Trzynaście powodów

…dla których warto obejrzeć „Trzynaście Powodów”, serial wypuszczony niedawno na platformie Netflix (i jedno mocne ostrzeżenie). Wybaczcie banalną formę trzynastu punktów, ale będę wam miała do powiedzenia same banalne rzeczy, więc niechże to będzie spójne.

  1. Ma świetnych bohaterów. Prawie żadne z nich nie jest czarno-białe – popełnia błędy i paskudne rzeczy, mając po temu poważne powody i wie, że zrobiło źle.
  2. …prawie, bo jest jeden zdecydowanie negatywny, męski bohater, który z początku nie robi nic, czego nie zrobiliby jego koledzy z drużyny czy bractwa. Niemniej w pewnym momencie puszczają mu hamulce. Po prostu nikt go nie powstrzymuje, by nie posunął się dalej.
  3. Ma też świetnie zarysowane tło małej szkolnej społeczności, walczącej między sobą o popularność – mega ważną rzecz, gdy ma się lat ~naście (ale przecież nie tylko wtedy!).
  4. Poza szkolną społecznością jest też społeczność internetowa, której obraz jawi się dość złowieszczo. Zaryzykuję tezę, że osią powieści, a później serialu było głębokie rozczarowanie internetem w takiej formie, w jakiej mamy go dziś, zwłaszcza w wersji dla młodych ludzi: fake news, farmy lajków, revenge porn i narzędzie do ośmieszania pechowców z otoczenia. Innymi słowy, uwypukla wszelkie stadne zachowania jak w soczewce.
  5. …i podejrzewam, że to dlatego Hannah sięgnęła po kasety – rzecz dla osób z jej pokolenia raczej egzotyczną i intrygującą, jak cała moda z lat 90; dla twórców serialu i autora powieści pewnie zaś artefaktem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest w nich więc łut nostalgii i czegoś bezpiecznego, w odróżnieniu od nowych mediów, jest w nich też atrakcyjność niedawno minionych czasów, które zna się z opowieści starszego rodzeństwa czy rodziców.
    tumblr_onvebqeph61u8kls4o1_500
  6. Głównym motywem serialu, jak już pewnie wiecie, jest samobójstwo nastoletniej Hannah, która tuż przed targnięciem się na życie nagrywa na kasety opowieść o tym, co ją przywiodło do tej decyzji. Mamy więc tutaj historię po śmierci bohaterki i całe spektrum reakcji na to, co się stało – i historię wydarzeń poprzedzających jej rozpaczliwy krok. Możemy obserwować, czy i jak śmierć Hannah zmienia pozostałych bohaterów oraz jak sobie radzą z faktem, że – niektórzy mniej, inni bardziej – przyczynili się do jej decyzji.
  7. I szerzej, film opowiada o zacieśniającej się spirali przemocy wokół młodziutkiej dziewczyny, której jedyną zbrodnią było to, że była nowa w mieście. Zaczyna się od rzeczy drobnych, plotek, wycieków zdjęć, lekkiego ostracyzmu. Kończy na gwałcie.
  8. Spotkałam się z zarzutem, że ta eskalacja jest mało prawdopodobna i robi z bohaterkę Mary Sue. Być może (Hannah jest pokazywana nam głównie oczami Claya, który jest w niej zakochany, więc ma wybaczalną skłonność do idealizowania dziewczyny), chociaż gwałty na randkach czy imprezach nie są rzeczą ani rzadką ani nieprawdopodobną. Poza tym, nakręcenie spirali ma konkretny cel: ukazanie, że to właśnie dzieje się z przemocą, gdy się jej nie przeciwstawiamy. Ona narasta. Zawsze zaczyna się od drobiazgów, które, nieplewione, jak chwasty rozrastają się do poważnych krzywd aż po przestępstwa i zbrodnie.
  9. Można sobie zadać pytanie, dlaczego bohaterowie „Trzynastu powodów” pozwalali przemocy narastać. Przyczyn jest kilka. Pierwszą, i najważniejszą, było to, że nie komunikowali się między sobą i zwyczajnie nie bardzo wiedzieli, że Hannah jej doświadcza (znów: na cóż nam internet, skoro nie potrafimy się porozumieć w tak kluczowej kwestii?). Po drugie, byli w nią uwikłani – nie reagowali albo śmiali się z prześladowcami, a czasem liczyli na to, że uwaga skupiona na Hannah pozwoli ukryć im ich własne tajemnice przed bezlitosnym szkolnym pręgierzem.  jessica
    A czasem, po prostu, zwykła potrzeba bycia lubianymi zwyciężała nad poczuciem sprawiedliwości.
  10. To wszystko są drobne grzeszki, dopuszczenie się których nie robi z nas złych ludzi bez nadziei na poprawę. W przypadku Hannah po prostu się nawarstwiły, bo jej otoczenie nie rozmawiało ze sobą – ani z nią.
  11. Tym samym serial niesie niewesołą wiadomość: każde z nas niewielkim gestem może sprawić, że komuś będzie gorzej na świecie lub życie całkiem mu zbrzydnie. I to jest normalne. Nie da się przejść przez życie nie mając na koncie ani jednej wyrządzonej komuś krzywdy. Jesteśmy tylko ludźmi. Musimy po prostu być nieco bardziej uważni, trochę bardziej troszczyć się o bliskich – i będzie lepiej.
    large
  12. Serial ma też krzepiący przekaz. Jakkolwiek życia Hannah to nie zwraca, prawda wychodzi na jaw, a ci, którzy faktycznie przekroczyli granice codziennej nieuważności i lęku o własny tyłek; ci, którzy działali z rozmysłem i złą wolą – zostali ukarani. Wystarczyło zacząć rozmawiać i wspierać się w dniach po śmierci przyjaciółki.
  13. Przede wszystkim zaś mówi: uważajcie na siebie i nie bądźcie dla siebie chujami.

tumblr_ons6tgmjcf1ta0vvmo3_400

Jest jedno ogromne ale. Z całą troską o to, by opowiedzieć o samobójstwie w sposób możliwie uważny i delikatny, bez przesadnego wiktymizowania bohaterki – niestety serial nieco samobójstwo uromantycznia. Hannah jest, jak wspomniałam, oglądana oczami zakochanego w niej chłopaka, więc jest i śliczna, i mądra, i ponętna, i tak do twarzy jej z tym smutkiem nieskończonym. Tak, że jeśli macie depresję lub ktoś z waszych bliskich ją ma – odpuśćcie sobie. Sprawy naprawiają się dopiero po śmierci Hannah, pozostajemy więc w złudnym przeświadczeniu, że samobójstwo jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zaś pokazanie samej sceny odbierania sobie życia jest karygodne. Brakuje czegokolwiek (poza dodatkowym filmem po serialu, który z całą pewnością nie zostanie obejrzany przez wszystkich), co by uświadomiło, że nie, nie jest.

