dziś będzie poniżej pasa, skarbie

Jak spora część znanych mi feministek, prócz siania rewolucyjnego fermentu interesuję się również bra-fittingiem, pielęgnacją, kosmetykami oraz wykonywaniem makijażu o wpół do dziewiątej rano. Od jakiegoś czasu dzięki uprzejmości przyjaciółki testuję masło do ciała z jednej z firm umożliwiających samodzielne skomponowanie kosmetyków (lub zamówienie wybranego zestawu). Moja skóra to czuje i ma się dobrze.

Było zatem, być może, kwestią czasu, bym zainteresowała się ofertą BingoSpa, które tkwi w podobnej branży (choć z tego, co widzę, mają drożej i więcej składników pięknie brzmiących niż skutecznych). Na szczęście copywriter w tejże firmie zabłysnął tak, że czuję się brudna po samej wizycie na ich stronie. Czuję się, jakby ktoś dał mi w twarz i dziwił się, że mam coś przeciwko. Czuję się, jakbym tkwiła w windzie z kimś wzdętym po grochówce. Albo w przedziale z kimś, kto po całym dniu zzuł buty. Albo jakbym czytała jeden z tych pedofilskich wpisów Korwina, w których przyczepia się do uwielbianych przeze mnie dziewczyn ze Spunka. Jednym słowem, żołądek łomoce mi o zęby.

 

zawsze będziecie do dupy, skarby

Nie wiem, czy powinnam po raz kolejny dodawać zastrzeżenie, że nie przeszkadza mi mówienie o seksie, pokazywanie seksu, uprawianie go i afirmowanie tej czynności jako pożytecznej i miłej.  Nawet jeśli jednak miałabym pewne zahamowania, nie zmieniałoby to mojej oceny tej sytuacji: poruszenie tematyki seksu musi być konsensualne, za obopólną zgodą. Jeśli nie jest, odbieram to jako naruszenie moich granic, jako molestowanie. Użycie do tego stereotypowego w pornografii elementu gry –  zakończenia na twarzy  – sprawia, że czuję się, jakbym przypadkiem odpaliła filmik z poniżaną kobietą. Serio, niech takie rzeczy w internecie zostają jednak na redtubie i fetlife, mkay?

Copywriterzy kochani, mam do was krótką wiadomość:

PIERDOLCIE SIĘ.

Rozwijając: to, że jestem kobietą dbającą o swoją twarz, nie oznacza, że można mi sugerować bukkake w porannym mejlingu (który, nota bene, dostało 500 tysięcy osób). Nie chcecie chyba otrzymywać ode mnie codziennie sugestii analnej penetracji?

Potrzebny nam taniec

Czy mieliście świadomość, że „ideologia” gender dochrapała się konstytucji? Ja też nie. Ten gender! Na chwilę spuścić z oka i nie dość, że dziewczyny pójdą na politechniki, a chłopaki przestaną wstydzić się łez, to jeszcze będzie majstrował przy ustawie zasadniczej. Strach pomyśleć, co będzie dalej: może obowiązkowa nauka chodzenia na szpilkach dla panów i wyciśnięcie 15kg na sztandze dla pań? Albo zaawansowane kursy obsługi pada do playstation i igły z nitką? Zgroza, hańba, srom i rozwolnienie.

Jak zawsze, gdy cywilizacja śmierci (z siedzibą w Brukseli) wyciągnie swoje ohydne, lepkie macki po solidną, polską, katolicką, dwupłciową i odziecioną rodzinę – wnet formuje się jakaś grupa parlamentarna do zwalczenia tej zarazy. Mamy zatem parlamentarny zespół ds. przeciwdziałania „ideologii gender”, którego celem jest zwalczanie negatywnego wpływu ideologii gender na polską rodzinę oraz wychowanie najmłodszych. Przewodniczącą tego tworu o przydługiej nazwie jest lubiana przez wszystkich posłanka Kempa. Jako wasza kapitanka Oczywista dodam, że nie spodziewałam się po posłance takiego poczucia humoru: być na czele zespołu do spraw zwalczania czegoś, dzięki czemu jest posłanką. W następnym odcinku doczekamy się Biedronia moderującego Redwatcha.

OK, żarty na chwilę na bok: bardzo mnie cieszy, że dla posłanki Kempy kobieta w innej roli – na przykład w parlamencie – niż żona i matka jest tak oczywista, że aż nie widzi potrzeby utrzymania tego status quo. Oznacza to, że prawa nie do pomyślenia tych głupich 150 lat temu są przyjmowane całkiem już bezrefleksyjnie (pomijając kilku smutnych wyznawców wujcia Korwina). Zachęcam jednak do chwili zastanowienia się, czy to, co mamy nam wystarcza i czy to, co mamy my – mają wszystkie kobiety na świecie.

