Klauzula bycia nieczułym bucem

Jak się znajome dobre osoby troszczące o prawa człowieka orientują, minister Radziwiłł dziś wziął zdrowy rozpęd i przydzwonił z całej siły nieprzesadnie zasobnym w wiedzę łbem o ścianę.

W poranku Radia Zet z jego ust szparek spłynęła bowiem następująca mądrość: nie przepisałby osobie, która doświadczyła gwałtu, pigułki „dzień po”, skorzystałby z klauzuli sumienia.

307dd34cded80827572686a5aa3622c1

Mam taką propozycję, by frazę „klauzula sumienia” zastąpić „byciem uprzywilejowanym mężczyzną u władzy, który wie lepiej, czy i kiedy kobieta ma rodzić”. Innymi słowy, byciem nieczułym bucem. Lepiej od tego nie będzie – ale za tych rządów nie ma co się łudzić, że prawa do decyzji o rodzicielstwie ulegną poprawie – ale za to minimalnie uczciwiej.

Zasadniczo powinnam pochylić się nad tym z pewnym zrozumieniem, jako socjolożka. Mężczyzn wychowuje się na nieczułych buców. Bycie nieczułym bucem jest męskie i skuteczne. Nieczułe buce rządzą.

tumblr_o3cxhyxhje1qfhve9o2_500

To, co dzieje się w Polsce, nie jest nowe. Za PO nie było jakoś drastycznie lepiej (i dlatego w żadnym wypadku, nawet gdybym nie była polityczką, nie chciałabym powrotu rządów Platformy). Taka jest różnica, że PiS się, kolokwialnie mówiąc, w tańcu nie pierdoli i to, co Platforma robiła białymi rękawiczkami na faktury, PiS robi obuchem, pałką, piłą i siekierą (czaicie, siekierą, minister Szyszko, wycinka drzew, haha). Po czym hojną rączką daje benefity, na które za moment nie wystarczy kasy i będą cięcia; jednym słowem ma napady czułości dokładnie tak samo jak przemocowy mąż, co po spuszczeniu łomotu przynosi pączusie i kwiaty.

groot-flower

Nie mam nic przeciw benefitom, wręcz przeciwnie, uważam, że powinny być uniwersalne, bo w tej chwili i tak zasiłek 500+ wyklucza część osób, którym by się przydał (np. samodzielne matki z jednym dzieckiem). Ale budżecik państwa nie jest z gumy i zaraz albo będzie trzeba komuś zabrać – coś mi mówi, że jakieś grupie o niewielkiej sile przebicia, może pielęgniarkom albo opiekunom osób z niepełnosprawnościami? – albo podnieść podatki. Przy PiS memlącym w uściech frazesy o prostym człowieku, ale przecież zasilanym przez oligarchów, co się dorobili na transformacji, różnych cinkciarzy od SKOK-ów i Corleonów od medialnego torciku – podniesienia podatków tym, którym stanowczo przydałoby się coś dorzucić do wspólnego worka, czyli najbogatszym jest tak samo odległe, co przyjazne kobietom środowisko IT czy niezasrane na przedwiośniu trawniki. A podniesienie mniej zamożnym będzie musiało zostać przeprowadzone w odmiennym stylu niż obecnie obowiązujące „jebłem to jebłem, na chuj drążyć”, by się lud nie wkurwił i nie wyszedł na ulice. Tak ostatnio tłumaczyłam jednemu miłemu Szwajcarowi i zgodziliśmy się, że faktycznie, jesteśmy w dupie ogólnie.

589

Natomiast tam, gdzie jest się w dupie ogólnie, najbardziej w dupie są grupy mniejszościowe, w tym kobiety. Osobom chcącym uświadomić mnie, że kobiety to nie mniejszość odpowiem: liczebnie nie, ale jeśli chodzi o dostęp do władzy i dóbr już tak. Wszelkie organizacje antydyskryminacyjne rozpoznają kobiety jako grupę mniejszościową, kropka.

No bo tak: obraz stosunku do kobiet w Polsce jest bardzo spójny. Tnie nam się dostęp do antykoncepcji awaryjnej (ale także do globulek i płynów plemnikobójczych), bo mamy rodzić. Część miast wycofuje się z finansowania in vitro, ale mamy rodzić. Kolejne epigony Ordo Iuris kombinują, jak zakazać całkiem aborcji, bo mamy rodzić. Reforma na porodówkach sprawia, że akcja rodzić po nieludzki zatacza coraz szersze kręgi, niemniej mamy rodzić. W przypadku urodzenia dziecka z niepełnosprawnością dostaniemy ochłap pieniężny, więc mamy rodzić. O tym, że po urodzeniu mamy mniejsze niż nikłe wsparcie, nie chce mi się nawet już wspominać. Tak to wygląda ze strony miłościwie nam panujących; najświętsze jest życie napoczęte, gdy zaś wychynie już na ten świat, jakiekolwiek problemy związane z jego utrzymaniem i wychowaniem ponoszą rodzice, ze szczególnym wskazaniem na matkę.

tumblr_inline_nz5p8wurld1rxt9pr_500

Ciekawym elementem tego obrazu jest jednak to, co się dzieje po stronie opozycyjnej. Bo oczywiście: mamy Ogólnopolski Strajk Kobiet, który wzywa do strajku 8 marca. Mamy KOD, który po części pokrywa się ze środowiskiem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – ale na jego czele stoi dopiero na dniach demokratycznie wybrany Mateusz „nie płacę alimentów i co mi zrobicie” Kijowski; wśród jego popleczników jest także pan Wieczorek, bluzgający niemiłymi słowy na organizatorki Ściany Furii. Część osób z tego środowiska jest za tak zwanym kompromisem aborcyjnym, część nieszczególnie poddaje refleksji zabiegi wokół EllaOne. Oczywiście, każde ręce w tej walce się liczą, ale nie oszukujmy się, nie jest ich za wiele po stronie opozycji. Nawet na pozór opozycyjna telewizja TVN wydaje ze swych lędźwi program o mistrzach podrywu. Serio – nadaje jakiś reality show o pick-up artists, w którym młode, jurne byczki uczą się, jak być mroczniejszym niż Grey i bardziej błyszczącym niż Edward…

gif-1-4

…przy czym najprostsza z rad, jakiej, jak tu siedzę, udzieliłabym każdemu heteroseksualnemu mężczyźnie szukającemu partnerki: „Słuchaj jej i wspieraj ją” – nie wchodzi w grę. Kto by tam bab słuchał, toż wiadomo, że nie wiedzą, czego chcą, ich „nie” znaczy „tak”, no i lepiej przecież, by nie powiedziała zbyt entuzjastycznie „tak”, zdzira jedna, bo jeszcze by się okazało, że ma oczekiwania i roszczenia.

No bo wiecie: bo zanim urodzimy, musimy przynajmniej raz rozłożyć nogi, więc trzeba pokolenie młodych mężczyzn nauczyć, jak nas do tego nakłaniać i wtłoczyć im w głowy, że jesteśmy niczym innym jak przedmiotami, nad którymi odprawiane są gusła z księgi „Klauzula sumienia”.

Władcy macic

Tego taga używa Anna Dryjańska opisując ludzi (dziwnym trafem, przeważnie mężczyzn) wyciągającym łapska po nasze prawo do decydowania, czy i kiedy chcemy mieć dzieci.

