Seksuolog prowokuje wymioty

Seksuolog Krzysztof Boćkowski zabłysnął na łamach najpierw Czasu Białegostoku, a później Tok FM  z szarżującą opinią o przyczynach gwałtu. Jego gwiazda zamiast przygasnąć po pierwszym trzęsieniu ziemi chyba niestety zaczyna przypominać supernową. Czemu Judyta Kokoszkiewicz z Czasu Białegostoku w ogóle uznała, że opinia seksuologa (a nie, dajmy na to – policjantki czy psychologa) jest istotna, gdy mówi się o przyczynach gwałtu, pozostaje dla mnie zagadką. Twierdzę bowiem, że przede wszystkim o przemocy seksualnej należy rozmawiać albo w wymiarze czysto kryminalnym, z wykorzystaniem policyjnych statystyk czy Niebieskiej Linii, albo też w wymiarze kulturowym. Specjalista od pożycia seksualnego, choćby i z pozycji biegłego sądowego, ma w tym temacie takie same kompetencje co przypadkowy pasażer w tramwaju i z takim samym prawdopodobieństwem trzaśnie z przytupem srogiego kocopoła.

Widzę, że facebookowi celebryci dołączają się do opinii „ofiara gwałtu nie jest winna, ALE”, więc mówienie o tym temacie — obwiniania ofiary — nigdy dość. I

Spójrzmy jeszcze raz, co mówi pan doktór:

Dlaczego kobiety wstydzą się przyznać, że zostały zgwałcone? Bo często same nie wiedzą, co tak naprawdę się stało, sytuacja była niejasna. Przykładowo, gdy kobieta umawia się na randkę, nie jest chyba świadoma, kolokwialnie mówiąc, że mężczyzna zawsze jest nastawiony na seks. Dziwić może to zaskoczenie kobiet, które mówią „po fakcie”, że chciały się tylko pocałować, a tymczasem zdarzyło się więcej. Problemem mężczyzn jest to, że trudno jest im odczytywać sygnały płci przeciwnej – ciężko jest się domyślić, kiedy kobieta chce, a kiedy nie chce.

I wiecie co: to jest trafna diagnoza.

Zanim mnie zakrzyczycie, już wyjaśniam, co w niej trafnego: w naszej kulturze pojęcie „gwałtu na randce” właściwie nie istnieje. Więc tak – kobieta doświadczywszy przemocy seksualnej nie jest pewna, co się stało i na ile stało się to z jej winy. Mężczyźni wzrastają w przekonaniu, że jeśli pozwoliła na pocałunek, to pozwoli na wszystko – przecież tak jest nawet w niewinnym kinie familijnym made in USA, nie tylko w pornografii. I faktycznie nie umieją rozpoznać sygnału, że pocałunek wystarcza, flirt wystarcza, nie posuwamy się dalej. Nie jest to jednak – a tak wydaje się twierdzić pan doktor – wina kobiet, lecz systemu, który nas, kobiety, uczy uległości, zaś mężczyzn nie uczy, by pytać o intencje. Potrzebna jest zmiana.  Musimy powtarzać komunikat „jeśli nie jesteś pewny, czy chce, zakładaj, że nie chce” tak długo, aż stanie się oczywistym.

(kwestię męskiego wiecznego nastawienia na seks w cytowanej wypowiedzi pomijam – nawet jeśli to nastawienie występuje, nie jest ono wyłącznie męską domeną i nadal nic nie usprawiedliwia)

Dalej jednak pan doktor już odjeżdża ze stacji „Umiarkowana Mizoginia” w kierunku „Batshitcrazyville”, mówiąc:

Fakty, że tylko 10% kobiet zgłasza gwałt na policję wynika też z nastawienia – dla jednej ten gwałt był wielką tragedią, dla innej niekoniecznie. Wydaje mi się, że na policję zgłaszają się takie kobiety, które faktycznie nieszczęśliwie stały się ofiarami bestialskiego gwałtu, i które nie mają sobie samym niczego do zarzucenia.

Z całą pewnością jest tak, że nie wszystkie przeżywamy tę krzywdę tak samo. Przyczyny niskiej zgłaszalności gwałtów są jednak inne: aktualnie osoba doświadczająca gwałtu musi przejść przez długą drogę przesłuchań, niedowierzania i udowadniania, że nie zrobiła nic prowokującego. Biorąc jednocześnie pod uwagę, że ponad trzy czwarte gwałtów jest dokonywanych przez sprawców jej znanych – trudno się dziwić niechęci do zgłoszeń. Jak donieść na swojego męża, chłopaka czy kuzyna? Jak dowieść, że po dwóch piwach na randce i paru pocałunkach jednak nie chciało się seksu? Szansa na ukaranie czy choć odizolowanie sprawcy jest niewielka, zaś rozgrzebywanie intymnych szczegółów zajścia – upokarzające.

W dyskusji o zjawisku przemocy seksualnej bardzo często miesza się dwa porządki: jak jest i jak powinno być.

Jest tak, że męźczyźni gwałcą. Nie wszyscy. Pewna część. Czasem dlatego, że mają nasrane we łbie i chcą pokazać, kto tu rządzi, jak na przykład nadmiernie kontrolujący mężowie. Czasem dlatego, że są durnymi gimbusami, którzy całą wiedzę o życiu seksualnym mają z redtube’a, przechwałek kolegów i katechez zwanych przygotowaniem do życia w rodzinie – i nie wiedzą, że można poprzestać na pocałunku. Czasem dlatego, że przez całe życie słyszeli, że kobiece „nie” oznacza „być może”.

Dlatego, gdy przyjaciółka pójdzie na spotkanie z kolesiem poznanym przez internet, być może, z troski, bo taka ze mnie nadopiekuńcza kwoka, zasugeruję jej miejsce publiczne, naładowaną komórkę i pilnowanie drinka. Nie będzie to jednak moja sprawa i nie będę jej odpytywać, czy tego dopilnowała. Tak, jest to pewna hipokryzja. Godzę się z nią.

Podobają Ci się moje notki? Wrzuć monetkę!

Czytaj dalej

Nie wszystkie dzieci lubią łaskotki

Z okazji weekendu cichnie nieco burza wokół słów Michalika, zwanego przez wierzących arcybiskupem. Napisano też o niej tyle, że nieszczególnie mam cokolwiek do dodania. Z mojego punktu widzenia, ważne w tej całej historii są następujące rzeczy:

  1. Obraz księdza-pedofila, jakkolwiek widać, że nie pozbawiony podstaw, oddala nas od tego, co w molestowaniu nieletnich istotniejsze: że molestujący to często ktoś z rodziny. Nie jestem wyrywna do bronienia księży, ale części tej gównoburzy na pewno przyświeca też radocha ze znalezienia zewnętrznego sprawcy i nie zajmowania się przemocą seksualną w rodzinie.
    W postawie księży omal równie oburzające jak to, że molestują jest to, że odmawiają publicznej skruchy, żonglując stwierdzeniami o lgnących dzieciach i standardowym napierdalaniem w rozwodników.
  2. W słowach Michalika, zwanego przez wierzących arcybiskupem, poza oskarżaniem dzieci i rozwodów pojawiła się też sugestia, że to przez to rozseksualizowanie dzieci, wpajane im od przedszkola.

