#metoo bingo

if all the women, femme, feminine-types/ non-cis-males who have been sexually harassed or assaulted wrote „Me too” as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.

Taki tekst krąży od dwóch dni w social mediach. Mój facebook wybuchł: młodziutkie dziewczęta i dojrzałe kobiety, feministki, fandomitki, dziennikarki, nauczycielki, aktywistki, matki dzieciom i babcie wnukom – daleko poza normalną banieczką, omal wszystkie postowały, że #jateż. Że złapał za tyłek w autobusie. Że się onanizował w przedziale. Że posadził na kolana wbrew jej woli, gdy była dzieckiem. Po jednym dniu skrolowania feeda nawet ja – osoba znająca statystyki, w pełni świadoma, jak bardzo to powszechne – popadłam w przygnębienie i wściekłość.

A potem poczytałam komentarze i wściekłość zamieniła się w furię.

A ja nie, he he he.

Nie chcę ci wmawiać czegoś, czego nie czujesz, ale dla porządku sprawdź:

Molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny. Może dochodzić do niego wśród osób każdej orientacji seksualnej. O molestowaniu mówimy wtedy, gdy osoba molestowana wyraża swój sprzeciw wobec takiego zachowania, nie godzi się na nie. Bardzo ważne więc, by w takich sytuacjach wyraźnie komunikować swój sprzeciw. Molestowanie często łączy się z poczuciem władzy wobec drugiej osoby (przełożony wobec pracownika, wychowawca wobec ucznia, rodzic wobec dziecka, starszy nastolatek wobec młodszego).

Molestowanie może mieć różny charakter:

– słowny – dręczenie psychiczne, dwuznaczne propozycje, pseudo-żarty, „końskie zaloty”, naśmiewanie się, opowiadanie anegdot o życiu seksualnym.

– fizyczny – dotykanie różnych części ciała, niechciane pocałunki, przytulenia, wykonywanie ruchów seksualnych, gwałt.

– może być związane ze zmuszaniem do oglądania pornografii albo łączyć się z szantażem „dam ci coś, jeżeli ty…”.

Molestowanie może być działaniem jednorazowym, jak także długo ciągnącym się dręczącym procesem.

Ofiarami molestowania seksualnego padają najczęściej kobiety: w domu, szkole, pracy, na ulicy. Ważne, by nie bagatelizować sytuacji, które sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Nie należy tłumaczyć sobie nachalności jako żart lub flirt i usprawiedliwiać osoby, która molestuje. Ofiara często czuje, że w jakiś sposób sprowokowała agresora, a to nie ma żadnego znaczenia: nie liczy się to, jak ktoś wygląda, w co jest ubrany. Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. Niestety, w Polsce nadal często zrzuca się winę na kobiety i zamiast chronić ofiarę – dodatkowo się ją potępia! Molestowanie zawsze należy zgłaszać (rodzicom, nauczycielom, policji) i koniecznie nie dać się zastraszyć agresorowi.

(za: http://ponton.org.pl/pl/faq/przemocgwalt/co-jest-molestowanie-seksualne)

Jeśli faktycznie nigdy, ale to nigdy nie byłaś obiektem sprośnych, niechcianych żartów, nigdy nikt cię nie klepnął w tyłek wbrew twojej woli i nikt nigdy cię nie zaczepił na ulicy namawiając na seks – to poważnie i bez sarkazmu bardzo się cieszę. Jesteś jedną z bardzo niewielu osób.

Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że żadna w tym twoja zasługa, po prostu masz niewiarygodne szczęście (tak jak nie jest żadną winą molestowanych dziewczyn, że tego doświadczyły).

A tak poza tym, to co cię w tym bawi?

Po co o tym piszesz? Dla atencji?

Po pierwsze: bo mogę. Przełamałam się i chcę opowiedzieć, co mnie spotkało.

Po drugie: żeby pokazać, zgodnie z celem akcji, jak bardzo powszechne jest to doświadczenie, żeby przez chwilę inne osoby, które doznały tego, co ja, poczuły, że nie są z tym same.

Po trzecie: także po to, by te osoby, które mają na koncie zachowania przemocowe, poczuły przez moment lęk, że to o nich.

Trzeba było komuś coś powiedzieć.

Nie jesteś od tego, by mi doradzać po czasie. Milczymy z różnych powodów. Czasem sprawca ma nade mną władzę: jest moim szefem, profesorem, starszym kolegą z redakcji, mężem, który mnie utrzymuje. Czasem dlatego, że się wstydzimy tego, co się stało. Czasem boimy się, że nikt nam nie uwierzy (i strasznie często faktycznie nikt nie wierzy). Czasem po prostu jesteśmy jeszcze małymi dziewczynkami, a kto by tam dzieci słuchał. Nie rozliczaj nas z tego milczenia. Mamy do niego powody. To nie my tu jesteśmy komuś coś winne.

Ja tam nie miałbym nic przeciwko molestowaniu.

Podejrzewam, że wyobrażasz sobie, że o seks cię prosi, no nie wiem, Alicia Vikander, Monica Bellucci czy chociażby ja. Ale z naszej perspektywy to wygląda tak, że ogromna większość to są odstręczający nas ludzie, czasem pijani i śmierdzący, czasem po prostu dla nas nieatrakcyjni. Aha, i w przeważającej większości — dużo więksi i silniejsi od nas. Tak, że małe ćwiczenie z wyobraźni: zamiast Alicii, Moniki czy mnie za rozporek łapie cię kobieta wyższa od ciebie o głowę, ze dwa razy szersza w barach i do tego z metryki raczej twoja mamusia niż córka. Nadal nie masz nic przeciwko?

Coś sobie wyobraziłaś, bo szukasz uwagi.

Ej, a wiesz, że wmawianie mi, że coś sobie wyobrażam i nie powinnam ufać swoim osądom to też zachowanie przemocowe i ma nawet swoją nazwę — gaslighting? Prawdopodobnie wierzysz mi w innych sprawach: kiedy mówię, że jadę na Marsz Równości, kiedy opowiadam o tym, że mnie kot obudził o czwartej czy kiedy wspominam fajną rozmowę w sklepie. To czemu nagle w sytuacji molestowania ma odejść mi rozum?