Niby w ostatnich miesiącach się uodparniam. Dzieje się tego tyle, że właściwie to wstaję co rano i zastanawiam się, czym nas dziś zaskoczą. A to ordojurki. A to trumienkowe. A to poseł PiS radzi używać kondomów po gwałcie (w sumie trudno się dziwić, że nie wie, jak się je stosuje, ale to może niech nie doradza?) No i w tym wszystkim – bam, genetyczka w Centrum Zdrowia Dziecka, niejaka Malina Świć, której światłe wypowiedzi można sobie przeczytać na fanpeju Seksizmu Naszego Powszedniego. Portal mamadu zdecydował się na wywiad z tą panią, no włos się jeży, mózg truchleje, cóż to za paskudny sposób myślenia.

Tabletki nie są pewne i nie chronią przed zakażeniami. Natomiast jest to mentalność seksu bez konsekwencji, bardzo niebezpieczna. A chore dziecko można przekazać do adopcji.

Tabletki są jedną z najpewniejszych metod antykoncepcji, natomiast faktycznie przed zakażeniami chronią prezerwatywy. Przypis dla posłów PiS: stosowane w trakcie stosunku, nie po. Konsekwencją seksu powinna być natomiast zmysłowa przyjemność z orgazmem włącznie plus ewentualne podtrzymanie więzi w związku  – i faktycznie, jeśli ludzie idą do łóżka nie chcąc tych konsekwencji, jeśli nie zależy im na tym, by było im przyjemnie i żeby wzmogło się pomiędzy nimi poczucie bliskości, to jest tu coś mocno nie tak.

Ewentualnie, jeśli wszystkie osoby zaangażowane w akt erotyczny tego pragną, konsekwencją seksu może być poczęcie potomka, ale dokładnie tak jak z w/w konsekwencjami, byłoby fajosko, superowo i w dechę, gdyby wszyscy w nim uczestniczący wyrazili na to entuzjastyczną zgodę.

4-2-gonna-make-a-baby

Każdy lekarz zasłaniający się klauzulą i dyskryminujący kobiety ze względu na to, że wybierają stosowanie antykoncepcji, musi liczyć się z tym, że będzie atakowany przez oburzone kobiety.

Tak, ideologia rzekomych praw… No i niestety brak kultury osobistej.

I ja się tu zgodzę z panią Maliną: faktycznie wyznaje ona ideologię rzekomych praw; praw zarodków, które jako żywo ani nie czują, ani nie myślą, ani nawet nie mają poczucia, że są kimkolwiek; no nie są ludźmi, część z nich będzie, część się samoistnie poroni, a część przeobrazi się w tak miluchne stworzonka jak zaśniad groniasty. Jest to także rzekome prawo władczyni macic do decydowania, który seks jest spoko, a który nie. Na ten przykład, tylko małżeński, tylko heteroseksualny i tylko kończący się ryzykiem poczęcia. Och, droga pani Malino, związki i seksy to o wiele więcej niż ten jeden model.

tumblr_nban74whwi1r3wairo1_500

Natomiast ja nie mam obowiązku brać udziału w rzeczach nieetycznych i w gruncie rzeczy nieleczniczych. Bez pigułek i bez amniopunkcji przecież się nie umiera.

Śmiem twierdzić, że zapobieżenie ciąży u nastolatki (bo nie udawajmy, że nastolatki nie uprawiają seksu) czy u kobiety chorej ma jak najbardziej funkcję leczniczą. I owszem: bez antykoncepcji i aborcji się umiera – wystarczy spojrzeć na statystyki śmierci przy porodach.

O etyce się z tą panią spierać nie będę, bo nie poznałaby etyki, rozumianej jako zapobieganie cierpieniu, nawet gdyby wpadła jej do gabinetu przez okno i zażądała ciepłego kocyka oraz kawałka pizzy hawajskiej.

Władczyni macic (nie ma co się łudzić: nie jedyna, jej kolegów jest cała dywizja) zasłania się „sumieniem”, by w poczuciu wyższej moralności pouczać, jakie badania genetyczne są dobre i miłe, a jakie nie. Bredzi o postawie roszczeniowej względem bezpiecznego seksu i odpowiedzialnego życia erotycznego.

Miałam tutaj stek wyzwisk, serio, miałam, bo dawno mnie nic tak nie wkurwiło, jak ta bezczelność, ale to donikąd nie doprowadzi, a tę panią utwierdzi tylko w przekonaniu, że jest obiektem ataków wściekłych, rozpasanych feministek (na marginesie: jak w oczach antyfeministów łączymy rozpasanie z faktem, że nikt by nas nawet kijem nie dotknął?). Tak, jestem wściekła, a fakt, czy jestem rozpasana nie jest niczyją sprawą.

Ujmę więc to tak: jak nie znoszę sformułowania „postawa roszczeniowa”, bo uważam, że musimy sobie rościć i się domagać, nikt za nas praw nie wywalczy – tak postawa tej pani jest właśnie roszczeniowa. Oczekuje, że każda jej pacjentka i każda zatrudniająca ją instytucja uzna jej wyobrażenia o moralności za obowiązujące. Jest to tak skrajny indywidualizm i chciejstwo, że dziw, że ta pani jest w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu z innymi i oddychać tym samym powietrzem. Już nie nawet nie to, że jest to wręcz socjopatia – to jest nawet niezgodne z duchem niekoniecznie wyznawanego przeze mnie katolicyzmu, który mówi dużo o wspólnocie.

Jak być z Natalią

Czarny Protest przejdzie do historii. Po raz pierwszy od wielu lat polskie kobiety najpierw zasiliły hasztaga w mediach społecznościowych, a następnie masowo wyszły na ulice. Wieloletnie działaczki mówią „czekałam na to tyle lat”. Znajome, które wcześniej nie określały swojego stosunku do praw kobiet, nagle stają po jednej ze stron. Coś się w nas zmieniło i być może zmieniło się trwale: wiemy już, że jest moc w proteście na ulicy, w poczuciu solidarności, w świadomości, że nawet jeśli sprawa nie dotyczy mnie, to zaprotestuję za inne.

Strajk trwa; środowiska walczące o prawa człowieka zaczynają sobie zadawać pytania o strategie; nie obywa się bez zarzutów o zawłaszczanie protestu i przywłaszczanie sobie zasług. Osobiście trwam przy teorii harmonii i współpracy różnych środowisk. Bez anarchizującego kolektywu Porozumienie Kobiet 8 Marca nie byłoby mnie w polityce; bez niego nie ma warszawskich Manif.  Bez Kongresu Kobiet wiele kobiet z mniejszych miejscowości nie miałyby okazji do zawierania znajomości i utrzymywania relacji, co przy ogólnopolskich działaniach jest po prostu kluczowe. Bez NGOsów nie byłby znany rozmiar podziemia aborcyjnego, braki w edukacji seksualnej i skala przemocy seksualnej. Są potrzebne skrupulatne naukowczynie, które zbadają feminizację biedy i rzutkie działaczki, które w odpowiedniej chwili krzykną do mikrofonu odpowiednie słowa. Są nam wreszcie potrzebne partie polityczne – posłanki .Nowoczesnej wpuszczające po pięć osób na swoje przepustki do sejmu i opozycja pozaparlamentarna (tak, mówię o tobie, moja partio Razem), która przyjdzie na protest, przyciągnie media i przemyci temat aborcji do rozmowy o prywatyzacji opieki medycznej. Myślę, że jeśli to uznamy i zgodzimy się na wspólną obecność w przestrzeni publicznej, dojdziemy do celu szybciej i skuteczniej.