Nie wiem, czy wiecie, ale cywilizacja śmierci z siedzibą w Brukseli przysłała instrukcje, byśmy roznamiętnili te maleńkie, niewinne duszyczki za pośrednictwem edukacji seksualnej i przedszkoli równościowych. Ja rozumiem, że ksiądz ma podstawy wierzyć, że chłopcu od założenia sukienki pomiesza się dobro ze złem. Ale to tak nie działa. Zgodnie z informacjami, jakie posiadamy, dzieci w wieku przedszkolnym dopiero uczą się wzorców, takich jak przysłowiowa sukienka dla chłopaka. Łatwiej przyjmują zmiany, mają o wiele mniejsze poczucie, że coś się wyłamuje ze schematu, zamiana ról, nawet sprowadzona do przebieranki w ubrania jest dla nich zabawą, nie bolesnym eksperymentem rodem z Zimbardo.

(etap, gdy dzieci już rozpoznają wzorzec „swój – obcy” i uczą się z nim sobie radzić następuje w wieku podstawówkowym; osobiście jestem zdania, że każde dziecko powinno zmierzyć się w tym okresie zarówno z potrzebą odrzucenia kogoś poza grupę, bo nie pasuje, jak i doświadczeniem odrzucenia – jest to po prostu potrzebne do poprawnej socjalizacji; mam też wrażenie, że w banieczkach prywatnych szkół nie mają po temu sposobności)

Dobrze podsumowuje moje rozważania wypowiedź Karin Graff, psycholożki zajmującej się dziećmi: Dzieci są niesamowicie podatne. Uczą się zachowań przez podpatrywanie i naśladowanie dorosłych. Jeśli chcielibyśmy więc czekać z równościowym wychowaniem do czasu, kiedy zaczną szkołę, chłopcy i dziewczęta będą już wtedy wtłoczeni w przypisane role.

Gdy przeglądamy program równościowego przedszkola, wyłania się z niego obraz pogodnego, szczęśliwego dziecka, które bawi się zabawkami, które lubi, nosi ubrania, w jakich dobrze się czuje; jeśli jest dziewczynką, może zamiast podać koledze kompot pobiegać za piłką. W programie podpowiada się, co można zrobić, by to ułatwić: twórcze przerabianie bajek, przemieszanie zabawek ze stref dziewczęcych i chłopięcych, zachęcanie dzieci do rotacyjnych odwiedzin w kącikach tematycznych, tak, by sklep czy kwiaciarnia nie były domeną wyłącznie dziewczynek. Autorki uprzedzają, że zwłaszcza chłopcy mogą jednak mieć już poczucie nieodpowiedniości zabawy na dziewczęcych warunkach i nie forsują tych pomysłów na siłę.

Za równościowym przedszkolem stoi koncepcja, że stereotypy przyjmujemy od małego, od wieku przedszkolnego. Zgodnie też z polskim, dość autorytarnym modelem wychowawczym, dzieci uczone są, że niewiele mają do powiedzenia w kwestii swoich ciał. Oczywiście – w przypadku zdrowia lub higieny odpowiedzialność spoczywa na dorosłym. Zalecane są jednakże też lektury z pogranicza asertywności wobec molestowania seksualnego (wymienia się tam m.in. „Nie lubię łaskotek. Prawo dziecka do mówienia »nie«” Marcie Aboff). A więc tak, te wstrętne feministki chcą też, by dzieci uczyły się reagować na niechciany dotyk i nie wstydziły się o tym mówić.

Poza kanonem proponowanym przez autorki projektu ze swojej strony mogę dorzucić wspominaną już „Czy Zuza ma siurka” i drugą, do zmierzenia się z dziecięcą seksualnością, „Zuza chce mieć dziecko”. Z serii „Dzieci filozofują” godną polecenia jest książeczka Oscara Brenifiera, przepięknie zilustrowana przez Serge Blocha: „Uczucia – co to takiego?”, a w niej, na przykład, pytanie: „Czy boisz się wypowiadać przed całą klasą?” – i rozważane inklinacje zarówno odpowiedzi twierdzącej, jak i przeczącej (przy przeczącej: nie, bo nie lubię, gdy inni na mnie patrzą – tak, ale: czy to, że patrzą, oznacza, że cię oceniają? czy wolałbyś być niewidzialny? czy spojrzenie może zranić?). Pomogłaby zarówno dziewczynkom, socjalizowanym do bycia grzecznymi i uległymi, jak i chłopcom, socjalizowanym do ukrywania uczuć.

a to znów "Grzeczna" w ilustracji Gro Dahle (obrazek zaczerpnięty z http://mamaczyta.pl/raczej-na-powaznie/o-dziewczynce-ktora-zniknela)

a to znów „Grzeczna” w ilustracji Gro Dahle (obrazek zaczerpnięty z http://mamaczyta.pl/raczej-na-powaznie/o-dziewczynce-ktora-zniknela)

Mam wrażenie, że rak, który toczy percepcję Michalików i jemu podobnych jest zamknięty na choćby elementarne mówienie o sprawach społecznych. Że gdy jego słowa o poszukiwaniach serdeczności poza rodziną, która jej nie dostarcza – wcale przecież nie tak chybione, niezależnie od rozwodów są przecież rodziny nie zapewniające dzieciom tego podstawowego minimum jakim jest bezwarunkowa miłość – nie były powiedziane w kontekście świadomego, wielokrotnego i wciąż zamiatanego pod dywan krzywdzenia dzieci – może nawet znalazłoby się parę osób skłonnych się zgodzić. Co więcej, ich olbrzymia, wyuczona przez wieki arogancja nie pozwala spojrzeć na kwestię wychowywania dzieci inaczej niż wtłoczono z zakurzonych ksiąg w seminarium: mężczyzna, kobieta, podrzędna, służalcza rola kobiety, a myśl o zamianie ról godzi w boga, honor i ojczyznę.

Co martwiłoby mnie dużo mniej, gdyby nie dwie lekcje religii tygodniowo.

Etykieta zastępcza

Pamiętacie etykiety zastępcze? Ja średnio, w końcu miałam wszystkiego 12 lat, gdy w telewizji nie było teleranka, a za to wystąpiła jedna okropna pani z loczkami i ogłosiła, że skończył się komunizm. W tym czasie bardziej mnie interesowały moje pierwsze miłości, jeżdżenie na rowerach z koleżankami z klasy i dość już kobiece ciało, wzbudzające niezdrową ciekawość tego czy owego wujaszka tudzież kuzyna.

Tematy, jakie poruszam na tym blogu – feminizm, przemoc domowa, prawa mniejszości – regularnie są nazywane „zastępczymi”. Jest to dla mnie kolejny przykład na to, że choćbyśmy nie wiem, jak zaklinali rzeczywistość i ogłaszali, że rewolucja jest wygrana – światem nadal rządzą bogaci, biali, heteroseksualni faceci, których w dużej mierze nie dotyczy dyskryminacja.

Mające skłonności do lekkiej mizandrii koleżanki mawiają niekiedy, że widać to po tematach, jakie zastępcze nie są: kolejne igrzyska (chłopcy lubią grać), tasowania w partiach (chłopcy lubią rywalizować), figle na giełdzie, architektoniczny kult cargo (postawimy wieżowiec i firma sama się sprowadzi) – działania polityczne i ekonomiczne służące w dużej mierze do utrzymania status quo, nie naprawy problemów, które w żaden sposób ich nie dotykają. Nierówność płac? Mniejsza emerytura? Pomoc ofiarom przemocy? Sfiksowały te baby.