To banalne, ale wystarczy porozmawiać.

 

Reklamy

Czubek nosa

W połowie kwietnia internet obiegło nagranie pani Piaseckiej, żony (byłego) radnego PiS, dokumentujące, jak wyżej wymieniony znęca się nad nią, bije i wyzywa. Nie zamierzam podawać go dalej, bo wśród znajomych i obserwujących mam osoby, które doświadczyły przemocy; którym nie udało się tych doświadczeń nagłośnić i które niekoniecznie chcą do nich wracać. Nie chcę im robić krzywdy pokazując coś, co budzi najgorsze wspomnienia.

Prawicowiec bijący swoich bliskich i jednocześnie protestujący przeciw konwencji antyprzemocowej to sytuacja tak typowa, że można by na niej otworzyć punkt ksero. Konserwatywny światopogląd, stawiający kobiety gdzieś pomiędzy zwierzętami domowymi a ruchomościami o średniej wartości, sprzyja temu stanowi rzeczy.

Staram się, z czystej ciekawości poznawczej, pojąć postawę tradycjonalistyczną i zmianom niechętną. Pojmuję, że zapewnia ona poczucie pewnej stałości i że w tym chaotycznym, niepojętym świecie warto mieć kilka wartości, których można się trzymać, takich jak rodzina, dom czy też wspólnota.

Problem polega na tym, że w momencie, gdy do domu wkracza przemoc, trudno już mówić o wspólnocie i rodzinie. O czyje wartości troszczy się Piasecki, zalewając się krokodylimi łzami w programach telewizyjnych? Przecież nie o poczucie bezpieczeństwa swoich bliskich, którzy słyszeli jego przekleństwa i czuli jego ciosy. Tylko o siebie się troszczy – i na tym zasadza się mój problem z konserwatystami. Nic poza czubkiem własnego nosa.

Tu sprawy przyjęły skrajnie niebezpieczny obrót (wrócę jeszcze do nich), ale nie dalej jak dziś naczelny Superaka, osobnik bardziej tradycyjny niż żur na Wielkanoc, narzekał, że nie ma gdzie zaparkować, BO TYLE TYCH MIEJSC DLA NIEPEŁNOSPRAWNYCH. No halo, panie Sławku, chyba pan się nie chce zamienić z nimi na zdrowie?

Jastrzębowskiemu sekunduje równie postępowy i lotny dziennikarz, Łukasz Warzecha, którego za dawnych czasów podglądaliśmy po różnych prawicowych szamba portalach, a teraz, zdaje się, bryluje w głównym nurcie, no bo w końcu do władzy dorwali się jego ziomkowie od medialnego torcika.

Nie ma żadnej teorii spiskowej tak spójnej jak konserwatywny światopogląd: niech się nic nie zmienia, bo MNIE ma być wygodnie, MNIE jest teraz dobrze, JA rządzę swoim mikroświatem, JA podnoszę rękę i uciszam żonę i NIKT mi się nie wpieprza. To ja zaparkuję rządową limuzyną na kopercie, by ogłosić zamknięcie klas dla dzieciaków z niepełnosprawnościami (I kid you not), to ja się będę oburzać, gdy ktoś mi przypomni, że jestem wykształcona, z wielkiego miasta i z oszczędnościami na koncie w banku, krótko mówiąc, że mam przywilej, jakiego inni nie mają – bo na przykład mieszkali w gorzej dofinansowanej miejscowości albo w rodzinie, w której nie czytało się książek. Każda zmiana wywołuje panikę, bo zagraża wygrzanemu w ciepełku dulszczyzny status quo.

I też nie o to chodzi, by każdy rzucał wszystko i zaczynał się angażować politycznie czy społecznie. Absolutnie nie. Bardzo chciałabym, by ludzie w Polsce po prostu żyli sobie spokojnie, bez potrzeby stawiania się co chwila w stan alarmowy – ale też i mieli w sobie minimalne odruchy uczynności i empatii. W rozwijaniu tych ostatnich pomaga otwartość na zmiany i ekspozycja na różnorodność, czyli rzeczy konserwatyście dość obce i wstrętne. Woli on przecież mentalne owinięcie się w becik z rytuałów i uprzedzeń. Indywidualistyczny (brzydkie słowo) paradygmat jeszcze podbija to przeświadczenie o samodzielnym stanowieniu spraw, własnoręcznym dochodzeniu do sukcesów i osobistym wyborze ścieżki życiowej.

Trudno się czuć bezpiecznie, żyjąc w przeświadczeniu, że społeczeństwo składa się z podobnych jednostek – zapatrzonych tylko w siebie i drżących przed jakąkolwiek zmianą. Nawet mnie to przeraża, chociaż wiem, że nie jest aż tak źle. Widuję i ataki rasistowskie, i czarne protesty, chujowych facetów i wspaniałych sojuszników, strażniczki patriarchatu i waleczne kobiety. Więc – przy postrzeganiu świata w sposób bardziej czarno-biały (a i tym się przecież różnimy od konserwatystów, że widzimy świat nieco bardziej relatywnie) – ja się dziwię, że oni nie wstają co rano z atakiem paniki. Może zresztą wstają, a że jest im trudniej niż nam pójść do specjalisty, to się z tym męczą i przerzucają te strachy na uchodźców, kobiety i osoby LGBT+, w mniej więcej tej kolejności. No i robią się z tego Piaseccy i przyklaskujący im Warzechowie.

