delicious copypasta

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną indoktrynacją katolicką. Żal mi Tomasza Terlikowskiego. Mężczyźnie, który przyznaje, że kocha dzieci, a jednocześnie chce je wysyłać w ogień powstania, można tylko współczuć albo, jeśli jest się chrześcijaninem, to się za niego pomodlić. Badania dowodzą, że to ostatnie raczej zaszkodzi niż pomoże.

To współczucie i żal nie powinno jednak przeszkodzić w wyrażeniu wdzięczności panu Tomaszowi. On, zapewne nieświadomie, przez swój udział w mainstreamowych mediach i liczne wypowiedzi doskonale pokazał, na czym polega trauma katolickiego wychowania, jakie są jego konsekwencje dla mężczyzny i z czym musi się liczyć każdy człowiek, wybierający tę religię.

Tej opinii w niczym nie zmieniają wypowiedzi samego Terlikowskiego, który twierdzi, że nigdy nie czuł żalu ani traumy, a nawet zapewnia, że wszystko zawdzięcza Bogu. To bowiem są tylko słowa, a całe zachowanie tego dziennikarza, cała jego mowa ciała w programach telewizyjnych mówiła coś całkiem innego. Nie jest normalnym u człowieka tak bezwzględnie surowy stosunek wobec przejawów seksualności u homo sapiens.

To jednak, co jest zupełnie niezrozumiałe u stabilnego psychicznie mężczyzny, staje się czymś oczywistym u kogoś dotkniętego traumą katolickiego wychowania. Jednym z jego objawów jest bowiem właśnie niechęć, posunięta niekiedy do agresji, do seksu. Każde zetknięcie z erotyzmem, szczególnie jeśli nie miało się w tym zakresie zbyt wielu doświadczeń na własne życzenie, stawia nas wobec pytania o to, kto, kiedy, z kim, w jakich konfiguracjach, gdzie i czy podołam.

U części mężczyzn pytania te wywołują depresję, ale u innych gniew, wściekłość, która nie mogąc być nakierowana na siebie, skierowana jest ku erotyzmowi, które traumatyczne skutki własnych decyzji unaoczniają w całej rozciągłości.

Charakterystyczne dla traumy katolickiej socjalizacji jest także permanentne poczucie winy, a co za tym idzie, obniżenie poczucia własnej wartości, swoista samostygmatyzacja, uznanie się za osobę gorszą od innych. Takie objawy dostrzec można w wypowiedziach Tomasza Terlikowskiego, gdy zapewnia on (dla wielu będąc nieosiągalnym wzorem jako dobry mąż, ojciec i sprawny publicysta), że w swoim życiu nie zrobiłby nic bez swojego niewidzialnego przyjaciela.

Do bólu przewidywalna jest także ta jego gotowość do walki. Opowieści o tym, jak to idzie na wojnę w obronie ostatnich instytucji, które mu dają nadzieję na obronę Polski i wiary jako ostatnich enklaw wąsatego patriarchatu są oczywistą dla każdego formą wyparcia prawdy o tym, co się straciło.

Ilość negatywnych określeń, przy braku choćby najmniejszych pozytywów związanych z erotyzmem w jego wypowiedzi pokazuje, że nie ma w nim ani krzty realnego luzu czy zadowolenia. Jest słabo ukrywana pod maską ironii świadomość straty.

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną traumą katolickiego wychowania (który wbrew temu, co próbują wmawiać nam mainstreamowe media, nie jest tylko prostym poczuciem dyskomfortu w kościele, ale dużo głębszym i bardziej niebezpiecznym syndromem psychicznym). Zaskakujące jest zatem, że niekiedy Tomaszowi zdarzają się rozsądne wypowiedzi, konsekwentne piętnowanie antysemityzmu czy obrona Katarzyny W.

sauce

Coś pomiędzy recenzją Chłopów a przewodnikiem po Oranie

Ja: Mam pomysł na nową notkę.
Kotbert: O czym będzie notka? O turach i oraniu?
Ja: o oraniu chyba owszem.
Kotbert: Będziesz:
a.  nawoływać do reformy KRUS
b. krytykować przygotowania do tegorocznych matur
c. recenzować „Chłopów”
d. omawiać wady i zalety bron
e. pisać przewodnik po Algierii, tylko Ci się wyraz źle napisał
?
Ja: Coś pomiędzy recenzją Chłopów a przewodnikiem po Oranie.

