McMacho i McMiągwa

Czekaliśmy długo, robiąc zakłady, kiedy wreszcie i nawet tworząc możliwe scenariusze. Lecz oto jest: wyszła kolejna książka Musierowicz. Bez wahania powiem, że jest to jedna z najsłabszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, a wchłonęłam mnóstwo złej literatury, z fragmentami Fifty Shades of Gray i Achai na czele.

Możemy sobie wyobrazić, jak zawrzało wśród czytelniczek, gdy pojawily się na rynku przedpremierowe egzemplarze McDusi. Pierwsze recenzje są jednak wstrzemięźliwe. Wygląda na to, że nawet najbardziej hardkorowe fanki zaczynają przyznawać, że Musierowicz skończyła się na Kalamburce, reszta to już saga rodu Borejków z coraz dziwaczniejszymi postaciami i coraz grubszą kreską rysowanymi podziałami charakterystycznymi dla inteligencji konserwatywnej (o ile te dwa pojęcia nie są sprzecznością samą w sobie).

Istotnym zarzutem jest bowiem właśnie to, na co zwracano uwagę we wcześniejszych ksiązkach: anachronizm i nieprzystawalność do czasów XXI wieku. Proszę nie zrozumieć mnie źle: wiadomą jest rzeczą, że w pędzącym naprzód świecie, zgiełku telewizji i oślepiającego blasku wyświetlaczy przytulna kuchnia i słynny kubek z krasnalkiem dają poczucie bezpieczeństwa, bo konserwatyzm i tradycja generalnie mają się tak dobrze dlatego, że dają poczucie bezpieczeństwa. Miejmy jednak na uwadze, że to nadal tylko eskapizm w świat nieistniejący. Świat Musierowicz uzurpuje sobie prawa do bycia realnym. Ma product placement, rzeczywiste adresy, konkretne daty: przy odpowiedniej dozie bezkrytycyzmu łatwo się pomylić.

Konserwatyzm jest widoczny w wielu aspektach.  Widzimy go w sposobie konstrukcji postaci: kolejna młodziutka bohaterka próbuje wprawdzie pozostać sobą: wielbicielką fast foodu, osobą konkretną, rzeczową i bez potrzeb sięgania po poezję (lecz przecież postrzegana przez innych jako rozsądna i rozumiejąca). Jednakże zmasowany atak wielbicieli literatury wysokiej sprawia, że ostatecznie docenia Wierzyńskiego  (dobrze, że nie zadręczonego na śmierć w poprzedniej części Mickiewicza!). Kolejna z rodu Borejków wychodzi za mąż, bo przecież nie ma innej kariery dla kobiety, choćby nawet i śpiewała jak anioł. Jedyna nie zajmująca się w sposób obsesyjny dziećmi matka (Ida) jest napisana w sposób tak przerysowany i groteskowy, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to jednak karykatura Złej Matki.

Obserwujemy konserwatyzm także w coraz bardziej manifestowanej religijności bohaterów. Pewną odmianą jest to, że otwarcie rozmawiają o bogu – wcześniej ich katolicyzm był dość deklaratywny. I jakkolwiek jest to spójne z ich konstrukcją i uzasadnione sceną, nie da się ukryć, że jest to ukłon w stronę tradycyjnych wartości. Musierowicz coraz wyraźniej wyklucza z grona czytelniczek ateistki, a agnostyczki gładzi po główkach mówiąc cierpliwie, że im przejdzie.

Nie ustaje Musierowicz też w obśmiewaniu zjawiska toksycznych relacji z rodzicami. Tytułowa Magdusia wspomina kilkukrotnie o przecinaniu pępowiny i potrzebie zyskania samodzielności, jest to jednak szybko prostowane przez innych bohaterów: bliska zażyłość z rodzicami jest zawsze dobra, a zjawisko nadopiekuńczości i wyuczonej bezradności istnieje tylko w psychologicznych poradnikach. Innymi słowy, drogie czytelniczki. jeśli ujrzycie szesnastolatka nie potrafiącego podjąć decyzji bez konsultacji z matką, nie obawiajcie się: oznacza to tylko, że dzięki głębokiej więzi z nią nawiąże równie udaną z wami.

Znów: nie zrozumcie mnie źle: dobre relacje z rodzicami z pewnością procentują udanymi związkami. Ale szesnastoletni chłopak powinien być na etapie walki o samodzielność i młodzieńczego buntu.

Z wielkim smutkiem obserwujemy także duży spadek formy warsztatowej u poznańskiej pisarki. Już przy wcześniejszych częściach pojawiały się głosy, że styl się pogorszył, ilość słów “dzielna i miła” zaczyna przekraczać masę krytyczną, a researchu nie powstydziłby się sam mistrz Ziemkiewicz. Tutaj mamy słabe jak polski kabaret dialogi, już to brzmiące jak rozmówki polsko – knajpiane dla początkujących (równoważniki zdań, pochrząkiwania, westchnienia i czasem dla okrasy jakiś zaimek); już to rozszalałe logoree i wyciśnięte z wysiłkiem porównania, mające prawdopodobnie nadać rozgadanym bohaterom indywidualnego rysu i oratorskiego sznytu. Rzekłabym, że gdybym w realu posłyszała choć jeden z bełkotów Bernarda, zastanawiałabym się nad przymusową hospitalizacją któregokolwiek z nas. I być może przebadania ostatnio spożytych posiłków pod kątem nielegalnych substancji. Żle i bardzo szmirowato konstruowane są opisy, akcja toczy się tempem autobusu z Ochoty do Śródmieścia po 17:00, brakuje także zachwycających kiedyś bon-mocików i memików, zapamiętywanych przez lata.

Utrwala również Musierowicz te słabości w tworzeniu postaci, które zarzucano jej wcześniej. Obecnie wszyscy mężczyźni rodu Borejków są wąsaci. Gaba jak zawsze dzielna i zaciskająca cierpiętniczo zęby. Dmuchawiec kompletnym aniołem bez skazy. Ignaś miękki i łagodny, zaś Józinek – tylko czekać glacy, glanów i zamówienia pięciu piw. Zneurotyzowana Ida w tej części popada w istną obsesję, bo tylko taką neurozą lub chamstwem mogę usprawiedliwić jej występ wobec gościa na kolacji. Gościem jest Magdusia, osoba z nadwagą, a smukła Ida, zamiast hołdować tradycji tego ponoć gościnnego domu odwodzi ją od brania dokładki argumentując o luziku w pasie. Jest to zresztą jedna z najgorszych scen w polskiej literaturze, gdyż w chwilę potem, gdy Magda zdradza się z brakiem zainteresowania poezją, zostaje automatycznie zaszufladkowana jako przytępe dziewczę, której świat ogranicza się tylko do konsumpcji. Najlepiej frytek z McDonalda.

(Musierowicz generalnie lansuje tezę, że kulinaria świadczą o człowieku i dlatego też pewnie wegetariance Natalii – bo przecież co to za jedzenie bez mięsa – każe piec nieudane, grząskie ciasta)

Przede wszystkim jednak nie mogę przebaczyć Musierowicz napisania sceny, którą oceniam jako najbardziej szkodliwą – a szkodliwych treści w Jeżycjadzie jak naplute (mężologia Pyzy, uzależnienie od rodziców, wykluczanie jakichkolwiek mniejszości). W scenie tej Józinek potrząsa, capnąwszy za kark, o wiele od niego mniejszą i słabszą Magdusią, gdyż ta ośmieliła się pocałować go w podzięce za przysługę. Nie zrozumcie mnie źle: miał prawo zareagować niechętnie na pocałunek niepodobającej mu się dziewczyny. Odskoczyć. Wydać okrzyk. Może nawet odruchowo się wytrzeć. Ale Józinek łapie za ten nieszczęsny kark i wykrzykuje, że Magda nie ma wstydu. Oraz grozi pobiciem.