Zapisy konwencji antyprzemocowej miały nadawać kobietom podmiotową pozycję oraz wspierać prawnie i policyjnie te, które są bite i gwałcone. Rzecz niesłychana, ozdoby domu miałyby zyskać autonomię i wyrwać się spod władzy tych, którzy wzrastali w przekonaniu, że kobiety służą ich przyjemności i powinny pozostać pod ich kontrolą. Oczywiście, że budzi to opór, skoro przez tyle lat nikogo nie obchodziło, co się dzieje za ścianą – ważne, co w MOICH ścianach i nikomu nic do tego.

Piaseckiego nagrano. Nie nagrano setek tysięcy innych zdarzeń, kończących się pobytem w szpitalu lub śmiercią – co tydzień w Polsce umierają trzy kobiety w wyniku tzw. nieporozumień domowych, czyli dokładnie takich rzeczy, jakie Piasecki robi swojej żonie. Konwencja nie sprawi, że ludzie przestaną stosować przemoc, ale jeśli połączymy ją z uczeniem dzieci, że nikt nie jest niczyją własnością, ułatwi życie części osób doświadczających przemocy i ich bliskich. Dlatego te zapisy są ważne i potrzebne, choć oczywiście nie wystarczą.

Ci, którzy macie uważność i wrażliwość – jeśli słyszycie awanturę sąsiedzką, dzwońcie na policję. Lepiej wezwać niepotrzebnie niż być współodpowiedzialnym za to, że sąsiadka będzie miała połamane żebra. Nie musicie być bohaterami. Strach przed szalejącym oprawcą to zrozumiała reakcja. Ale przełamcie chociaż opór przed dzwonieniem. Osoba rozważająca wyrwanie się z kręgu przemocy potrzebuje świadków i dowodów – pomóżcie jej w tym.

Więcej dystansu

Andrzej Mleczko ma bucerskie rysunki, jak również ma brzydkie rysunki.

Z tymi brzydkimi no to już trudno, taką ma kreskę, są tacy, co lubią, ja dostaję nerwowej wysypki. Z bucerskimi gorzej.

Parę dni temu fanpejcz tegoż rysownika opublikował rozkoszną złotą myśl:

15036538_10154207977008722_887118761352434727_n

I tu przekleję, co pisałam na fb:

Rysunek jest z 2004 roku, co dawałoby nadzieję, że Mleczko od tamtego czasu wysubtelniał w żarcie lub nauczył się sprawniej używać ironii. Niemniej – to dziś, w 2016, odgrzano ten przedni wic i to dziś, w 2016, mnóstwo osób, deklarujących się inteligencko i postępowo, zerwało sobie oba boki ze śmiechu.

Mnie nie bawi; być może dlatego, że jako kobieta doświadczyłam i tego, że ktoś mnie uznał za brzydką, i molestowania. Być może dlatego, że molestuje ktoś, kto uważa, że może potraktować drugą osobę jak kawałek mięsa, a nie uroda tej drugiej osoby. Być może po prostu dlatego, że jest to rzecz, jaką powie nam podpity wujek na nieszczęsnej corocznej imprezie rodzinnej, i temu wujkowi można w sumie to wybaczyć, bo jest na przykład człowiekiem, który całe życie pracował fizycznie, teraz sobie popił i po prostu nie wie, jak niechcący przykrą rzecz właśnie powiedział, no bo kto robi edukację antydyskryminacyjną kuśnierzom, włókniarzom czy też kierowcom. No ale Mleczko jest przecież artystą z kapitałem kulturowym i można od niego wymagać więcej. Można, nie?

Molestowanie jest codziennym doświadczeniem milionów kobiet. Jest to przemoc. Krzywdzi. Odbiera poczucie wiary we własne siły, wbija w błędne koło samoobwiniania się o tę sytuację i podkopuje zaufanie do innych ludzi. Umiem sobie wyobrazić dobry żart ze stereotypowego myślenia o przemocy seksualnej, ale dowcip wiążący atrakcyjność kobiety z tym doświadczeniem nie jest ani dobry, ani nie skłania do zmiany myślenia.

Nie wiem, czy satyrze wolno więcej; nawet jeśli, to po to, by coś zmienić w głowie patrzącego. Czy tu jest zmiana? Czy może jednak pozostajemy w miłym poczuciu, że utwierdziliśmy się w stereotypie co do brzydkiej baby, której nikt nie zmolestuje, choćby bardzo chciała, a jak już, to niechże biedaczek nie odpokutuje za bardzo?

Są głosy, że poniższa krotochwila to ironia, no możliwe, ale z ironią jest taki drobiazg, że cholernie łatwo ją przeoczyć (między innymi dlatego nie przepadam za nią w humorze; da się nią pograć przy dłuższym stand-upie, gdy jest czas na nakreślenie ram dowcipu, w rysunku jest to karkołomne).

Z humorem zaś jest tak, że funkcjonuje kontekstowo. I kontekst polskiego humoru jest taki, że jest on, zwłaszcza w ostatnich latach, szalenie oparty na stereotypie i wykluczeniu. Dlatego bardzo mi przykro, ale nie wierzę w ironię, sarkazm i ostrze satyry wymierzone w heheszkujących z gwałtu Polaków.

Jak łatwo się domyślić, rysunek czy też raczej: aforyzm zyskał rzeszę obrońców i obrończyń. Nie ustają nawoływania do nabrania dystansu. Sugeruje się, że Mleczko prawą ręką przez lewe ucho naprawdę wymierzył ostrze satyry w miłościwie nam panujących, a oburzone i oburzeni tym bon-motem po prostu nie widzą ironii i sarkazmu. Widziałam nawet stwierdzenie, że no przecież Mleczko to ogólnie równy chłop, na manify chodzi, rysował z poparciem praw reprodukcyjnych i dla Koalicji Ateistycznej, jak można więc tej całej ironii nie widzieć?!

tumblr_ms83q9joht1sxz8n4o1_400

HUMOR

Przez ostatnich kilka lat godziłam się z faktem, że ja tak właściwie to nie mam poczucia humoru – no i trudno, nie muszę go mieć, aby funkcjonować, uszanujcie to. Ale dziś mnie tknęło, po kolejnym fajerwerku dowcipu Mleczki, że może jednak je mam, tylko ludzi irytuje moje pytanie, co ich właściwie tak bawi?