Wiem, co czuję, gdy ktoś, kogo pragnę mnie dotyka. I wiem, co czuję, gdy dotyka mnie ktoś, kto jest dla mnie obrzydliwy. Nie trzeba do tego geniuszu.

Ale to niemożliwe. Nie wszyscy mężczyźni molestują.

Nie wszyscy! Kto mówi, że wszyscy!

Ale prawda jest taka, że jesteście — w patriarchalnym społeczeństwie, popkulturze i tradycji — wychowywani na seksistowskich buców. Część z was ogarnia dupę i traktuje nas partnersko. Część nie i sięga po nasze ciała jak po kawałek mięsa z talerza. Część z was jest w połowie tej drogi i już umie ładnie mówić o feminizmie, ale jeszcze — na przykład po alkoholu — traktuje nas tak samo albo i gorzej niż kolesie, co nigdy o feminizmie nie słyszeli, chyba że z prześmiewczych memów na kompoście.

Codziennie macie wtłaczane do głów, że kobiety są dla waszej przyjemności.

Codziennie jakiś mężczyzna molestuje kobietę.

Tą akcją nie przysłużysz się sprawie. Trzeba inaczej…

No ale czy ja cię pytałam o zdanie na temat strategii? Czemu zakładasz, że się na niej nie znam?

Ta konkretna akcja miała na celu dokładnie to: pokazać, jak wiele osób mających doświadczenie bycia kobietą doświadcza przemocy; jak bardzo jest to przezroczyste, codzienne i nieuchronne. I to się udało. Nawet jeśli to będzie tylko jeden mój znajomy, to i tak warto.

Mężczyźni też doświadczają przemocy seksualnej.

Tak. Oczywiście. I macie z tym przechlapane, bo patriarchat faceta doświadczającego przemocy traktuje jak kobietę. Czyli chujowo i niezabawnie, z całą wtórną wiktymizacją, obwinianiem ofiary i dodatkowo odarciem z męskości. Nic nie stoi na przeszkodzie, byście zrobili podobną akcję w social mediach.

Ale ta konkretna akcja nie jest o was, tylko o nas. Przemoc, jakiej doświadczamy, jest systemowa, wpleciona w strukturę rzeczywistości, w której się obracamy, codzienna i powszechna. Nie boicie się o to, że ktoś was zgwałci, gdy idziecie na imprezę. Nie boicie się o to, że ktoś was spyta, czy zrobicie mu loda, gdy przejdziecie ciemną uliczką. I gdy wracacie sami nocnym – nie przysiądzie się do was większy o połowę koleś pytając, czy dotrzymać towarzystwa.

No to mam cię komplementować czy nie?

No ale co: nie wiesz, czy cię lubię? Jeśli nie wiesz, lepiej nie.

Jeśli wiesz, że lubię, upewnij się jeszcze, w jakiej sytuacji jesteśmy. No bo jeśli siedzimy sobie na kawie pod Kinoteką, to przecież spoko! Ale jeśli razem pracujemy albo się o coś spieramy, to nie jest to przestrzeń do sprowadzania mnie do mojego wyglądu. Wolę, byś się odnosił do moich argumentów i kompetencji.

No ale to wytłumacz mi, jak się ma niechciany komplement do gwałtu.

Uch, znów muszę tłumaczyć, a przecież masz internet i dwie ręce!

No to tak: z przemocą seksualną wobec osób mających doświadczenie bycia kobietą nierozerwalnie wiąże się zjawisko ich uprzedmiotawiania. Czyli traktowania nie jak osobę, która myśli i czuje, tylko jak przedmiot, który można pomacać, pomiąć, wyrzucić. Widzimy to na co dzień – od hostess na szpilkach przez reklamowane przez gołą babę opony zimowe po artykuły w serwisach plotkarskich o tym, że Lewandowska znów schudła. We wszystkich tych przykładach kobieta ma być wyłącznie elementem dekoracyjnym i umilającym życie. Niezmiernie łatwo przywyknąć do myśli, że nie jest nikim więcej.

Dlatego, gdy w pracy nagle mówisz do koleżanki „no no, ale dekolt”, jest spore ryzyko, że poczuje się ona właśnie tym: dekoracją dla twojej przyjemności.

Przemoc narasta. Część z was, przyzwyczajona do myśli o tym, że kobiety są tu dla was, by było wam miło, nie poprzestaje na komplementach. Wychodząc z założenia, że skoro się uśmiechnęła, to widać to lubi, pójdziecie o krok dalej. Złapiecie za tyłek na firmowej imprezie. Otrzecie się o nią w pracowni. Znienacka pocałujecie w szyję, gdy przyjdzie do was na konsultacje. A potem o jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.

W punkcie 3 wyjaśniałam, czemu milczymy. Głównie — ze strachu o siebie.

Nie bierz tego milczenia za zgodę. Jeśli nie masz pewności – zawsze pytaj. Nie, to nie zepsuje nastroju. Nastrój zepsuje raczej to, że nie spytasz, a dotkniesz.

Reklamy

Tygrys i tęcza

Poznańskie niebo ustroiło się w wagnerowskie, patetyczne chmury, grożące deszczem, a kto wie, może i Apokalipsą, podczas gdy niż nadesłany przez naszych południowych sąsiadów przemieszczał się ulicą Roosevelta. Opodal, w parku Marcinkowskiego, od rana niósł się gwar, muzyka taneczna i przerażone okrzyki gubionych w tłumie dzieci. Wzdłuż alejek spacerowych rozpychały się łokciami stragany z watą cukrową, ciasteczkami, przy robieniu których nie została skrzywdzona żadna pszczoła oraz propagandą cywilizacji śmierci z siedzibą w Brukseli. Tęczowe klauny puszczały tęczowe bańki, zaaferowane feministki ciułały podpisy pod eksterminacją niewiniątek, a na spłachetku zieleni nieduży osobnik w obcisłych porteczkach sprawnie nauczał podstawowych kroków do jakiegoś namiętnego, południowoamerykańskiego tańca.