Pierwszym krokiem do zrozumienia, w jak wielkim stopniu niezastępcze są to tematy, jest uświadomienie sobie uprzywilejowanej pozycji. Pisałam już kiedyś o tym: nigdy nie zwalczę do końca hipokryzji dyskutując o bezdomnych zza monitora drogiego laptopa, bo nie jestem w ich skórze. Jedyne, co mogę zrobić, to przypomnieć sobie okres, w którym nie było mi daleko do takiego stanu i uświadomić sobie, jak dużo miałam szczęścia, uzyskując wówczas wsparcie. Czasy niepewności ekonomicznej trochę pomagają w zrozumieniu tego wspólnotowego aspektu wydobywania się z dołka.

Tematy zastępcze są najbliżej życia, jak tylko mogą. Dotykają codziennej ekonomii: nie tej loterii na giełdzie, lecz tej, co do garnka włożyć i jak przeżyć do wypłaty. Dotykają codziennej psychologii: nie tej, jak sprzedać opony do nissana, lecz tej, jak wytłumaczyć córce, czemu ksiądz mówi o niej „diablica”, bo nie chodzi na religię. Socjologii: nie tej od promowania lepperów tego świata na liderów, lecz tej od przyczyn dziedziczenia biedy w łódzkiej kamienicy. The Other 99% science.

Uprzywilejowani po prostu nie pamiętają, że to, co mają zastane: ciepłe łóżko, wyżywienie, wspierający bliscy, dostęp do wiedzy, opieki lekarskiej i działających mediów – to nadal są przywileje, choć powinny być prawami. Neoliberalny paradygmat, w jakim żyjemy mniej więcej od czasów obwieszczenia pani z loczkami sprawia, że nadal jest problem z powszechną dostępnością tych świadczeń.

Więc my, nosicielki tematów zastępczych, przypominamy im o tym. Mówimy, że kluczowym jest najadać się pełnowartościowym posiłkiem, bo z tego rosną zdrowe, rozumne dzieci. Tłumaczymy, że ważny dla wszystkich jest bezpieczny dom, bo bez niego człowiek popada w depresje, uzależnienia i toksyczne relacje. Podkreślamy, że krzywda dzieje się częściej za drzwiami sąsiada niż w mrocznych uliczkach czy w luksusowych kasynach. Pokazujemy na to statystyki i badania, co jest trochę daremne w kraju, w którym najwięcej do powiedzenia ma gromada kolesi opowiadających mnóstwo rzeczy o swoim niewidzialnym przyjacielu.

Walczymy o poczucie bezpieczeństwa i spokój. O najbardziej podstawowe potrzeby emocjonalne każdego z nas.

Chciałabym, by inne dwunastolatki nie przeżywały przykrego zawstydzenia, jakiego doświadczałam (i jakiego doświadczają inne dwunastolatki na całym świecie); tego obmacywania wzrokiem, głupkowatych uwag, niezupełnie przypadkowych dotknięć – bo jak sobie z tym poradzić? My, feministki, staramy się także w ramach programów edukacji seksualnej uczyć młodych ludzi, jak reagować w takich sytuacjach. Ja, fetyszystka, doskonale wiem, że może się podobać tak młodziutkie ciało – wiem też, że najgorsze, co mogę zrobić, to pójść full Humbert Humbert. Nigdy nie wprowadzimy policji myśli, zależy nam tylko na tym, by potencjalny molestator poprzestał na własnych fantazjach.

Gdy miałam 12 lat, ważne były dla mnie pierwsze miłości, wypady na rowerach i moje ciało. Dwunastolatki w innych krajach kończą edukację, zachodzą w pierwsze ciąże, próbują narkotyków, trafiają na ulice. Byłam uprzywilejowana i staram się o tym pamiętać.

Nie ja rządzę moim ciałem

Na pierwszy rzut oka niby tak: mam komfort przyjścia w dżinsach do pracy, odpuścić sobie depilację czy makijaż. Jeśli walczę z wagą, to dla zdrowia, nie urody i w podobnym celu możecie mnie czasem przyłapać na aktywności fizycznej. Jednak prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto zażąda, bym się uśmiechnęła, bo ładne dziewczyny powinny się uśmiechać, media pokażą jakiegoś kolejnego randomowego księdza opowiadającego tonem eksperta o cudzie macierzyństwa lub komcionauta na blogu opowie z niesmakiem o zwałach tłuszczu.

Spora część znajomych mi kobiet jest wychowywana w przeświadczeniu, że ich pierwszym i podstawowym obowiązkiem jest wyglądać atrakcyjnie (przy czym przez atrakcyjność rozumiemy tutaj przystawanie do aktualnie modnych standardów, mierzone kilogramami i jędrnością skóry), nawet jeśli odbywa się to ze szkodą dla zdrowia i samopoczucia psychicznego. Nie mam nic przeciwko atrakcyjności – znam niewiele osób, którym nie sprawia przyjemności patrzenie na ponętnych ludzi i nie jestem tu wyjątkiem – ale jestem zdania, że w tej kwestii nikt nic nie musi. Poza regularnym myciem, jeśli oczywiście stan psychiczny czy fizyczny jakoś tego nie utrudnia.

Dodam od razu (bo w komentarzach pod poprzednią notką przewinął się ten temat), że nie widzę też szczególnego zła w operacjach plastycznych i jestem daleka od obwiniania Barbie o zaburzenia łaknienia. Wiem, że to przeświadczenie o obowiązku ładnego wyglądu jest na tyle wdrukowane i na tyle powiązane z relacjami z innymi ludźmi, że póki nie robi w zdrowie większej krzywdy, nie warto z nim walczyć (chociaż sama dość boję się skalpeli i raczej nie poszłabym na taki interes).

Atrakcyjność obowiązuje do czasu, gdy kobieta staje się matką (mnie zatem będzie obowiązywać do śmierci): jak wiadomo, wówczas niewiastę winno cechować całkowite poświęcenie progeniturze. Zbyt wypiękniona matka to znak, że dzieckiem zajmuje się za mało, kto to bowiem widział martwić się czymkolwiek innym, może jeszcze własnym wyglądem: ZŁA MATKA.

Jednym z narzędzi dyscyplinujących w tym czasie kobiety jest terror laktacyjny. Oddam tu głos komentatorce Akarze, bo nie ujmę tego lepiej niż ona:

Onet polecił blog i zajrzałam też do kilku innych wpisów. Położna w akcji:

http://polozna.blog.pl/2013/04/page/7/
“I zaczynają się schody. Przystawienie do piersi ,,niuni” jest proste.Pakuje się brodawkę sutkową do otwartego dziobka i to wszystko, ale nie…Kobiety to potrafią skomplikować nawet najprostszą rzecz pod słońcem, to nie może trafić (?) to nie chce ssać – jak może ssać jeśli brodawka jest kilka centymetrów od buzi, to śpi – więc po co budzić, a dziecko przy każdej próbie kwilenia jest lulane. Ale największym przegięciem jest skarga pacjentki,że dziecko za długo ssie”.

Dla mnie to wyśmiewanie i poniżanie matek. Najprostsza rzecz pod słońcem? Nie ma to jak od razu podciąć skrzydła kobiecie, która dopiero co została matką. Co z tego, że ktoś nie potrafi od razu karmić piersią? Po to położne tam są żeby pomóc i wytłumaczyć, a zamiast tego się denerwują.