Znów się zacytuję, tym razem artykułem dla Wakatu Online:

Jednym z najlepszych polskich skeczów określających granice humoru jest skecz Kabaretu „Pod Egidą” pt „Awas”. Z punktu widzenia intelektualistki czy osoby o wysokich kompetencjach kulturowych nie jest on szczególnie zabawny, jednak poddany analizie pokazuje nam, czym charakteryzuje się polski humor. Co ma humor do wykluczenia? (można by spytać) Otóż polski ma całkiem sporo, a ja w odpowiednim czasie postaram się to wam wyjaśnić. Większość czytelniczek zapewne zna ów skecz, jest do obejrzenia w serwisie youtube, pozwolę jednak go sobie przypomnieć: na scenę wychodzi Piotr Fronczewski i zaczyna swój monolog od konstatacji, że poczucie humoru jest ważne w życiu i trzeba je mieć. Po czym postanawia opowiedzieć anegdotę, w której istotą rolę odgrywa humor słowny i żart z gruzińskiej formy zdrobnienia imienia („Mnie Nikołaj Stiepanowicz, a was?” „Awas” „Mnie Nikołaj, a was?” „Awas”). Żart bawi widownię niemal tak samo, jak Fronczewskiego, na tę feerię śmiechu wychodzi Pszoniak i pyta, z czego się śmieją. Fronczewski opowiada anegdotę po raz wtóry i nagle okazuje się, że żart Pszoniaka nie bawi – popatruje on na Piotra z wyczekującym uśmiechem, wygląd mając ogólnie lichy i durnowaty. Dykteryjka zostaje mu opowiedziana po raz drugi, trzeci, czwarty, za każdym razem jednak jej puenta jest kwitowana słabym uśmiechem zamiast aplauzem. Fronczewski upewnia się, czy Pszoniak ma świadomość, jak się tworzy gruzińskie zdrobnienia, okazuje się, że tak, że sam jest Gruzinem. Mimo tej kompetencji (a może przez nią?) Pszoniak żartu nie rozumie; scenka staje się groteskowa: Fronczewski zaczyna wpadać w furię, na przemian szarpać rozmówcę i obcałowywać go po policzkach, zabawnie się przejęzyczać, ostatecznie w wybuchu ekstremalnej złości wybiega ze sceny. Na placu zostaje Pszoniak, wodzi poczciwym wzrokiem po roześmianych twarzach widowni i w końcu pyta bezradnie: – No i z czego wy się, głupki, śmiejecie?

Zanim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się przez chwilę, co właściwie zaszło w trakcie tej scenki. Moja interpretacja jest taka: Fronczewski w pierwszym zdaniu narzuca reguły: mówi, że poczucie humoru jest niezbędne do akceptacji grupy, następnie zaś podaje ramy humoru, w jakich powinniśmy się poruszać – za pomocą anegdoty, opartej wprawdzie na humorze słownym, wymagającym przecież pewnych kompetencji kulturowych, ale jednak za przedmiot żartu mającej niewiedzę w kwestii obcojęzycznych imion. Jest to więc w pewnym sensie żart wykluczający. Postać Pszoniaka przeprowadza dekonstrukcję tej anegdoty: możemy się domyślać, że skoro postać odtwarzana przez Pszoniaka jest Gruzinem, rozumie on, że Awas to imię, być może nawet rozumie grę słów pomiędzy „a was” „Awas”, jednak nie uznaje jej za humorystyczną. Odmowa udziału w żartowaniu z niewiedzy doprowadza Fronczewskiego do furii, widownię do spazmów radości, a Pszoniaka do pytania, w czym tkwi żart.

Mam taką tezę, że żart tkwi w przyjęciu reguł Fronczewskiego przez widownię: musimy się śmiać. Powinniśmy mieć poczucie humoru, także na swój temat, dystans do siebie, a może nawet być ironicznymi i sarkastycznymi (kto wie). Śmiech z anegdoty jest i śmiechem z humoru słownego, i śmiechem z niekompetencji bohatera anegdoty, i śmiechem dla towarzystwa – nikt przecież nie chce wyjść na ponuraka. Późniejsze pojawienie się Pszoniaka uprawomocnia śmiech z niekompetencji – no bo doprawdy, jak można nie pojąć tak prostego żartu! Im dalej w skecz, tym śmiech jest jednak coraz bardziej nerwowy, może nawet trochę nam szkoda Pszoniaka i chcemy, by Fronczewski przestał się tak złościć i tak uparcie powtarzać żart (pewnym punktem zwrotnym w atmosferze jest przejęzyczenie się Fronczewskiego, dzięki któremu on również staje się śmieszny i bezradny). Dzieła dekonstrukcji dokonuje końcowe pytanie Pszoniaka: z czego tak naprawdę śmialiśmy się w trakcie tego skeczu? Wychodzi na to, że lwią część scenki zajmuje kpina z niewiedzy, a właściwie co w niej takiego śmiesznego? Czemu czujemy, że mamy przyzwolenie na śmiech z ignorancji, a przy śmiechu z biedy czy choroby jest nam jednak nieswojo? (pewnie nie wszystkim, ale zakładam, że zwracam się do osób, dla których niższy status materialny czy słabsze zdrowie nie jest tematem do żartów).

Polski humor, zwłaszcza w wydaniu współczesnych kabaretów, lubi wykluczać. Gros żartów, jakie widzimy w mainstreamowych mediach, to żarty ze stereotypów, z niższej pozycji kobiet, mniejszości seksualnych, religijnych i etnicznych oraz jakże banalne złamanie tabu pod postacią użycia wulgaryzmu. Gdy zadać pytanie, z czego właściwie się śmiejemy, w dużej mierze odpowiemy: z tego, że inni mają gorzej. Humor, prócz ogłoszeń w prasie lokalnej i grafitti jest jednym z najczulszych probierzy zeitgeistu. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli masom serwuje się humor oparty na wykluczeniu, masy oprą swoje ramy kulturowe na wykluczeniu właśnie; będą czuły, że mają na to przyzwolenie i będą używać argumentu z poczucia humoru jako rozstrzygającego, czy tak się powinno żartować.