Innym projektem mężnie stawiającym czoła zakusom zgniłego zachodu na świętość polskiej rodziny oraz ogólnie pieszczonej tradycji jest Konferencja „Ratyfikacja konwencji Rady Europy o przemocy wobec kobiet – następstwa dla jednostki, społeczeństwa i państwa”. Zorganizował ją zatroskany parlamentarny zespół na rzecz ochrony życia i rodziny. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, nie? Czegóż innego broni konwencja RE o przemocy, jeśli nie życia i rodziny? Otóż okazuje się, że nie broni, a wręcz przeciwnie, dokonuje świętokradczego zamachu. Uderza, według opinii Marka Kuchcińskiego, który postanowił patronować imprezie, w filary cywilizacji europejskiej. Jeśli dobrze rozumuję, filarem cywilizacji europejskiej jest zatem przemoc i właściwie nie mogę całkowicie temu zaprzeczyć. Aczkolwiek mam wrażenie, że Europa jakoś się do tego niechętnie przyznaje i mogłaby panu Markowi mieć za złe. Dopatrzył się też w konwencji sprzeczności z konstytucją, co prowadzi nas do logicznej konkluzji, że wobec tego stanowi sama w sobie inną konstytucję; rzecz by można: kontrkonstytucję. Inny z tych znawców praw człowieka, wiceprezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia Antoni Szymański, nazywa rzecz po imieniu „jeśli sprzeciwiamy się ustawom o mowie nienawiści czy korekcie płci, to musimy pamiętać, że wszystkie te rzeczy zwarte są w konwencji. Ta konwencja to konstytucja gender”.

Właściwie to co jest nie tak z ustawami o mowie nienawiści czy korekcie płci, chciałoby się zapytać, chociaż może nie pana Marka i może nie pana Antoniego. Nie warto też o takie rzeczy pytać Prezesa Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris Aleksandra Stępkowskiego, który z trwogą zauważa, że konwencja traktuje istniejący ład społeczny jako przyczynę przemocy wobec kobiet i zakłada jego zmianę, podczas gdy w konstytucji deklarujemy przywiązanie do tradycji. Pomysł, by w ramach ćwiczenia intelektualnego rozważyć mniejsze przywiązanie do tradycji bądź też zadać sobie pytanie, czy istniejący ład społeczny jest idealny, odrzućmy jednak jako zbyt śmiały. Ostatecznie, panowie są bardzo zajęci prezesowaniem, wiceprezesowaniem i wicemarszałkowaniem, mają pełne ręce malin, z którymi nacierają na panoszący się gender, obolałe ramiona od wspierania filarów cywilizacji europejskiej i zdrętwiałe nadgarstki od więzów z tradycją. Nie zaprzątajmy ich ślicznych główek bardziej skomplikowanymi zagadnieniami.

Póki sobie zawiązują zespoły i organizują konferencje, możemy się pośmiać, chociaż naturalnie chciałabym, by moje podatki poszły na coś innego. Niemniej nie upatrywałabym w tym elementu bardziej szkodliwego niż odeśmianie sobie dupska. Bardziej martwi mnie to, że wicemarszałek, że Gowin, że Królikowski, że oni wszyscy są w rządzie – wybranym pośrednio przez nas jako liberalniejszy od PiSu. W ciągu kilku lat nastąpiło radykalne przesunięcie na prawo.

My mamy komfort demokracji – może nieudolnej, może niedojrzałej, ale jednak co kilka lat mamy szansę zmienić to towarzystwo i przynajmniej przez chwilę łudzić się, że ktoś spełni swoje wyborcze obietnice. Możemy wyjść na ulice w Manifie lub Marszu Równości. Możemy prowadzić blogaski, takie jak mój, obśmiewać tych durniów i nie spotkać się z przykrzejszymi konsekwencjami niż umęczliwy komentator pod notką.

Myślę, że doczekamy się ratyfikacji konwencji. Tu umieściłam FAQi jej dotyczące – gdybyście mieli wątpliwości, zajrzyjcie. Ja nie mam żadnych.

W innych krajach kobiety mogą protestować konspiracją, ucieczką z kraju lub tańcem na ulicach. To dla nich tańczyliśmy w zeszłym roku i dla nich zatańczymy 14 lutego, w Warszawie przy Metrze Centrum o 18:00. Taniec nie ma bezpośredniego wpływu na prawo, ale ładnie wygląda, fajnie wygląda w kamerach, przyjdzie trochę dziennikarzy i spyta, po co tańczymy. Wtedy powiemy, że przeciw przemocy, za te, które nie mogą walczyć same.