Następnie położna próbuje wywołać wyrzuty sumienia u matek, które piersią nie karmią:

“Uważam, że mam prawo walczyć o zdrowie dziecka. Ale wiem,że przegrywam.Tylko zamkną się drzwi oddziału, dzieci są dokarmiane w domu, a potem to już równia pochyła.Kiedy spotykam kobiety przy drugim porodzie słyszę ,że karmiły miesiąc , dwa, bo miały mało pokarmu.Ale żadna nie korzystała z porady położnej środowiskowej, czy poradni laktacyjnej. Jestem wredna, ale każde dziecko karmione butelką powinno swoją matkę zapytać :dlaczego mnie nie karmiłaś piersią?”

Dalej powoływanie się na dobro dziecka:
http://polozna.blog.pl/2013/04/page/6/
“W komentarzach są stwierdzenia: wybór matki, prawo do decyzji, ale nikt nie opisał co z dzieckiem!
Czy ono nie ma prawa do naturalnego pokarmu , ”

Ja uważam, że matka ma prawo do tego, by jednak o rzeczach, które bezpośrednio angażują jej ciało, jej ból, jej wygląd decydowała samodzielnie. Jednak po latach tresury w grzeczności i bierności wiele kobiet nie reaguje, karmi piersią wbrew sobie i dławi złość zaciskając zęby.

(wiecie, że od zaciskania zębów człowiek zgrzyta nimi po nocach, o wiele gorzej sypia i miewa gigantyczne migreny?)

Zmierzam do tego, że te dwa czynniki: przekonanie o konieczności bycia ładną i przekonanie o konieczności bycia grzeczną powodują, że czasem nie walczymy o siebie wtedy, gdy sprawy idą już źle.
Rzućcie okiem na ten filmik (myślę, że jakieś 30s wystarczy, nie musicie w całości):

Też się zastanawiacie, czemu te kobiety nie reagują? A wiecie: może nikt ich nie nauczył, jak to zrobić, by ani nie popaść w mordobicie, ani w płacz. Może kiedyś reagowały, ale słyszały, że nie znają się na żartach. Albo że są przewrażliwione. Albo, że molestowanie to wymysł szwedzkich feministek.

Na stronie Hollaback! Polska codziennie przybywa historii o tym, jak w przestrzeni publicznej dochodzi do molestowania, zaczepek, ocierania się, niechcianego dotyku, paraerotycznych żartów. Nie twierdzę, że wszyscy sprawcy mają złe intencje i są mrocznymi molestatorami – podejrzewam raczej, że mnóstwo z tych zachowań jest bezrefleksyjna, już to z nieumiejętności oddzielenia strefy prywatnej od publicznej, już to z przyjmowanego codziennie przekazu, że kobiety mają umilać wyglądem i zachowaniem długie wieczory strudzonego polowaniem na PKB mężczyzny.
Opowiadanie tych historii, sprzeciw wobec takich akcji jak Boobsmena, przypominanie, że nasze ciała należą do nas samych mają na celu jedno. Pamiętajcie, dziewczyny. Niezależnie, czy to był starszy kuzyn w głupim wieku, niewrażliwa położna czy zbol w autobusie: nie jesteście w tym same. Większość z nas boi się reagować, przeżyła upokorzenie molestowania i wyrzucała sobie, że nic nie zrobiła. Macie prawo nie wiedzieć, co zrobić i bać się sprzeciwić. Jest nas wiele. Może razem w końcu przebijemy się z informacją, że nasze ciała należą do nas.

Co nie poszło w Polityce

Red: Przecież Matka Polka jest niemalże czczona i wychwalana pod niebiosa.

Elżbiera Korolczuk: W warstwie symbolicznej tak, ale w wymiarze praktycznym doceniamy jedynie macierzyństwo klasy średniej i wyższej. Burza przy okazji sporu o przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego pokazała, że Polacy nie tylko nie akceptują macierzyństwa biednych kobiet, ale wręcz nim pogardzają, widząc w nim jedynie „produkcję bezrobotnych” i patologię. Szacunek dla Matki Polki nie przeszkadza internautom wzywać do sterylizacji biednych matek. Dr Renata Hryciuk, która w naszej książce analizuje min. mobilizację wokół Funduszu porównała kapitał polityczny macierzyństwa w Meksyku i w Polsce – dwóch krajach katolickich, gdzie silny jest kult macierzyństwa. Okazało się, że „kapitał macierzyński” u nas jest znacznie niższy niż w Meksyku. Dobrym przykładem jest Danuta Wałęsowa, która wybrała dom i dzieci jako sposób na życie i oczekiwała, że jej praca i wysiłek zostaną docenione, zarówno przez społeczeństwo, jak i męża. Jak wynika z jej książki – tak się nie stało.

(…)
W sytuacji idealnej powinno być tak, że rozwiązania instytucjonalne pozwalają ludziom mieć tyle dzieci ile chcą, a ci, którzy nie chcą ich mieć, nie spotykają się z potępieniem i presją. Niestety w Polsce polityka społeczna nie jest priorytetem. Jest pewien absurd w tym, że rząd traktuje budowę infrastruktury czy stadionów jako ważny społecznie cel, a odsuwa w czasie kwestie opieki, dotyczącej przecież całego społeczeństwa.

http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1538155,1,ciezka-dola-wspolczesnych-matek.read

 

Tekst został wycięty po autoryzacji i bez wiedzy przeprowadzającej wywiad. Wstyd.

Żalek: kobieta spełniona

…uznając, że realizacja równości kobiet i mężczyzn de jure i de facto stanowi kluczowy
element zapobiegania przemocy wobec kobiet;
uznając, że przemoc wobec kobiet jest manifestacją nierównych stosunków sił
pomiędzy kobietami a mężczyznami w historii, które doprowadziły do dominacji
mężczyzn nad kobietami i dyskryminacji tych ostatnich, a także uniemożliwiły pełną
poprawę sytuacji kobiet;
uznając strukturalny charakter przemocy wobec kobiet za przemoc ze względu na
płeć, oraz fakt, że przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych
mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą
wobec mężczyzn pozycję;
uznając, z najwyższą troską, że kobiety i dziewczęta są często narażone na poważne
formy przemocy takie jak: przemoc domowa, molestowanie seksualne, gwałt,
małżeństwo z przymusu, tak zwane „przestępstwa w imię honoru” i okaleczanie
narządów płciowych, które stanowią poważne naruszenie praw człowieka wobec
kobiet i dziewcząt i główną przeszkodę w osiągnięciu równości kobiet i mężczyzn;
zauważając, że stałe łamanie praw człowieka podczas konfliktów zbrojnych,
dotykające ludność cywilną, przede wszystkim kobiety, przybierające formę
systematycznego stosowania na szeroką skalę gwałtów oraz przemocy seksualnej,
powoduje eskalację przemocy ze względu na płeć zarówno w trakcie konfliktu, jak i
po jego zakończeniu;
uznając, że kobiety i dziewczęta są bardziej niż mężczyźni narażone na przemoc ze
względu na płeć;
uznając, że przemoc domowa dotyka kobiety w większym stopniu i że mężczyźni
mogą również być jej ofiarami;
uznając, że dzieci są ofiarami przemocy domowej, również jako świadkowie
przemocy w rodzinie;
dążąc do stworzenia Europy wolnej od przemocy wobec kobiet i przemocy domowej;
stanowią, co następuje:

(fragment preambuły Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej)

No i co z tego, że stanowią, skoro wystarczą panowie Gowin czy Żalek, by te słowa pozostały tylko na papierze?