Na stronie Musierowicz jedna z czytelniczek spytała, czy ta scena nosi cechy przemocy. Uzyskała odpowiedź, że nie, że przemoc to co innego, niech się nie zamartwia, pa. Ponawianie tego pytania nie ma sensu, gdyż zaobserwowszy wzmożoną krytykę i nasilony ruch na stronie M.M. zaostrzyła moderację: tnie właściwie wszystkie nieprzychylne komentarze, zaś większą ilość odwiedzin określa jako desant trolli.

To ja może wyjaśnię: tak, zachowanie Józinka ma w sobie cechy przemocowe. Chłopak sieje sygnałami ostrzegawczymi, że rośnie nam na damskiego boksera. Przemoc eskaluje od takich właśnie lekkich przekroczeń nietykalności cielesnej do normalnych pobić; od pogróżek do ich realizacji. Zważywszy, że postać ta konsekwentnie jest pisana jako macho, ślepo wyznający kult siły bynajmniej nie służącej do obrony słabszych będziemy mieć zatem w Jeżycjadzie spadkobiercę chwalebnych tradycji Lisieckich. I nie miałabym nic przeciwko stworzeniu takiego bohatera (M.M., zapewne nieświadomie, całkiem nieźle pisze postaci z rodzin dysfunkcyjnych), gdyby spotkał się z potępieniem. Nie spotyka się, a jak widzimy z potraktowania odwiedzających jej stronę przez pisarkę – ma się nie spotkać, gdyż w jego zachowaniu nie ma nic złego.

Przykre, bo pisarka przecież deklaruje niezgodę na krzywdzenie słabszych. Jednak – spójne z jej konserwatywnym światopoglądem: jest w nim na to mnóstwo miejsca. Wszakże tradycyjne, religijne wartości mają piękną kartę w historii znęcania się nad słabszymi.

Polcon 2012

Polcon 2012 odbył się nie tyle w cieniu końca świata – kto w 2012 wierzy w przepowiednie Majów! – co w cieniu lęku, że być może jest to Polcon ostatni. Z zakulisowych szeptów wynikało bowiem, że klub, który podjął się organizacji przyszłorocznego konwentu przeżył solidne wstrząsy i ostateczny rozpad.

Lęki zostały zażegnane, gdy po forum fandomu rozniosła się wieść, że teraz warszawska Avangarda; oficjalnie potwierdzono to na gali rozdania nagród imienia Janusza A. Zajdla.

Co do ekipy wrocławskiej, pomimo ogromu sympatii do konwentów jako takich i miasta Wrocławia w szczególności nie mogę przymknąć oczu na parę niedociągnięć: akredytowaliśmy się drugiego dnia konwentu i to, że zabrakło smyczek i otrzymaliśmy żółciutkie sznureczki do snopowiązałek to w sumie drobiazg. Gorzej, że wejściówki nie były zalaminowane i rachityczny kartonik po kilku godzinach powiewania na sznurku lub pałętania się w torebce wyglądał jak psu z gardła i groził zagubieniem.

Spore wątpliwości obudziła we mnie kwestia kart do głosowania: a to nie miały pieczątek, a to przez jakiś czas nie były wydawane i trzeba było je pobrać w późniejszym terminie w punkcie informacyjnym; przy tak niewielkiej liczbie głosujących (300 osób na ponad 3000 gości!) mogło to mieć wpływ na wynik głosowania.

Takie informacje, jak to, kto dostał nagrody już są w sieci od soboty, więc nie będę was nimi zanudzać. Wzruszyłam się, gdy Jadwiga Zajdel odebrała zaległą nagrodę i dostała owację na stojąco, nasza matka boska fandomowska.

Good news everyone: Ziemiański zapowiada dalsze części Achai. Jak donosił fanpejcz Fandomciuchy, miał swego czasu poprzestać zaledwie na opowiadaniu o pomniku Cesarzowej Achai. „Achaja męczy”, stwierdził autor; sądząc po tym, że analizatornia NAKWa zrobiła sobie przerwę po trzech analizach, nie sposób się nie zgodzić.

Z rzeczy, które zainteresowały mnie: Kuba Ćwiek zapowiedział swoją Wendy. Przypomnę: na zeszłorocznym Polconie było wielkie ważenie Ćwieka, jako, że się założył, że w trzy miesiące schudnie 17kg. Mission failed, chociaż wygląd sylwetki i tak znacząco poprawił; w ramach przegranego zakładu zobowiązał się do napisania romansu paranormalnego.

Jak zaznaczył sam autor, nie chciał on iść na łatwiznę i nadać swojemu wampirowi tych przymiotów, które czynią jego po-życie łatwiejszym jak: immunitet na wodę święconą, sianie blasku w słońcu czy też pozytywny stosunek do czosnku. Nie, jego wampir ma być taki, jak za starych dobrych czasów; poza tym: ma nie być komediowy i karykaturalny, tylko faktycznie straszny.

Czy Kubie to się uda, możemy się przekonać całkowicie darmowo, bo zastosował ciekawą formę promocji powieści: Wendy pójdzie w czterech odcinkach, przy czym drugi odcinek zostanie uwolniony do sieci, gdy pierwszy zyska 3000 pobrań; i tak samo z kolejnymi. Znając liczebność wielbicieli prozy Ćwieka, bułka z masłem.

Jako interesujący znalazłam też panel o złu w literaturze grozy z udziałem m.in. Łukasza Orbitowskiego i Dawida Kaina. Postawiono w trakcie panelu tezę, że zasadniczo nasze strachy można sprowadzić do lęku przed śmiercią, co może ciekawie ewoluować z nadejściem postludzi, których czas życia wydłuży się na tyle, by mówić o nieśmiertelności: co wtedy będzie nas przerażać? Inna kwestia: zyskaliśmy na mobilności. Wcześniej punktem wyjścia do horroru było (przeważnie) znane, oswojone miejsce, w którym nagle zaczyna się dziać. Ten lęk przeniósł się teraz na środki transportu oraz szeroko rozumiane komunikatory.

Ciekawe spostrzeżenie miał Łukasz Orbitowski, mówiąc „horror jest konserwatywną piątą kolumną w nihilistycznym świecie popkultury” (totalnie aż sobie zapisałam, bo zgrabny one-liner). Doprecyzowując: horror jest gatunkiem najbardziej osadzonym w mempleksie chrześcijańskim czy wręcz katolickim; operuje (to już sobie dopowiadam) przynależnym do tego zaplecza pojęciem moralności, poczucia winy i oczekiwania kary. Nasuwa się pytanie, czy zatem pisarz wybierający ten gatunek nie skazuje się sam na poruszanie się w obrębie konserwatywnych pojęć i czy aby nimi nie nasiąka.

Z zapowiedzi Powergraphu: jak długo młodzież będzie chciała czytać Felixa, in immortal words of Orbitoski, „Rafał będzie rypał”; innymi słowy: możemy spodziewać się kontynuacji powieści o dzielnych gimnazjalistach, powieści okraszanych samodzielnie wykonanymi okładkami. Pojawi się także zapowiadana od dwóch lat ekranizacja pierwszych dwóch części. Państwo Kosikowie orzekli oględnie, że „jest lepsza od Wiedźmina”, widać było jednak, że są dalecy od entuzjazmu. Inne zapowiedzi zdały mi się więcej frapujące. Jak wspomniała Kasia Sienkiewicz-Kosik, podczas jednego ze spotkań w Paradox Cafe Łukasz Orbitowski zaczął mówić głosem. Wiecie, TAKIM GŁOSEM. Zainspirował tym samym pomysł, by wydać antologię prozy erotycznej, która została zapowiedziana na przyszły rok. Na najbliższy, marcowy Pyrkon zapowiedziano także wydanie dwóch pierwszych części Przedksiężycowych Anny Kańtoch, a do końca przyszłego roku także i trzecią.