A konkretnie to:

Dorastając uświadamiamy sobie, że nie tylko rodzice mieli plany wobec nas. Także zyskujemy świadomość, że ich role nie kończą się na byciu rodzicami – gdy stajemy się dorośli, oni stają się odrębnymi od rodzicielstwa bytami, z pakietem swoich zainteresowań, możliwości, kompleksów i traum. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że i my wobec nich mamy jakieś oczekiwania, ale różnie to bywa… Moja matka, w wieku, który wahałabym się nazwać starością, co najwyżej piękną dojrzałością, ładna, nie tyle intelektualistka, co obdarzona olbrzymią intuicją i doświadczeniem życiowym, z jednej strony jest powodem mojej dumy, z drugiej powodem ogromnej psychicznej rany, z którą nie mogę sobie poradzić. Świetnie się ubiera, była sekretarką, po moim wyfrunięciu z domu rozwinęła swoje zainteresowania. Nie wiem już, gdzie poznała tego mężczyznę. Dozowała wiadomości o Nim. Najpierw mówiła, że to kolega ratujący przed samotnością z dala od domu, potem, że przyjaciel. Słysząc to, czułam ogromny ból. Teraz planuje z Nim przyszłość, ‚bo jest to wspaniały człowiek’! Tłumaczyłam jej zagrożenia wynikające z takich związków: różnice światopoglądowe, reakcje różnych ateistów, wchodzenie ludziom na języki (to też mi przeszkadza, niestety). Jak może wiązać się z kimś takim? Z kimś, kto wierzy w księgę pisaną przez kilkaset lat przez niezliczoną ilość omylnych skrybów?  Złościłam się na nią, obrażałam, nie odpowiadałam na e-maile. Obydwie rozżalone na siebie milczałyśmy i obydwu nam było z tym źle. Pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała, że on  jej wytłumaczył, iż ja się tak zachowuję, bo ją bardzo kocham. Ona mnie zrozumiała, ja niby też ją rozumiem, ale ciężko mi wszystko zaakceptować. Córeczko, on nie chce nas dzielić!’. Wiem, że nie chce! Ale inaczej sobie wyobrażałam jej szczęście, nigdy z katolikiem. Czy mam prawo, by nie akceptować rzeczywistości?

Nie chcę podpowiadać interpretacji, ale sądzę, że zgodzimy się, że tekst napisała po pierwsze osoba uprzedzona do katolików, po drugie, przesadnie skoncentrowana na życiu matki, zamiast na swoim własnym. Zgadzamy się, tak? Nikt nie ma wątpliwości?

So check this out.

Miałam w głowie już całe emo na temat „ojej, to wcale nieprawda, że w mainstreamie nie ma rasizmu”. Po czym pomyślałam, że redakcja WO ma jakiś cel w publikacji (inna sprawa, że także nagrodzenia książką i kosmetykami autorki) listu. Zastanawiam się tylko, czy to Wojtek Orliński, odkurzywszy bucerkę Kydryńskiego, zalegitymizowaną wówczas na fali Wizyt Białasa u Dzikich w wydaniu Cejrowskiego przyczynił się do faktu, że ten temat zaczynają podchwytywać media; czy też może zadziałała chłodna kalkulacja: jest kontrowersyjny temat, jest flejm, są trolle, jest jedynka, jest klikalność w reklamki.

Sądząc z komentarzy pod listem, flejmu specjalnie nie będzie. Pytanie jednak, do ilu osób dotrze forma papierowa i ile osób pochyli się ze zrozumieniem nad dylematem autorki listu, bezkrytycznie wierząc, że to, co wydrukowane, niesie z sobą jakąś wartość i jest wspierane przez opiniotwórczą gazetę.

Trudno mi to rozstrzygnąć. Życzę sobie jednak, by pojawiło się jakieś postscriptum do tego listu.

Do życzeń dołączam piosenkę: