Tygrys i tęcza

Poznańskie niebo ustroiło się w wagnerowskie, patetyczne chmury, grożące deszczem, a kto wie, może i Apokalipsą, podczas gdy niż nadesłany przez naszych południowych sąsiadów przemieszczał się ulicą Roosevelta. Opodal, w parku Marcinkowskiego, od rana niósł się gwar, muzyka taneczna i przerażone okrzyki gubionych w tłumie dzieci. Wzdłuż alejek spacerowych rozpychały się łokciami stragany z watą cukrową, ciasteczkami, przy robieniu których nie została skrzywdzona żadna pszczoła oraz propagandą cywilizacji śmierci z siedzibą w Brukseli. Tęczowe klauny puszczały tęczowe bańki, zaaferowane feministki ciułały podpisy pod eksterminacją niewiniątek, a na spłachetku zieleni nieduży osobnik w obcisłych porteczkach sprawnie nauczał podstawowych kroków do jakiegoś namiętnego, południowoamerykańskiego tańca.

—  O tempora, o mores — wzdychał Ignacy Borejko, stwierdzając na domiar złego pierwsze krople deszczu zdradziecko spływające mu za kołnierz. Wyminął zwinnie tulące się do siebie wytatuowane indywidua i spochmurniał wzorem nieba nad Poznaniem.
— Oj tato – zaśmiała się nerwowo Gabrysia. — Humani nihil a me alienum puto! Już starożytni…!
— Starożytni mieli niewolników — wtrącił zgryźliwie Tygrysek i nastrój siadł całkiem.
Ród Borejków kroczył ponuro przez park.
— Martwię się o Tygryska — szepnęła po chwili Pyza, pchając wózek żwirową alejką. Wózek zawierał najmłodsze z rodu bliźnięta, Kastora i Polluksa, zapas pieluch, małe zakupy poczynione w jeżyckiej Małpce, zapas napojów i nieprzemakalne kubraczki. Fryderyk wiódł za żoną rozkochanym wzrokiem: tworzyła z wózkiem piękny obraz matrony czuwającej nad domowym ogniskiem. Wolne ręce wcisnął w kieszenie wojskowej kurtki, kąsane chłodem nadsyłanym przez wspomniany niż.
— Nie rozumiem? — nie zrozumiała Pulpa, zerkając łakomie na watę cukrową.
— Postanowiła porzucić Adama — wyjawiła Pyza. – Skończyła trzydziestkę i stwierdziła, że życie jest, proszę ja ciebie, za krótkie na małżeństwa i dzieci!
— Zgroza – przytaknęła Pulpa. — Ale trzydzieste urodziny sprzyjają takim podsumowaniom. Sama je miałam swego czasu.
— Ja nie! — zastrzegła się Pyza i poprawiła torbę z zakupami, przewieszoną przez rączkę wózka.
— A miałaś na to czas…? — spytała celnie Pulpa i odebrała od zziębniętego sprzedawcy cukrową watę w kolorze niebieskim.
— Wracajmy do domu — żądał rozżalonym głosem Ignacy. Jego posiwiałe loczki zmieniły się w mokre kosmyki, a z orlego nosa kapały krople deszczu.
— Wracamy, tato — odrzekła krzepiąco Gabrysia. — Pamiętasz, postanowiliśmy sobie skrócić drogę przez park.
— Nie mogę na to patrzeć — jęknął Ignacy i na potwierdzenie swoich słów przymknął dramatycznie oczy.
— Ignacy — wtrąciła szorstko Mila. — Proszę natychmiast otworzyć oczy i dać mi rękę. Oprzemy się temu terrorowi.
— Chodź, dziadziu — wsparła ją Pyza.
Pulpa zerknęła na nich kpiąco, pławiąc się w deszczu jak lśniący, różowiuchny wieloryb. Nie podzielała przerażenia rodziny imprezą pod patronatem sympatycznego prezydenta, a smak gumy balonowej, jakim była nasączona wata wprawiał w coraz lepszy humor. Dlatego też pytanie, które zadała, było przepełnione wyłącznie życzliwą troską.
— A gdzie jest Laura?

— Biali czy czarni, hetero czy geje, biedni czy bogaci; wszyscy czekamy na apokalipsę – deklamował ze sceny chłopaczek z tęczowymi flagami na policzkach. — I ona nadejdzie, jeśli się nie zjednoczymy!
— Posłuchajmy — przystanęła Pulpa. — I tak musimy zaczekać na Laurę.
— Tygrysek jest dorosłą kobietą — wtrąciła z powątpiewaniem Mila. — Umiała w wieku 14 lat pojechać sama do Torunia, więc w wieku lat trzydziestu i trzech będzie umiała trafić do domu.
— I właśnie dlatego zwiesz ją Tygryskiem, a nie Laurą? — zakpiła Pulpa. — Będzie jej miło, gdy zobaczy, że rodzina jej nie opuściła.
Mila spuściła wzrok na swoje sękate dłonie, zamamrotała: — To dziecko zawsze uciekało, zawsze! — ale przystanęła pod sceną.
Deszcz lał konsekwentnie, na białych i czarnych, hetero i gejów, biednych i bogatych. Ze sceny padały deklaracje solidarności i apele o dołączenie się do wkrótce rozpoczynającego się marszu. Pomimo strwożonych spojrzeń Ignacego nigdzie nie było nagich mężczyzn z piórkami w dziwnych miejscach: scenę i okolice zasiedlali ludzie ubrani jak na niepogode w Poznaniu, w nieprzemakalne kurtki, tyle że ich gorsy przyozdobione były bateriami przypinek sławiących równość i tolerancję, a ich głowy — tęczowe czapeczki ręcznej roboty.
Tygryska nie było.
— FREUDE, SCHÖNER GÖTTERFUNKEN, TOCHTER AUS ELISIUM! — ryknęła bez uprzedzenia kolumna na scenie znajomym głosem Bernarda, wywołując popłoch w szeregach Borejków.
— O, bracia! — ciągnął Bernard — I siostry — dodał po namyśle. — Radość jest iskrą Boga, jak powiedział Goethe. Radość jest życiem duszy, jak powiedziałem ja. Freude! Freude!
— Chyba schadenfreude — burknęła Mila, mocno zirytowana bezproduktywnym staniem na deszczu.
— Bracia! – ciągnął Bernard. — I siostry! — dorzucił ciepło. — Obalcie mury! Między człowiekiem a człowiekiem jest mur! Mur obojętności, bracia! Mur smutku! Łączmy się! Cieszmy się! Obalajmy!
— Obali mur i uchodźców nam sprowadzi — mruknął Fryderyk.
Ignacy przeszył go stalowym wzrokiem.
— Sam byłem uchodźcą, drogi chłopcze — podkreślił. — I ty też byłeś, na tej londyńskiej przyjaznej ziemi.
— Bracia i siostry! — wspaniale postawiony głos Bernarda niósł się ze sceny. — Nie pierwszy to mur i nie ostatni, który obalimy. Kto człowieka raz uściskał i swym przyjacielem zwał, kto kobietę lubą zyskał, niech się włączy w wspólny szał! Dziś dodam: kochajmy i kobietę, i mężczyznę, i dwie kobiety, i dwóch mężczyzn, i ich dzieci. Kochajmy tych, którzy nie chcą być ani kobietą ani mężczyzną. Kochajmy tych, którzy urodzili się kobietami, ale są mężczyznami. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba!
Burza braw zagłuszyła konferansjera, zapowiadającego kolejną osobę na scenie.
As we go marching, marching,
in the beauty of the day
A million darkened kitchens,
a thousand mill lofts gray — rozległ się ze sceny mocny i czysty sopran Tygryska, a publiczność nagle zamarła, jak to się zwykle dzieje z publicznością w obliczu prawdziwej, wielkiej Sztuki. Głos Laury był pełen niewinności i pogody, i dalekiej, niebiańskiej czystości. Słuchający jej Borejkowie poczuli ściskanie w gardle i tęsknotę w sercu, bezradność wobec potęg zła i smutek przemijania – i wreszcie nadzieję na nieznaną przyszłość. Wszyscy, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w smukłą figurkę z ciemnymi włosami do pasa.
— Small art and love and beauty
their trudging spirits knew
Yes, it is bread we fight for,
but we fight for roses, too.

Czy to nagle przestał padać deszcz? — zastanawiał się Ignacy, czując nieprzyjemne mrowienie w kącikach oczu. Podniósł głowę. Obok niego stał Bernard i chronił skupionych wokół siebie przyjaciół wielkim, tęczowym parasolem.

https://www.youtube.com/watch?v=qNQs6gSOkeU

 

 

Reklamy

Ródź i równaj do hetero

Staram się nie popadać w antyPiSowską histerię, bo odpracowałam to za poprzednich rządów PiS-u. Przyszła PO, pełna obietnic i co: i nic, krok za krokiem przesuwała się w prawo, dodatkowo uśmieciawiając rynek pracy i prywatyzując medycynę oraz edukację. Tak naprawdę nie wierzę, by ludzie z tych ugrupowań politycznych różnili się czymkolwiek, może poza tym, że jedni bardziej kochają Balcerowicza i Bochniarz, a drudzy – Gowina i Kaczyńskiego. Poza tym zero różnic i wszyscy po jednych pieniądzach, dodajmy – niemałych.

Mimo to są chwile, gdy zaczynam się trząść ze strachu, ze złości, z bezsiły. I popadam w wisielczy humor, bo nie umiem inaczej, inaczej musiałabym w patos, a ten wolę zachowywać na szczęśliwe okazje.

Na przykład wtedy, gdy z okazji jubileuszu chrztu Polski zapowiada się całkowity zakaz aborcji. I nie ma, że w czasie, gdy tę nieszczęsną Polskę chrzczono, zarodek poczęty nie był uważany za nosiciela duszy czy innego pierwiastka metafizycznego. Ot, garstka sytych panów u władzy, przedziwnym przypadkiem mocno wprawionych w opowiadaniu historii o niewidzialnym patriarsze, uznała, że polskie kobiety mają za wiele kontroli nad własnymi ciałami i własnymi życiami. Co się taka jedna z drugą będzie rozporządzać. Jeszcze zacznie gazety czytać, w posły chodzić i poglądów nabierze.

Rodzić nam tu! Nie przerywać, jak już się zaszło, nawet jeśli zaszło się z gwałtu albo wie się, że w łonie taszczy się bezmózgiego potworka, który nie przeżyje pierwszej doby. Czy jesteś nastolatką, która wyczytała, że za pierwszym razem się nie wpada, czy kobietą po pięćdziesiątce, co myślała, że już nie zajdzie czy też może studentką mieszkającą w wynajętym na spółkę pokoju, pamiętaj: tyle jesteś warta, ile twoja macica.

Rodzić! I nawet nie myśleć o antykoncepcji awaryjnej; każda pęknięta guma, każdy niekonsensualny seks powinny się kończyć poważnym ryzykiem ciąży, abyście zrozumiały wreszcie, że seks to ma być przyjemność dla mężczyzn, a nie dla was, no chyba wam się w dupach poprzewracało, skoro myślicie inaczej. Właściwie to odpuśćcie też myśl o globulkach. No ostatecznie możecie być bogate i z dużych miast, to wtedy będzie wam trochę łatwiej. Ale nawet wtedy nie zapominajcie, co powinniście w pierwszej kolejności.

Rodzić! I to żeby nam było naturalnie, a nie, że probówki, szklane rurki i szlochające w ciekłym azocie blastocysty. Nie przywiązujcie się do myśli o wielkim szacunku do Matki Polki. Szacunek jest do Polskiego Embriona, Polskiego Biskupa, Polskiego Biznesmena i Polskiego Władcy. Rodzaj męski, zwróćcie uwagę. Wy tu jesteście od tego, by począć naturalnie i naturalnie powić. Im bardziej boli, tym lepiej. Życie nie jest od tego, by wam było przyjemnie.

Rodzić! I nie pytać, co dalej. Dał dzieci, da i na dzieci. Że z roboty wyrzucą? To posiedzi w domu, na utrzymaniu męża, może jej fantazje o rozwodzie przy okazji wyjdą z głowy. Albo niech się więcej stara, wiadomo, że pracowite kobiety los nagradza prezesurą i synekurą. A jak już rozwiedziona i czeka nieskutecznie na alimenty, no cóż, państwo to nie matka, było się zastanowić przed rozwodem.

Zauważyłyście, że piszę wyłącznie o związkach hetero? Nie bez powodu. Jak powszechnie wiadomo, na tych leniwych piachach ziemi Żeromskiego nikomu nie żyje się tak dobrze, jak parom nieheteronormatywnym. Sąsiedzi pozdrawiają ich ciepłymi opowieściami o częściach rowerowych, łysi chłopcy wklejają ich zdjęcia na serwisy społecznościowe z czułymi ofertami kontaktów cielesnych, a politycy wciąż myślą, jak im jeszcze bardziej to i owo usłać różami. Stąd, jak się domyślacie, te wszystkie projekty redefiniujące rodzinę i prawo własności.

Równać do hetero! Bo tutaj jest Polska, 2016 i nie ma powodu sądzić, że kiedykolwiek uwzględnimy prawa jakiejkolwiek mniejszości. Solidarność dla tych ludzi to tylko okruchy ze styropianu, a wspólnotę to ostatnio widzieli podpisując intercyzę u notariusza. Więc czemu się przejmować setkami tysięcy ludzi, którzy żyją sobie w bloku obok, robią zakupy w tym samym sklepie czy posyłają swoje dzieci do tego samego przedszkola?

Równać do hetero! Lepiej napiętnować, odmówić praw i wyrzucić poza nawias społeczeństwa. Lepiej rozstrzygać o ich wartości tylko na podstawie tego, kto im się podoba i z kim chcą spędzać życie. Lepiej opowiadać obleśne żarty o lesbijkach, chichotać przy osobach transseksualnych i mówić dużo o seksie analnym w obecności gejów. Jak wiadomo, heterycy robią dokładnie to samo: jak tylko zorientują się, kto jak lubi, nie marnują okazji, by do tego nawiązać, a boki przy tym zrywać.

Równać do hetero! Lepiej powtarzać niepotwierdzone bzdury o męskich wzorcach, które dziecko ma sobie wgrać w wewnętrzny twardy dysk niż pogodzić się z faktem, że rodzinę tworzą, tak po prostu, bliscy sobie ludzie. Tacy, którzy mieszkają razem, i tacy, którzy często się odwiedzają. I skąd to przekonanie, że wzorce wynosi się tylko z domu? Chciałoby się! Tymczasem dziecko idzie do szkoły, nawiązuje przyjaźnie i serio, serio – mnóstwo wpływu mają wówczas na nie rówieśnicy. Może więc martwmy się raczej o to, czy nasi znajomi wychowują swoje dzieci na wyrozumiałe, tolerancyjne i serdeczne zamiast martwić się o brak mężczyzny czy kobiety w domu?

Bo jedyny godny naśladowania wzorzec to ten, co szanuje, traktuje podmiotowo i wspiera. Bardzo bym chciała, by tacy byli polscy politycy. Bardzo tak nie jest. Póki co jedyne, co mogę zrobić, to napisać gniewną notkę.

Ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.

 

 

Dziesięciu wspaniałych samurajów

Jacek Żalek: związki paramałżeńskie to wprowadzenie małżeństw homoseksualnych.

A jak wiadomo, w ciasnej przestrzeni urzędu stanu cywilnego jest miejsce tylko na jedną suknię ślubną.

Antoni Mężydło: Niektóre kobiety mają problem ze znalezieniem partnera, bo większość potencjalnych kandydatów nawet jak nie jest gejami, to udaje gejów.

I zostają lesbijkami. Makes perfect sense.

Andrzej Kania: Szacunek dla związków homoseksualnych, ale nie ma powodu, by je sankcjonować.

Jestem bowiem zdania, że nic tak nie poprawia humoru, jak szacunek wyłącznie deklaratywny.

Konstanty Miodowicz: Moi wyborcy nie odnajdują się w optyce homoseksualnej.

Zdziwiłby się, ilu z nich nosi okulary z różowymi oprawkami.

Piotr Tomański: Każdy obywatel ma takie same prawa, ale ja reprezentuję Podkarpacie.

Podkarpacie już przeprosiło za Tomańskiego i przekazało, że sobie nie życzy takiej reprezentacji.

Andrzej Gut-Mostowy: Klub to jest 200 osób i każdy ma inny punkt widzenia.

A prawda leży pośrodku, dzięki czemu zachowuje pozycję misjonarską.

Tomasz Głogowski: Pomysł, by dwie panie czy dwóch panów rejestrowało związek, to fanaberia.

Do porządnej pracy by się wzięli, dzieci zaczęli wychowywać.

Grzegorz Raniewicz: Wystarczą umowy, by zabezpieczyć interesy związków partnerskich.

Zwłaszcza w małych miejscowościach notariuszów przecież jak naplute.

Mariusz Grad: Nie mam nic do homoseksualistów, ale parę powinni tworzyć kobieta i mężczyzna.

Oraz żyraf i żyrafowa, a także ślimak i ślimakowa.

Marian Cycoń: Czy Polskę teraz stać na mało stabilne rodziny?

Stać na fundusz kościelny, to i z rodzinami damy radę. DAŁ NAM RODZINY, DA I NA RODZINY.

Problem z Hołownią

Z Hołownią problem jest taki, że on jest miły.

Serio. Ma miłą buzię wypoczętego trzydziestolatka, urocze nadąsane usteczka, na pierwszy rzut oka wydaje się być młodym, wykształconym człowiekiem z wielkiego miasta, którego można zaprosić na drinka i może nawet poderwać, a że przy okazji lubi sobie pogadać o religii, no cóż, każdemu jego porno.

Religia.tv ma coolerski talk-show z taką w stylu roku 2008 czołówką i mapetami w okienkach szyderców. Nazywa się to „Bóg w wielkim mieście” i Hołownia pewnego razu do programu zaprosił swojego kolegę Michała Piroga. Skłamałabym mówiąc, że wypatrzyłam godzinę emisji i popędziłam po popcorn, bo przecież nie mam telewizora. Program znalazłam przeczesując forum na gazecie. Ale owszem, zauroczona początkiem: „Tancerz. Żyd. Gej. Jak udaje mu się sprawnie połączyć to wszystko? Jak udaje mu się sprawnie żyć na tych trzech wymiarach?” siadłam i oglądłam, pełna oczekiwań na samo gęste wyciekające z ekranu.

A tam o tańcu nic, o żydowskich korzeniach jednym palcem i raczej w wymiarze religijnym: „nie możesz być agnostykiem! przecież jesteś Żydem!” (i biedny Piróg musiał wyjaśniać, że żydowskość ma dla niego znaczenie pochodzeniowe, jakby po jego oświadczeniu o agnostycyzmie nie było to oczywiste), a o gejostwie, owszem, sporo.

Gdy mam do czynienia z sytuacją „przychodzi gej do katolika”, to łapię się na myśli, że wiesz, geju, ale ty jednak tę krzywdę robisz sobie trochę sam. Znaczy, no, czego się spodziewasz, że katolik powie coś inaczej niż JP2? Że czyny homoseksualne nie są grzechem i że to wcale nieprawda, że jedynym dla ciebie ratunkiem, by czuć się dobrze jako katolik to pełna seksualna abstynencja? No serio, czemu sobie, geju, nie odpuścisz katolicyzmu, bo ta religia wyraźnie ci mówi, że cię nie chce. Można przecież poszukać gdzie indziej, religii jest jak naplute albo zrobić sobie prezent i zrozumieć, że nie są potrzebne.

Ale Hołownia nie jest typowym katolikiem i nie skrzywdzi Piroga, prawda?

Hołownia wszak nie jest Terlikowskim, który krzyczy o dziwkarzach, co mieli więcej niż jedną partnerkę seksualną w życiu; co nie są wierni jednej żonie przez całe życie; nie, to nie styl Szymona. Szymon tylko uśmiecha się jednym kącikiem, trochę jak Indy w Ostatniej Krucjacie i na stwierdzenie Piroga, że będąc aktywnym seksualnie nikogo nie krzywdzi odpowiada „mamy różny pogląd na różne sprawy i nie przeszkadza to nam się szanować, mam wrażenie” (spojrzenie Piroga jest w tym momencie pełne ciepła i oddania). Ale czym to się różni, poza formą? On mówi to samo, mówi „nie akceptuję, stary, tego, co robisz, pod kołdrą czy na stole, ze swoim facetem, bo tak nasiąknąłem religią, że nie widzę, jak niegrzecznie jest zaglądać komuś w majty”. Komunikat, który jest, być może, akceptowalny z ust bardzo bliskiej osoby, a nie kolegi z pracy.

[chociaż homofobiczny katolik włączony w slasha zawsze mnie bawi; zauroczyło mnie uwodzicielskie zdanko „miałem perwersyjną ochotę, żeby cię nawrócić” i ładnie pachnący dominacją okrzyk „BĘDZIEMY TAK DŁUGO ROZMAWIAĆ AŻ PÓJDZIESZ DO NIEBA”]

Ej, ej, ale Szymon nie jest homofobem, przecież zaprosił Piroga, rozmawiał z nim w programie! (ludzki pan)

Ej, ej, ale jednak jest, no bo na swoim blogasku na Newsweeku pisze tak:

 Chodzi o to, że homoseksualizm jest dla nas (na przykład dla mnie) czymś niezgodnym z fundamentalną, niedyskutowalną prawdą, nie mającą żadnego połączenia ze sferą w której można coś przegłosować jako „sztuczną granicę seksualności” albo też nie. (…) To, że geje byli w starożytnej Grecji i walczyli pod Grunwaldem, nie zmienia faktu, że ludzka seksualność i emocjonalność nie tak została pomyślana.

Wiecie, trzeba mieć w głowie naćkanych uprzedzeń, by w ten sposób budować narrację wokół orientacji seksualnej; trzeba bardzo nasiąknąć retoryką wykształconych, porządnych chrześcijan z wielkich miast, by nadawać swoim urojeniom pozornie racjonalny charakter. A mamy przecież tutaj i religijny kreacjonizm „została pomyślana”, i bardzo charakterystyczne dla środowisk homofobicznych przypomnienie, że homoseksualizm przestał być uznawany za chorobę w wyniku głosowania, i wreszcie zgrabne, doktrynalne nawiązanie do wartości obiektywnych jak prawda.

Nie rozumiem jednak dlaczego państwo, nawet jeśli nie z pobudek aksjologicznych, miałoby wspierać (jak wspiera małzeństwa poprzez wspólne rozliczenia, odliczenia etc) pary, które nie poniosą wysiłku wychowania temu społeczeństwu dzieci. A nie poniosą, bo nie może być zgody na to, by dziecku od najmłodszych lat fundować wątpliwe moralnie eksperymenty (jeśli religia w szkole to indoktrynacja nieletnich przy użyciu jednej wątpliwej opcji, jak zdarza mi się słyszeć, to jak nazwać taką sytuację?), tylko dlatego że ktoś doszedł do wniosku, że „chce mieć dzieci”.

Nie wiem, czy jest tutaj co komentować: Hołownia nie lubi także bezdzietnych małżeństw i porównuje indoktrynację religijną do wzrastania w rodzinie jednopłciowej. Bo wiecie, bycie wychowywaną przez dwie kochające się kobiety to zupełnie tak samo jak dorastanie w przekonaniu, że non-stop gapi się na ciebie jakaś rozumna istota, która ma ci za złe większość przyjemnych rzeczy. Jeśli były ostatnio jakieś mistrzostwa chujowej analogii, to Szymon mógłby spokojnie się zgłosić po nagrodę.

W programie „Bóg w wielkim mieście” (fajna gra słów z seksem w wielkim mieście, nie? pewnie, że nie) też było o obiektywnych wartościach, bo Hołownia nie wierzy, że agnostyk może być moralny sam z siebie. Jest pewien, że to musi być tak, że spotyka się takich dwóch areligijnych hedonistów i mówią sobie: dobra, ustalmy, co jest dobre, a co złe. Kaszka mleczna jest dobra. Banany i pomidory są dobre. Czekolada jest nawet bardzo dobra.  Muzyka Maniców jest dobra. Mężczyźni nienawidzący kobiet są źli. To co, pójdziemy do mnie?

Zawsze mnie fascynuje myśl, że ludzie pokroju Hołowni muszą mieć jakiś bat jak grzech czy karma, by nie krzywdzić innych. Naprawdę nie rozumieją prostego równania, że krzywdzenie innych jest po prostu nieopłacalne?

…no nie, nie rozumieją, mieliby przecież wówczas zdolność rozpoznania krzywdzących wątków w tym, co mówią. I naprawdę, nie ma dla mnie wielkiej różnicy, czy robi to Terlikowski, który jednak siedzi w rezerwacie Frondy i tylko od czasu do czasu jest wyciągany do maistreamu, ale jednak jako ciekawostka; czy Hołownia, który w tym mainstremie rozgościł się, rozsiadł i napycha swoje usteczka frazesami o obiektywnych wartościach.

To znaczy, różnica jest taka, że Hołownia jest gorszy.

Prawdopodobnie tl;dr

No i toczy nam się debata o związkach partnerskich; siłą rzeczy toczy się także dyskusja o adopcji przez pary jednopłciowe.

Znaczy dla mnie to już jest kawałek, który przeskoczyłam i gdy gdzieś natykam się na flejma na ten temat, czuję się zaskoczona. No jak to, ludzie? Mamy XXI wiek, rodziny patchworkowe, kilkadziesiąt tysięcy par jednopłciowych wychowuje dzieci, dysponujemy badaniami, że dzieciom to nie szkodzi (myślmy o dzieciach!), a wy nadal się wahacie?

Ano, się wahają. Moje ulubione forum przeszło ostatnio pewną rewolucję, ale zanim to się stało, jeszcze wówczas niezbanowana, urocza interlokutorka argumentowała tymi słowy:

…chodzi o to, aby osoby homo mogły mieć związki, być traktowane w społeczeństwie z szacunkiem należnym każdemu człowiekowi bez względu na jego orientację seksualną czy wyznanie itp., ale nie zgadzam się na to, aby kogoś krzywdziły, a adopcja (czy „majstrowanie”) przez nich dzieci jest dla tych dzieci krzywdą.

Ktoś nie znający forumowiczki pewnie w ripoście by odparł „no ale co, uważasz, że dzieci są wychowywane genitaliami, że tak bardzo według ciebie liczy się to, że rodzice są różnych płci? Przecież to, co najbardziej układa człowieka w odpowiedniej szufladce z orientacją, odbywa się jednak nie przy dzieciach. Czy nie?”

Ale nie, nie, tu sięgamy głębiej, a papcio Freud zaczyna ganiać grabarzy.

Psychologia obecnie ma 100% pewności, że każde uczucie w dziecku nagrywa się. Zabranie dziecka od matki i pozbawienie go tej kontynuacji kontaktu, której ono będzie potrzebowało do prawidłowego rozwoju psychiki przez najbliższe lata, jest strasznym doświadczeniem i „nagrywa się” w dziecku. Potem, owszem, inne ręce je noszą, przewijają, karmią z butelki (Elton John kupował mleko z kobiecej piersi, kurier je dowoził codziennie), ale dla dziecka to nie to samo co ta kontynuacja bycia z matką i ssania jej piersi, której potrzebuje.

Nagrywanie uczuć to mem, którym nasza dyskutantka uwielbia się posługiwać. Wyczytała u jakiejś Alice M. czy innej antypedagogiczki, że się nagrywają (na wewnętrzną taśmę magnetofonową w kasecie normalnie) i koniec, można jej mówić, że nie, relacja matki z noworodkiem nie ma znaczącego wpływu na emocje, nic z tego. Zwracam Wam również uwagę na dodatkowy terror laktacyjny: jesteś złą matką, jeśli nie karmisz piersią! (OK, OK, cycki są miłe, ale umówmy się: nie każda może, nie każda chce, niech sobie wybierze, skoro wreszcie może, a nie).

Skutki tego oddzielenia dadzą o sobie znać na sto procent, ale najbardziej w dorosłym życiu tego dziecka i spowodują wiele trudności. Zależnie od tego jaką dziecko ma jaźń i jak jest silne, będą one mniejsze lub większe, ale zawsze będzie to jakaś „otchłań” w tym człowieku, która będzie nim kierowała w jakąś stronę (uzależnienia?, destrukcja?, szukanie „psychicznej matki”?), aż się połapie o co chodzi i jakoś to opłacze i pozbiera się (albo nie).

Dobra, ja mam zboczenie socjologiczne, mam duże zaufanie do wpływu środowiska, socjalizacji pierwotnej, ale głupotą byłoby nie pojmować, że człowieka kształtuje triada geny – środowisko – indywidualna emocjonalność. Tym samym fakt oderwania noworodka od cyca jako jedyna przyczyna skłonności, w szerokim sensie, autodestrukcyjnych, jest tak absurdalny, że mogę tylko odeśmiać sobie tyłek.

Na forum MM pisała jedna z kobiet, że została właśnie oddzielona od matki jako noworodek i choć zaadoptowana przez parę heteroseksualną i wychowywana jak córka, z miłością, to jednak potem odzywały się w niej dziwne rzeczy w psychice, właśnie taka „otchłań” i miała/ma wiele problemów ze sobą, m.in. uzależnienie. Jest to jeden z przykładów, ale ja znam ich więcej i jest to pewnik, że oddzielenie od matki nie może być czymś obojętnym dla psychiki.

Wiecie, że chyba dopiero w tym kawałku dostrzegłam nadużycie, jakiego dopuszcza się dyskutantka: pisząc o oddzieleniu od matki przemyca dodatkowo narrację, że oto kochającej matce odebrano przemocą dziecko, bo jacyś inni ludzie chcieli sobie to dziecko, like, lepiej wychować. Jak córkę, ale wszyscy wiemy, że to takie udawanie, bo tylko krew z krwi, kość z kości, ja tu widzę łono. Ten diss na adopcję jest wyjątkowo ohydny, jest w nim jakiś pieprzony genizm, że tylko rodzone dziecko jest prawdziwe, tylko biologiczni rodzice mają znaczenie w rozwoju dziecka. Nie mają. Wcześnie wyadoptowane dziecko nie zauważy różnicy. Po prawdzie, będzie mu też obojętne, czy wychowują go ludzie tej samej czy różnych płci, bo, heloł, dzieci do jakiegoś 7-8 roku życia generalnie przyjmują wszystko as it comes.

Dodam, że tak naprawdę powoływana przez Ginestrę kobieta pisała:

Nie widzę, przyznam szczerze, większych dysfunkcji niż w znajomych, którzy tego nie zaznali. A spora część wzorców, jakie powielam, wynika raczej z tych podpatrzonych u moich aktualnych rodziców (przecież wiem, że zaciskam usta zupełnie jak mama, gdy coś budzi moją dezaprobatę!). Więc może jednak ten pierwszy rok jest trochę przeceniany, jeśli później rodzice dołożą starań, by załatać doznaną przez dziecko dziurę w poczuciu bezpieczeństwa?

Lubię fora na gazecie, zwłaszcza te, na których dobrze się znam z forumowiczkami: za przekłamanie znaczenia tego posta tylko po to, by jej pasował pod tezę „homoseksualiści się nie nadają do wychowywania dzieci” została solidnie zglanowana i zbanowana. Co jest trochę smutne, a trochę radosne, że wreszcie dało się buckę zaorać.

Za to dużo zabawniej  robi się teraz:

Oprócz wzorca więzi pierwotnej, czyli pewnego wzoru, który dziecko uwewnętrznia, a w którym optymalne jest, że powinien obejmować więź z matką (hetero) i ojcem (hetero), istnieje też „nieświadome modelowanie” (dziewczynka na matce, chłopiec na ojcu) plus wiele innych nieświadomie wchłanianych przez dzieci rzeczy, które przekazują rodzice i przy adopcji homoseksualnej dziecko nie ma możliwości modelowania na jednej konkretnej matce albo na jednym konkretnym ojcu i widzenia jak każde z rodziców różni się płcią, a co za tym idzie, różnymi cechami i sposobami reagowania na świat i na nie.

Innymi słowy: rodziny niepełne nie wymodelujo nam odpowiednio dzieci. Stanowczo najlepiej jest, gdy tatuś leje mamusie po pysku lub mamusia leży pijana w betach do południa, ale wymodelują, niż gdy dziecko trafi do zdrowej rodziny jednopłciowej, bo się zmodeluje w sposób homoseksualny. Co oczywiście jest złe. Ładny jest też ten neuroseksistowski kawałek o płci różnicującej reakcje na świat i dzieci. Palce lizać.

We mnie budzi sprzeciw i grozę wszelki handel ludźmi i traktowanie człowieka jak przedmiot.

No, na przykład jako inkubatora. Też się sprzeciwiam.

W przypadku par homoseksualnych jest tak, że naprawdę przecież kobieta nie zapłodni kobiety, ani mężczyzna nie zapłodni mężczyzny, aby mieli „razem” dziecko, a więc, jak chcą mieć dziecko, to będą musieli to dziecko sobie „kupić” albo w jakiś inny sposób wziąć spreparować.

Weźmisz czarno kure i zasuszonego homunkulusa. Iiiiigoooor!!!

Będzie [to dziecko, zwłaszcza u lesbijek] bez ojca i bez możliwości „uwewnętrznienia” obrazu ojca.

BO DZIECI LESBIJEK NIE MAJĄ BIOLOGICZNYCH OJCÓW,  A ICH MATKI PRZYJAŹNIĄ SIĘ TYLKO Z KOBIETAMI.

U kobiet ponadto odzywają się nieświadome mechanizmy, bo dziecko jest „bardziej jednej” i jest nieświad. rywalizacja i mechanizmy „zapobiegania jej” u obu pań – ze szkodą dla dziecka. Tego nie ma u rodziców hetero.

Absolutnie nie. Nie tworzą się żadne podgrupy, grupki wsparcia i koalicje, nawet w niedysfunkcyjnych rodzinach. Nie wiem, co ona zażywa, but it should be illegal.

Następnie gazetonautkę przepełnia zgroza:

Do stworzenia człowieka potrzeba po prostu trochę spermy i jajeczko.

NO SHIT, SHERLOCK.

I nieważna jest osoba, w której to jajeczko dojrzewa, i że z chwilą poczęcia dziecka, ta osoba jest matką i tworzy się w dziecku ta nierozerwalna więź z jego matką.

Ta więź to pępowina i owszem, nadchodzi moment, w którym powinno się ją odciąć.

Nieważne, kim jest ten ktoś drugi, kto dał mu życie, do kogo dziecko będzie potem podobne, czyli ojciec – można go zredukować do paru mililitrów spermy.

Albo do koloru oczu i włosów, w żadnym przypadku gościa, z którym się człowiek bawiła matchboxami, torem wyścigowym lub układał puzzlowe mapy. Jezujezu.

Dla mnie takie podejście jest nieludzkie. (A propos, czytałam o Eltonie, że ten chłopiec ma pięcioro rodziców: jajeczko jednej kobiety wszczepiono innej (surogatce), a sperma pochodziła od młodego faceta, bo Elton i jego partner są za starzy i ich sperma mogła być gorsza, plus są „rodzice”: Elton =mama i ten drugi=tata). :((

Dla mnie nieludzką jest emotka na końcu posta stwierdzającego fakt adopcji przez parę homoseksualną.

Zwłaszcza, że choć wprawdzie pan poseł Gowin sobie ręki nie poda, to jednak z sondażu wynika, że większość ma inne zdanie (ok, ok, wiem, że takimi sondażami łatwo manipulować, ale):

 

Sami jesteście dewianci

W maju w Łodzi dzieje się tyle, że jak nigdy odpuściłam sobie weekend z nader rzadko występującą Slotną i Radkowieckim i postanowiłam pozostać w swoim rodzinnym mieście, by przynajmniej po części wziąć udział. Wśród wydarzeń szczególnie mnie interesujących był Maraton Równości, a zwłaszcza Marsz Równości. Na parę dni przed marszem już było wiadomo, że w pobliskim parku organizuje się kontrmanifestacja o szumnej nazwie PIKIETA W OBRONIE TRADYCYJNYCH WARTOŚCI RODZINY. Co to jest, że jak coś ma w nazwie tradycyjne i wartościowe, od razu wiadomo, że przyciągnie tych, których tradycją i wartością jest nienawiść do jakichkolwiek innych?

[w ogóle, JA PIERDZIU JAKI ODJECHANY PERON:

homoseksualizm, czyli klasyczny przykład skrzywienia umysłowego o podłożu seksualnym, wywołanego błędami w wychowaniu podczas dorastania, brakiem równowagi między wzorcem męskim a damskim, lub konsekwencją molestowania seksualnego i umysłowego

  • skąd wy, rodzinni wartościowcy bierzecie te definicje? wysysacie z brudnego palucha? ja rozumiem, że niektórym marzy się, by w szkołach uczono tylko tego, co uczniów interesuje, ale póki co chyba macie biologię? i skoro jesteśmy wedle was tacy strasznie chorzy, jak bardzo altmedową jest praktyka leczenia nas za pomocą obrzucania artykułami spożywczymi?]

Gdy przypedałowałam na Stary Rynek na parę minut przed 14:00, moim oczom ukazał się następujący widok: w samym rynku coś około setki osób (potem mi powiedziano, że blisko dwie – nie umiem oszacować liczebności ludzi na oko, niestety), poubieranych, wbrew doniesieniom łódzkiej prasy papierowej, przeróżnie, rzekłabym, że nie inaczej niż na codzienną ulicę. Kolor czynili głównie bębniarze (absolutnie cudowna ekipa, nie mogłam oderwać od nich wzroku) plus baloniki, które pod koniec marszu frunęły pod niebo. Było trochę cyklistów. Generalnie, gdyby nie transparenty, poważnie obawiałabym się pomylenia manifestacji.

Chociaż – nie. Po TAMTEJ STRONIE, w parku Staromiejskim, odgrodzeni kordonem policji (yay, mundury i pałki na wierzchu) zbierali się obrońcy wartości i tradycji. Różnili się od nas, prócz napisów na transparentach, tym, że mieli pozasłaniane szalikami wdzięczne twarzyczki. Oraz przynieśli prowiant. Pokrzykiwali dość raźno i muszę przyznać, że było ich, cholera, więcej. Co jest w dzidę smutne.

Linkowany przeze mnie artykuł marszrutę opisuje mocno chaotycznie, więc w dużym skrócie: wyszedłszy z rynku poszliśmy ulicą, wcinającą się w park Staromiejski, w stronę Piotrkowskiej. My ulicą i chodnikiem po prawej stronie, z lewa kordon stu policjantów, za nimi młodziutcy i pełni werwy obrońcy, którzy zaczęli zużywać prowiant, tj. ciskać w nas jajkami. Śmiechom i żartom na temat troski o nasze apetyty nie było końca. Obrońcy wznosili również okrzyki, których treść mi umknęła, jako że bębniarze dawali czadu i mieli moc.

[edit: na tym zdjęciu dobrze widać, jak szczelnie – i całe szczęście! – byliśmy odgrodzeni]

Było także rzeczą dość oczywistą, że podczas, gdy my będziemy szli Pietryną, chłopcy narodowcy (nie, to nie seksizm, ja naprawdę w ich tłumku nie widziałam ani jednej kobiety; waham się wysnuwać z tego wnioski) będą przemykać ulicami równoległymi i czynić spontaniczne wypady z przelotowych bram. Ludzie na samej Piotrkowskiej reagowali przeróżnie, a było ich dużo, bo trwało Święto Łodzi – od okrzyków, że gówniarzom się poprzewracało, przez (co najczęstsze) wyciąganie aparatów i komórek celem uwiecznienia marszu po brawa. I faktycznie, osłonięte szalikami mordeczki co i rusz wychynały z kolejnych bram, a w pewnym miejscu istotnie nas zastopowali, blokując przecznicę i dokładając do jajek – ziemniaki. No, przynajmniej jeden poleciał w naszą stronę, co zostało powitane radością, że jest oto i obiad.

Blokada wzbudziła pewną konsternację. Obrońcy wartości zaczęli skakać, nolens volens w rytm naszych bębnów, krzycząc, że kto nie skacze, jest pedałem. Gdy już odeśmialiśmy sobie dupska, odskandowaliśmy „skaczcie do góry jak kangury”. Po parunastu minutach narodowcom skończyły się zarówno pomysły co do groźnych okrzyków, jak i zapał, z którym podjęli decyzję o blokadzie. Nie bez wpływu na to była stanowcza postawa policji, która sprawnie oddzielała nas od nich i twardo nie dopuszczała do jakiejkolwiek konfrontacji. I sobie poszli. „Marsz równości idzie dalej” – wyskandowaliśmy i ruszyliśmy, by w sumie po dwóch przecznicach zawrócić, gdyż na wysokości Andrzeja/ Tuwima Piotrkowska była już odgrodzona od ruchu ze względu na jarmark.

Nie oszukujmy się, ja wiem, że gdyby nie obecność policji, najprawdopodobniej nie darłabym łacha z dramy obrońców rodzinnych wartości, bo sam fakt, że coś, co nosiło nazwę pikieta, miało w swoje działania wpisane ciskanie przedmiotów w tłum, pozwala sądzić, że manifestacja nie miała być pokojowa. Z tego, co mi wiadomo, środowiska wycierające sobie gębę wartościami rodzinnymi generalnie mają zamiar w ten sposób zakłócać kolejne marsze i parady manifestujące poparcie dla praw LGBTQ, a same „pikiety” organizują pod na tyle neutralnymi hasłami, że trudno ich przyłapać na hate speech i nawoływaniu do agresji. To już się dzieje w czasie pikiet – i cóż, mam nadzieję, że wszędzie ochrona policji będzie równie sprawna, bo może być różnie.

O tym, jak bardzo nie pojmuję, dlaczego parady i marsze budzą taki gniew u rzeczonych obrońców, chyba wspominać już nie muszę. Chyba trochę słabe te wartości, skoro grupa ludzi z bannerem jest w stanie im zagrozić i trzeba stawać w obronie, nie?

Jeden szejkhend do Przewodasa

To nawet nie jest tak, że przenosząc bloga na wordpressa miałam założenie: „od teraz będę pisać tylko po lewacku, o aborcji, feminizmie i homofobii”. Chociaż nie przeczę, że uwielbiam flejmować w tych tematach, nawet jeśli flejm polega na powtarzaniu tych samych do znudzenia argumentów.