Powergraph rozwija się, i dobrze. Wspomniano również o mocniejszym nacisku na e-booki, co mnie jako wielbicielkę form elektronicznych bardzo cieszy.

O postępach w Lemologii doniósł Wojciech Orliński, no otóż postępy są: moim zdaniem warto odżałować tych parę złotych i pobrać sobie Lemologię na iPhone’a, iPada czy Samsunga z androidem, bo aplikacja doskonale wykorzystuje to, że nie jest jedynie papierem. No i te śliczne rysuneczki.

Miarą oswojenia WO z nowinkami technicznymi było pozyskanie przez Ausira i Inzmru jego autografów (Ausir na kindlu, Inzmru na iPadzie): autografy miały formę notatek na Lemologii w przypadku InżMru i Lemistry w przypadku Ausira. Pewien kontrast względem zatrwożonego iPadem Michio Jacka Dukaja.

Tenże sam Wojciech wziął nazajutrz udział w panelu o przyszłości prasy fantastycznej i wieszczył rychły upadek prasy papierowej; Malakh i Maciek Parowski nie podzielali jego czarnowidztwa. Zapowiedzieli jednak, że dopóki użytkowników tabletów jest tak niewielu, na razie nie przewidują udostępnienia Nowej Fantastyki na platformy mobilne. Na ile mogę ocenić, chwilowo priorytetem jest utrzymanie status quo, bo sprzedaż zaczyna wzrastać. Z całą pewnością teksty będą dłuższe; przewiduje się formę polemik np. Ćwiek contra Twardoch.

Tyle z rzeczy dobrych i ciekawych. Co było nieciekawe?

Oczywiście: sam pomysł zaproszenia Daenikena. Nawet już nie z uwagi na postać samego Daenikena, chociaż z całą pewnością przyczynił się do przyprawienia gęby fantastom jako grupie oszołomów wierzących, że pochodzimy od ufoludków. Niech będzie, że poinspirował; sama w wieku 14 lat dorysowywałam cycki Ais w Walce o Planetę (moja głęboka antypatia do Polcha bierze się także stąd, że on tych cycków nie narysował). Gorzej, że to równia pochyła, slippery slope: do Daenikena przyklejają się dziwolągi z otchłani wierzący w myśl szybszą od światła, spisek Jaszczurów i atomy węgla, co się u medytujących lamów zmieniają w płynny diament, dzięki czemu ci lamowie stają się, proszę ja was, niewidzialni. Sic i pfuj. Ze względów poznawczych poszłam na jeden wykład Zagórskiego i wyszłam po pięciu minutach, prawdopodobnie unikając wyrzucenia z sali za zabijanie śmiechem.

O co mi chodzi: fantastyka to przede wszystkim science fiction. Taką pisał Lem. Wiemy, co potrafi nauka, dokładamy do tego fantazje, co jeszcze mogłaby potrafić i tak powstaje gatunek. Ładnie o tym mówił Wojtek w prelekcji o Lemie: Lem cechował się między innymi dużym zamiłowaniem do mechaniki i z rozczulającą pieczołowitością (rzadko spotykaną u innych) opisywał np. przygody Tichego z niedobranym kluczem do odkręcanej śrubeczki. Bez pamięci o tym, że klucze muszą pasować do śrubeczek nie będze SF, tylko miałkie opowieści o ufoludkach, stosowne do półki z napisem „baśnie i podania”, a nie „fantastyka”.

Mafalda

Nie mogłam wyrosnąć na nikogo innego, skoro jako dziecko czytałam Mafaldę, komiks Quino, który w 1985 ukazał się nakładem Wydawnictwa Współczesnego RSW Prasa Książka Ruch w serii Literatura na świecie dla dzieci i młodzieży (w tej samej serii były wydawane Fistaszki). Mafalda jest wojowniczką o ludzkie prawa, zaangażowaną w feminizm i pokój na świecie (i, oczywiście, nienawiść do zupy), a wszystko to w postaci krągłej, czarnowłosej dziewczynki, mającej na początku serii około pięciu lat. W wersji polskiej Mafalda musi mieć o rok czy dwa więcej, bo widzimy ją czytającą i raczej podlegającą już obowiązkowi szkolnemu.

414752_379474428777657_841348413_o 459377_366114930113607_2043813479_o

Prawdopodobnie to dzięki niej słowo „feministka” nie było dla mnie nigdy obraźliwe.

W słowie wstępnym do polskiego wydania padają dość trafne słowa: bohaterami komiksu (bo Mafalda oczywiście ma przyjaciół) są dzieci, których immanentną cechą jest przemądrzałość. Na potrzeby takiej formy oczywiście takie być muszą: są małymi, trochę tylko krzywymi lusterkami, w których przeglądają się dorośli. Tym samym Quino stworzył światek uniwersalny, atrakcyjny dla dzieci i bawiący dorosłych. Rzadka umiejętność. Poza tym te rysuneczki są przecież prześliczne. Słowa „ty i ta twoja sławna równość” zalęgły mi się pod czaszką i uważam za nacechowane sporym potencjałem memetycznym.

459377_366114930113607_2043813479_o

Zagadką pozostaje, jak wydawnictwu udało się w ogóle puścić Mafaldę do druku, zważywszy, że pojawiają się w nim postaci z Fistaszków. Z drugiej zaś strony wiemy, że w krajach hiszpańskojęzycznych komiks zyskał popularność,  był wydawany w wielu seriach, doczekał się ekranizacji i ogromnie mi żal, że w Polsce skończyło się na jednym zeszycie. Może w czasach, gdy nadal nierozwiązane są kwestie równości kobiet czy praw pracowniczych, uda się znaleźć sposób na wydanie historyjek, w których nawet dzieci widzą, jak bardzo kluczowe są to kwestie?

Update z 2014

Artykuł w Wysokich Obcasach daje mi większą nadzieję.

red. K. zagląda swojemu lustru przez ramę i płacze

[tytuł by Fabulitas, kudosy]

Przeglądałam Wyborczą w sieci w nadziei na zassanie e-wydania  z pełnym tekstem Kya i rzuciły się na mnie zajawki ze „Wstydu”.
Już w czwartek w DF był spory art na temat filmu z bonusem pod postacią wywiadu z niejakim Piotrem N., psychoterapeutą („Jestem psychoterapeutą i chcę, żeby pacjenci odnosili się do tego, jaki jestem tu i teraz. A nie do mojej historii”, wyjaśnia niechęć do ujawnienia nazwiska).

Lojalnie uprzedzam, że teraz jest kawałek z dużą ilością cytatów i niektórym może być przykro oraz źle. Trzymam was za ręce. Ja to czytałam na papierze, w pociągu Interregio relacji Łódź – Warszawa, po bardzo intensywnym dniu. Feel my pain, nawet nie mogłam zbyt głośno krzyczeć.

Wywiad prowadził Tomasz Kwaśniewski, co wiele wyjaśnia i nic nie usprawiedliwia.

Myślę , że kobietom jest łatwiej niż mężczyznom być tu i teraz.

Dlaczego?

– Mężczyzna, mówię o sobie, do tego, żeby czuć, że żyje, potrzebuje ryzykować.

Wzorzec męski, ten niedawno jeszcze obowiązujący, to był obraz maksymalnego ryzykanta. Jeździłeś konno, polowałeś, walczyłeś, a jak ci się spodobała jakaś kobieta, to ją zdobywałeś. Co nie oznacza, że zdobyłeś ją od razu. Generalnie było jednak tak, że miałeś poczucie, że funkcjonujesz z tą swoją męską agresywnością wobec świata, i to jest w porządku. Natomiast dzisiaj wszystko jest w zasadzie takim jednym wielkim hipermarketem, w którym o nic nie trzeba walczyć. No, może poza jedną rzeczą: kasą. Ale to jest nudne.