Innymi słowy, obrona Mleczki bierze się z ogólnego przyzwolenia na ten typ humoru i z równie ogólnego konsensusu, że aby być osobą o odpowiednich kompetencjach społecznych, należy charakteryzować się poczuciem humoru i niebraniem żartów do siebie. Nieśmianie się z żartu i dopytywanie, co w nim zabawnego jest grzechem towarzyskim, zakłóceniem płynnych i niekonfrontacyjnych relacji w grupie; grupa odruchowo i naturalnie reaguje na to wykluczeniem.

Aby więc tego uniknąć, potrzebna jest strategia przetrwania.

STRATEŻKI PRZETRWANIA

W przypadku mężczyzn dość łatwo jest sobie wytłumaczyć, czemu bronią żartu Mleczki i szerzej: prawa do kpienia z takich rzeczy jak przemoc seksualna. Na przykład: nie doświadczają tego w ogóle albo w o wiele mniejszym stopniu niż kobiety. Wychodząc z domu ryzykują czasem dostanie w pysk za szalik lub przypinkę, ale prawie nigdy –  faceta każącego im się uśmiechnąć, faceta komplementującego ich tyłek, ocierającego się o nich faceta, faceta usilnie zapraszającego na kawę i wyzywającego od szmat, gdy mu się odmówi. Większość moich kolegów jest zaskoczona i przerażona, gdy w trakcie rozmowy o molestowaniu w przestrzeni publicznej rozwiązuje się worek ze zwierzeniami i ogromna większość obecnych kobiet mówi: tak, miałam takie doświadczenie. Wystarczy zerknąć zresztą na świadectwa na Hollaback! Polska; codziennie przybywa kilka nowych.

Nam jest strasznie trudno z tym gdzieś pójść, to pozostaje w opowieściach, na stronie Hollaback!; no bo co: panie władzo, ktoś mnie złapał za tyłek? A w co była pani ubrana, w legginsy? A no to trzeba było w luźne dżinsy albo najlepiej worek pokutny, trzeba było nie mieć tyłka.

giphy1

Te opowieści są gremialnie lekceważone i jest to ściśle powiązane z tym, że tyle osób śmieszy żart Mleczki, wspierający bagatelizowanie takiego drobiazgu jak nieszanowanie naszych granic i traktowanie nas jak kawałka mięska do obmacania. Tak się wychowuje mężczyzn; tego uczy mainstreamowa prasa, literatura i pornografia; części z nich udaje się wyzwolić i wesprzeć, wzorem Jacksona Katza, co zawsze doceniam, bo sprawa jest wspólna. Niemniej przy przeciętnym polskim stole to mężczyzna nada ton, nakreśli ramy i przestrzeń do rozmowy, kobiece tematy spychając na bok jako błahe, sentymentalne i niemające wpływu na losy świata. Tak było, tak jest i tak pewnie jeszcze przez ładnych parę lat będzie.

Co zatem z kobietami, które przyłączają się do chóru mężczyzn nawołujących do dystansu i braku przewrażliwienia? Przecież to zdrada, przecież mają te same doświadczenia, jak mogą tego nie widzieć? To jest strasznie przykre, co robią; wydawałoby się, że od towarzyszek niedoli można by oczekiwać wsparcia. A one są jak tralala, w kieszeni mam gaz, nic mi się nigdy nie przydarzy, bo trzymam życie krótko przy jajach, właściwie to ja jestem takim półfacetem i to działa, polecam serdecznie, żanetkaleta.

tumblr_nz72idvaho1uulkbto1_500

Spoko, tylko ja nie chcę być pół-ani całym facetem, ani kulturowo, ani fizycznie; jestem dużo niższa i słabsza, interesują mnie ciuchy i kosmetyki, lubię sukienki i makijaże i nie zamierzam się tego zrzekać, by być traktowaną poważnie. Ale po długiej rozkminie zrozumiałam, że jest w tym przejmowaniu męskich (kulturowo!) reguł gry strategia przetrwania, że zwłaszcza dla kobiety nie czującej się najlepiej w świecie skrojonym pod wygląd i pielęgnację ciała jest ona wygodna i bezpieczna. Strategia ta jest też łatwiejsza niż forsowanie poglądu, że kobiece tematy takie jak: jesteśmy czymś więcej niż wygląd naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż płodność naszych ciał, jesteśmy czymś więcej niż dostępność naszych ciał – są co najmniej równie ważne. Dotyczą przecież ponad połowy ludzkości.

Czy mogę je za to winić? Trochę mogę, ostatecznie część z nich dzięki tej strategii wywalcza pozycję, w której mogłaby zostać emisariuszką praw kobiet. Na pewno znajduję to cholernie irytującym. Czuję się zdradzona; zauważam też, że wtórujące żartownisiom kobiety są wykorzystywane jako przykłady „a zobacz, a Karolinkę też żart bawi”. Ale zjawisko jest jednak wtórne wobec tego, o czym Wam tutaj (troszkę dziś przydługo) opowiadam: o prawie do zaznaczenia: ten żart mnie nie bawi.

No bo co w nim jest właściwie śmiesznego?

Hejt stop, nienawiść start

Kochane i kochani, dziś opowiem Wam o nienawiści.

Nienawiść to coś innego niż hejt. Hejtem ostatnio nazywa się wszystko, co nie jest lajkiem. Każda krytyka i każdy niepozytywny komentarz to hejt. Hejtem jest zakopanie artykułu na wykopie, kciukas w dół na jutubie czy przesunięcie w lewo delikwenta na tinderze. Oczywiście, są komentarze paskudne i pełne pogardy, jak choćby ten Kukiza z powyższego obrazka. Mam w sobie  sprzeciw, by tego typu komunikaty sprowadzać do hejtu – w wypowiedzi Kukiza czai się już prawdziwa, złowroga nienawiść. Hejt odbiera jej moc. Słowa mogą ranić, mogą nakręcać spiralę przemocy, mogą sprawić, że komuś stanie się krzywda.