Ostatnio bardziej tłukłam buców w temacie homofobii. To dlatego, że ruszyła kampania „Miłość nie wyklucza”. Zgodnie z informacją na stronie:

„W ramach kampanii „Miłość nie wyklucza” chcemy pokazać, że tworzenie ram prawnych dla związków osób tej samej płci jest europejskim standardem cywilizacyjnym, a zmiany społeczne, jakie na tym obszarze życia zaszły w Europie, nie ominęły też Polski. Nasze prawo jednakże nie nadąża za rzeczywistością, a władza nie wchodzi w dialog ze społeczeństwem. W kampanii chcemy więc głośno wyrazić tę poważną potrzebę społeczną, chcemy dać głos tym, których prawo nie widzi, a politycy ignorują. Od pół roku słyszymy obietnice podjęcia w Sejmie debaty na temat związków partnerskich. Czy dojdzie ona do skutku przed wyborami parlamentarnymi? Czy rządzący i opozycja posłuchają swoich wyborców?”

Mam taką nadzieję. Generalnie kampania ma moje wsparcie. Kampania budzi opór, co zostało już skomentowane u Abiekta, w Trzyczęściowym Garniturze oraz u Navairy. Tudzież zostało szczegółowo opisane na stronie kampanii. Co dziwi mnie o tyle, że trzeba mieć naprawdę posraną wyobraźnię, by w takich plakatach:

dopatrywać się półnagich facetów z piórkami między pośladkami (in immortal words of jeden z komcionautów; mam zresztą wrażenie, że to dość kanoniczny komentarz). Srsly, people, muszę się dobrze przyjrzeć, by zobaczyć, że pary są jednopłciowe. Obraża was widok tulących się do siebie ludzi tej samej płci? Rozumiem, że z meczy i koncertów też wychodzicie oburzeni?

Niewykluczone, że będę także na Paradzie Równości, bo w tym czasie zamierzam być w Warszawie po Sonisphere.

W ramach Parady Równości burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, postanowił na gmachu Urzędu Dzielnicy wywiesić tęczową flagę. Fuckyeah!  Wydawałoby się, piękny gest wsparcia i co tu może budzić kontrowersje?

(tak, możecie mnie nazywać naiwnym łosiem)

Wnet na fujzbuku powstało jednak wydarzenie „Nie dla promocji homoseksualizmu na Ursynowie!” (bo homoseksualizm, nie wiem, czy wiecie, jest towarem i można go sobie nabyć. Względnie pozyskać przez naśladownictwo). Iwęt ma 1,764 attending and counting, pomimo zgłoszeń. Może Cukierberg obchodzi święta i zajmie się tym we wtorek. Jeśli jeszcze jest, rzućcie sobie okiem w komcie – ale uprzedzam, że to nurkowanie w szambie. Oraz niezła lekcja poglądowa, ilu buców mieści w swoim pojemnym łonie portal społecznościowy, buców, którzy podpisują się imieniem i nazwiskiem pod cudnościami, które tworzą i miewają nawet otwarte na oścież profile (co może czasem dostarczyć niskiej uciechy po obejrzeniu ich zdjęć i lajeczków).

Najbardziej chyba puścił się poręczy jeden komcionauta, wobec którego nie oparłam się pokusie i przerobiłam w stylu DlaczegoNieNapalm:

Generalnie moc uciech, ale i zgroza. Ludzie, jak wam nie wstyd.

Tym, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości, przypomnę, że gdyby niewolnicy, kobiety czy niepełnosprawni niewolnili się, kobiecili i niepełnosprawnili w domu po kryjomu, nie mieliby żadnych praw. A wpływ na to, że należeli (i często niestety nadal należą) do grupy wykluczonych, mieli, dokładnie tak jak LGTB, żaden.

Wspomniałam Navairę, którego szalenie pochwalam. Moja forumowo-fejzbuczana znajoma, Tess, zalinkowała dziś jego notkę z buńczucznym komentarzem, że jeśli są na sali homofoby, zaprasza do komciowania na blogasku. W tym momencie srogo pierdolnął pan Konrad Lewandowski, jak się okazuje, Człowiek ze Swoją Stroną na Wikipedii, tuz polskiej SF (eee?), znany juznetowcom pod nickiem Przewodas (jakże żałuję, że ominęły mnie czasy irca i usenetu. Oraz twórczość pana Lewandowskiego, no wstyd mi, nie czytałam. Znajomi donoszą, że poza cyklem kryminalnym nie bardzo mam czego żałować).

Po tej przepychance Teś wywaliła komcie Przewodasa, zaś on postanowił pchnąć mi prajwyt mesydża, zaczynającego się od słów „Dzidzia”. Na moją prośbę o podanie spisu pisarzy, którzy dochrapali się sukcesu wyłącznie dzięki swojej orientacji, rzucił:

„Witkowski, Dehnel, Pasewicz… Innych miernot nie chce mi się liczyć. Gdyby nie orientacja pies z kulawą nogą by ich nie czytał.”

Dobra, wiem, że risercz, który popełniłam, był mocno ziemkiewiczowski: po prostu sprawdziłam, że Witkowski i Dehnel byli wydawani przez W.A.B., które wydaje około 50 książek rocznie. Jeśli ktoś jest w stanie mi dostarczyć jakieś lepiej przygotowane zestawienie, będę wdzięczna. Tym samym w swojej odpowiedzi odniosłam się tylko do dwóch pierwszych pisarzy; w dużym skrócie wyjaśniając panu Lewandowskiemu, że nie odbiegają procentowo od ogółu populacji homoseksualnej, zaś przypisywanie ich sukcesów orientacji lub, co wszak zasugerował, usługom homoerotycznym, świadczy nieźle o jego racjonalizacji na temat braku sukcesów literackich. Wspomniałam też o posługiwaniu się zaściankowymi stereotypami w postrzeganiu gejów jako tych, którzy tylko bawią się i brylują, podczas gdy „normalny biały heterycki człowiek” gnie się pod jarzmem pracy. Po czym zablokowałam go, bo i tak czułam się nieco zbrukana.

Pan Lewandowski w chwili obecnej spektakularnie cierpi na ścianie (tutaj w wersji dla niefejsujących, stan na dzień 25.04.2011, godz.18:00). [edit: Pewną pociechę stanowi mu chór pryszczersów, który przyniósł mu mojego blogaska].  Jakoś mi go nie żal.