, temat się oswaja, ktoś miał aborcję, ktoś stracił pracę, ktoś zaadoptował dziecko, ktoś chadza do psychiatry, ktoś rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. Nie jakaś zupełnie powszednia rzecz, na pewno wymagająca namysłu, a czasem i wsparcia, ale też rzecz, która nie powinna wywoływać poczucia winy czy wstydu. Natalia jest dorosłą kobietą, która rozstrzygnęła, co dla niej najważniejsze w obliczu niechcianej ciąży. Jedyne, czego żałuję, to tego, że musiała się nałykać najpierw tych cholernych tabletek i wydać taką kupę hajsu – powinna móc to zrobić bezpłatnie, w Polsce, bez narażania zdrowia. Mam nadzieję, że pokolenia tych licealistek, które wrzucały selfiki na hasztag z czarnym protestem, będą mogły tak wybrać.

Parę słów do święcie oburzonych wyznaniem Natalii, a jest ich niemało, także po stronie strajku kobiet. Po pierwsze i najważniejsze, po jaki chuj wspierasz protest, skoro przy byle okazji zaczynasz prawo do przerwania ciąży obkładać w warunki? Czy chcesz być żandarmem, który rozstrzygnie, czy odpowiednio brała pigułkę, czy nie pękła jej gumeczka, czy obmacasz ją po mózgu i uznasz, że jeśli ma zapaść w depresję, to spoko, ale jeśli tylko chodzi o zbyt małe mieszkanie, to już wygodna bździągwa i roszczeniowa lewaczka? Chcesz, by to samo robiono tobie? Jeszcze raz: po co wsparłaś ten protest?

Po drugie: antykoncepcja zawodzi. Każda. Z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem może zdarzyć się wyjątkowo dziarski plemnik z wyjątkowo ruchliwym ogonkiem, który zapuka do komórki jajowej i zakrzyknie „no cześć, mała, niespodzianka”. Jesteś pewna, że zawsze, ale to zawsze łyknęłaś pigułę? Nigdy nie pękła ci gumka? Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym przy spóźniającym się okresie?

Po trzecie: tak, warunki bytowe takie jak kwota na koncie w banku czy rozmiar mieszkania są zadziwiająco istotne w procesie powoływania na świat potomka. Rozważałaś bycie matką? Chcesz zapewnić dziecku najlepsze warunki? Powstrzymywałaś się przed seksem zanim zamieszkałaś w rezydencji z miejscem na pokój dziecka i blat do przewijania?

I po czwarte wreszcie: przestań opowiadać o zabijaniu dzieci, gdy mowa o aborcji, a płód przypomina kijankę i z ogromną dozą prawdopodobieństwa nic nie czuje. Jak chcesz poopowiadać o dzieciach, to pomyśl o 80 tysiącach dzieci w domach dziecka, które miesiącami czekają na rodzinę. Przejdź się do placówki, w której dzieciaki z różnymi orzeczeniami niepełnosprawności zostają na dzień, posiedź z nimi, wyobraź sobie, że masz to na codzień. Pomyśl o rodzicach dzieci z niepełnosprawnościami, którymi zadziwiająco często ostatecznie okazują się samotne matki, bo ojcowie odchodzą. Bo mogą, bo nikt ich nie wini za to, że nie zdzierżyli trudów opieki nad chorym dzieckiem. A jak chcesz koniecznie o zabijaniu, to pomyśl o tych kobietach, co zmarły w wyniku niebezpiecznie przeprowadzonej aborcji lub połogu.

Nie obchodzi mnie, jaka jest twoja ocena aborcji – czy jest to dla ciebie, jak dla mnie, wyzbyty z oceny etycznej zabieg, czy trudna decyzja moralna – dopóki uznajesz, że prawo wyboru należy do kobiety, która z nim zostaje.