Wspomniana już tutaj nie raz Agnieszka Kublik tym razem podjęła trud dyskusji z Jackiem Żalkiem, posłem Platformy Obywatelskiej. Już sam tytuł wali w touchpada kwantyfikatorem i zmusza do kliknięcia: „Kobieta spełnia się w domu, to naturalne”. Naturalne dla kogo, dla posła Żalka? Czy dla odwiecznej natury, która, jak wszyscy wiemy, od wieków utrzymywała monogamiczne heteroseksualne małżeństwa w modelu dwa plus dwa, tylko że wcale nie?

Pan Żalek wyraża wątpliwość, żeby nie powiedzieć: nadzieję, że Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy domowej i przemocy wobec kobiet nie zostanie ratyfikowana. Nie przekonują go bowiem kontrargumenty wobec tez Gowina, zaś sam fakt podpisania ocenia jako rozsądną, ale jednak polityczną decyzję, wynikającą z (chwilowo) profeministycznych nastrojów.

I to jest nawet dość krzepiący fragment: że pan Żalek nie ma złudzeń, że sympatia premiera wobec Konwencji RE jest chwilowa i koniunkturalna. Ja też ich nie mam, bo sam fakt odwlekania decyzji w tej sprawie z uwagi na Euro2012 pozwalał tak przypuszczać.

W XXI wieku, w demokratycznym od dwudziestu lat państwie pan Żalek jest zdania, że parytety są niepotrzebne i upośledzą kobiety. Kobiety przecież wcale nie chcą do polityki, bo to taki straszny, agresywny świat, kudy tam delikatnym niewiastom. Dla ich własnego dobra – niech lepiej trzymają się z daleka. To nie na ich śliczne główki i czułe serduszka.

Panie Żalek, to właśnie dzięki temu, co pan mówi, co słyszymy od dzieciństwa „odpuść sobie, to nie dla ciebie” wiele kobiet nie podejmuje decyzji o karierze politycznej. To dzięki takim komunikatom wielu ludziom wydaje się, że są jakieś role, przypisane nam z uwagi na płeć. Dzięki nim właśnie kobiety nie awansują, nie dostają podwyżek, na dzień dobry otrzymują niższą płacę, zaś zawody sfeminizowane są postrzegane jako mające o wiele niższy prestiż.

(o tym, czym się różni mężczyzna bardzo ładnie napisał Wojtek Orliński i ponieważ czuję się swatką tego tekstu, chętnie go linkuję)

Pan Żalek w wywiadzie pyta, co z mężczyznami. Pomyślcie o nas, prosi (tak jakby dotychczas mało myślano!). My też jesteśmy bici!

W 2011 r. policja odnotowała 70 tysięcy kobiet-ofiar przemocy i 10 tysięcy mężczyzn-ofiar przemocy. Ogólnie wśród sprawców przemocy domowej 95% stanowią mężczyźni. Jest to związane między innymi ze stereotypowym podziałem ról płciowych, który konwencja chce osłabić. Nawet biorąc pod uwagę fakt dużo mniejszej zgłaszalności przemocy kobiet względem mężczyzn musimy mieć świadomość, że konwencja pomoże także i mężczyznom: nie wikłając ich w poczucie wstydu i porażki, gdy staną się ofiarami przemocy i nie wdrażając ich w kult machismo, bo chcemy ten kult znacząco osłabić.

(nie zamykajmy oczu na fakt, że i w przypadku kobiet operujemy częścią faktycznych zdarzeń: im bardziej konserwatywne środowisko, tym większe ryzyko i przemocy, i braku jej zgłoszenia, już to z powodu braku dostępu do informacji, jak to zrobić, już to ze zinternalizowanego przekonania, że „na rodzinę się nie donosi”)

Bierzmy jednak pod uwagę, że rozmawiamy z blogerem salonu24, który na swoim blogu dumnie obwieszcza:

Przypomnę, że opowiedziałem się w Sejmie za przyjęciem poprawki jasno definiującej małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Zdecydowanie opowiedziałem się przeciwko tzw. „ustawie przemocowej”, która ingerowała w rodzinę tworząc opresyjny mechanizm urzędniczej władzy (zagłosowałem wówczas przeciw jako jedyny poseł PO). Podobnie, zgodnie ze swoim sumieniem głosowałem w sprawie in vitro. I nadal jako poseł PO będę tak czynił.

…oraz cytuje przekłamany i homofobiczny raport Fundacji Mamy i Taty w sprawie związków partnerskich.

Czy zatem nadal jesteśmy zdziwieni czytając ten fragment wywiadu:

– 100 mln kobiet raz w życiu, w skali światowej więcej kobiet umiera na skutek przemocy niż raka.

– To nie jest żadna wiedza, pani tylko cytuje dane. Wiedza to coś więcej niż posługiwanie się danymi. Proszę nie mówić, że pani coś wie.

Mocne słowa jak na człowieka słyszącego krzyk zamrażanych blastocyst, abortowanych płodów i przekonanego, że walka z przemocą godzi w rodzinę.

 

[za link do blogaska pana Żalka serdecznie dziękuję Bartowi]

Feministki nie zabiją

Nowy rok, poza narkotykami dostarczonymi przez Marcelego, odkryciem Pornophonique (tak, 8bitowe bollywoodzkie piosenki są piękne) i zasubskrybowaniem tagu #przed35 na blipie przyniósł także kilka dręczących pytań.

Na przykład: co jest nie tak z panią Łepkowską? Tuż przed sylwestrem, cichcem chyłkiem, na portalu wyborcza.pl pojawił się wywiad z Pierwszą Damą Telenowelowego Skryptu pod hurrdurrr tytułem „Feministki mnie zabiją!„. Jejku jej. Jak powszechnie wiadomo, feministka jest kimś na kształt tego wygłodzonego wilkołaka z Sapkowskiego „Trochę Poświęcenia”, co przychodzi rozrywać gardła, ale widzi, że to tylko Jaskier, więc odchodzi. I nawet chciałam podobnie, ramion wzrusz, z gardła meh, no bo co nowego: pani, której się udało, nie wierzy w szklany sufit; kobieta, której się nie udaje być równie dobrą, co mężczyźni, z całą pewnością robi coś źle. No ileż można…

Pani Łepkowskiej ładnie nagryzł gardło pan Pacewicz, punktując to, co z wywiadu bije po oczach. Zauważył zaprzeczanie istnieniu szklanego sufitu, zaobserwował posługiwanie się stereotypowym wynaturzeniem drugofalowego feminizmu polegającym na zatarciu różnic między genderami, nie umknęło jego uwadze lekceważenie potrzeby parytetów oraz kompletnie chybiona diagnoza przyczyn sytuacji kobiet na rynku pracy (kobiety zarabiają mniej, bo są mniej dyspozycyjne).

Ciekawy jest ten fragment:

– …jako pracodawca wiem też, że gdy pracownica idzie na urlop wychowawczy – i słusznie, tak powinno być, bo dzieci muszą się rodzić – to ja zostaję z nieobsadzonym etatem, na który muszę przyjąć czasowego pracownika, bo jak kobieta wróci z urlopu wychowawczego, to musi mieć zapewnioną pracę. To jest sprawiedliwe, ale dla pracodawcy to jest kłopot, prawda?

– Jest. Ale nie jest to powód do dyskryminacji kobiet na rynku pracy. Poza tym mężczyźni też mają dzieci.

– Tak, dzieci mają ojców. Jedna z moich współpracownic zarabia lepiej niż mąż i to on poszedł na urlop macierzyński i tacierzyński.

Mężczyźni mają dzieci. Dzieci mają ojców. Nacisk przesunięty z dorosłego na dziecko, w kontekście pracy dorosłego. Iswydt.