—  O tempora, o mores — wzdychał Ignacy Borejko, stwierdzając na domiar złego pierwsze krople deszczu zdradziecko spływające mu za kołnierz. Wyminął zwinnie tulące się do siebie wytatuowane indywidua i spochmurniał wzorem nieba nad Poznaniem.
— Oj tato – zaśmiała się nerwowo Gabrysia. — Humani nihil a me alienum puto! Już starożytni…!
— Starożytni mieli niewolników — wtrącił zgryźliwie Tygrysek i nastrój siadł całkiem.
Ród Borejków kroczył ponuro przez park.
— Martwię się o Tygryska — szepnęła po chwili Pyza, pchając wózek żwirową alejką. Wózek zawierał najmłodsze z rodu bliźnięta, Kastora i Polluksa, zapas pieluch, małe zakupy poczynione w jeżyckiej Małpce, zapas napojów i nieprzemakalne kubraczki. Fryderyk wiódł za żoną rozkochanym wzrokiem: tworzyła z wózkiem piękny obraz matrony czuwającej nad domowym ogniskiem. Wolne ręce wcisnął w kieszenie wojskowej kurtki, kąsane chłodem nadsyłanym przez wspomniany niż.
— Nie rozumiem? — nie zrozumiała Pulpa, zerkając łakomie na watę cukrową.
— Postanowiła porzucić Adama — wyjawiła Pyza. – Skończyła trzydziestkę i stwierdziła, że życie jest, proszę ja ciebie, za krótkie na małżeństwa i dzieci!
— Zgroza – przytaknęła Pulpa. — Ale trzydzieste urodziny sprzyjają takim podsumowaniom. Sama je miałam swego czasu.
— Ja nie! — zastrzegła się Pyza i poprawiła torbę z zakupami, przewieszoną przez rączkę wózka.
— A miałaś na to czas…? — spytała celnie Pulpa i odebrała od zziębniętego sprzedawcy cukrową watę w kolorze niebieskim.
— Wracajmy do domu — żądał rozżalonym głosem Ignacy. Jego posiwiałe loczki zmieniły się w mokre kosmyki, a z orlego nosa kapały krople deszczu.
— Wracamy, tato — odrzekła krzepiąco Gabrysia. — Pamiętasz, postanowiliśmy sobie skrócić drogę przez park.
— Nie mogę na to patrzeć — jęknął Ignacy i na potwierdzenie swoich słów przymknął dramatycznie oczy.
— Ignacy — wtrąciła szorstko Mila. — Proszę natychmiast otworzyć oczy i dać mi rękę. Oprzemy się temu terrorowi.
— Chodź, dziadziu — wsparła ją Pyza.
Pulpa zerknęła na nich kpiąco, pławiąc się w deszczu jak lśniący, różowiuchny wieloryb. Nie podzielała przerażenia rodziny imprezą pod patronatem sympatycznego prezydenta, a smak gumy balonowej, jakim była nasączona wata wprawiał w coraz lepszy humor. Dlatego też pytanie, które zadała, było przepełnione wyłącznie życzliwą troską.
— A gdzie jest Laura?

— Biali czy czarni, hetero czy geje, biedni czy bogaci; wszyscy czekamy na apokalipsę – deklamował ze sceny chłopaczek z tęczowymi flagami na policzkach. — I ona nadejdzie, jeśli się nie zjednoczymy!
— Posłuchajmy — przystanęła Pulpa. — I tak musimy zaczekać na Laurę.
— Tygrysek jest dorosłą kobietą — wtrąciła z powątpiewaniem Mila. — Umiała w wieku 14 lat pojechać sama do Torunia, więc w wieku lat trzydziestu i trzech będzie umiała trafić do domu.
— I właśnie dlatego zwiesz ją Tygryskiem, a nie Laurą? — zakpiła Pulpa. — Będzie jej miło, gdy zobaczy, że rodzina jej nie opuściła.
Mila spuściła wzrok na swoje sękate dłonie, zamamrotała: — To dziecko zawsze uciekało, zawsze! — ale przystanęła pod sceną.
Deszcz lał konsekwentnie, na białych i czarnych, hetero i gejów, biednych i bogatych. Ze sceny padały deklaracje solidarności i apele o dołączenie się do wkrótce rozpoczynającego się marszu. Pomimo strwożonych spojrzeń Ignacego nigdzie nie było nagich mężczyzn z piórkami w dziwnych miejscach: scenę i okolice zasiedlali ludzie ubrani jak na niepogode w Poznaniu, w nieprzemakalne kurtki, tyle że ich gorsy przyozdobione były bateriami przypinek sławiących równość i tolerancję, a ich głowy — tęczowe czapeczki ręcznej roboty.
Tygryska nie było.
— FREUDE, SCHÖNER GÖTTERFUNKEN, TOCHTER AUS ELISIUM! — ryknęła bez uprzedzenia kolumna na scenie znajomym głosem Bernarda, wywołując popłoch w szeregach Borejków.
— O, bracia! — ciągnął Bernard — I siostry — dodał po namyśle. — Radość jest iskrą Boga, jak powiedział Goethe. Radość jest życiem duszy, jak powiedziałem ja. Freude! Freude!
— Chyba schadenfreude — burknęła Mila, mocno zirytowana bezproduktywnym staniem na deszczu.
— Bracia! – ciągnął Bernard. — I siostry! — dorzucił ciepło. — Obalcie mury! Między człowiekiem a człowiekiem jest mur! Mur obojętności, bracia! Mur smutku! Łączmy się! Cieszmy się! Obalajmy!
— Obali mur i uchodźców nam sprowadzi — mruknął Fryderyk.
Ignacy przeszył go stalowym wzrokiem.
— Sam byłem uchodźcą, drogi chłopcze — podkreślił. — I ty też byłeś, na tej londyńskiej przyjaznej ziemi.
— Bracia i siostry! — wspaniale postawiony głos Bernarda niósł się ze sceny. — Nie pierwszy to mur i nie ostatni, który obalimy. Kto człowieka raz uściskał i swym przyjacielem zwał, kto kobietę lubą zyskał, niech się włączy w wspólny szał! Dziś dodam: kochajmy i kobietę, i mężczyznę, i dwie kobiety, i dwóch mężczyzn, i ich dzieci. Kochajmy tych, którzy nie chcą być ani kobietą ani mężczyzną. Kochajmy tych, którzy urodzili się kobietami, ale są mężczyznami. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba!
Burza braw zagłuszyła konferansjera, zapowiadającego kolejną osobę na scenie.
As we go marching, marching,
in the beauty of the day
A million darkened kitchens,
a thousand mill lofts gray — rozległ się ze sceny mocny i czysty sopran Tygryska, a publiczność nagle zamarła, jak to się zwykle dzieje z publicznością w obliczu prawdziwej, wielkiej Sztuki. Głos Laury był pełen niewinności i pogody, i dalekiej, niebiańskiej czystości. Słuchający jej Borejkowie poczuli ściskanie w gardle i tęsknotę w sercu, bezradność wobec potęg zła i smutek przemijania – i wreszcie nadzieję na nieznaną przyszłość. Wszyscy, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w smukłą figurkę z ciemnymi włosami do pasa.
— Small art and love and beauty
their trudging spirits knew
Yes, it is bread we fight for,
but we fight for roses, too.