Jest rzeczą oczywistą, że przy masowości zjawiska środowiska wspierające sprawę nie są tak homogeniczne jak wtedy, gdy mieściły się w jednej salce w Feminotece. Różne są pobudki kobiet wspierających protesty. Mnie od początku chodziło o to, by docelowo doprowadzić do dopuszczalności przerywania ciąży, przede wszystkim odpowiednim zapisem w ustawie. Innym – wystarcza to, co jest i gdyby „kompromis” działał, gdyby przypadki wymienione w ustawie w 1993 były respektowane, byłabym nawet w stanie to zrozumieć. Nie poprzeć, bo ograniczenie prawa do przerwania ciąży uważam za brak zaufania do rozsądku kobiety – no ale przynajmniej zrozumieć. Że zaś obecna ustawa nie działa, wystarczy spojrzeć w liczbę legalnych aborcji, w tym aborcji z czynu zabronionego i chwilę się zamyślić. Oraz, jeśli ma się trochę serca, wkurwić.

Mimo wszystko jestem zbudowana tym, co się dzieje. O prawach do świadomego rodzicielstwa wreszcie się mówi. Przestały być domeną niszowych kolektywów i organizacji pozarządowych. Nie jestem zaskoczona tym, że na ulice wyszły kobiety w mniejszych miejscowościach – tam problem niechcianej ciąży dotyka je o wiele bardziej, trudniej o antykoncepcję, trudniej o zaufanego ginekologa, a życie erotyczne toczy się swoim trybem niezależnie od liczby mieszkańców w danej jednostce administracyjnej.

Coming outy nie są rzeczą nową. Były wcześniej znane kobiety, które mówiły: no tak, miałam aborcję i żyję. Była Kasia Bratkowska z jej brawurowym (nadal jestem nim zachwycona!) wigilijnym oświadczeniem. Była Joanna Dziwak. Sama znam kilka dziewczyn, które ciąże przerwały i ich życia toczą się dalej – bez traum i rozdrap.

No i od wczoraj mamy wstrząs po wyznaniu Natalii Przybysz. Im więcej takich wyznań, tym lepiej dla sprawy, temat się oswaja, ktoś miał aborcję, ktoś stracił pracę, ktoś zaadoptował dziecko, ktoś chadza do psychiatry, ktoś rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. Nie jakaś zupełnie powszednia rzecz, na pewno wymagająca namysłu, a czasem i wsparcia, ale też rzecz, która nie powinna wywoływać poczucia winy czy wstydu. Natalia jest dorosłą kobietą, która rozstrzygnęła, co dla niej najważniejsze w obliczu niechcianej ciąży. Jedyne, czego żałuję, to tego, że musiała się nałykać najpierw tych cholernych tabletek i wydać taką kupę hajsu – powinna móc to zrobić bezpłatnie, w Polsce, bez narażania zdrowia. Mam nadzieję, że pokolenia tych licealistek, które wrzucały selfiki na hasztag z czarnym protestem, będą mogły tak wybrać.

Parę słów do święcie oburzonych wyznaniem Natalii, a jest ich niemało, także po stronie strajku kobiet. Po pierwsze i najważniejsze, po jaki chuj wspierasz protest, skoro przy byle okazji zaczynasz prawo do przerwania ciąży obkładać w warunki? Czy chcesz być żandarmem, który rozstrzygnie, czy odpowiednio brała pigułkę, czy nie pękła jej gumeczka, czy obmacasz ją po mózgu i uznasz, że jeśli ma zapaść w depresję, to spoko, ale jeśli tylko chodzi o zbyt małe mieszkanie, to już wygodna bździągwa i roszczeniowa lewaczka? Chcesz, by to samo robiono tobie? Jeszcze raz: po co wsparłaś ten protest?

Po drugie: antykoncepcja zawodzi. Każda. Z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem może zdarzyć się wyjątkowo dziarski plemnik z wyjątkowo ruchliwym ogonkiem, który zapuka do komórki jajowej i zakrzyknie „no cześć, mała, niespodzianka”. Jesteś pewna, że zawsze, ale to zawsze łyknęłaś pigułę? Nigdy nie pękła ci gumka? Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym przy spóźniającym się okresie?

Po trzecie: tak, warunki bytowe takie jak kwota na koncie w banku czy rozmiar mieszkania są zadziwiająco istotne w procesie powoływania na świat potomka. Rozważałaś bycie matką? Chcesz zapewnić dziecku najlepsze warunki? Powstrzymywałaś się przed seksem zanim zamieszkałaś w rezydencji z miejscem na pokój dziecka i blat do przewijania?

I po czwarte wreszcie: przestań opowiadać o zabijaniu dzieci, gdy mowa o aborcji, a płód przypomina kijankę i z ogromną dozą prawdopodobieństwa nic nie czuje. Jak chcesz poopowiadać o dzieciach, to pomyśl o 80 tysiącach dzieci w domach dziecka, które miesiącami czekają na rodzinę. Przejdź się do placówki, w której dzieciaki z różnymi orzeczeniami niepełnosprawności zostają na dzień, posiedź z nimi, wyobraź sobie, że masz to na codzień. Pomyśl o rodzicach dzieci z niepełnosprawnościami, którymi zadziwiająco często ostatecznie okazują się samotne matki, bo ojcowie odchodzą. Bo mogą, bo nikt ich nie wini za to, że nie zdzierżyli trudów opieki nad chorym dzieckiem. A jak chcesz koniecznie o zabijaniu, to pomyśl o tych kobietach, co zmarły w wyniku niebezpiecznie przeprowadzonej aborcji lub połogu.

Nie obchodzi mnie, jaka jest twoja ocena aborcji – czy jest to dla ciebie, jak dla mnie, wyzbyty z oceny etycznej zabieg, czy trudna decyzja moralna – dopóki uznajesz, że prawo wyboru należy do kobiety, która z nim zostaje.

Ródź i równaj do hetero

Staram się nie popadać w antyPiSowską histerię, bo odpracowałam to za poprzednich rządów PiS-u. Przyszła PO, pełna obietnic i co: i nic, krok za krokiem przesuwała się w prawo, dodatkowo uśmieciawiając rynek pracy i prywatyzując medycynę oraz edukację. Tak naprawdę nie wierzę, by ludzie z tych ugrupowań politycznych różnili się czymkolwiek, może poza tym, że jedni bardziej kochają Balcerowicza i Bochniarz, a drudzy – Gowina i Kaczyńskiego. Poza tym zero różnic i wszyscy po jednych pieniądzach, dodajmy – niemałych.

Mimo to są chwile, gdy zaczynam się trząść ze strachu, ze złości, z bezsiły. I popadam w wisielczy humor, bo nie umiem inaczej, inaczej musiałabym w patos, a ten wolę zachowywać na szczęśliwe okazje.

Na przykład wtedy, gdy z okazji jubileuszu chrztu Polski zapowiada się całkowity zakaz aborcji. I nie ma, że w czasie, gdy tę nieszczęsną Polskę chrzczono, zarodek poczęty nie był uważany za nosiciela duszy czy innego pierwiastka metafizycznego. Ot, garstka sytych panów u władzy, przedziwnym przypadkiem mocno wprawionych w opowiadaniu historii o niewidzialnym patriarsze, uznała, że polskie kobiety mają za wiele kontroli nad własnymi ciałami i własnymi życiami. Co się taka jedna z drugą będzie rozporządzać. Jeszcze zacznie gazety czytać, w posły chodzić i poglądów nabierze.