Urlop tacierzyński. Ani Agnieszka Kublik, rozmawiająca z Iloną Łepkowską, ani Piotr Pacewicz nie wydają się być szczególnie przywiązani do idei urlopu rodzicielskiego, bez rozróżnienia na płeć/ gender rodzica, a szkoda: bardzo ona skutecznie niweluje powiązanie „kobieta = dziecko”. Nie, nie, kochani, od ładnych paru lat wiadomo, że powiązanie jest takie: „dorosły człowiek w wieku rozrodczym = być może dziecko”. Nie wszyscy chcą mieć dzieci, nie wszyscy mogą mieć dzieci, a przede wszystkim: nie każda kobieta będzie mieć dziecko, a urodziwszy, pójdzie na urlop, może bowiem nań pójść ojciec dziecka. Głównie z przyczyn finansowych, ale przecież nie tylko, co również umyka naszym bohaterom. Nadal bowiem zgodnie wykonują rytualny taniec Bractwa Małe Morulki (Blogdebart TM), że to jednak matka chce przebywać z dzieckiem w tych pierwszych, jakże ważnych tygodniach.

No trochę niezakoniecznie, prawda, nie ma powodów, dla których nie mógłby poprzebywać z dzieckiem ojciec. Partner. Ktokolwiek bliski.

Jest rzeczą oczywistą, że Ilona Łepkowska tego nie rozumie, skoro w tym samym wywiadzie nagle wydaje z siebie taki oto neuroseksistowski bełkot:

Ale uważam też, że jest rzeczą absolutnie normalną, że jak kobieta ma małe dziecko, które jest ciężko chore, to będąc w pracy, nawet zostawiwszy je pod dobrą opieką, jakaś część jej mózgu jest nastawiona na to, co się dzieje z dzieckiem. To jest biologia. I byłoby źle, gdyby tak tego nie odczuwała. Nie wmawiajmy sobie, że kobieta, która ma kilkoro małych dzieci, jest w pełni wydajnym pracownikiem. Tak nie jest!

Powiedzmy sobie wprost: matka dysponuje zaledwie częścią mózgu, bo reszta zostaje przyklejona na stałe do dziecka. Tak, ja też mam dziwne wizualizacje. Oraz pokażcie mi dziecko, które ani razu nie zachorowało w dzieciństwie.

Ciekawa rzecz, że opisanego niepokoju (bo ten niepokój o dziecko przecież faktycznie jest, tylko niekoniecznie powiązany wyłącznie z chorobami, o czym mi donoszą zaprzyjaźnieni rodzice) nie odczuwają już w świecie Łepkowskiej mężczyźni. Najwidoczniej cycki dają +10 do odklejenia mózgu.

Czego jeszcze nie wychwycił pan Pacewicz? Tego kawałka:

– Mamy przywilej rodzenia dzieci i dlatego mamy być gorzej traktowane?

– Jesteśmy lepiej traktowane, bo natura dała nam ten przywilej.

Eeee.

Nie, serio. Ja to sobie chyba rozrysuję.

  1. jestem kobietą
  2. mogę rodzić (no, potencjalnie)

  3.  mam przywilej z bycia matką

  4.  pracodawca mnie mniej chętnie zatrudni, bo urodzę i przysiędę na macierzyńskim

  5.  mniej zarobię

  6.  będę mieć mniejszą emeryturę

  7. nie, no, błagam, jaki profit?!

No dobra, pośmialiśmy się, to na koniec jeszcze jedna perełeczka, chrum:

Mówię zupełnie szczerze: gdybym zobaczyła, że poziom scenariuszy mojej scenarzystki z małymi dziećmi się obniża, tobym jej powiedziała, żeby sobie zrobiła przerwę w pracy, że będzie mogła wrócić, jak się ogranie w nowej roli życiowej. Być może to byłby seksizm, ale tak bym zrobiła i wzięła kogoś innego na jej miejsce.

Kochana pani Ilono. Tak, byłby to seksizm. Byłby to także obrzydliwy korwinistyczny model pracodawcy. Nie, feministki pani nie zabiją, bo feminizm kocha kobiety, także te, które z gładkim czołem sadzą takie kloce w mejnstrimowej prasie.  Jednej z nich jest tylko zwyczajnie po ludzku przykro, że ktoś, kto kształtuje myśli w milionach  głów i uczucia w milionach serc ani przez chwilę się nie zawstydzi tym, że utrwala stan, w którym kobietom jest gorzej: tam, gdzie wygodniej –  zaprzeczając istnieniu tego stanu, tam, gdzie wygodniej – twierdząc, że jest on do naprawienia bez rozwiązań systemowych, ot tak, sam z siebie. Się ustoi. Samo się zrobi. Z natury, jak przywilej bolesnego porodu w kraju, w którym trzeba robić akcje „Rodzić po ludzku”.

Ala ma hifa

Światowy dzień walki z AIDS uświetnił Polski Czerwony Krzyż, prowadząc (już od jakiegoś czasu) kampanię „Życie to nie Facebook, nie przyjmuj zaproszenia od nieznajomych” za pośrednictwem przydługiego i zajeżdżającego Smack my bitch up filmiku, w którym bohater poznaje na fejsbuniu Alę oraz bzyka się z nią na imprezie. Jego przypadkowy seks zostaje przykładnie ukarany: Ala ma HIV.

[w ogóle, czy tylko mnie drażni ta elementarzowa infantylizacja? Ala ma kota, Ala ma HIV? Serio? Serio?]

…”Ty już też” – dowiaduje się bohater, trochę jak w tym sucharowym dowcipie o zajączku, który gwałci lisiczkę („zajączek, a masz papier, że nie masz HIV?” „Mam” „To go podrzyj”; skłamałam: dowcip ma sensowniejszy wydźwięk). No cóż, sam sobie winien, kto idzie do łóżka z kimś ledwo co poznanym i to jeszcze, widziane to rzeczy, poznanym przez internet. Powinien przecież poznać ją tak, jak poznawać ludzi należy: w pracy, szkole, oazie lub kursie tańca brzucha. W internecie to same anonimy siedzą. Powinien wszak zaznać przyjemności erotycznej wyłącznie w ugruntowanym, stałym związku, najlepiej po wymianie krucjat kurtuazyjnych u teściów i defalutowego w takich razach biżu. A przede wszystkim uważać na złe, rozwiązłe kobiety: te porządne z całą pewnością HIV nie mają, bo nieprzypadkowo HIV i hedonizm zaczynają się na tę samą literę.

How about using condoms, kids?

Krew mnie zalewa, gdy widzę w tej kampanii obwinianie kobiety o roznoszenie HIV, już nawet nie tylko dlatego, że zarażonych wirusem kobiet jest blisko siedmiokrotnie mniej niż mężczyzn. Ale także dlatego, że aktywną seksualnie kobietę ukazuje jako przyczynę tragedii. Co w kraju, w którym, zgodnie z raportem Feminoteki, 20% prokuratorów i 40% policjantów uważa, że nie da się zgwałcić kobiety – jest po prostu przerażające.

I want to live alone, I could be happy on my own

Od czasu do czasu Gazeta Wyborcza usiłuje podjąć mężne zmagania z pojęciem singlostwa, co jest drażniące na kilku poziomach, no bo tak:

  • co to kogo obchodzi, czy jest się w związku czy nie (o ile w grę nie wchodzi romans z tą osobą)
  • dlaczego słowo „samotność” tak bardzo gryzie

W określeniu „singiel” pędzi podskórnie taka narracja, że ze względu na źródłosłów pojęcia jest to jakaś zgniłozachodnia, przemijająca moda, niezakorzeniona w naszej rzeczywistości. Oraz, że samotność jest smutna. To znaczy, no, jeśli nie jest z wyboru, to może być smutna, ale dla mnie to jednak słowo neutralne: samotna jako niepozostająca w żadnym stałym związku. Stan jak każdy inny.