Poza tym – taniec w tłumie daje ogromne poczucie solidarności. A solidarności potrzebują i te, które doświadczają lub są świadkami przemocy, i aktywistki. Wszystkie. Wszyscy.

Może bardziej niż kiedykolwiek.

PS Nie obrażę się też za SMS-ka w konkursie na bloga roku. Wystarczy wysłać SMS o treści E00007 na numer 7122, koszt 1.23 zł z VAT, nie później niż do 06.02.2014. A na pierwszym miejscu w mojej kategorii jest antysemicki Matka Kurka, więc sami rozumiecie.
Głosowanie zakończone, nie udało się – nic to! Bardzo wam dziękuję za głosy.

Seksuolog prowokuje wymioty

Seksuolog Krzysztof Boćkowski zabłysnął na łamach najpierw Czasu Białegostoku, a później Tok FM  z szarżującą opinią o przyczynach gwałtu. Jego gwiazda zamiast przygasnąć po pierwszym trzęsieniu ziemi chyba niestety zaczyna przypominać supernową. Czemu Judyta Kokoszkiewicz z Czasu Białegostoku w ogóle uznała, że opinia seksuologa (a nie, dajmy na to – policjantki czy psychologa) jest istotna, gdy mówi się o przyczynach gwałtu, pozostaje dla mnie zagadką. Twierdzę bowiem, że przede wszystkim o przemocy seksualnej należy rozmawiać albo w wymiarze czysto kryminalnym, z wykorzystaniem policyjnych statystyk czy Niebieskiej Linii, albo też w wymiarze kulturowym. Specjalista od pożycia seksualnego, choćby i z pozycji biegłego sądowego, ma w tym temacie takie same kompetencje co przypadkowy pasażer w tramwaju i z takim samym prawdopodobieństwem trzaśnie z przytupem srogiego kocopoła.

Widzę, że facebookowi celebryci dołączają się do opinii „ofiara gwałtu nie jest winna, ALE”, więc mówienie o tym temacie — obwiniania ofiary — nigdy dość. I

Spójrzmy jeszcze raz, co mówi pan doktór:

Dlaczego kobiety wstydzą się przyznać, że zostały zgwałcone? Bo często same nie wiedzą, co tak naprawdę się stało, sytuacja była niejasna. Przykładowo, gdy kobieta umawia się na randkę, nie jest chyba świadoma, kolokwialnie mówiąc, że mężczyzna zawsze jest nastawiony na seks. Dziwić może to zaskoczenie kobiet, które mówią „po fakcie”, że chciały się tylko pocałować, a tymczasem zdarzyło się więcej. Problemem mężczyzn jest to, że trudno jest im odczytywać sygnały płci przeciwnej – ciężko jest się domyślić, kiedy kobieta chce, a kiedy nie chce.

I wiecie co: to jest trafna diagnoza.

Zanim mnie zakrzyczycie, już wyjaśniam, co w niej trafnego: w naszej kulturze pojęcie „gwałtu na randce” właściwie nie istnieje. Więc tak – kobieta doświadczywszy przemocy seksualnej nie jest pewna, co się stało i na ile stało się to z jej winy. Mężczyźni wzrastają w przekonaniu, że jeśli pozwoliła na pocałunek, to pozwoli na wszystko – przecież tak jest nawet w niewinnym kinie familijnym made in USA, nie tylko w pornografii. I faktycznie nie umieją rozpoznać sygnału, że pocałunek wystarcza, flirt wystarcza, nie posuwamy się dalej. Nie jest to jednak – a tak wydaje się twierdzić pan doktor – wina kobiet, lecz systemu, który nas, kobiety, uczy uległości, zaś mężczyzn nie uczy, by pytać o intencje. Potrzebna jest zmiana.  Musimy powtarzać komunikat „jeśli nie jesteś pewny, czy chce, zakładaj, że nie chce” tak długo, aż stanie się oczywistym.

(kwestię męskiego wiecznego nastawienia na seks w cytowanej wypowiedzi pomijam – nawet jeśli to nastawienie występuje, nie jest ono wyłącznie męską domeną i nadal nic nie usprawiedliwia)

Dalej jednak pan doktor już odjeżdża ze stacji „Umiarkowana Mizoginia” w kierunku „Batshitcrazyville”, mówiąc:

Fakty, że tylko 10% kobiet zgłasza gwałt na policję wynika też z nastawienia – dla jednej ten gwałt był wielką tragedią, dla innej niekoniecznie. Wydaje mi się, że na policję zgłaszają się takie kobiety, które faktycznie nieszczęśliwie stały się ofiarami bestialskiego gwałtu, i które nie mają sobie samym niczego do zarzucenia.