Prześladowanie mężczyzn, którzy nie mogą wrócić na sawannę; zdobywana kobieta nie miała nic do gadania. A teraz, panie, przychodzi taka kobieta i wybrzydza. Albo, co gorsza, zdobywa! Le trwoga. Zwróćmy też uwagę na przypisanie agresywności wyłącznie mężczyznom. Kobietom przystoi w milczeniu się stroić.

Bohaterem filmu jest mężczyzna, który ma trudności z wyrażaniem uczuć; żyje samotnie, rzucony w wielkomiejską dżunglę niczym świętokrzyski rolnik, kontakty ogranicza do przeglądania porno, masturbacji i korzystania z usług prostytutek. Pan terapeuta ma na to prostą diagnozę:

W filmie nie ma żadnej informacji o rodzicach.

– Ale tego typu osobowość bierze się między innymi z wczesnego niezaspokojenia przez matkę potrzeb dziecka. Niedawania mu miłości. To jest takie ”Nie widzę cię, nie istniejesz”. Wtedy dziecko ogarnia lęk i zaczyna się z niego wycinać.

Złe matki. Kochajcie swoje dzieci, bo w przeciwnym razie sięgną po porno i nie pobudują zdrowych relacji.

(oczywiście, że relacje z rodzicami mają wpływ na nasze dalsze życie uczuciowe, ale etap zamrożenia uczuć zdarza się także, surprise, w sytuacji rozczarowania bliskością z innymi; mam teorię, że jest to normalna dynamika emocji u człowieka przechodzącego przez różne związki, relacje, układy: potrzeba bycia osobno z potrzebą bliskości są w stałym konflikcie i układają się w elegancką sinusoidę)

Nasz bohater spotyka kobietę, do której zaczyna coś czuć i…

Nie staje mu.

– Gdybym miał użyć metafory, tobym powiedział, że ta krew z penisa zatrzymuje się w jego sercu. Sam mam takie doświadczenie, że jak była kobieta, do której coś silnie czułem, to łóżko dopiero tak za czwartym razem się pojawiło. (…) Zresztą jest też tak, że w wychowaniu, w dorastaniu mężczyzn chodzi o to, by zintegrować serce i penisa.

Nie zamierzam naśmiewać się z (tymczasowej) impotencji, bo rozsądni ludzie wiedzą, że nasze ciała nie muszą nas słuchać, zwłaszcza w sytuacjach mocno emocjonujących (a pierwszy seks z kimś kochanym jest wysoko na skali stresu). Jednym nie staje, inne doznają suchości czy pochwicy, innym ciała uciekają w migreny bądź sensacje żołądkowe. Normalna rzecz, proszę się rozejść. I co ma znaczyć ta fraza o dopływie krwi z penisa do serca i czy jest na sali lekarz?

– Poczuł (ciągnie dalej Piotr N.) i żeby przestać czuć, musiał się znieczulić. Czyli jakąś straszna krzywdę sobie zrobić. No to robi: najpierw prostytutka, potem wpierdol, a w końcu ten klub gejowski. To jest wręcz stopniowanie autowpierdolu.

OH NOES TYLKO NIE KLUB GEJOWSKI, NAD KAŻDYM Z NICH WISI NAPIS „WELCOME TO WPIERDOL CITY”

Dalej mamy opowieść z cyklu „jak dwa male Jasie wyobrażają sobie gejów”. Brakuje tylko dark-roomów i mrocznych parków na schadzki.

– Zacząłem się zastanawiać, czy w homoseksualizmie nie jest jakoś fajniej, bezpieczniej. Ale się okazało, że opór mam na maksa. Całe ciało zamyka mi się na samą myśl, że mógłbym to zrobić.

Też o tym myślałem (wyznaje odważnie Tomasz Kwaśniewski) i jako taki główny argument za homoseksualizmem było to, że z kobietami to trzeba te wszystkie ceregiele…

No, nie to, co z gejami, zgłaszasz kradzież portfela i od razu pyta, czy pójdziemy do mnie. Do niego. Na Futuramę. A za dawnych czasów można było babę za włosy i do jaskini, ech.

Ale na szczęście, są takie, z którymi nie trzeba ceregieli, niemniej bohater naszego wywiadu z takimi to niechętnie:

– Zdarzało się, że czasem im odmawiałem. ”No proszę! Otwórz! Weź mnie!”.

Żenada.

Dlaczego?

– Dla mnie taka laska to już był koniec.

Zrozumiałe, zdobywanie jest domeną mężczyzn, a nie, że przyjdzie taka i podkradnie kompetencje. Przecież powinno być tak:

– …że atrakcyjnych kobiet jest powiedzmy 20 proc., a wygłodniałych samczyków od zarąbania, a tu przychodzi gość, który jest inny, i do tego nie zwraca na nie uwagi, no to w tych samicach alfa rodzi się potrzeba: o!

Uważam, że za mało uwagi poświęca się memowi samca bzdeta, a terapeuta wyjątkowo zasługuje na taką etykietkę. Jakie samice alfa?! On naprawdę myśli, że nadal żyjemy w stadach? Ja rozumiem takie myślenie u człowieka z kręgu kultury pierwotnej, ale w Europie, w XXI wieku?

Z dalszej części tekstu wynika, że nasz specjalista nie słyszał także o kinksterach i relacje zahaczające o BDSM wprawiają go w nerwowy dygot:

Jak pierwszy raz usłyszałem od kobiety „zerżnij mnie”, to byłem zszokowany.
Z mojego doświadczenia wynika, że kobieta, która się tak do ciebie zwraca, prosi cię nie o to, żebyś był z nią w miłosnym związku, ale przemocowym. Nie zależy mi już na tym, żeby mieć kochankę. Tęsknię za relacją równą. Czyli dorosła kobieta, dorosły mężczyzna.

Nie wiem, co ma piernik do wiatraka, może przyjdzie tu ktoś mądry i mnie oświeci.

Znaczy, OK, rozumiem troskę o to, by nie popaść w związek przemocowy, o jakim pisałam kilka notek temu; zwracam jednak uwagę, że aby mógł powstać, musiały być spełnione pewne warunki u partnerów. W kontekście, w jakim opisuje to Piotr N. nie brzmi to inaczej niż jako zaproszenie do zabawy erotycznej. I nie musi mu się ona podobać, tylko po co wikłać w nią dużo poważniejszy problem? Jednocześnie banalizuje tym kwestię związków przemocowych i tłucze w BDSMowców. W dużym skrócie: nie, w odpowiedzialnym związku BDSM nie chodzi o przemoc domową, tylko role playing w konkretnych sytuacjach. Za zgodą obojga (lub większej ilości) partnerów.

Z drugiej strony fragmentarycznie zdaje się pan Piotr już łapać:

…ja już nie mam problemu, żeby powiedzieć swojej dziewczynie: na kolana i do buzi.

Mówisz tak?

– Nauczyłem się.

Ona ci powiedziała, że tak chce?

– Myślę, że zaczęła pierwsza. No i na początku byłem zaskoczony, że ona chce tak jak ja, ale się odważyłem i potem…

Dość duże spectrum było tego naszego spotkania seksualnego. Od takich czułych rzeczy, po takie nawet, wiesz, za włosy i o podłogę.

To jest kawałek, który, z tego, co zauważyłam, wywołał niepokój u znajomych feministek, bo w kontekście wcześniejszych opowieści o agresywnej naturze mężczyzn brzmi naprawdę jak opowieść macho. Mnie on nie zatrważa, ale tak jak wspomniałam: widzę go w konkretnym kontekście gry erotycznej, za przyzwoleniem obojga. Consensual sex, drodzy państwo. Nie ma powodu do obaw.

Tymczasem Tomasz Kwaśniewski ma wrażenie:

Mam wrażenie, że kobiety częściej używają seksualności do manipulacji.

– Bo tu jest im bardzo łatwo zbudować przewagę nad mężczyzną. Zwłaszcza takim, który nie jest pewny swojej męskości.

Znów narracja o biednych, przywalonych kobiecą przewagą mężczyznach. Panowie, serio: czasy są takie, że to żaden wstyd powiedzieć „jestem heteroseksualny, boję się relacji z kobietami, bo nie bardzo je rozumiem”. Wyjaśniajcie, czego nie rozumiecie. Nie jesteśmy (wbrew durnym poradnikom) z innych planet, jedyne, czym się (statystycznie) różnimy to takie głupie kulturowe nakładki, które dość łatwo się zdejmuje, gdy się chce.

Korzystasz ze stron pornograficznych?

– Kiedyś zdarzało mi się to znacznie częściej, a to dlatego, że zwyczajnie zmądrzałem. Słuchaj, gwiazdy porno to nie są laski, które mają jakiś słaby biust, pozapadane czy niezgrabne tyłki. No i potem wiesz, spotykasz się z Kowalską, do której nawet coś czujesz, rozbierasz ją i… o kurwa!

Oglądanie porno jest krzywdzeniem siebie.

Dzwoniło do panów zjawisko amatorskie porno i serdecznie poleciło się na przyszłość.

A w przypadku porno przemysłowego, szczególnie w polskim wydaniu, dużo sensowniej zadać sobie pytanie, kto jest krzywdzony.

I pamiętajcie, drogie dzieci, że:

Cokolwiek to oznacza.

A w Gazecie Świątecznej lament, bo nie będzie Oskara i wtem dziennikarze odkrywają, że w Akademii siedzą same dziadki, a Ameryka ma schizę na punkcie nagości (ohai, Zuckerberg, ohai, google, U HATE MANGA TITS) i tak sobie czytam i mam ochotę spytać „no ok, and the news is?”; i myślę, czy film  deprecjonujący prostą zmysłowość i radość z erotyki wyabstrahowanej od emocji będzie miał moc zmian w zakresie filmowego postrzegania tych zjawisk. Jakoś wątpię.

Jakoś mi się wydaje, że to będzie taki egotrip faceta, który tęskni do podbierania świerszczyków tatulkowi i żałuje, że dziś ma porno w dwóch kliknięciach.

Sugeruje pan, że w XXI wieku staliśmy się słabi i bezwolni? (pyta Steve’a McQueena Krzysztof Kwiatkowski)

Uczymy się tak funkcjonować. Bohater ”Wstydu” zaczyna coś czuć, kiedy trafia na koncert siostry. Dopiero wtedy przełamuje rutynę. Emocje wytrącają go z kolein rutyny i codziennych rytuałów pozbawionych Boga, z gotowych recept na wszystko – zaczynając od tańca porannej toalety, mycia zębów, przygotowywania śniadania, na sposobie kochania kończąc. Nie możemy dopuścić do tego, żeby nasze życie zaczęło przypominać taśmę produkcyjną. Czy naprawdę z rozwojem technologicznym straciliśmy ikrę?

To nie jest kwestia rozwoju technologicznego. Technologia, jaką znamy: internet w kieszeni, searching by image, GPS, zakupy jednym klikiem: to wszystko nam pomaga. Ułatwia nawiązywanie relacji i podtrzymywanie kontaktów; wyszukiwanie informacji, poruszanie się po mieście i oszczędza czas. Zamrożenie uczuć to nie jest efekt rozwoju jakichkolwiek technologii; to tylko konkretne okoliczności, w jakich znalazł się bohater i o jakich aktualnie lubi się opowiadać. To ciekawe historie i warto je poznać. Nie warto jednak, moim zdaniem, przypinać do nich etykiety strasznych dzisiejszych czasów zagubionych mężczyzn, bo są one, te historie, doświadczeniem pozaczasowym i pozapłciowym.

Wszystko zgwałcone

W innej części internetu toczy się dyskusja o pokoleniu dzieci śmieci, dyskusja mocno daremna, bo jak dla mnie zjawisko bycia w sieci nie jest pokoleniowe, lecz środowiskowe. Taka ja, która przyszła do internetu już w czasach web 2.0, dosłownie parę dni temu po raz pierwszy w życiu rozmawiała na IRCu; byłam dorosła, gdy stała się sieć i tak jak inni uczyli się dyskutować na usenecie czy blogach, tak ja na forach i serwisach społecznościowych. Inny sposób dyskusji (bo czuwa admin lub właściciel serwisu), inny sposób przekazywania informacji o sobie, inne podejście do prywatności.

Inny język, choć środowisk internetowych jest wiele, przenikają się, są składane wzajemne wizyty z tych wielu światów równoległych; inne zaplecze memetyczne. Nie dalej jak dziś zostało mi zadane pytanie, czy wiem, co to prawo Godwina i poczułam się zaskoczona, że dyskutant nie dość, że to pytanie zadał, to jeszcze nie wychwycił, że posłużono się tym prawem całkowicie świadomie, bo w tej części internetu, w której przebywam przeważnie Godwin nie przegrywa, przegrywał piętnaście lat temu.

Język jest ważny, język nie istnieje w oderwaniu od społeczności, która się nim komunikuje i jej uwarunkowań kulturowych; wiem, że to wszystko wiecie, ale to taki elementarz, który muszę czasem zamantrować. Słowa mają znaczenie, jest ważny kontekst ich użycia i kontekst ich powstania.

Wspominam o tym dlatego, że mam problem z „Gwałtem” Chmielewskiej. Uświadomiłam sobie bowiem, że frazy „gwałcić” używano w pokoleniu mojej mamy i babci na zwykłe uprawianie seksu. Bez komponentu przemocowego, przez jaki gwałt jest definiowany. Mama zwykła tak mówić zwłaszcza na przejawianie seksualności przez nasze domowe zwierzaki (as in: nasza sunia gwałci poduszkę), słówko miało wydźwięk lekko żartobliwy i element zwierzęcości był raczej kinky niż scary.

Więc kiedy czytam u Chmielewskiej, że jej bohaterka marzy o gwałcie jako czymś, co ją wyróżni spośród innych mieszkanek miasteczka, dodającego jej splendoru i chwały, przez chwilę, z sentymentu dla czasu, jaki spędziłam nad Wszystkim Czerwonym czy Lesiem, szukam usprawiedliwienia. Że to może właśnie taki środowiskowy kontekst słowa „gwałt” jak u mnie w domu, że to tak naprawdę nie oznacza tego, co oznacza: najbardziej upokarzającego doświadczenia w życiu kobiety, przemocy zastosowanej do okazania władzy z naruszeniem największej intymności.

[Państwo z drugiego rzędu, którzy chcą wspomnieć o fantazjach seksualnych proszę o chwilę namysłu, czy
a) Chmielewska pisze porno
b) fantazjując erotycznie myślimy o splendorze w miasteczku czy też raczej wyświetla nam się film skoncentrowany na seksie (sprawdzić, czy nie Alex z Clockwork Orange)]

Ale nie: Chmielewska już na pierwszych stronach książki pisze o seksie jako o odrębnym zjawisku. Znaczy: odróżnia. Tego zresztą należałoby się spodziewać po pierwszej damie polskiego kryminału, niezmiennie piastującej swoje stanowisko od kilkudziesięciu lat: że będzie znała znaczenie słów, których używa. Można oczywiście szukać jeszcze wyjaśnienia w wieku literatki, bądź co bądź już podeszłym. Jednakże od tego też jest redakcja, by wychwycić taki brak precyzji; oczywiście przy założeniu, że redakcja nie chodzi wokół autorki na paluszkach w obawie urażenia kury znoszącej złote jaja. Z tym, jak wiemy, różnie bywa.

Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu, znawcy jej biografii uśmiechają się ciepło na wspomnienie małego czarnego z dnem i nawet dżampujące szarka wydłubywanie się szydełkiem z zamku w Całym Zdaniu Nieboszczyka było zweryfikowane pod kątem prawdopodobieństwa.

Historia jest prosta: w trudnym do sprecyzowania czasie (teoretycznie czas błędów i wypaczeń tak naszego kraju, jak i autorki, ale pewne elementy zdały się przewędrować ze współczesności) pewien człowiek zostaje oskarżony o gwałt. Zdarzenie wydaje się być mało prawdopodobne, mężczyzna jest bowiem drobnej budowy i nie przejawiał dotychczas takich skłonności, jego ofiara zaś dorodna i zgodnie z zeznaniami świadków żywo nim zainteresowana. I choć już w tym momencie drga we mnie nerw, że zainteresowanie ofiary w żadnym przypadku sprawcy nie uniewinnia, to zamykam oczy i myślę o Anglii, Birmingham i bogato wyposażonej piwnicy… wróć! uznaję, że dla dobra opowieści faktycznie tym razem mężczyzna jest niewinny, a oskarżająca go kobieta naprawdę chce coś ugrać. Zwłaszcza, że, inaczej niż w prawdziwym życiu, zeznania na temat gwałtu nie są dla niej doświadczeniem szczególnie deprymującym, a sędzia jej sprzyja.

I gdyby do tej całej historii oskarżenia o gwałt Chmielewska dołożyła tylko tyle: motyw zemsty, no cóż, powieść generalnie jest odgrzewanym kotletem (wierni czytelnicy zapewne rozpoznali fragmenty publikowane dużo wcześniej w Autobiografii), więc nie należałaby do szczytowych osiągnięć pisarki, ale byłaby do przełknięcia. Z dawnej sympatii do autorki: kupić, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem jak do wyblakłego zdjęcia i zapomnieć. Tak jak to było z wieloma innymi jej powieściami licząc od wczesnych 90s.

Niestety, Chmielewska dodaje ten kawałek, który budzi mój największy gniew: wpieranie bohaterce marzenia o gwałcie, snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda. Wkłada w usta bohaterów między innymi takie słowa:

– Wzrost chuligaństwa, rozwydrzenia, bandytyzmu, bezkarność…
– A może odwrotnie? – wściekła się Patrycja. – Może bezkarność dziewczyn, oskarżających fałszywie, załatwiających tą drogą swoje prywatne porachunki, dodających sobie splendoru? Może te, których nikt nie napadł i nie próbował gwałcić, czują się gorsze? Poszkodowane? Idiotyczne, niepotrzebne obciążanie wymiaru sprawiedliwości!
Nadmiar jej emocji w końcu Kajtusia zirytował porządnie.
– Dobrze, nie obciążajmy wymiaru sprawiedliwości – rzekł zimno. – Dojdzie do tego, że samotna kobieta nie będzie mogła wyjść wieczorem na ulicę.
– Dojdzie do tego, że facet na widok dziewczyny w odludnej okolicy będzie uciekał w kartofliska i ugory!
– Ejże, to jest całkiem niezła myśl!

[edit: dzięki uprzejmości Janka wklejam jeszcze kolażyk najbardziej grozę budzących cytatów]

Prześladowanie biednych mężczyzn, bojących się zbliżyć do kobiety z lęku przed oskarżeniem o gwałt, no wypłaczcie mi, kurwa, taką rzekę. How about: nadal boimy się zgłaszać gwałt i molestowanie na policję, bo w dalszym ciągu pokutuje mit prowokatorek w mini i obwinianie ofiary?

Ja rozumiem, że Chmielewska nie pisze powieści społecznie zaangażowanych. Skoro jednak wkracza w tę tematykę, mogłaby ulec staremu nawykowi i rzucić okiem na statystyki policyjne. Sprawdzić liczbę fałszywych oskarżeń o gwałt. Zweryfikować długość procedury i szczegółowość pytań o przecież intymne sprawy (a z mówieniem na te tematy nadal mamy problemy). Zastanowić się przez chwilę, czy jest powód, dla którego tego typu przestępstwa nie są zgłaszane i jaki wpływ ma na to fakt, że sprawcą jest osoba bliska ofierze. Pomyśleć, czy napisanie o gwałcie w kontekście takiej fum, fum, fanaberii rozwydrzonej małolaty, której zechciało się zaistnieć w lokalnym środowisku to dobry pomysł na dobrą historię czy wręcz przeciwnie.

Chyba nawet najbardziej bezkrytyczni wielbiciele są zgodni, że najlepsze czasy jej twórczości mamy już za sobą, pozostała wdzięczność dla godzin śmiechu, wstrzymanego oddechu przy wartkiej akcji i prawdopodobnie kompletnie nie do wyrugowania trwały ślad w stylu, co jest zresztą średnio dobre, bo wszyscy mający pretensje do lekkiego pióra piszą po chmielewsku i są zrazu nieodróżnialni. A i u samej autorki bohaterowie coraz bardziej mówią tak samo, jej charakterystyczną pospieszną i usianą rusycyzmami frazą (oraz kurweczka maciczka, jakże są wszyscy zdrobniali). I podobnie jak u Musierowicz – nie oczekuję, że Chmielewska będzie trzymać stały poziom, bo to jest po prostu niewykonalne. Podobnie jednak jak u Musierowicz widzę wplecione w wątki jej powieści poglądy, których nie akceptuję. We wcześniejszych powieściach z Chmielewskiej wychodziła homofobia:

– A tu poczwara niewiadomej płci, baba czy chłop…
– Transwestyta… ?
– Znaczy, po prostu pedał – zawyrokował Witek.
– Ty uważaj, oni chcą dla siebie szacunku.
Witek się nagle rozzłościł.
– Chcieć mogą, ich prawo. Tyle że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania.
– Zgadza się – przyświadczyłam. – Ja osobiście bardzo lubię myszy, nie tylko mogę na nie patrzeć, ale brać do ręki, głaskać… Takie mają śmieszne małe łapki i oczka jak koraliki, rozczulające, i nawet nie straciłam do nich serca, kiedy mi papiery zeżarły, a Małgosia na samą myśl o myszach otrząsa się i amoku dostaje…
– Wariatka – powiedziała z przekonaniem Małgosia. Klara poszła w niepamięć.
– Każdemu co innego wydaje się obrzydliwe, Alicja brała do ręki wszystko co żywe, gąsienice, robale, ślimaki, a ja na te gówna bez skorup patrzeć nie mogę…
– Ja też.
– Ale dla mnie są użyteczne. Budzą we mnie stanowczą niechęć do jedzenia. Budziłyby odruch wymiotny, gdyby nie to, że odruch wymiotny jest obcy mojej duszy, nawet jeśli gdzieś tam się lęgnie w zakamarkach organizmu, nie ośmiela się pisnąć. Niejedzenie natomiast jest wysoce korzystne, od niejedzenia się chudnie. Co nie znaczy, że będę siedziała i masochistycznie wpatrywała się w to świństwo, żeby tracić apetyt, w końcu jakiegoś ataku dostanę albo co. Brzydzę się.
– To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
– Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. I nie żrą liści akantusa.
– A ja się brzydzę lesbijkami i co mi kto zrobi? – zbuntowała się nagle Martusia.
Witek upierał się przy swoim, czego zazwyczaj unikał z całego serca.
– A pedały brzydzą się mną. I czy ja mam do nich pretensję? Czyja latam z transparentem po ulicy, tamuję ruch na jezdni i żądam, żeby mnie kochali?
– I nawet dzieci z nimi nie chcesz mieć – zachichotała Małgosia, co tak wstrząsnęło jej mężem, że odczepił się wreszcie od tematu.

(po zacytowanym fragmencie część jej fanów odesłało egzemplarze „Porwania” do wydawnictwa), antysemityzm, a teraz mizoginia. Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.

I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.

Roosevelta 5 oblężone!

W notce z 03.06.2011 WO wspomina „Kwiat Kalafiora” Małgorzaty Musierowicz. Jak się okazuje, jest to lektura gimnazjalna. Po przeczytaniu notki rozwija się dyskusja o twórczości tej autorki , pojawia się refleksja, na ile jej powieści są strawne dla współczesnego czytelnika i staje się to, co musi się stać – nadchodzą instrukcje. Lubię wypełniać instrukcje, zwłaszcza wydane przez ^michio, zwłaszcza gdy wypełnia je również ciocia ^astragalizo, bo wiem, że stoją zawsze po stronie piękna i dobra.

Rys biograficzny: na twórczość M.M. trafiłam, jak pewnie większość czytelniczek, w wieku 11-12 lat, jakieś nudne ferie, wyszło wznowienie Idy Sierpniowej i Opium w Rosole, człowiek sięgnęła i polubiła – Idę za krzepiące przesłanie, że zewnętrzne piękno nie jest istotne, jeśli się emanuje pięknem wewnętrznym (za chwilę wrócę do tego przesłania), Opium w Rosole za równie podnoszącą na duchu historię naprawiania relacji matka – dziecko. Prawdopodobnie przeczytałam wtedy najlepsze części, pomijając może Szóstą Klepkę z jedynym normalnym niemowlęciem (ryczącym po nocach), jedynym normalnym sześciolatkiem (bawiącym się w Nerona) i jedyną normalną matką (czytającą powieści SF podczas zmywania naczyń).

W trakcie dyskusji przypomniano, że było nie było – Kwiat Kalafiora powstał 35 lat temu. A i tak u WO kilka osób wspomniało, że ich rodzice – rówieśnicy seniorów Borejków – żyli w układzie bardziej partnerskim, z pracującą matką i ojcem nie popadającym w letargi i świnki w obliczu konieczności udźwignięcia ciężaru gospodarstwa domowego. Niemniej ktoś tę powieść umieścił na liście lektur szkolnych i idę o zakład, że nie jest omawiana z marginesem „kochani, to było ponad trzydzieści lat temu, potraktujmy to jako zapis parahistoryczny” – zresztą wystarczy przejrzeć fora fanowskie (poza oczywistym wyjątkiem dla tego na gazecie.pl), by zauważyć, że kolejne pokolenia nastolatek są wychowywane na tych książkach.

A książki pisane są nadal, na rok 2012 zapowiedziana jest wszak McDusia.

Tymczasem jest coraz gorzej. Przesłanie Idy Sierpniowej, to o wewnętrznym pięknie zostało z wielkim hukiem zawalone w Córce Robrojka.

Ida Borejko nie była ładna – niestety.
Szczerze mówiąc uchodziła za brzydactwo.

(ale po rozmowie z mamą, Milą Borejko:

…do skołatanej jej głowy trafiła nagle prosta i banalna prawda, iż to piękna dusza sprawia, że twarz ludzka jest piękna.

(Oczywiście pani M.M. pojmuje duszę w ściśle chrześcijańskim sensie, ale jeśli uprzemy się interpretować to jako przekaz, że interesująca osobowość ma przemożny wpływ na atrakcyjność, mnie pozostaje tylko przyklasnąć).

A co się dzieje w córce Robrojka?

Robrojek o Belli – osóbce niewysokiej i tęgawej myśli tak:

Nie była ładna. Niestety. Musiał to sobie powiedzieć, że – być może – i ona należała do tego samego, co on, gatunku: nieatrakcyjnych. Bał się, że mogłaby się tego domyślić, więc nadrabiał miną, żartował i prawił jej komplementy. Ale w gruncie rzeczy okropnie się lękał, że może ją czekać ten sam los: dyskwalifikacja.

Ciekawe, na ile fraza „nie była ładna – niestety” została powtórzona świadomie. Ciekawe, na ile M.M. pisała od siebie, z charakterystycznym dla siebie tworzeniem jako ładnych wyłącznie wysokich i smukłych bohaterek, przy krąglejszych robiąc wyjątek jedynie dla Pulpecji (a i tak podkreślając zdecydowanie zbyt często, jak bardzo jej kształty są opływowe). Na ile celowo napisała Robrojka jako ojca, który swoje własne dorastające dziecko postrzega poprzez pryzmat atrakcyjności. Brak urody jako dyskwalifikacja pojawia się wprawdzie już w Opium w Rosole, gdzie główna bohaterka odrzuca względy nieładnego Jacka, bo wzdycha za pięknym Maćkiem, ale powiedzmy sobie, że nastoletnim miłościom możemy to wybaczyć i udawajmy, że to wcale nie skończyło się małżeństwem. U M.M. licealne miłości generalnie kończą się małżeństwem. Co miało swój wdzięk, gdy powieści były tworzone jako odrębne historyjki ku pokrzepieniu nastolatek, a spotworniało, gdy Jeżycjada zmieniła się w sagę.

Do tego w sagę, która powinna była skończyć się na „Kalamburce”. Pamiętam, że to była pierwsza część, którą odłożyłam z niesmakiem: co to się stało? Skąd w autorce, szafującej ciepłem, dobrem i miłością – tyle jadu, tyle historycznego butthurtu, takiej niechęci do ludzi innych niż Borejkowie? (a i tak to był jeszcze tom broniący się ciekawą konstrukcją i postacią Gizeli, krytykującej bezlitośnie Ignacego B. od samego początku!)

Pewnikiem jest to, że okres po 1990 r. twórczości Małgorzaty Musierowicz bardzo zaszkodził. Opium w Rosole (1983) wróciło z redakcji z komentarzem „a teraz napisz to samo, tylko dużo, dużo ciszej”. Teraz M.M. może głośno, może kościelnie, prawicowo i z prorodzinnym przytupem. Nie bez znaczenia jest fakt, że redakcją zajmuje się jej córka, zaś sama M.M. ma świadomość, że cokolwiek nie wyprodukuje, sprzeda się na pniu – jeśli nie kupią jej egazaltowane nastolatki zachwycające się poleconym we Frywolitkach de Mello, to ich mamy, mające dobre wspomnienia po Szóstej Klepce.

Strzelanie z feministycznego działa do M.M. to trochę kopanie kotka. W Szóstej Klepce Julia wbrew swojej artystycznej naturze uczy się gotować dla Toleczka. Kłamczucha wyrywa się z Łeby do Poznania za wakacyjnym romansem. Gaba stroi się w firany celem przeistoczenia się w Romantycznego Motyla. Ida zaczyna pojmować, że jest piękna i wspaniała dopiero pozyskawszy względy nieśmiałego Klaudiusza, w którejś z kolejnych części (Brulionie?) jest opisana natomiast „jak skończona feministka”, gdyż zerwała ze Sławeczkiem jako że chciała jednak studiować, a nie lepić pierogi.