Uczyniwszy ten wstęp, zapraszam Was do lektury artykułu, jaki mną wstrząsnął we wtorkowy poranek. Słońce wschodziło, kot pukał mnie w ramię i pytał, czy mam może chwilę na rozmowę o zbawczej funkcji mruczenia, więc odbywszy tę rozmowę zerknęłam w internety, tamże pozyskałam nowy numer tygodnika, co do którego nieraz miewałam mieszane uczucia i sen mnie odszedł w parę chwil. Tygodnik zaserwował frapujący artykuł z superherosem, więc dałam się porwać wartkiej akcji, zwrotom fabularnym i delikatnemu rysowi hagiograficznemu.

Był zdruzgotany. Chodził na terapię, przyjmował leki.

Kiedy zobaczyłem, ze staje na nogi, to wiedziałem, ze ktoś będzie mial kłopoty, bo on tej sprawy tak nie zostawi. Znajdzie tego kogoś, kto mu zniszczył życie. Nie tylko zawodowe, ale także prywatne, jego żony i dziecka. Wiedziałem, ze tego nie odpuści.

Opis wydarzeń jak z dobrego czytadła sensacyjnego. Oto wokół bohatera zacieśnia się krąg pomówień, oskarżeń, złych spojrzeń tudzież języków. Zaszczuty, popada w stany psychiczne, wymagające opieki lekarza. Nie poddaje się jednak. Złamany, lecz nie pokonany, wzrasta na nowo niczym zmaltretowana wątroba Prometeusza w wersji tylko dla orłów. Świat wprawdzie się uwziął, bo to przecież właśnie świat robi bohaterom, ale nic to. Walczymy. Przetrwamy. Nie będzie oszczerca pluł nam w twarz.

W innym akapicie mamy podmuch serdeczności, ciepła i wsparcia dla swojaka-Ślązaka.

Tutaj nadal jest bohaterem, nadal jest bardzo popularny. To nasz człowiek, stąd. Warszawka może się zastanawiać, czy był winny, czy niewinny, ale tutaj nikt tak nie robi. Nikt go nie wytyka palcami, nie uśmiecha się za plecami. Afera  została wyparta.

Wiemy już, że winną jest szeroko rozumiana Warszawka, która zapewne w wolnych chwilach pomiędzy zapierdolem w Mordorze a siorbaniem sojowego latte zajmuje się życiorysami innych ludzi. Jak powszechnie wiadomo, w innych miejscach w Polsce ludzie nie pracują w korporacjach i nie pijają kaw. Wykazują też całkowity brak zainteresowania tym, co inni ludzie robią sobie i innym.

Tylko, że nie.

Jak również Hanysy majom anong, co jes molestowanie seksualne i żodyn niy popiero przemocy wobec frelek, dziołszek i bab.

O Durczokgate mówi już wtedy cala Polska. TVN powołuje wewnętrzną komisję, która ma sprawdzić, czy w redakcji „Faktów” rzeczywiście działo się coś złego. Po dwutygodniowym śledztwie komisja ustala, ze trzy osoby zatrudnione w firmie „mogły być przedmiotem mobbingu lub molestowania w miejscu pracy”. Nie wskazuje winnego. Jako zadosćuczynienie TVN proponuje ofiarom 6-krotność miesięcznego wynagrodzenia. Rozwiązuje tez umowę z Kamilem Durczokiem za porozumieniem stron.

Myślę, że część z Was domyśliła się wcześniej, że międlę Durczoka. Ostatecznie nie co dzień przejmuję się, co tygodniki wypisują o bohaterach. Wolę bohaterki, a ogólnie to komiksy.  Tu komiksu nie ma (może to i lepiej, po dojściu PiSu do władzy polityczne komiksy satyryczne stały się równie lotne co smsy widzów do Szkła Kontaktowego). Bohaterek też nie. A warto przypomnieć, że to one w tej historii są najważniejsze.

Przede wszystkim: kilka tygodni temu serwis kulisy24.pl ujawnił raport z komisji TVN. Czy serwis jest wiarygodny, nie mnie oceniać, prowadzony jest jednak przez dziennikarzy śledczych, a Latkowskiemu zdarzały się wcześniej petardy wyjątkowo trafnych śledztw (wyjątkowo nietrafnych też, dlatego podchodzę do niego z pewnym sceptycyzmem). Raport w każdym razie wygląda na autentyczny. Stoi w nim jak byk, że:

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.54.55

Zrzut ekranu 2016-02-09 o 22.56.16

Jeśli to nie jest wskazanie sprawcy, to nie wiem, co to jest – kotek z gry neko atsume na zielonej poduszce? W raporcie jest również potwierdzenie, że prócz molestowania Durczok dopuszczał się mobbingu na pracownikach, a także – że niezalecana jest dyscyplinarka z uwagi na dobro osób poszkodowanych. Być może nie jest to autentyczny dokument, jest on jednak całkiem wiarygodny. O Durczoku krążyły więcej niż plotki. Był artykuł we Wprost, buntowniczy felieton Kasi Nowakowskiej na foch.pl, publikacje na Codzienniku Feministycznym, tuż przed detonacją bomby Latkowskiego feministyczno-dziennikarski światek aż wibrował od informacji przekazywanych przez byłe współpracownice tak zwanego znanego dziennikarza. Wyłaniał się z nich obraz mężczyzny, w sposób cyniczny i wyrachowany wykorzystującego swoją władzę, by znęcać się nad innymi i zaspokajać swoje przyjemności. Człowieka, który skrzywdził co najmniej trzy, a prawdopodobnie o wiele więcej kobiet, a którego z racji sprawowanej funkcji bardzo długo nie można było powstrzymać.

Wokół przemocy tworzy się zmowa milczenia. Gdy jesteś osobą wrażliwą (oczywiście, że jesteś, skoro mnie czytasz) i widzisz przemoc, zrazu nie wierzysz własnym oczom; nie chcesz zrozumieć, że ludzie świadomie i dobrowolnie robią sobie takie rzeczy. Potem, na przykład, słyszysz: „nie mów nikomu, bo pożałujesz”, a masz do stracenia pracę i dobre imię, które mężczyzna przy władzy może ugniatać jak kulkę plasteliny. Albo też inaczej, słyszysz: „nie mów nikomu, bo mi wstyd”. I myślisz sobie, że dokładać tej osobie, co właśnie ją skrzywdzono, to faktycznie będzie za wiele. Trzeba ją chronić. Bo jak rozpowiesz, otworzysz puszkę Pandory i pożałujesz nie tylko ty, pożałuje mnóstwo osób. Więc milczysz.