Rodzić nam tu! Nie przerywać, jak już się zaszło, nawet jeśli zaszło się z gwałtu albo wie się, że w łonie taszczy się bezmózgiego potworka, który nie przeżyje pierwszej doby. Czy jesteś nastolatką, która wyczytała, że za pierwszym razem się nie wpada, czy kobietą po pięćdziesiątce, co myślała, że już nie zajdzie czy też może studentką mieszkającą w wynajętym na spółkę pokoju, pamiętaj: tyle jesteś warta, ile twoja macica.

Rodzić! I nawet nie myśleć o antykoncepcji awaryjnej; każda pęknięta guma, każdy niekonsensualny seks powinny się kończyć poważnym ryzykiem ciąży, abyście zrozumiały wreszcie, że seks to ma być przyjemność dla mężczyzn, a nie dla was, no chyba wam się w dupach poprzewracało, skoro myślicie inaczej. Właściwie to odpuśćcie też myśl o globulkach. No ostatecznie możecie być bogate i z dużych miast, to wtedy będzie wam trochę łatwiej. Ale nawet wtedy nie zapominajcie, co powinniście w pierwszej kolejności.

Rodzić! I to żeby nam było naturalnie, a nie, że probówki, szklane rurki i szlochające w ciekłym azocie blastocysty. Nie przywiązujcie się do myśli o wielkim szacunku do Matki Polki. Szacunek jest do Polskiego Embriona, Polskiego Biskupa, Polskiego Biznesmena i Polskiego Władcy. Rodzaj męski, zwróćcie uwagę. Wy tu jesteście od tego, by począć naturalnie i naturalnie powić. Im bardziej boli, tym lepiej. Życie nie jest od tego, by wam było przyjemnie.

Rodzić! I nie pytać, co dalej. Dał dzieci, da i na dzieci. Że z roboty wyrzucą? To posiedzi w domu, na utrzymaniu męża, może jej fantazje o rozwodzie przy okazji wyjdą z głowy. Albo niech się więcej stara, wiadomo, że pracowite kobiety los nagradza prezesurą i synekurą. A jak już rozwiedziona i czeka nieskutecznie na alimenty, no cóż, państwo to nie matka, było się zastanowić przed rozwodem.

Zauważyłyście, że piszę wyłącznie o związkach hetero? Nie bez powodu. Jak powszechnie wiadomo, na tych leniwych piachach ziemi Żeromskiego nikomu nie żyje się tak dobrze, jak parom nieheteronormatywnym. Sąsiedzi pozdrawiają ich ciepłymi opowieściami o częściach rowerowych, łysi chłopcy wklejają ich zdjęcia na serwisy społecznościowe z czułymi ofertami kontaktów cielesnych, a politycy wciąż myślą, jak im jeszcze bardziej to i owo usłać różami. Stąd, jak się domyślacie, te wszystkie projekty redefiniujące rodzinę i prawo własności.

Równać do hetero! Bo tutaj jest Polska, 2016 i nie ma powodu sądzić, że kiedykolwiek uwzględnimy prawa jakiejkolwiek mniejszości. Solidarność dla tych ludzi to tylko okruchy ze styropianu, a wspólnotę to ostatnio widzieli podpisując intercyzę u notariusza. Więc czemu się przejmować setkami tysięcy ludzi, którzy żyją sobie w bloku obok, robią zakupy w tym samym sklepie czy posyłają swoje dzieci do tego samego przedszkola?

Równać do hetero! Lepiej napiętnować, odmówić praw i wyrzucić poza nawias społeczeństwa. Lepiej rozstrzygać o ich wartości tylko na podstawie tego, kto im się podoba i z kim chcą spędzać życie. Lepiej opowiadać obleśne żarty o lesbijkach, chichotać przy osobach transseksualnych i mówić dużo o seksie analnym w obecności gejów. Jak wiadomo, heterycy robią dokładnie to samo: jak tylko zorientują się, kto jak lubi, nie marnują okazji, by do tego nawiązać, a boki przy tym zrywać.

Równać do hetero! Lepiej powtarzać niepotwierdzone bzdury o męskich wzorcach, które dziecko ma sobie wgrać w wewnętrzny twardy dysk niż pogodzić się z faktem, że rodzinę tworzą, tak po prostu, bliscy sobie ludzie. Tacy, którzy mieszkają razem, i tacy, którzy często się odwiedzają. I skąd to przekonanie, że wzorce wynosi się tylko z domu? Chciałoby się! Tymczasem dziecko idzie do szkoły, nawiązuje przyjaźnie i serio, serio – mnóstwo wpływu mają wówczas na nie rówieśnicy. Może więc martwmy się raczej o to, czy nasi znajomi wychowują swoje dzieci na wyrozumiałe, tolerancyjne i serdeczne zamiast martwić się o brak mężczyzny czy kobiety w domu?

Bo jedyny godny naśladowania wzorzec to ten, co szanuje, traktuje podmiotowo i wspiera. Bardzo bym chciała, by tacy byli polscy politycy. Bardzo tak nie jest. Póki co jedyne, co mogę zrobić, to napisać gniewną notkę.

Ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.

 

 

Nie chciałabyś skrzywdzić

Jeśli często tu zaglądasz, prawdopodobnie nie masz problemu z tym, że niektóre z nas chodzą do terapeuty. Głowa, jak reszta ciała, potrafi czasem przestać działać poprawnie i opieka lekarza jest niczym innym jak troszczeniem się o siebie.

Jednym z zabiegów terapeutycznych jest rozmawianie ze samą sobą. Opowiem o sobie: jedna ja jest rozsądna i wie, że gdy na koncie mam pustki, naprawdę lepiej nie wydawać ostatniego grosza na promocję w drogerii lub serwisie z grami. Druga ja uwielbia zakupy i ufa w swoje dzikie szczęście w kwestii finansów. Obie kłócą się wewnątrz mnie i terapeuta może wykorzystać tę technikę: na tym fotelu siedzi Szpro rozsądna i tłumaczy, na tym Szpro szalona i usprawiedliwia swoje szaleństwa. Zabieg pomaga wychwycić, w czym tkwi spór pomiędzy moimi obydwoma „ja”.

Podobnym zabiegiem jest rozmowa z samą sobą sprzed lat – na przykład, z dziesięcioletnią sobą.

Czy pamiętasz siebie z tego okresu? Umiesz już nieźle czytać, składasz zdania, masz szaloną wyobraźnię i sto pomysłów na siebie, jak dorośniesz. Trochę bardziej wierzysz nauczycielom niż rodzicom i trochę bardziej koleżankom i kolegom z klasy niż nauczycielkom. Przechodzisz też tę fazę rozwojową, w której uczysz się, kto należy do „twojej” grupy, a kto nie. Być może doświadczasz pierwszego w życiu odrzucenia, być może to ty wskazujesz innym kozła ofiarnego. Generalnie jednak jesteś po prostu fajnym dzieciakiem, który chłonie wiedzę jak gąbka, ma wrażliwe serce i otwartą głowę. Nie chciałabyś skrzywdzić kogoś takiego.

Mniej więcej rok temu media obiegła informacja o jedenastolatce z Wągrowca, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu, jakiego dokonali na niej małoletni kuzyni. Część obserwatorów tej sprawy nie widziało problemu w tym, by dziecko urodziło dziecko, jednak szczęśliwie dla dziewczynki przerwano ciążę. Mniej szczęścia ma dziesięciolatka z Paragwaju, którą prawdopodobnie zgwałcił ojczym – tamtejsze prawo, w przeciwieństwie do (i tak nie grzeszącego liberalnością) prawa polskiego nie przewiduje aborcji praktycznie w żadnym wypadku – poza zagrożeniem życia matki. Jak się okazuje, ten poród według paragwajskich lekarzy takiego zagrożenia nie stwarza.