Wydawać by się mogło, że kolejne lata, rewolty polityczne i przełomy obyczajowe wpłyną na zachowania bohaterek, ale nie: chyba jedna z najbardziej lubianych przez samą M.M. postaci, Róża „Pyza” Pyziak (sympatię do tworzonej postaci u M.M. poznaje się poprzez nagromadzenie przymiotników „dzielna” i „miła”; Róża jest dzielna i miła od opiętego szortami krągłego tyłeczka po miedzianą grzywkę, w którą dmucha dla kurażu) stosuje klasyczną mężologię czyli wybiera studia nie podług zainteresowań (humanistycznych – hejt na ścisłowców jest jedną z bardziej charakterystycznych cech Borejków) ani podług perspektywy pracy, lecz idzie na astronomię za ukochanym. Po czym z właściwym sobie pasywno-agresywnym wdziękiem wpada w krzaki jałowc… tfu, po romantycznej nocy w obserwatorium, po nader owocnym polerowaniu teleskopów, odkrywa z zaskoczeniem, że jest w ciąży.

Wątek ciąży Pyzy to omal największy fail Jeżycjady XXI wieku (omal, bo jeszcze postać Laury, ale po kolei, po kolei): z rozmów Borejków dowiadujemy się, że w tym domu nie rozmawia się o antykoncepcji, bo dzieci się kocha, a nie planuje, a ukochany Pyzy, Fryderyk (z tego imienia proszę się nie śmiać, bo mój najlepszy szkolny przyjaciel miał tak na imię) zostaje odsądzony od czci i wiary, gdyż dowiedziawszy się o ciąży w przeddzień wyjazdu na stypendium nie rzuca wszystkiego, lecz jednak wyjeżdża.

[No dobrze, oczekiwanie wsparcia od przyszłego tatusia jest zrozumiałe, ale może jednak warto było mu, no nie wiem, dać trochę więcej czasu na załatwienie kwestii stypendium? Fryc dowiedział się o ciąży w okolicach 12. tygodnia, możemy zakładać, że Pyza miała co najmniej dwa tygodnie na Przeprowadzenie Rozmowy o Przyszłości]

I co najbardziej urocze, pomimo buńczucznych zapewnień Róża przyjmuje Fryca powróconego z rzeczonego stypendium – przyjmuje z otwartymi ramionami oraz proponuje herbatki. A także, pomimo równie rozdzierających deklaracji, nie podejmuje jednak pracy w budce z kurczakami, lecz wręcz przeciwnie, bierze urlop dziekański i kultywuje swój błogosławiony stan. Zaś po urodzeniu Mili uznaje, że wreszcie ma po co żyć – jej dotychczas puste ramiona zostały wypełnione. Co prawdopodobnie byłoby uzasadnione fabularnie w ustach trzydziestoparolatki. Pyza ma wówczas 23 lata.

Drugą, równie spektakularną porażką jest postać Laury. Już w Noelce wkrada się narracja, która znakomicie odzwierciedla stosunek M.M. do pisanej bohaterki:

Pyzunia była jej absolutną faworytką i, szczerze mówiąc, wydawała się jej babcinemu oku stuprocentową Borejkówną. Tygrysek natomiast… cóż, po pierwsze, to przezwisko uniemożliwiało myślenie o niej jak o dziewczynce. W najlepszym razie udawało się określać ją w rodzaju nijakim. Po drugie, to dziecko było jakieś tajemnicze i zamknięte w sobie. Jakby tylko obserwowało życie, podczas gdy Pyza rzucała się w nie z głową.

Oczywiście Pyza wcale nie rzuca się w nic z głową, Pyza siedzi w domu i się nie obnosi, to Laura – Tygrysek jest aktywna. Niemniej już w przypadku siedmioletniej wówczas Laury pojawia się element obcości w rodzinie Borejków. Obie siostry, Róża i Laura, są z jednego ojca, Janusza Pyziaka, który porzucił ich matkę, gdy była w ciąży. Laura kłamie „jak jej ojciec”, ma oczy „jak jej ojciec”, w Tygrysie i Róży po stokroć udowadnia swoją wyrodność – zamiast biernie przyjąć, jak Róża, że o Januszu się w tym domu nie rozmawia (po czternastu latach od rozstania!), wyrusza na jego poszukiwania do Torunia. Za co później serdecznie matkę przeprasza, bo powinna była wszak chodzić na paluszkach wobec porozwodowej traumy i nie pytać. Chodzi przecież zaledwie o jej, niewidzianego nigdy, ojca.

Bardzo lubię Laurę w tamtym okresie: jest konsekwentnie pisana jako postać płynąca pod prąd, zbuntowana, z wybaczalnym dla dziewczyny w wieku gimnazjalnym bucerskim rysem (opera i jazz nowoorleański, no błagam). Niestety, w kolejnych częściach M.M. postanawia zepsuć tę postać i dopisuje jej wręcz patologiczną chęć wyrwania się z domu rodzinnego poprzez zamążpójście. Gdyż ma już dwadzieścia lat i nie jest już taka młoda. Wątek omal zamążpójścia Laury w Czarnej Polewce jest przerażający; od strony literackiej ni to slapstick, ni to polska wariacja na temat komedii romantycznych, zawieszenie niewiary z hukiem spada z kołka, a wszystko przyprawione bynajmniej nie homeopatycznymi ilościami poezji, tfu, romantycznej.

Obie córki Gabrieli Stryby są pisane jak dzieci z rodziny dysfunkcyjnej: Róża wchodzi w rolę rodzinnej maskotki, będąc grzeczną, miłą i dzielną oraz wykazując porażający brak troski o swoje potrzeby (symptomatyczny wątek spotkań z kolejnymi randkowiczami, podczas których idzie do lokalu, za którym nie przepada, zjada wysokokaloryczny obiad mimo diety, zmienia plany pod wpływem jeszcze innego pomimo świadomości, że kogoś wystawi do wiatru). Laura z kolei przyjmuje na siebie rolę tej złej, klasycznego kozła ofiarnego. Nasuwa to oczywisty wniosek, że obie córki nie czują się dobrze w tej rodzinie. I nawet można byłoby oddać hołd M.M., bo postaci są napisane nieźle, z potoczystym, zgrabnym stylem, gdyby nie to, że komentarz odautorski jest z tym niewybaczalnie sprzeczny: rodzina Borejków jest miła i ciepła, coraz milsza, coraz cieplejsza, coraz bardziej zamknięta w sobie.

To, za co najbardziej znielubiłam współczesnych Borejków to bowiem syndrom oblężonej twierdzy: jedyny przyjazny im świat to ten w kamienicy przy Roosevelta 5, wśród podobnych im, bibliofilom, humanistom, obrońcom wartości rodzinnych. Nie ma w nim miejsca na ludzi brzydkich, na ludzi z bloków, na ludzi tylko z maturą, na ludzi w związkach nieformalnych. Inne narodowości pojawiają się opisane w sposób karykaturalny i stereotypowy, ciemnoskóra rodzina Ocabressów przy co drugim akapicie ma dokładany opis, że ich policzki są czekoladowe, a ich polszczyzna niezdarna i zabawna. W Jeżycjadzie nie występują inne kobiety niż dobre matki (chyba że ujęte w sposób przerysowany jak bezdzietna policjantka czy słynna zemsta na Kindze Dunin, kopcącej w biedne, chore oczy), nie występują inni mężczyźni niż dobrzy ojcowie (nawet naczelny szwarccharakter, Janusz Pyziak, przecież wraca i dokonuje pojednania przy herbatce), mniejszości seksualne nie są widoczne w ogóle.

I to nadal czytają dzieci i myślą, rozumiecie, że tak trzeba. Nie, serio: można lekceważąco machnąć, że och, pensjonarska lekturka, ale popatrzmy sobie na to tak: po te  książki sięgają dziewczyny, które mają fetysz na czytanie i naprawdę wdrukowują sobie wartości, jakie M.M. przemyca. Można sobie zadać pytanie, co sobie wdrukuje gimnazjalistka czytając o studentce we wpadkowej ciąży („uwiodłam go, bo myślałam, że to nas do siebie zbliży”) lub o maturzystce ciągnącej swojego chłopaka przed ołtarz.