No więc w artykule „Nie masz dzieci, tyraj za wszystkich”  GW w pierwszych zdaniach już usprawiedliwia życie w pojedynkę pędem do kariery:

Aleksandra ma 26 lat. Jest zdeklarowaną singielką. – Na razie. Nie do końca życia. Dziś nie chcę się wiązać na stałe – mówi. Postawiła na pracę, karierę zawodową.

Gdyż, jak powszechnie wiadomo, samotność z wyboru można usprawiedliwić jedynie pracowitością. A wydawałoby się, że po Bridget Jones już nikt nie łyka takich opozycji jak rodzina versus kariera.

[disklajmer: tak, wiem, że Bridget, zwłaszcza w pierwszej części, akceptuje siebie tylko wtedy, gdy interesuje się nią jakiś facet i że jedzie równie nieznośnym nastoletnim emo co Ally McBeal; niemniej: wyautowała krągłe kobiety #po30, a w „W pogoni za rozumem” zaczyna sobie radzić zupełnie sama, bez żadnego męskiego wsparcia, więc nie umiem jej jakoś szczerze zaorać]

Dodatkowo mamy tutaj zrównanie samotności z bezdzietnością. Cześćjacek tłumaczył, że tak działają mejnstrimowe media, że dzieciata singielka to już samotna matka, a samotna z wyboru to singielka. Nie wiem, czy zapamiętam, trochę to dla mnie za skomplikowane.

Co mamy dalej? Trochę lolocaustu singli jako że w korporacjach muszą zostawać na nadgodzinach oraz mają mniejsze szanse na otrzymanie urlopu w atrakcyjnym, letnim terminie. Z moich doświadczeń wynika tyle, że tak, matki dzieciom mają większą łatwość w odmowie pozostania na nadgodzinach (a jak są karmiące, to i o godzinę krócej pracują, ale takich jest niewiele), przy dzieciach w wieku przed/szkolnym trochę też trudniej o elastyczność z terminami urlopów, więc ich dobór dość rozumiem. Aczkolwiek co roku mam trudności, by jednak przynajmniej tydzień z urlopu mieć latem i nie zahaczyć o żadną dzieciatą koleżankę, a trochę ich jest, nie wszystkie z dziećmi, których terminy wakacyjne byłyby już dyktowane instytucjonalnie.

I trochę to fajne, a trochę nie, tzn. te przywileje w niewielkim stopniu pomagają dzieciatym w korpo, gdzie godziny pracy są sztywne, a urlopy planuje się z dużym wyprzedzeniem, zaś ja nie widzę powodu, dla którego mam ustępować z terminem obejmującym Open’era czy Orange Warsaw Festival tylko dlatego, że koleżanka wymyśliła sobie, że w tym samym terminie najmie kwaterę w Ustce dla siebie, rocznego synka i mężusia. Gdzieś tutaj może się zdarzyć, że ktoś zrobi coś źle i faktycznie stanę się uciskaną singielką. To jest też to, o czym wspomniał w toku dyskusji nad artykułem Inżynier Mruwnica: że prócz relacji rodzinnych jesteśmy też powikłani w relacje towarzyskie, którym nadaje się o wiele mniejszą rangę. Trochę nie rozumiem, dlaczego.

Oczywiście nie wszyscy pracują w korpo w miarę przestrzegającej prawa pracy, ale sektor usługowy się rozwija, a w nim najwięcej zatrudnia branża IT/ telekomunikacja, które jednak lgną do większych firm, więc jakaś tam skala zjawiska jest.

Drażniące w tym artykule było jednak przede wszystkim to, że absolutnie nie miał oporów przez skonfliktowaniem dzieciatych z bezdzietnymi, czego dowiodła natychmiastowa reakcja jednej z czytelniczek:

Z pewnością za x lat, kiedy sama będzie miała Pani dziecko – zmienią się Pani priorytety i trochę mniej egoistycznie spojrzy Pani na świat, bo mam wrażenie, że jest Pani sfrustrowaną singielką. Życzę Pani innego spojrzenia na otaczające środowisko i z całego serca współczuję takiego podejścia do pracy.

Znaczy fajnie by było, gdyby zamiast przepychać się, kto ile wysiedział na nadgodzinach oburzona dzietna pomyślała chwilę (samotna z pierwszego artykułu również), dlaczego w ogóle na tych nadgodzinach zostają albo czemu muszą sobie wydzierać  terminy urlopowe, bo to nie w kwestii sytuacji rodzinnej jest problem.

Konflikt rodzinni vs samotni to w ogóle chyba mit, jakiemu GW chętnie wierzy, konflikty bowiem są fascynujące i takie poczytne.  Sama ciągle walczę z uprzedzeniem do dzieciatych, więc widzę, jak łatwo dać się wessać w te trybiki.

Mit dzielnie podtrzymuje stały felietonista katowickiego oddziału GW, Peadar de Burca (doceńcie, że uniknęłam podwójnego parsera w jego nazwisku). W artykuliku o życiu polskiej singielki opowiada o statusie polskiej singielki. I choć pewne obserwacje ma trafne:

…status społeczny kobiety zamężnej w Polsce jest wyższy niż singielki. Podczas gdy pozycja mężczyzny w zasadzie się nie zmienia, kobieta, która wychodzi za mąż, traktowana jest niemalże jak gwiazda. „Złapała” męża i w oczach Polaków jest „prawowita”. Skoro inny mężczyzna ją posiada, można z nią bezpiecznie rozmawiać. A jeśli zamężna kobieta urodzi dziecko, jej pozycja społeczna osiąga apogeum. Oto jak ceni się tutaj kobiety: jako „nieprzestępców” i reproduktorki.

…o tyle pięknie potem nakręca falę między kobietami zamężnymi a samotnymi:

Kobiety są względem siebie bardziej bezwzględne niż jakikolwiek mężczyzna. Jeżeli singielka ubierze się seksownie, mąż temu przyklaśnie, podczas gdy jego żona będzie rozglądała się za fortepianem, aby spuścić go jej na głowę. Zamężne kobiety nie życzą sobie, aby singielki przychodziły same na wesela, ponieważ stanowią zagrożenie. Odnosi się to zwłaszcza do kobiet w typie mojej znajomej, która jest tak atrakcyjna, że mężczyźni z obcych krajów toczą pojedynki o możliwość dotknięcia jej dużego palca.

Co oczywiście jest prawdą, każda z nas, kobiet samotnych, doznała kiedyś tego zimnego spojrzenia mężatki, gdy tańczyło się z jej mężem na weselu (hej, ja mam nawet jakiś wiersz o tym!), tylko że niecałą prawdą, jak w każdej generalizacji, tak mi tu Kapitan Obwieś podpowiada.

To, że cytuję te dwa paragrafy nie jest przypadkowe: pierwszy wyjaśnia drugi. Tak, kobiety też sobie internalizują, że są niczym bez faceta i tak, między innymi dlatego zamężne, bywa, że czują się lepsze od samotnych, bo, jakby nie patrzeć, odczuwają to na co dzień (a odczuwają też wady tego stanu jak „muszę obiad i dziecko do przedszkola, więc nie mam dla siebie tyle czasu, co singielka”). Pedear nie próbuje zastanowić się, jakie są tego przyczyny, my, w przemyśle nienawiści, oczywiście możemy; możemy ładnie dygnąć i podziękować patriarchatowi za kolejny kawał chaotycznej i nikomu niepotrzebnej roboty.