Czy to nagle przestał padać deszcz? — zastanawiał się Ignacy, czując nieprzyjemne mrowienie w kącikach oczu. Podniósł głowę. Obok niego stał Bernard i chronił skupionych wokół siebie przyjaciół wielkim, tęczowym parasolem.

https://www.youtube.com/watch?v=qNQs6gSOkeU

 

 

W idealnym świecie

W polemice Marty Kładź-Kocot mamy tyle zbieżnych punktów w stosunku do spotu FDN, że nie wiem, czy warto ciągnąć dyskusję. Dodam więc kilka spraw dla porządku, dla przypomnienia pewnego elementarza i sugeruję rozstać się w zgodzie, bo cel mamy taki sam.

Mam świadomość, że piszę w porządku „jak powinno być”, a nie „jak jest”. Większość moich tekstów ma tę cechę. Jestem przekonana, że jeśli mówimy o faktach, powinnyśmy mieć na nie mocne kwity. Skoro zaś dyskutujemy o poglądach czy przekonaniach, właściwszym porządkiem dyskusji jest idealistyczny. Jest dla mnie rzeczą dość naturalną, że po zidentyfikowaniu problemu (którym, w tym przypadku, jest to, że przesłane w ramach sekstingu zdjęcia są rozsyłane dalej) należy zastanowić się, co stanowi jego źródło (tu: publikacja gołych zdjęć nie jest penalizowana, a w środowiskach młodzieżowych wręcz nagradzana) i tam zwalczać problem. Doraźne działania są niezbędne w sytuacjach alarmowych, ale poprzestanie na nich budzi mój sprzeciw. Mówimy tu zresztą jednym głosem.

U zarania problemu jest kwestia zaufania (ostatecznie – nie mam pewności, że moich starych, papierowych listów nikt nikomu nie pokazał) i przyzwolenia na ośmieszanie dziewcząt. Nie wypunktowałam tego zbyt dobitnie, ale: revenge porn dotyka głównie dziewcząt (90%), bo to głównie ich seksualność jest wyśmiewana. Spot, zarówno w pierwszej, krótkiej, jak i rozbudowanej wersji zupełnie nie tyka kwestii genderowych. W długiej wersji dokonuje rzeczy zupełnie karkołomnej, tj. próbuje podważyć stereotyp chłopaka rozpowszechniającego foty dziewczyny. Tak jakby upublicznianie fotek było wyzute z faktu, że bohaterka zdjęcia jest płci żeńskiej! W tym jest zresztą największy mój zarzut (i mówię to z całym przekonaniem o dobrych intencjach twórców kampanii): że w zjawisko sekstingu nieuchronnie uwikłany jest slut shaming, a ten dotyka dziewcząt w o wiele większym stopniu. Nie żyjemy w idealnym świecie, ten świat uwielbia zawstydzać kobiety z tytułu ich seksualności, oceniać je przez pryzmat ich ciał i ostatecznie sprowadzać kobiece ciało do statusu dobra wspólnego (a dobrem, jak wiadomo, należy się dzielić). Tym bardziej więc należy zachować delikatność względem ofiar. Sugerowanie im, że nie myślą do delikatnych nie należy, a już na pewno nie zachęca do kontaktu z telefonem zaufania.

spot fundacji Feminoteka (tak to się robi!)

Bo jak tu zaufać ludziom, którzy twierdzą, że to z bezmyślności? Mamy tu do czynienia z nadużyciem wiary w drugiego, bliskiego człowieka, z doświadczeniem prześladowania w sieci, z poczuciem wstydu i winy. Nie dokładajmy kolejnych kamieni do tego worka. Naprawdę, wolę powiedzieć dziewczynie wysyłającej swoje foty chłopakowi: to nie twoja wina, nie zrobiłaś nic złego, to on jest w pełni winny. Nawet gdy prywatnie jestem zdania, że zaufała zbyt pochopnie i ja bym była na jej miejscu ostrożniejsza – nie. Zła w ten sposób nie cofnę, nauczkę, że nie wszyscy są godni zaufania już dostała, a jeśli się tego nie nauczyła, moje morały na pewno jej nie przekonają. Wolę wówczas skupić się na sposobach usunięcia tych fot niż dociekaniu, czemu to zrobiła. Bo i – powtórzę – nie jestem przekonana, że zrobiła źle. Bo, że przypomnę, nastolatki przejawiają seksualność, w tym seksting i choćbyśmy nie wiem, jak udawali, że nie – będą to robić. Bo nie żyjemy w idealnym świecie, w którym czekają z seksem do osiemnastki.