Czy powiedziałabyś sobie samej – dziesięcioletniej sobie samej: nie interesuje mnie, że spotkała cię krzywda od strony bliskiej osoby – teraz, przez kilka miesięcy, będziesz nosiła przed sobą coraz cięższy brzuch, zaś całość zwieńczy kilkugodzinny ból, którego być może nie przeżyjesz?

Wierzę, że nie. Nie skrzywdziłabyś dziecka. Nie skrzywdziłabyś dziesięcioletniej siebie.

(petycja Amnesty International)

Awaria antykoncepcji awaryjnej

O pigułce „dzień po” pisałam już na łamach Codziennika Feministycznego, ale mam wrażenie, że temat nie jest wyczerpany.

 Dla kogo jest antykoncepcja awaryjna?

Ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że powinna być dla wszystkich. Każdej z nas może, niestety, przydarzyć się gwałt, bo facetów przekonanych, że „nie znaczy tak” jest nadal zbyt wielu; a takich, którym nie przeszkadza fakt, że dziewczyna przelewa się przez ręce i ledwo kojarzy, jak się nazywa – jeszcze więcej. Część z nas miewa przygodny seks i ma do tego pełne prawo. Części z nas może trafić się pęknięta gumka lub nieogarnięty w temacie zakładania prezerwatyw facet. Część z nas nie jest pełnoletnia i nie może pójść do ginekologa bez wiedzy rodziców, a umówmy się – także część z nas nie ma na tyle dobrych układów z rodzicami, by ich poprosić o asystę. Generalnie, odkąd skończymy 15 lat, mamy pełne prawo korzystać z dobrodziejstw erotyzmu – tyle że jesteśmy niedostatecznie chronione w zakresie ewentualnych jego skutków.

Trzeba ponosić konsekwencje!

Nie znoszę takiego stawiania sprawy . Nierównomiernie oceniamy ryzykowne działania – himalaistę podziwiamy; kolesiowi, co przekroczył prędkość, pobłażamy; hazardziście, dopóki nie puści z torbami całej rodziny, zazdrościmy rozmachu. A osoby, które decydują się na seksy przygodne, nagle chcemy rozliczać konsekwencjami na całe życie, konsekwencjami angażującymi życie nie tylko ich, ale i osób wokół nich. Czy ma to sens? Niewielki. Ludzie nie przestaną decydować się na przygody erotyczne ze strachu przed przykrymi skutkami. Zważywszy też, że w przeciwieństwie do np. nadmiernie szybkiej jazdy szkodliwość takich zachowań jest żadna, apeluję do rozsądku: nie mówmy o konieczności ponoszenia konsekwencji.

Zwłaszcza że – pomijając przypadki gwałtów – decyzję przeważnie podejmują obie zaangażowane osoby, a skutki odczuwa o wiele bardziej kobieta.

Czy EllaOne jest powszechnie dostępna?

Oczywiście – nie. Ministerstwo Zdrowia nie miało wyjścia i wydało zgodę na pigułki „dzień po” bez konieczności okazywania recepty. Cena jednak jest zaporowa (140 złotych!), co oznacza, że jak zawsze, ograniczenia praw reprodukcyjnych uderzają w kobiety o najniższym statusie materialnym. To samo jest w przypadku aborcji – zamożne kobiety sobie poradzą z niechcianą ciążą. Problem mają przede wszystkim te, które są nieletnie i te, które są niezamożne. Cena wyklucza niezamożne. Dodatkowo – Gazeta Wyborcza dziś doniosła, że Kopacz z Arłukowiczem już pracują nad tym, by i nieletnim nie przewróciło się w głowach z nadmiaru dobrobytu. Jak się okazuje, lepszym dla nastolatki rozwiązaniem jest zajście w ciążę (która absolutnie nie jest bombą hormonalną ani obciążeniem dla organizmu, zwłaszcza dojrzewającego) i urodzenie niechcianego dziecka niż wzięcie pigułki. Bo jeszcze, co za czasy! wytworzy się moda na łykanie pigułek jak tik-taków.

Zacznę się o to martwić, jak EllaOne będzie w cenie tik-taków i będzie do kupienia na każdej stacji benzynowej jak tik-taki.

Dodatkowo aptekarzom marzy się klauzula sumienia. Wbrew temu, o czym fantazjuje pan Denis, EllaOne nie jest środkiem wczesnoporonnym i dziwi mnie, że ktoś z tak bezbrzeżną ignorancją jest rzecznikiem Izby Aptekarskiej. Co do klauzuli sumienia – przytoczę stanowisko Federy:

(pełne stanowisko w tej sprawie tu)

Czyli nie ma się z czego cieszyć?

Ależ jest. Jest duża szansa, że zapobiegniemy tym kilkunastu czy kilkudziesięciu nastoletnim ciążom, że ileś dziewczyn nie będzie musiało rodzić nie skończywszy liceum, ileś kobiet nie będzie musiało wychowywać dziecka gwałciciela, nie urodzi się ileś niechcianych dzieci.

Ale to jest bardzo, bardzo mało. Idealnym układem byłaby powszechna, hojnie refundowana lub wręcz darmowa antykoncepcja, solidna edukacja seksualna i aborcja na życzenie do 24. tygodnia życia płodu. Mam obawy, że w dyskusji o aborcji cofniemy się o krok – bo po co nam skrobanki, skoro mamy pigułki „dzień po”.

A poza tym jestem feministką z permanentnej niezgody na zastaną rzeczywistość, rzeczywistość, która dopieka tym, co i tak mają pod górkę –  i nie wiem, czy kiedykolwiek nastąpi dzień, w którym powiem: o, załatwiłyśmy to.

First we take Chazan

Chazana odwołano!

Hanna Gronkiewicz-Waltz na widok badań fokusowych, jakie dostarczono do ratusza, zbladła i wydała z siebie zrazu krótkie oświadczenie:

Kontrola wykazała nieprawidłowości w funkcjonowaniu szpitala przy ul.Madalińskiego, które są podstawą do rozwiązania umowy z dyr. placówki.

Uhonorowałam to owsianką z cynamomem. First we take Chazan, then we take Wołomin!

HGW rozszerzyła potem komunikat o następujące wyjaśnienie:

„Niepoinformowanie Pacjentki o granicznym terminie dokonania wcześniejszego zakończenia ciąży stanowi ograniczenie prawa Pacjentki do informacji, zagwarantowanego w art. 9 ust. 2 ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Wprawdzie powyższa sytuacja miała również miejsce wcześniej w Instytucie Matki i Dziecka, jednak w żaden sposób nie może stanowić usprawiedliwienia dla Szpitala Specjalistycznego im. Św. Rodziny. W obecnie obowiązującym stanie prawnym administrator szpitala nie mógł odmówić Pacjentce prawa do zabiegu przerwania ciąży. Może zrobić to jedynie lekarz prowadzący.”

Jak widzimy, jest w nim trochę „ale oni też się biją, pszepani”, ale jak na naszą konserwatywną prezydentkę wiadomość iście radykalna: uznaje ona bowiem prawo do aborcji pacjentce Chazana. Serdeczne dzięki!

Zatem: bardzo dobra wiadomość. Wprawdzie jestem przekonana, że Chazan wyląduje na jakiejś kolejnej ciepłej posadce, ale niewykluczone, że nie będzie miał już kontaktu z pacjentkami. Jego zachowanie wyraźnie bowiem dowodzi, że kompletnie się do tego nie nadaje.

Wojna się nie skończyła, to zaledwie jedna wygrana bitwa.

Tymczasem nieoceniona Dominika Wielowieyska poczuła się w obowiązku zareagować na tego newsa. Pochyla się po równo nad udręczonym sumieniem Chazana, co nad traumą jego pacjentki, tylko że nie: kobiecie poświęca dosłownie dwa zdania, bardziej troszcząc się o to, że grozi nam „wojna religijna”, a tego przecież nie chcemy.

Przypomnę w tym miejscu, że to właśnie Dominika Wielowieyska poczuła się zraniona i spoliczkowana, gdy Katarzyna Bratkowska podczas rozmowy z Żalkiem oświadczyła, że zrobi sobie aborcję w wigilię. Zachowajmy umiar, dziewczęta, ostatecznie możemy się skrobać w ramach istniejącego tak zwanego kompromisu, ale nie obnośmy się z tym, bo kogoś jeszcze urazimy.

No, chyba że trafiłyśmy na Chazana, to się wtedy nie wyskrobiemy, ale wiecie, musimy to zrozumieć, czymże są nasze ciała i nasza dalsza przyszłość wobec sumienia lekarza.

Można oczywiście ścigać Chazana, można go oskarżać o fanatyzm.

(pisze Wielowieyska)

Ja bym powiedziała, że wręcz trzeba.

Problem jednak w tym, że trudno odmówić logiki w jego rozumowaniu: wskazanie innego lekarza jest swego rodzaju uczestnictwem w aborcji.

ORLY, a mnie to przychodzi z łatwością – być może dlatego, że mam aborcję za zabieg wchodzący w pakiet praw do zdrowia i stanowienia o własnym ciele.

Dla niego sytuacja też jest trudna, bo to tak, jakby mówił: ja nie zabiję tej osoby, ale mogę wskazać kogoś innego, kto to zrobi.

W związku z powyższym woli powiedzieć: proszę pani, ja wolę, by pani przeszła bolesny poród, jak również już nigdy nie zaszła w ciążę i patrzyła na swoje zdeformowane, naszprycowane morfiną dziecko, jak powoli umiera.

Profesor złamał prawo, jednak wielu lekarzy uważa, że ograniczenie klauzuli sumienia jest niezgodne z konstytucją.

Pacjentka Chazana dociekała swoich praw, jednak wielu antyaborcjonistów uważa, że ponieważ jest kobietą, nie ma prawa decydować o swoim ciele. Prawo do świadczeń zdrowotnych jest prawem konstytucyjnym, pani Dominiko, i dla każdej osoby, która ma w sobie okruch humanitaryzmu, powinno stać wyżej niż skrzywione fundamentalizmem katolickim sumienie.

Za chwilę będziemy mieć kolejną „obronę Częstochowy” i kolejnego lekarza, który podniesie bunt.

Doskonałe porównanie: to istotnie jest syndrom oblężonej twierdzy z matką boską opromieniającą dzielnie dających słowiański odpór chrześcijan. Also: TEN CHAZAN TYP NIEPOKORNY (zwłaszcza gdy sobie przypomnimy, jak niepokorny był za PRLu, przed ustawą antyaborcyjną z 1993).

Bo problem aborcji i pytanie o ochronę życia jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych. I trudno to zbywać prostym stwierdzeniem, że ktoś jest talibem.

E, dlaczego, ja z przyjemnością zbędę to prostym stwierdzeniem, chociaż może odpuszczę sobie taliba.
Problem mamy nie z tym, że kobiety chcą mieć legalną aborcję na życzenie, a z tym, że się jej im odmawia.

Dlatego jedynym wyjściem jest zwolnienie lekarzy z obowiązku wysyłania kobiet do innego szpitala i stworzenie sprawnego, ogólnokrajowego systemu informacji, gdzie legalna aborcja jest możliwa. Bez tego będziemy mieć ciągle ideologiczną wojnę, w której nie bierze się jeńców.

Wojnę, pani Dominiko, to my już mamy od ponad dwudziestu lat – odkąd pani podobni padli na klęczki i nie widzą powodów, by się podnieść. Sposobem na to nie jest parada ustępstw, z których wynika wyłącznie coraz gorsza atmosfera wokół praw reprodukcyjnych, a radykalizacja postaw. Spis lekarzy, którzy dokonują aborcji nie przysłuży się nikomu poza bojówkami antyaborcyjnymi, które bardzo chętnie pójdą z widłami na klinikę. Zamiast tego: niech wszyscy ginekolodzy mają obowiązek bezpiecznego dla zdrowia pacjentki przerwania ciąży, jeśli tylko pacjentka o to poprosi.

Zawsze przecież pacjentka może nie poprosić, nie pomyślała pani o tym, prawda?

klauzula zła

Jest sobie na przykład dziewczynka, jeszcze w podstawówce. Przydarza jej się zostać (być może wielokrotną) ofiarą gwałtu od strony swoich nieletnich kuzynów, wskutek czego zachodzi w ciążę.

Albo: jest sobie kobieta, w moim wieku. W przeciwieństwie do mnie, bardzo pragnie zajść w ciążę. Poddaje się zabiegowi in vitro. Po kolejnej próbie – udaje się! Niestety – badania wykazują, że płód uszkodzony jest tak, że donoszenie ciąży będzie się wiązało z koniecznością oglądania śmierci noworodka. Zgłasza się więc po aborcję.

W obu przypadkach ich prawo do aborcji zostaje podważone. Witamy w Polsce, mamy rok 2014.

W sytuacji jedenastolatki udało się uzyskać zgodę sądu na zabieg. Sprawę skomentował niezawodny Tomasz T., szafując słowem gwałt jakby to były dropsy w promocji w osiedlowej „Małpce”:

Aborcja w niczym nie pomaga też dziewczynce. Ona do jednej strasznej traumy jaką jest gwałt dokonany przez kuzynów, będzie miała dodaną drugą jaką jest dla każdej kobiety aborcja. Wstrząs jaki ona wywołuje oddziałuje na całe dalsze życie kobiety, wpędza ją w depresję, niszczy jej psychikę. Jest ona zatem ponownym gwałtem na niewinnej osobie. Gwałtem, który nikomu, a już na pewno nie kobiecie, nie służy.

Nie życzę córce Terlikowskiego, by stawała przed podobnym rozstrzygnięciem, ale z tej wypowiedzi widać, jak fundamentalizm religijny ryje mózg. Bo tylko zryciem mózgu mogę usprawiedliwić tak kompletny brak współczucia dla dziecka, by zmuszać je do noszenia ciąży, porodu i połogu. Nawet dorosłej kobiety nie potrafiłabym do tego namawiać, a co dopiero dziewczynki z podstawówki.

Ostatecznie jednak przynajmniej to jedno udało się uzyskać: dziewczynka będzie miała zabieg.

Kobieta w moim wieku miała niestety mniej szczęścia, jeśli chodzi o jej prawa reprodukcyjne. Trafiła bowiem na profesora Chazana, który, choć w PRLu ciąże przerywał, po 1993 doznał przypływu sumienia i już nie przerywa. Informuje pacjentkę, że nikt w jego szpitalu nie przerwie i że nie poda jej (choć powinien) adresu lekarza, który przerwie. Zamiast tego podsuwa jej adresy hospicjów, czort wie, po co, skoro wiadomo, że noworodek umrze wkrótce po porodzie.

Już wiemy, że zgodnie z opinią rzeczniczki praw pacjenta Krystyny Barbary Kozłowskiej

naruszono prawo pacjentki do informacji o stanie zdrowia – w tym przypadku płodu – i jej prawo do zgłoszenia sprzeciwu od orzeczenia lub opinii lekarza. To ostatnie polegało na tym, że kobieta nie dostała ani od dyrektora Chazana, ani od lekarza prowadzącego jej ciążę dokumentu stwierdzającego, że uszkodzenie płodu jest ciężkie i nieodwracalne i jest wskazaniem do wykonania aborcji. Teraz na podstawie opinii RPP pacjentka może dochodzić zadośćuczynienia od szpitala.

Nadal bada się, czy Chazan mógł odmówić aborcji powołując się na klauzulę sumienia i czy miał obowiązek wskazać pacjentce inną placówkę, która wykona zalecany zabieg. Wiele wskazuje na to, że Chazan co najmniej nagiął prawo odmawiając wspomnianych świadczeń. Tak zwane sumienie było dla niego ważniejsze niż zmuszenie kobiety do trudów patologicznej ciąży, porodu i obserwacji, jak umiera jej ledwo narodzone, zdeformowane dziecko. Co więcej, jest spore podejrzenie, że w tym stanie zdrowia pacjentka więcej w ciążę nie zajdzie, było to jej piąta próba zapłodnienia z in vitro, a jej wiek nie daje podstaw do optymizmu. Wczesna aborcja mogłaby ją przed tym uchronić.

Kuriozalną w tej historii jest wypowiedź wiceministra sprawiedliwości, Królikowskiego, w piątkowej audycji Moniki Olejnik Kropka nad I. Stwierdza on, że o tym, do kogo po aborcję wiedzą przecież wszyscy, więc wybór Chazana był prowokacją. Oraz, że nie ma w konstytucji zapisu o państwie świeckim, jest tylko neutralność światopoglądowa, której klauzula sumienia nijak nie narusza, gdyż wolność sumienia jest tu wartością nadrzędną. No omal jak w tym rysunkowym żarcie o feministkach, co zapładniają się in vitro, by się następnie wyskrobać, na złość społeczeństwu. Serio, panie wiceministrze? Serio? Serio pan uważa, że nie mamy nic lepszego do roboty, tylko ryzykować brak aborcji w przypadku uszkodzonego płodu, bo dla fantazji pogrążenia Chazana tak strasznie lubimy chodzić w ciąży i przechodzić bolesne porody? I serio pan uważa, że zdrowie i życie pacjentki jest mniej ważne niż starcze urojenia, bo tym dla mnie jest sumienie religijnego fanatyka Chazana?

Ludzie, co nam się stało w państwo? Od 1993 stale obserwujemy powolne przesuwanie się dyskursu okołoaborcyjnego w prawo, ale to, co się dzieje wokół ostatnich historii, przechodzi ludzkie pojęcie. Nawet odradzająca się Partia Kobiet mówi ostrożnie „Nie uważamy, by aborcja była czymś dobrym”, dodając jednak, że decyzję pozostawiłaby ludziom, którzy się na nią decydują. Za chwilę zaczniemy się zastanawiać nad moralnymi aspektami antykoncepcji i masturbacji, na litość.

Aborcja to zabieg medyczny, który powinien być do 24 tygodnia rozwoju płodu świadczony kobiecie na jej żądanie. Nie ma w tym nic, co podlegałoby ocenom moralnym. Przestańmy mówić o niej otaczając ją obowiązkowym „oczywiście jest zła, ale”. Nie jest. W powyższych przypadkach aborcja była dobrem, źli zaś byli ludzie, którzy jej odmawiali.

PS mapa aborcyjna świata. Porównywalnie restrykcyjne prawo w Europie jest tylko w Irlandii i na Malcie. Jak widać, restrykcje dotykają głównie krajów rozwijających się, osobliwie z silnym wpływem kościelnym.

Mogą oddać

Ustaliłam już kiedyś, że Polska nie zasługuje na matki. Ma im za złe samą ciążę, skutkującą mniejszą koncentracją na rozkwitającym PKB, absencją w pracy czy koniecznością ustępowania im miejsca w tramwaju lub też w kolejce do okienka. Ma im za złe porody, które nadal odbywają się w urągających godności warunkach. Ma im za złe dzieci, z którymi czasem chcą wyjść, jakoś je odchować i wykształcić.

Niestety, równie trudno, co mieć dzieci – jest w Polsce dzieci nie mieć. To znaczy, mnie się na przykład udaje, ale być może dlatego, że jestem nieźle sytuowana, nie najgorzej wykształcona w kwestii antykoncepcji, mieszkam w dużym mieście z apteką na każdym rogu oraz tanksztelą z przebogatym wyborem gumek pod blokiem. Oraz mam konkubenta, który ma dobrze w głowie. Od jakiegoś czasu jestem jednak dość pewna, że nie wszystkie kobiety mają tyle farta w życiu. Refundacja pigułek to śmiech na sali, porządnych i skutecznych gumek raczej nie kupi się za złotówkę, a faceci, wychowani w mocno patriarchalnej kulturze, dopuszczają się gwałtów na randkach (czy naprawdę muszę zastrzegać, że nie wszyscy?!), nieszczególnie wyrywają się do spytania, kto się troszczy w związku o antykoncepcję, a w przypadku wpadki dość chętnie zwijają skrzydła.

O edukacji seksualnej pisałam zaś w poprzedniej notce i będę to powtarzać: młodzi ludzie nie są uczeni wiedzy o sferze erotycznej lub są uczeni w sposób skrajnie konserwatywny.

Do kompletu mamy jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie. Do tego stopnia, że kobiety wolą jednak dokonać jej nielegalnie – wyjechać czy kupić środki wczesnoporonne na czarnym rynku – niż przechodzić przez piekło walki o legalne usunięcie ciąży.

W tej sytuacji szczególnie urągliwie brzmią słowa Małgorzaty Gosiewskiej w audycji Radia Zet, w której postuluje ona ustawowe zmuszanie kobiet do noszenia ciąży powstałej w wyniku gwałtu. Przypomnijmy:

Nie muszę go wychowywać, mogę je oddać. Znam osoby, które zostały poczęte w wyniku gwałtu. Urodziły się i są szczęśliwe.

Nie jest dla mnie wielkim zaskoczeniem (a przecież jednak jakoś mi obrzydliwie), że na sercu posłanki leży dobro wyłącznie tak zwanego „życia poczętego”, zaś życie urodzone, doświadczające przemocy seksualnej, trudów ciąży, porodu i wychowywania dziecka w niestabilnym ekonomicznie kraju — już nie.

Zabija mnie ta arogancja. Nie ma ludzi idealnych, ale przyzwoity człowiek wie, że nikt nie ma prawa mówić, kto jest szczęśliwy, a kto nie, mając za ojca gwałciciela. Daje sobie również Małgorzata Gosiewska prawo do przemawiania w imieniu wszystkich zgwałconych kobiet, bez cienia wrażliwości na ich krzywdę czy kobiecej solidarności, co odbieram jako paskudną i ohydną uzurpację.