Przedmiot: kobieta

It’s official: żyję w dziwnym miejscu. I ilekroć powtarzam sobie, nurkując w otchłani, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć, okazuje się, że jednak nadal mam w sobie pokłady dziwienia się światu.

Ale czemu ja się dziwię, skoro to tutaj nadal można przeczytać pełen pozytywnego zaskoczenia wpis o tym, że „istnieją w Polsce piękne, inteligentne feministki z klasą, które nie obrzuca Cię wulgaryzmami, kiedy puścisz je w drzwiach czy wykręcisz żarówkę”. Atoci. W ogóle w XXIw łyknięcie memu z feministką, która tłucze za przepuszczanie w drzwiach powinno być powodem do wstydu. Oraz bardzo mnie śmieszy, że autor swoją tezę o pięknych i inteligentnych feministkach bogato ilustruje zdjęciami z organizacji Femen. Przyznaję, że te ilustracje potwierdzają tezę o feministkach ładnych i rozweselających krocze, z tym, że taka feministka to naprawdę żadne curiosum. Bardzo także pochwalam cycki i nagość, ale nie pojmuję, jak ich widok ma przekonywać do intelektu i stanowić teh ultimate response na słuszność feministycznych postulatów. Przedmiotowe traktowanie tej części ciała jest domeną raczej tych odklejonych od praw kobiet, o czym za chwilę.

Poza tym zawsze mnie trochę rozczula, jak facet z pretensjami do bycia intelektualistą nie potrafi przyznać sam przed sobą, że zwyczajnie kręcą go cycki, osobliwie ładne i musi do tego dopisać całą racjonalizację. Może powinnam dopisać racjonalizację do włochatych klat?

Uderzenie w przedmiotowo potraktowane cycki (i cipki) nadeszło z niespodziewanej strony, bo ze strony kobiety, która zdobyczom feminizmu zawdzięcza na przykład to, że jest minister zdrowia. Sporo (i słusznie) na ten temat napisała Tram, trochę dał ognia ^btd, o merytoryczność otarł się ^mdh. Nie znoszę argumentować: dude, masz penisa, jesteś genderowo facetem, więc co ty, kurwa, wiesz o upokarzaniu kobiet, bo doświadczenie mnie przekonuje, że są i tacy, którzy wiedzą. Niemniej i ^btd, i^mdh missnęli pointa o lata świetne. A mnie śmierdzi przymus. Zwłaszcza w odniesieniu do badań intymnych i nieprzyjemnych. Zwłaszcza w odniesieniu do sfery rozrodczości, jakby mało było przykładów na to, że kobiecą rolą w Polsce jest dawać się zapładniać (z opcjonalnym gwałtem) i rodzić. Zwłaszcza że na mitycznym Zachodzie w ramach profilaktyki walki z rakiem przymusu badań nie ma, zaś dodatkowe ubezpieczenia, wymuszające tego typu badania, wykupuje mniej więcej ta sama grupa, która u nas (w ramach chociażby zbiorowych korpoubezpieczeń) i tak się regularnie bada. Jestem także przekonana, że zachętą do regularnych badań byłoby raczej zdjęcie otoczki OMG BYŁA U GINA WIĘC PEWNIE PO TABSY ALBO JEST W CIĄŻY i wprowadzenie w zamian podejścia, że jest to element ogólnego przeglądu, jakiemu dbająca o zdrowie człowiek powinna się raz na jakiś czas poddawać. Przy czym w badaniu piersi sugerowałabym raczej dobranie metody do wieku pacjentki, bo mammograficzna urawniłowka jest wyjątkowym kretyństwem. Innymi słowy edukacja i np. WdŻ prowadzone przez kompetentnych biologów, a nie katechetki.

Do kompletu maksymalnie cuchnie mi narracja „wiemy lepiej, co dla was dobre, boście za głupie, baby, by same o siebie zadbać”. No, niestety, ale jest w tym seksizm. Zawsze czuję się zdradzona, gdy to przejawia się u kobiety.

O pigułkach w przychodni Bonifratrów już wspominałam przy okazji przeprosin za Ich Troje i Comę, ale obiecałam sobie (i jednej z czytelniczek), że popastwię się nad nimi w nieco większym stopniu. Bo to się nieźle wpisuje w obraz roli polskiej kobiety, która nie powinna mieć fanaberii pod postacią uprawiania seksu z zabezpieczeniem. Bicie w katolicki pogląd na kobietę to trochę kopanie szczeniaczka, on jest samowystarczalny i znakomicie kompromituje się sam: ma być heteroseksualna, zamężna oraz przyjmować ciążę jako błogosławieństwo. Co jest fajne w przypadku heteroseksualnej kobiety, która świadomie sobie wybrała bycie żoną i matką. Może nie miałabym zastrzeżeń, gdyby nie to, że jednak na przykładzie przychodni Bonifratrów widać, jak bardzo jest to model obowiązujący i jak bardzo wyklucza inne. Plus czerpanie pełną garścią z zasobów NFZ w przypadku placówki, która w leczeniu pacjentów nie kieruje się nauką, lecz irracjonalną wiarą – how batshitcrazy is that?

Na skutki takiego podejścia do roli kobiety nie trzeba czekać długo: jakiś czas temu przez fejsa przeleciało ogłoszenie ze słupskiej gazety. Artykuł zdenerwował mnie na wielu poziomach, bo same przyczyny decyzji o zamieszczeniu ogłoszenia o oddaniu dziecka są nieopisanie smutne. Ale chyba jeszcze bardziej zirytowało mnie to:

…wiele samotnych matek, które znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, nie radzi sobie z biurokratycznymi formalnościami, niezbędnymi przy staraniu się o pomoc socjalną. – Ale możemy ją przyjąć i dopiero potem pomóc w załatwianiu papierków – deklaruje zakonnica. – Nie musi oddawać dziecka!

Nie radzą sobie, bo skąd niby mają wiedzieć, jak się o nią starać? Mówią o tym w państwowej telewizji, wplatają takie wątki w Klan, piszą w gazetach? Jeśli, to rzadko – w mejnstrimie nie ma biedy na poziomie „nie stać mnie na pieluchy”.

Nie ma też matek myślących o oddaniu dziecka do adopcji. I to jest drugi, dużo większy kawałek mojego hejtu: „nie musi oddawać”, bo co – jak odda, to już jest wyrodna matka i w ogóle zasługuje na potępienie? No ludzie, kobiety mają prawo z różnych przyczyn nie poradzić sobie z macierzyństwem i móc zrzec się praw rodzicielskich; wbijanie ich w poczucie winy z tego powodu jest obrzydliwe i szkodliwe. Hint: nasze łódzkie dzieci w beczkach zlądowały tam dlatego, że jakaś matka z jakichś przyczyn nie wzięła pod uwagę możliwości zrzeczenia się praw rodzicielskich. Jak myślicie, na ile na to wpłynęło ogólne potępienie dla wyrodnych matek? Na ile na sam fakt urodzenia dzieci wpłynęła mała dostępność antykoncepcji u najuboższych? Na ile na sam fakt niesięgnięcia po antykoncepcję wpłynęło podejście do wizyt u ginekologa jako takich, którym towarzyszyć może tylko ciąża lub chęć jej zapobiegnięcia?