Z polemiką mam jeszcze taki problem, że frazy „nie żyjemy w idealnym świecie” używają zwolennicy przerzucania odpowiedzialności na ofiarę. „Ja jej nie winię” – mówi taki jeden z drugim. „Ale nie żyjemy w idealnym świecie, więc co sobie myślała, jadąc z tym gościem do hotelu? biegnąc ciemną nocą przez las kabacki? pijąc wino z kolesiem lubiącym BDSM?” No otóż nie powinno nas interesować, co sobie myślała – jeśli doszło do czegoś, czego sobie nie życzyła, jeśli jej „nie” zostało zignorowane – zapytajmy lepiej, co sobie myślał sprawca.

Może się okazać, że myślał, że w idealnym świecie może używać kobiecego ciała jak mu się żywnie podoba.

Przydatne linki (niestety, w języku angielskim):

O tym, że internetowa przemoc seksualna jest genderowa (1)

O próbach penalizacji zjawiska revenge porn

O tym, że internetowa przemoc seksualna jest genderowa (2)

Ufam, więc ślę

Zabrzmię za chwilę jak dinozaur, ale: gdy byłam nastolatką, nie było komórek ani fejsa. Mnie samej trudno w to uwierzyć, bo z wielką radością przywitałam nadejście nowych technologii, pozwalających nie czekać kilku dni na list i skontaktować się z drugą osobą bez uwiązania do przewodu telefonicznego. O ile zresztą dzwoniłam (i nadal dzwonię) mało, o tyle miałam w tym czasie kilkoro „korespondencyjnych przyjaciół”. Nie było tygodnia bez listu! Nie wydawałam na znaczki i koperty fortuny tylko dlatego, że kosztowały grosze, a pisząc apetycznie grube listy zamiast papeterii od zawsze używałam kartek do segregatora. Pisałam dokładnie tak, jak dziś postuję na fejsie. Że spotkałam w podwórku na Mokotowskiej gości, których się zrazu przestraszyłam, ale gdy posłyszałam, że rozmawiają o filmach dubbingowanych, to się odprężyłam. Że mama mnie nie rozumie. Że mam na głowie sporo spraw, bo koordynuję Manifę. Że była impreza. Że obejrzałam „Pride” po raz drugi i się znów spłakałam.

Prawdopodobnie nawet wysyłaliśmy sobie zdjęcia kotów.

Spośród korespondentów w pewnym okresie jeden z nich odmeldował się jako mój chłopak i kultywowaliśmy związek na odległość. Przyjeżdżał, zostawiał mnie w pąsach i rozmarzeniu – i odjeżdżał (o ile wiem, jest szczęśliwym mężem dziewczyny, z której leczył się w moich ramionach). Za dzisiejszych czasów pewnie siedzielibyśmy po nocach na skypie czy czacie fejsbukowym, wysyłając sobie własne zaróżowione genitalia na dobranoc. Wtedy komórek z aparatami nie było, samodzielne wywołanie zdjęć wymaga wiedzy i umiejętności, więc świntuszyliśmy w listach. Fantazjowaliśmy. Wspominaliśmy. Szczegółowo omawialiśmy, co i jak lubimy. Czy tak wiele się zatem zmieniło od dzisiejszych erotycznych rozmów na czatach?

Jestem przekonana, że nie. Zasięg był mniejszy, trudniej było o trafienie z erotyczną zawartością w niepowołane ręce, ale ludzie uwodzili się, podniecali i uprawiali seks na odległość od wieków.

Dziś faktycznie wysłanie nagich fotek do konkretnego odbiorcy czy ich publikacja w erotycznym serwisie, nawet z restrykcyjnymi ustawieniami prywatności, to daleko większe ryzyko, że wyciekną. Mnie samej to się przytrafiło kilka lat temu.Ktoś wynorał fotę z portalu erotycznego i wrzucił publicznie. Szczęśliwie zdjęcie nie było zbyt odważne, a serwis, na którym nastąpiła publikacja, już nie istnieje.

Do czego zmierzam: czy to przesyłając zdjęcie do konkretnej osoby, czy też wrzucając je do wspomnianego serwisu z dostępnością tylko dla kilkorga znajomych – mam prawo ufać, że zobaczą je tylko adresaci. Nic nie usprawiedliwia rozpowszechnienia zdjęcia dalej.

Dlatego spot fundacji Dzieci Niczyje uważam za mocno chybiony:

Filmik skierowany jest do dziewczyny, która wysyła roznegliżowane zdjęcie swojemu chłopakowi. Chłopak zdjęcie upublicznia, dziewczyna staje się ofiarą slut shamingu, szyderstw i przeróbek. Hasło kampanii to: „Myślę, więc nie ślę”.

Nie. Myśleć ma ta osoba, która ode mnie dostała fotkę. Ma myśleć o mnie i o moim bezpieczeństwie.

To, że wysłałam jej tę fotkę, nie oznacza, że nie myślę, tylko, że jej ufam, podoba mi się i chcę ją trochę pouwodzić. Co w tym złego?

To nie jest tak, że mój odbiorca jest jakiś niespełna rozumu czy serca i jak tylko zobaczy kawałek mojego ciała, to natychmiast go wyszeruje. No po prostu powstrzymać się nie może, odruch ma taki, jedni robią znak krzyża przy kościele, inni siadają przed podróżą, a on akurat ma tak, że co mu wpadnie do skrzynki odbiorczej, to przesyła dalej (piszę: on, bo zaczęłam z rzeczownikiem w takim rodzaju, ale to oczywiście równie dobrze może być ona). Dlaczego niby mam to zakładać? Mówimy tu o osobie, do której mam zaufanie. Przecież to problem tej osoby, by tego zaufania nie zawieść!