Aby przerwać ten zamknięty krąg, musi powstać masa krytyczna osób, które doświadczyły przemocy z ręki tego samego człowieka; masa, która porozumie się między sobą i pojmie, że nie jest w tym osamotniona. W moim środowisku był gość, który molestował – zaczęło się od obleśnych uwag i podszczypywanek, skończyło na upiciu dziewczyny i gwałcie. Dopiero wtedy jedna z dziewczyn zdecydowała się na nagłośnienie historii, dzięki czemu zaskakująca liczba naszych koleżanek wyszła z cienia i potwierdziła „tak, ja też miałam z tym typkiem przemocowe doświadczenie”. Koleś ostatecznie został całkowicie wybanowany ze środowiska, bo też i środowisko, zorientowawszy się w procederze, murem stanęło po stronie dziewczyn. Niemniej do przełamania zmowy milczenia trzeba odwagi i desperacji, której nie mamy prawa oczekiwać od osób doznających przemocy. Niezbędne jest także środowisko, które je wesprze, a z tym, co widać choćby po cytowanym przeze mnie artykule z Newsweeka, jest źle. Bezpieczniej się staje po stronie silniejszego.

Jako świadkowie przemocy możemy reagować – ucinać seksistowskie żarty kolegów, nie zgadzać się na nienawistny język wobec innych, powstrzymywać kumpla przed zaciągnięciem pijanej koleżanki do pustego pokoju w akademiku. Jesteśmy w stanie tworzyć środowisko, w którym te i ci, którzy doświadczają przemocy, będą mieć wsparcie. I tak, wiem, że w przypadku kogoś z władzą, np pracodawcy, jest to dodatkowo trudne, bo prócz świadomości tego, co słuszne, mamy zrozumiały lęk o swoją pracę i bezpieczeństwo. Ale innej drogi nie ma.

Zobaczmy przecież, co się dzieje, gdy środowisko wspiera sprawcę. Pojawiają się takie hiobowe fanfiki, jak ten w Newsweeku. Otwiera go opis, jak to Durczok prowadzi jakiś kongresik dla przedsiębiorców (kapitaliści mili). W środku rzewna wstawka o tym, że Durczok własnymi rękami barszcz bezdomnym nalewał. Na końcu – buńczuczne obietnice, że ci, co mu „zniszczyli życie” zapłacą za to. Nikt nie pyta, co się dzieje z kobietami, które molestował i kto zapłaci za ich krzywdę. W opowieści o przemocy mamy wyjątkową tendencję do stosowania strony biernej, co sprawia, że staje się ona wyłącznie problemem osób jej doświadczających. Tymczasem są sprawcy. Są świadkowie. Da się coś zrobić.

Tylko, żeby zacząć, trzeba rozpalić w sobie gniew. Poczuć w sobie nienawiść do przemocy i chronienia jej sprawców. Dlatego mówię: nienawiść start.

(A w niedzielę w różnych miejscach na całym świecie przekuwamy nienawiść w taniec i śpiew. Przyjdźcie koniecznie!)

Dwa światy

Pierwszy:


Reklama powstała na podstawie autentycznej historii pracownika infolinii alarmowej. Keith Weisinger miał nocną zmianę, odebrał połączenie i ku swojemu zaskoczeniu usłyszał zamówienie pizzy. Na szczęście – usłyszał w głosie kobiety coś, co sprawiło, że poprowadził rozmowę tak, by upewnić się, czy jest ona w niebezpieczeństwie.

Była. Wysłał na miejsce zdarzenia policjanta.

Druga:

Gniew

Zygmunt Miłoszewski, Gniew


W Gniewie Miłoszewski konsekwentnie opisuje prokuratora Szackiego jako mężczyznę przepełnionego codziennym seksizmem (taki zresztą miał pomysł na tę postać, zanim jeszcze pojął, że nieszkodliwość jego postawy jest bardzo pozorna). Nie opiera się tutaj na żadnej konkretnej historii, lecz raczej na tysiącach historii kobiet, które doświadczają przemocy i próbują podjąć jakieś działania. Odbijają się od policjantów i prokuratorów, czasem ze złej woli, dużo częściej z niewiedzy lekceważących zgłoszenia, w których nie mają tzw. twardych dowodów (obdukcji, widocznych śladów pobicia). Przekonują się, że nie ma sensu prosić o pomoc. I tkwią w przemocowych relacjach dopóki nie zdarzy się nieszczęście. U Miłoszewskiego, szczęśliwie, jest jeszcze młodszy kolega prokuratora, Edmund Falk, który na opis powyższej sytuacji, zawartej w słowach: „Miałem tutaj pseudopandę, w sam raz dla pana” reaguje bezkompromisowo:

„– To bar­dzo cie­ka­we, ile sek­si­stow­skiej po­gar­dy można za­wrzeć w jed­nym słowie. To dość rozczarowujące, że aku­rat z pana ust usłyszałem coś ta­kie­go.”

Większość policjantów i prokuratorów takich kolegów nie ma. Idzie ku lepszemu – przedstawicielki i przedstawiciele organów ścigania mają szkolenia w tej dziedzinie, ale na razie jest to jednak dość nieskoordynowane i rozproszone. Artykuł 50. konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy ze względu na płeć wskazuje natomiast:

Szybka reakcja, zapobieganie i ochrona

1. Strony podejmują konieczne środki prawne lub inne działania mające na celu zagwarantowanie, że właściwe organy ścigania zareagują na wszelkie formy przemocy objęte zakresem niniejszej Konwencji w sposób szybki i odpowiedni, oferując ofiarom stosowaną i niezwłoczną ochronę.

2. Strony podejmują konieczne środki prawne lub inne działania mające na celu zagwarantowanie, że właściwe organy ścigania w sposób niezwłoczny i odpowiedni wezmą udział w zapobieganiu wszelkim formom przemocy objętym zakresem niniejszej Konwencji oraz ochronie przed takim formami przemocy, łącznie z podjęciem zapobiegawczych działań operacyjnych i zbieraniem dowodów.