Przede wszystkim zaś, po raz kolejny, sprowadza kobiety do roli inkubatorów i daje jasny przekaz, że jedyne, co się liczy w kobiecie, to jej zdolności rozrodcze. Znam doprawdy bardzo niewiele matek, dla których dziecko jest jedynym punktem odniesienia w życiu – większość znajomych definiuje się przez o wiele więcej funkcji niż macierzyństwo. Nawet zresztą gdyby nie, gdyby to rodzicielstwo było dla nich sensem życia – cóż mnie do tego? (może tematów wspólnych troszkę mniej, ale o zdrowiu i pogodzie da się z każdym). Dopóki nie uważa, że każda inna kobieta ma obowiązek wybrać jej sposób na życie, absolutnie nie mam nic przeciwko.

Tak naprawdę nie ma też w tej wypowiedzi szacunku do dzieci. Nie, nie chodzi o sam pomysł „oddawania” dziecka – jestem zdania, że jeśli już ktoś zdecydowała się na poród, ale wie, że nie sprosta roli matki, zrzeczenie się praw rodzicielskich jest lepszym wyjściem niż wychowywanie bez miłości. Posłanka jednak ma niewielką świadomość długotrwałych i chyba jednak przesadnie restrykcyjnych procedur adopcyjnych oraz atmosfery w pogotowiach opiekuńczych czy domach dziecka. Jeśli bowiem miałaby cień pojęcia, oznaczałoby to, że do jej arogancji dochodzi cynizm, bo w imię chorej ideologii skazywać dziecko na przebywanie w przepełnionym ośrodku, choćby to nawet i miało trwać zaledwie kilka tygodni, nie chciałby nikt, kto ma odrobinę serca po właściwej stronie.

Nie mam w sobie zgody na takie wypowiedzi: wykazujące wzgardę dla ofiar przemocy, lekceważące ich krzywdę, upokorzenie i konieczność walki z przesądami społecznymi; manifestujące lekceważenie dla losów niechcianych dzieci. Podobnie jak w przypadku wypowiedzi JKM, życzyłabym sobie, by każdą osobę prezentującą taki zestaw poglądów wykluczano z przestrzeni publicznej.

By choć na chwilę posmakowały, jak to jest żyć z wykluczeniem.

Dwadzieścia lat temu jest dziś

…w 1993 roku miałam szesnaście lat, milion pryszczy, tyleż kompleksów i nadwagę. Uznawszy, że nie zawojuję świata urodą, pogrążyłam się w otchłani ciężkiej muzyki rockowej i intensywnego śledzenia ówczesnej sceny politycznej. Z ojcem, wówczas borykającym się z paroksyzmami raczkującego polskiego kapitalizmu (i nie kryjącym szarpiących nim negatywnych emocji wobec konieczności rozwiązania spółdzielni, w której działał i miał się dobrze przez wiele lat) czytaliśmy więc Przeglądy, Nie, Politykę, wczesne Wprost i oczywiście Wyborczą. Był to wiek, w którym człowiekowi generalnie kształtują się poglądy. Moje, siłą rzeczy, były niechętne Balcerowiczowi, jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne i racjonalistyczno-liberalne, jeśli chodzi o kwestie społeczne. W tym czasie utwierdziłam się w swoim ateizmie, sceptycyzmie wobec konieczności pozostawienia po sobie potomstwa i pewności, że kobiety w tym kraju mają dość silnie przesrane.

Dość więc dobrze pamiętam debatę towarzyszącą zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. Powtórzę kilkukrotnie w różnych miejscach serwowaną już refleksję: na moich oczach fraza „życie poczęte” z cytowanej żartobliwie lub wręcz ironicznie stawała się przezroczysta. Kobiety z pokolenia mojej babci mówiły spokojnie „wpadłam, miałam skrobankę”; kobiety z mojego pokolenia mówiły „jestem przeciwna zabijaniu życia poczętego”.

Temat, jak wiemy – wraca, jakoś tak, nieprawdaż, cichutko, dyskretnie i tylnymi drzwiami. Nie było debaty – ot, zebrało się kilkunastu kolesi od prawa (w tym jedna kobieta; dwie, jeśli doliczyć sekretarz komisji kodyfikacyjnej) i uradziło, w dużym skrócie, że jeśli kobieta poroni w późnej ciąży, to poniesie karę, a jeśli zdecyduje się na aborcję we wczesnej, to wprawdzie nie, ale już my jej utrudnimy decyzję.

Pardon, nie w ciąży, tylko w stanie oczekiwania na narodziny dziecka poczętego. Gdyż ciąża nie jest już, według Zolla i jego koleżków, ciążą, lecz właśnie przechowywaniem dziecka poczętego. Furda, że nie ma czegoś takiego, jak moment poczęcia, furda, że z płodu może rozwinąć się kilka innych rzeczy niż ludzkie dziecko – co nam tu biologia będzie mieszać. Kobieta ma rodzić.

Skutkiem ubocznym wprowadzenia w życie tych propozycji będzie jeszcze mniejsza dostępność badań prenatalnych – z uwagi na ryzyko uszkodzenia płodu podczas tych badań lekarze będą ich odmawiać. Nie będzie można ustalić, czy ciąża stanowi zagrożenie dla życia matki. Tym samym więcej kobiet będzie rodzić dzieci martwe lub kalekie. Lub umierać przy porodzie.

Zaznaczam dla porządku, że zapis o dopuszczalności przerywania ciąży do 12 tygodnia, gdy jest ona wynikiem czynu zabronionego zostaje – ale przy tak przedefiniowanym zjawisku spodziewam się zwiększonej, a przecież i tak już niemałej, presji społecznej, by nie usuwać. Ostatecznie, tak jak dotychczas, odłożyć jakąś sumkę i wyjechać – o ile jest się w stanie odłożyć. Dziewczynie z małego miasteczka, której chłopak zwinął żagle na wieść o ciąży może nie być, delikatnie mówiąc, z tym najłatwiej.

Jakiekolwiek zaostrzanie ustawy godzi przede wszystkim w status kobiet niezamożnych. To one zostaną w małej społeczności, narażone na ostracyzm towarzyski, pogardę rodziny i marną pracę. To one najpierw będą się wstydziły pójść do ginekologa, a potem do apteki. To one nie odłożą pieniędzy, by wyjechać na zabieg. I jakkolwiek w dużych miastach też mamy samotne matki z marną pracą, przecież jednak mają o tę jedną rzecz więcej: anonimowość. Mogą przynajmniej pojechać do lekarza w innej dzielnicy, a sąsiedzi zainteresują się nimi raczej dopiero, gdy zaczną rażąco zaniedbywać dzieci.

Zauważam silną dychotomię, jaka pojawia się w debacie na temat praw reprodukcyjnych. Ilekroć mówi się o aborcji na żądanie, pojawiają się głosy, że przecież zamiast aborcji można edukować, skąd się biorą dzieci i zapewniać powszechną, łatwo dostępną antykoncepcję. Podkreślam z całą mocą: nigdy nie mówimy o aborcji zamiast antykoncepcji. Nie dlatego, że tak strasznie nam krzyczą usuwane blastocysty, lecz dlatego, że zależy nam, by decyzja o reprodukcji należała wyłącznie do bezpośrednio zainteresowanych, bez technicznych przeszkód jak: cena tabletki, dostępność nieprzeterminowanych prezerwatyw czy konieczność wyjęcia sobie kilkunastu godzin z życiorysu na zabieg. Ale w przypadku gdy antykoncepcja zawiedzie – lub zawiedzie ten, kto miał być ojcem – kobieta powinna móc rozstrzygnąć sama, zaś państwo powinno ją wesprzeć w każdej z jej decyzji.

Ostatecznie, nawet z największym wsparciem, to ona poniesie ich konsekwencje.