Więc dlaczego kampania nie jest skierowana do odbiorcy, tylko do dziewczyny wysyłającej zdjęcie? Czy ona jest sama sobie winna? Tak, ja wiem: nastolatki mają pstro w głowach. Ale jak świat światem zawsze próbowały rzeczy dla dorosłych: piły, narkotyzowały się i i wykazywały aktywność seksualną. Nie zakażemy im tego i nie chciałabym, prawdę powiedziawszy, wzmacniać w nich przekonania, że flirt czy erotyzm – także za pomocą zdjęć – jest czymś złym. Nie jest. Złem jest rozpowszechnienie zdjęcia, czego spot już nie podkreślił. Nie zwrócił się do chłopaka: nie szeruj, ta dziewczyna ci zaufała.  Naruszasz tajemnicę korespondencji? Rozsyłasz intymne informacje? Skąd koledzy mają wiedzieć, że za chwilę nie roześlesz czegoś pikantnego na ich temat? Skąd nauczyciele mają wiedzieć, że nie filmujesz ich ukradkiem i nie wrzucasz na youtube? Skąd za kilka lat twój pracodawca ma mieć pewność, że nie naruszysz tajemnicy firmy lub instytucji?

Chciałabym spot, w którym chłopak otrzymując zdjęcie zerka dyskretnie na ekranik, pilnuje, by nikt mu nie patrzył przez ramię, nie zostawia komórki bez opieki lub wręcz powstrzymuje kogoś innego przed rozpowszechnieniem gorącej fotki. Tak, by przekaz brzmiał nie: „jestem durną panienką, wysłałam nagą fotę”, a „dostałem od niej nagą fotę, wiem, że ona jest przeznaczona tylko dla mnie”.

Ale aby to osiągnąć musimy pamiętać, że nie obwinia się ofiary, a do tego mamy jeszcze daleko.

Nikt im nie mówi

Nigdy nie cofnęłabym czasu, mam jednak wrażenie, że moje pokolenie miało trochę lepiej.

Pomimo braku internetu i pomimo dopiero pojawiających się, o wiele mniej dostępnych i dużo droższych telewizji satelitarnych. Gdy mieliśmy wczesne naście lat, czytaliśmy Filipinkę, Jestem, książeczki typu „O dziewczętach dla dziewcząt” i oglądaliśmy „Luz”. Rubryki typu „mój pierwszy raz” w Bravo były przez nas czytane dla beki, bo też i podejrzewaliśmy, że pisane były dla beki. Parcie na utratę dziewictwa złapałyśmy koło 16-17 roku życia, owszem, ale przynajmniej te dziewczyny, z którymi wówczas się trzymałam, były zgodne, że (in immortal words of Joanna Chmielewska), jest to sztuka na jeden raz i nie warto jej marnować byle gdzie z byle kim. Jeśli się to nie udawało, miało się raczej poczucie porażki niż ulgę, że kawałek błonki odhaczony.

Nie chcę popadać w narzekanie na dzisiejszą młodzież. Mam z nią nie za wiele kontaktu – trochę przez fora internetowe skupione wokół książek czy analizatorni, więc siłą rzeczy rozmawiam z osobami oczytanymi i ambitnymi. Nie różnią się one od nas w ich wieku. Chyba trochę więcej czytają i mają większe ogarnięcie w popkulturze, ale mogę tutaj mieć bias związany z tematyką forów.

Natomiast nie mają „Luzu”, nie mają „Filipinki”, a w całym zamieszaniu na rynku wydawniczym nie mają też kanonu lektur, który mógłby poprowadzić ich przez proces pozyskiwania wiedzy o swoim życiu seksualnym. Może i wiedzą, jak wygląda podwójna penetracja, ale nadal nie mają pewności, od czego zachodzi się w ciążę. Może i znają asortyment zabawek erotycznych, ale wciąż nie wiedzą, że mogą odmówić seksu po paru pocałunkach. Może czytają bez problemu opowiadania typu slash, ale w przypadku niechcianej ciąży nie wiedzą, co robić.

Bo nikt im nie mówi. My mieliśmy lekcje o wychowaniu seksualnym w ramach godzin wychowawczych, w ilościach homeopatycznych i – w przypadku mojej wychowawczyni – równie dobrze mogłaby je prowadzić katechetka. Co ja gadam! Więcej o swojej fizjologii i ciele dowiedziałam się na religii, wówczas jeszcze prowadzonej w kościołach, od sensownej siostry niż od swojej wychowawczyni, straszącej spiralką w główce płodu i bombą hormonalną w pigułkach. Teraz przynajmniej teoretycznie jest lepiej – młodzi ludzie mają tych zajęć po 14 godzin rocznie, ale i tak fundacje typu Ponton czy Spunk muszą jeździć po szkołach i naprawiać, co im nagadano w czasie tych fars. Pomijając wyjątki, zajęcia te nadają się bowiem bardziej do cyrku niż do placówek oświatowych. Wobec czego prywatne fundacje, siłami niezmordowanych wolontariuszy wykonują to, co należy do obowiązków szkoły. Nie mam tu pretensji do szkoły samej w sobie, już prędzej do MEN, które po 1989 położyło się pod krzyżem i nie ma co liczyć na to, że wstanie i otrzepie kolana.

Ponton sprawdza, jak te zajęcia przebiegają, by mieć twarde dane – jeśli wśród moich czytelników są ludzie w wieku 14-30 (a pewnie są), wypełnijcie im ankietę na http://www.jakaedukacja.pl.

Nawet i wspomniane fundacje nie powiedzą wszystkiego, bo, jak się pewnie domyślacie, możliwość kontaktu z młodocianymi okupiona jest kompromisem, by w żadnym wypadku w młode główki nie kłaść demoralizujących treści.

Nikt im nie mówi, co się dzieje po zajściu w niechcianą ciążę.