Potrzebujemy konwencji przede wszystkim po to, by żadna z tych historii nie mogła się zdarzyć. Ale jeśli już  ich doświadczamy – to aby jednak ta pierwsza była codziennością. Razem łatwiej.

Oraz: jak zwykle w walentynki tańczymy – bo co to za rewolucja bez tańca! Pełna lista miast na feminotece, warszawianki widzą się zaś na pasażu Wiecha o godzinie 13:00.

Jeden to za wiele

Nie tylko internet, ale także i prasę papierową obiegła kampania z udziałem m.in. Daniela Craiga i Baracka Obamy. W minutowym filmiku znani aktorzy i politycy informują o tym, że przemoc wobec kobiet jest zła i należy się jej przeciwstawić. Materiał ten linkowany jest z westchnieniem: „kiedy to nasi politycy…!”.

Nie jestem przekonana, czy chcę to widzieć w wykonaniu aktualnych rozgrywających na arenie politycznej. Bałabym się, że nawet w takim materiale przemyciłoby się Guziałowe „…ale jednak niech nie biegają same po Lesie Kabackim”, M. owe „bo mają mężne serca w khm khm kształtnych piersiach” czy Lepperowe „no ale przecież nie hehe prostytutkę”. Miałabym poważne obawy – możecie próbować mnie przekonać, że niebezpodstawne – że ktoś zrobiłby wyjątek dla Anny Grodzkiej, a ktoś inny dla kobiet sięgających po pigułkę dzień po. Ochrona kobiet (jako szczególnie narażonych na przemoc) nawet w wideosie reklamowym zostałaby obwarowana szeregiem warunków, po spełnieniu których nasi mężczyźni uznaliby, że tak, taka kobieta zasługuje na pomoc i wsparcie.

Na pomoc i wsparcie zasługują wszyscy ci, którzy są słabsi.

Jak wiemy, za kampanią w USA stoi szereg planowanych przez wiceprezydenta działań: Biden dołożył starań, by w 2013 roku uwzględnić te grupy w zmianie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, wraz z prezydentem Obamą utworzył też specjalną grupę zadaniową ds. ochrony studentów/ek przed przemocą seksualną (za: codziennik feministyczny). Nie poprzestaje tylko na obietnicach znanych twarzy i, jakkolwiek nie mam o rządzie USA zbyt dobrego zdania – w tej dziedzinie chwała mu za to.

W Polsce, jak wspominam przy każdej możliwej okazji, czekamy na ratyfikację wiadomego dokumentu. Jest postęp w tej sprawie: 29 kwietnia 2014 Rząd skierował do Sejmu projekt ustawy o ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. I chociaż podzielam obawy autora bloga Pochodne Kofeiny, pozwolę sobie jednak pozostać przy opinii, że konwencja jest potrzebna – nawet jeśli jej późniejsza egzekucja miałaby być zrazu koślawa i po polackiemu byle jaka.

Prawo wyznacza, co można, a czego nie. Za prawem idzie obyczaj. Pamiętam czasy, gdy zapinanie pasów w samochodzie nie było obowiązkowe, palić papierosy można było wszędzie, a bicie dzieci było środkiem wychowawczym (sama, szczęśliwie, nie doświadczyłam). Nie wyobrażam sobie nie zapiąć pasów, nie wyobrażam sobie zapalić w lokalu bez salki dla palących, uderzenie dziecka wywołuje we mnie odrazę.

Mam podstawy przypuszczać, że to właśnie tak działa. 

 

 

dziś będzie poniżej pasa, skarbie

Jak spora część znanych mi feministek, prócz siania rewolucyjnego fermentu interesuję się również bra-fittingiem, pielęgnacją, kosmetykami oraz wykonywaniem makijażu o wpół do dziewiątej rano. Od jakiegoś czasu dzięki uprzejmości przyjaciółki testuję masło do ciała z jednej z firm umożliwiających samodzielne skomponowanie kosmetyków (lub zamówienie wybranego zestawu). Moja skóra to czuje i ma się dobrze.

Było zatem, być może, kwestią czasu, bym zainteresowała się ofertą BingoSpa, które tkwi w podobnej branży (choć z tego, co widzę, mają drożej i więcej składników pięknie brzmiących niż skutecznych). Na szczęście copywriter w tejże firmie zabłysnął tak, że czuję się brudna po samej wizycie na ich stronie. Czuję się, jakby ktoś dał mi w twarz i dziwił się, że mam coś przeciwko. Czuję się, jakbym tkwiła w windzie z kimś wzdętym po grochówce. Albo w przedziale z kimś, kto po całym dniu zzuł buty. Albo jakbym czytała jeden z tych pedofilskich wpisów Korwina, w których przyczepia się do uwielbianych przeze mnie dziewczyn ze Spunka. Jednym słowem, żołądek łomoce mi o zęby.

 

zawsze będziecie do dupy, skarby

Nie wiem, czy powinnam po raz kolejny dodawać zastrzeżenie, że nie przeszkadza mi mówienie o seksie, pokazywanie seksu, uprawianie go i afirmowanie tej czynności jako pożytecznej i miłej.  Nawet jeśli jednak miałabym pewne zahamowania, nie zmieniałoby to mojej oceny tej sytuacji: poruszenie tematyki seksu musi być konsensualne, za obopólną zgodą. Jeśli nie jest, odbieram to jako naruszenie moich granic, jako molestowanie. Użycie do tego stereotypowego w pornografii elementu gry –  zakończenia na twarzy  – sprawia, że czuję się, jakbym przypadkiem odpaliła filmik z poniżaną kobietą. Serio, niech takie rzeczy w internecie zostają jednak na redtubie i fetlife, mkay?

Copywriterzy kochani, mam do was krótką wiadomość:

PIERDOLCIE SIĘ.

Rozwijając: to, że jestem kobietą dbającą o swoją twarz, nie oznacza, że można mi sugerować bukkake w porannym mejlingu (który, nota bene, dostało 500 tysięcy osób). Nie chcecie chyba otrzymywać ode mnie codziennie sugestii analnej penetracji?