Zrobię dygresję, ale zapewniam Was, że mam ją przemyślaną. W ramach feminarium „Wspólny Pokój” (ukłony dla świetnie je prowadzącej Sylwii Głuszak!) miałam w ramach pracy domowej do przeczytania wydaną w 2012 roku „Niechcianą” Kosmowskiej. W powieści tej pojawia się wątek młodocianej ciąży – bohaterka ma zaledwie 15 lat i jest w swojej sytuacji na początku całkowicie osamotniona. Przypadek sprawia, że trafia do lekarza i sprawa wychodzi na jaw. Powieść przeplatają (mam podstawy przypuszczać, że autentyczne) wpisy z forów internetowych, z których jasno wynika, że młodziutkie dziewczyny nie bardzo wiedzą, że od pierwszego razu można zajść w ciążę, mają trudności z dyskretnym kupieniem testu ciążowego i równie dyskretną wizytą u ginekologa. Kasia ostatecznie zyskuje wsparcie w swojej ciotce – lekarce. Nie zdradzę zbyt wiele mówiąc, że aborcja nie wchodzi w jej przypadku w grę. Nie wchodziła w grę również w przypadku Magdy, bohaterki „Magda.doc” Marty Fox, którą zaczytywałam się z przyjaciółką 20 lat temu. Nie wchodzi – gdy dziewczyny dokonują coming outu, jest już za późno na legalną, farmakologiczną aborcję; ale też: ani przez chwilę nie rozważają pozbycia się „problemu” w ten sposób, raczej życzą sobie, by ciąża znikła sama z siebie lub naturalnie się poroniła.

W przypadku Kasi z „Niechcianej” przynajmniej nie ma wychwalania cudu tak wczesnego macierzyństwa, Magda z kolei jest omal dorosłą dziewczyną – rodzi tuż po maturze, już w dość komfortowych warunkach i bardzo pragnie dziecka.

Wracając do tematu notki: nie mamy zatem ani w edukacji, ani w literaturze dla młodzieży tematu aborcji. Niewiele przesadzę mówiąc, że ostatnią, która poruszała tę tematykę – marginalnie i raczej celem nadania rysu obyczajowego niż wprowadzenia dłuższej intrygi – była Halina Snopkiewicz w „Słonecznikach” i „Paladynach”. Tam aborcja po prostu jest jednym z rozwiązań w przypadku ciąży niechcianej czy z niewłaściwym partnerem (pamiętajmy też, że mówimy o latach 50., przed upowszechnieniem antykoncepcji hormonalnej). Nie jest obłożona tabu ani choćby dylematem moralnym.

Nikt im nie mówi. Nie wiedzą, że do niedawna mogły skorzystać z usług women on web, a i teraz zalogować się na tamtejsze forum i wymienić doświadczenia. Nie wiedzą, że na farmakologiczną aborcję trzeba przygotować sobie kilkanaście godzin i… sporo podpasek. I raczej nie przyglądać się temu, czym zanieczyszczają się owe podpaski. Nie wiedzą, że jeśli zdecydują się dość późno, organizm może naprodukować wystarczająco hormonów, by po wywołaniu poronienia przeżywać smutek i żałobę, i domagać się stanu ciążowego. Że to jednak nie musi być równie proste co usunięcie zęba. Że trzeba będzie jechać do szpitala na dodatkowe doskrobanie, bo tabletki nie usuwają wszystkiego. Że w każdym przypadku mają prawo domagać się opieki lekarskiej i że powinny uważać na siebie, by nie dostać krwotoku. I że robi to wiele kobiet i z różnych przyczyn, i że niektóre znoszą to lżej i dla nich to jest jak prosty zabieg, a inne mają traumę. Cokolwiek prawicowcy by nie mówili, traumy nie są powszechne, nie występują zawsze, ale mogą i mają prawo się pojawić.

Z całą pewnością brak powszechnego dostępu do przerwania ciąży na żądanie raczej te traumy wzmaga niż osłabia. Kobiety muszą mieć dostęp do tego zabiegu na żądanie, bezpłatnie i bezproblemowo. Muszą mieć możliwość porozmawiania z kimś, kto im powie, jak mogą się czuć po sztucznym poronieniu. To jest prawo wpisujące się w równość dostępu do wiedzy i do opieki medycznej. Każda partia odżegnująca się od tematyki aborcji jest z definicji antyrównościowa.

A przeciwnikom aborcji przypominam, że mogą, ostatecznie, tej aborcji sobie nie robić.

Dorosłe dzieci

Pedopanika seksualizuje dzieci.

To znaczy: ujmuje seksualność dzieci w dorosłe ramy. Niczym innym nie potrafię wytłumaczyć zarówno dziwnych ruchów Camerona, jak i skwapliwego podchwycenia pomysłu przez Biernackiego.

Mało rzeczy przeraża nas tak, jak myśl o tym, że nasze słodkie, niewinne dzieci są istotami seksualnymi; mają genitalia i mózgi, potrafią odczuwać zmysłową przyjemność i w sposób całkowicie naturalny interesują się wszystkimi tymi rzeczami. Nie tylko nastolatki, o których pisze Naima, lecz i mniejsze dzieci. Okres całkowitego uśpienia zainteresowania erotyką to zaledwie parę lat.

Nie jest to jednakże seksualność, jak pojmują ją dorośli: gotowość do podjęcia współżycia ze wszystkimi tego konsekwencjami, lecz mniej lub bardziej uświadomiona obecność satysfakcji seksualnej; to dlatego ludziom uwodzącym dzieci zdaje się, że relacja jest dość dobrowolna i wzajemna: bo przecież temu małemu człowieczkowi było jednak przyjemnie.

Naima słusznie wskazuje, że gdy stajemy w obliczu takiej wiedzy, spoczywa na nas odpowiedzialność przeprowadzenia dziecka przez zaintrygowanie ciałem – własnym czy koleżanki, uświadomienia, że nie tylko do tej roli warto je sprowadzać i że – jakkolwiek zmysłowa przyjemność nie jest niczym złym – z naśladowaniem dorosłych warto nieco zaczekać.

zuzawciazy

W Polsce trudno sprostać tej roli. Nie mamy nawet wychowania do życia w rodzinie na akceptowalnym poziomie (tu ukłon w stronę fundacji Spunk, która bierze na siebie to, co powinno być w gestii szkolnictwa); znajome mi gimnazjalistki częściej opowiadają historie o przerażonych dziećmi katechetkach niż kompetentnych edukatorkach. Nie ma na skalę ogólnokrajową programu uczenia młodych ludzi, czym jest erotyzm, w jaki sposób określać w nim swoje granice i jak sobie radzić z doświadczaniem go niezależnie od wieku, płci czy kondycji fizycznej.

Pewną część tego zadania mogłyby udźwignąć książki. Takie staroświeckie, na papierze, z ilustracjami, humorystycznymi komentarzami, pisane przez autorów rozumiejących zarówno zaciekawione rzeczywistością dzieci, jak i przytłoczonych odpowiedzialnością za nie rodziców.

Nakładem wydawnictwa Entliczek wyszła, dla przykładu, seria o Zuzie: „Czy Zuza ma siurka?” (o społecznych rolach dziewcząt i chłopców, nieco budząca mój sprzeciw jako że Zuza musiała się okazać równie fajna jak chłopcy, by bohater książki zaczął ją szanować; rzekłabym, że syndrom IT Girl – poświęcę na nią i jeszcze kilka innych lektur dodatkową notkę) i, bardziej przystająca do dzisiejszego tematu, „Zuza chce mieć dzidziusia”. W tej historii Zuza i Maks, o zgrozo, udają dorosłych, rozebrawszy się i poszedłszy do łóżka. Oczywiście, nie wydarza się pomiędzy nimi nic więcej ponad przytulenie się i konsternację, jednakże podobno to wystarczyło, by książka wzbudziła skandal. Żadne z nas przecież nigdy nie podglądało siusiających kolegów, nie bawiło się w doktora i nie wygłupiało z bieganiem nago, prawda?

Z kolei Wydawnictwo Czarna Owca opublikowało „Wielką księgę cipek” i „Wielką księgę siusiaków”, przewodniki po fizjologii i poskramiacze mitów, dużo bardziej wartościowe, niż aktualne podręczniki do tak zwanego WuDeŻetu. Tymi pozycjami posiłkuje się z kolei Grupa Edukatorów Seksualnych Ponton, również wyręczająca placówki edukacyjne w zadaniu wtłaczania młodym ludziom do głów wiedzy o ich seksualności. Oczywiście, nie pozostało to bez echa wśród środowisk konserwatywnych.

(Czarna Owca generalnie ma doskonałe małe i wielkie księgi na każdą okazję: o miesiączce, o rasizmie, o homofobii; współpracuje z Magdaleną Środą czy Mamadu Djufem – poleca się).

Mam wrażenie, że – pomijając medialny szumek ze strony oburzonych obrońców monogamicznej, białej, chrześcijańskiej i heteroseksualnej rodziny – nie było słychać o tych lekturach, a ich powszechność przecież przynajmniej po części rozwiązałaby problem paniki, jaka ogarnia Biernackiego i jego epigonów na myśl, że dzieci ujrzą nagość lub dwoje ludzi splecionych w miłosnym uścisku. Bardzo wątpię jednak w możliwość wprowadzenia blokad czy filtrów tak, jak by tego chcieli – a jestem skądinąd przekonana, że na gruncie polskim realizacja tych pomysłów wyszłaby niezdarnie, koślawo i w atmosferze medialnej labogi.

To nie jest tak, że widok pornografii, zwłaszcza twardej, fetyszystycznej, BDSM-owej jest obojętny dla nieprzygotowanego odbiorcy. Jednakże trudno oczekiwać, by po nią nie sięgano. To, co można i należy robić, to wyposażać odbiorców w wiedzę, jak ją przeżywać – i nie bać się, że tą tematyką mogą interesować się również bardzo, bardzo młodzi ludzie.

ilustrację zaczerpnęłam ze strony Wydawnictwa Entliczek

Bardzo dziękuję Annie Brzezińskiej za udostępnienie i omówienie książek o Zuzie

Ala ma hifa

Światowy dzień walki z AIDS uświetnił Polski Czerwony Krzyż, prowadząc (już od jakiegoś czasu) kampanię „Życie to nie Facebook, nie przyjmuj zaproszenia od nieznajomych” za pośrednictwem przydługiego i zajeżdżającego Smack my bitch up filmiku, w którym bohater poznaje na fejsbuniu Alę oraz bzyka się z nią na imprezie. Jego przypadkowy seks zostaje przykładnie ukarany: Ala ma HIV.

[w ogóle, czy tylko mnie drażni ta elementarzowa infantylizacja? Ala ma kota, Ala ma HIV? Serio? Serio?]

…”Ty już też” – dowiaduje się bohater, trochę jak w tym sucharowym dowcipie o zajączku, który gwałci lisiczkę („zajączek, a masz papier, że nie masz HIV?” „Mam” „To go podrzyj”; skłamałam: dowcip ma sensowniejszy wydźwięk). No cóż, sam sobie winien, kto idzie do łóżka z kimś ledwo co poznanym i to jeszcze, widziane to rzeczy, poznanym przez internet. Powinien przecież poznać ją tak, jak poznawać ludzi należy: w pracy, szkole, oazie lub kursie tańca brzucha. W internecie to same anonimy siedzą. Powinien wszak zaznać przyjemności erotycznej wyłącznie w ugruntowanym, stałym związku, najlepiej po wymianie krucjat kurtuazyjnych u teściów i defalutowego w takich razach biżu. A przede wszystkim uważać na złe, rozwiązłe kobiety: te porządne z całą pewnością HIV nie mają, bo nieprzypadkowo HIV i hedonizm zaczynają się na tę samą literę.

How about using condoms, kids?

Krew mnie zalewa, gdy widzę w tej kampanii obwinianie kobiety o roznoszenie HIV, już nawet nie tylko dlatego, że zarażonych wirusem kobiet jest blisko siedmiokrotnie mniej niż mężczyzn. Ale także dlatego, że aktywną seksualnie kobietę ukazuje jako przyczynę tragedii. Co w kraju, w którym, zgodnie z raportem Feminoteki, 20% prokuratorów i 40% policjantów uważa, że nie da się zgwałcić kobiety – jest po prostu przerażające.