Z całą pewnością jest tak, że nie wszystkie przeżywamy tę krzywdę tak samo. Przyczyny niskiej zgłaszalności gwałtów są jednak inne: aktualnie osoba doświadczająca gwałtu musi przejść przez długą drogę przesłuchań, niedowierzania i udowadniania, że nie zrobiła nic prowokującego. Biorąc jednocześnie pod uwagę, że ponad trzy czwarte gwałtów jest dokonywanych przez sprawców jej znanych – trudno się dziwić niechęci do zgłoszeń. Jak donieść na swojego męża, chłopaka czy kuzyna? Jak dowieść, że po dwóch piwach na randce i paru pocałunkach jednak nie chciało się seksu? Szansa na ukaranie czy choć odizolowanie sprawcy jest niewielka, zaś rozgrzebywanie intymnych szczegółów zajścia – upokarzające.

W dyskusji o zjawisku przemocy seksualnej bardzo często miesza się dwa porządki: jak jest i jak powinno być.

Jest tak, że męźczyźni gwałcą. Nie wszyscy. Pewna część. Czasem dlatego, że mają nasrane we łbie i chcą pokazać, kto tu rządzi, jak na przykład nadmiernie kontrolujący mężowie. Czasem dlatego, że są durnymi gimbusami, którzy całą wiedzę o życiu seksualnym mają z redtube’a, przechwałek kolegów i katechez zwanych przygotowaniem do życia w rodzinie – i nie wiedzą, że można poprzestać na pocałunku. Czasem dlatego, że przez całe życie słyszeli, że kobiece „nie” oznacza „być może”.

Dlatego, gdy przyjaciółka pójdzie na spotkanie z kolesiem poznanym przez internet, być może, z troski, bo taka ze mnie nadopiekuńcza kwoka, zasugeruję jej miejsce publiczne, naładowaną komórkę i pilnowanie drinka. Nie będzie to jednak moja sprawa i nie będę jej odpytywać, czy tego dopilnowała. Tak, jest to pewna hipokryzja. Godzę się z nią.

Podobają Ci się moje notki? Wrzuć monetkę!

Czytaj dalej

Co powinna ofiara

Gdy opowiesz o złym dzieciństwie, najgorsze dopiero przed tobą.

Biblioteka w Mokradełku miała w swojej historii dwa hity. Pierwszy z nich pojawił się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Była to niemiecka powieść reportażowa Monika B. Nie jestem już waszą córką napisana przez dziennikarkę Karin Jäckel przy ścisłej współpracy z tytułową bohaterką. Monika B., trzy­ dziestoparoletnia Niemka, wyjawiła w niej prawdę o swoim dzieciństwie. O ojcu, który przez dziesięć lat regularnie ją gwałcił i oddawał do gwałcenia synom, oraz o matce, przy­ mykającej na to oko.

Po „Monikę” mieszkańcy Mokradełka zapisywali się w kolej­ce, a później niejeden stwierdził, że była to najbardziej wstrzą­sająca książka, jaką czytał w życiu. (…)
Dziesięć lat później pojawił się kolejny przebój. Tym razem była to polska książka Kato‐tata. Nie‐pamiętnik autorstwa niejakiej Halszki Opfer. (…)
Książka ta również należy do literatury faktu i opowiada podobną historię. (…)
„Halszkę” również przeczytali w Mokradełku prawie wszyscy i również trzeba było czekać na nią w kolejce. I ona wywołała gwałtowne emocje. Jednak nastawienie wobec bohaterki było zupełnie inne.

Główna różnica pomiędzy obiema książkami – jak po za­stanowieniu podsumowała bibliotekarka – polega na tym, że Monika B. mieszka w Niemczech i nikt tutaj nie zna jej oso­ biście. Natomiast wszyscy we wsi wiedzą, że pod pseudoni­ mem Halszka Opfer kryje się ich własna sąsiadka, wieloletnia mieszkanka Mokradełka.

Tak zaczyna się “Mokradełko” Katarzyny Surmiak-Domańskiej.

Warto sięgnąć po Kato-tatę przed przeczytaniem Mokradełka. Warto, choć jest to lektura bardzo wstrząsająca, mocna, drastyczna, opowiedziana prostym, beznamiętnym językiem. Halszka prowadzi nas przez całe swoje dzieciństwo, naznaczone największą krzywdą, jaką można wyrządzić dziecku: molestowaniem przez ojca. W trakcie tej drogi widzimy, jak kształtuje się jej osobowość – osoby rosnącej w przekonaniu, że zasługuje na to wszystko, że nosi w sobie obrzydliwość, o której nie może mówić, ostatecznie zaś – zobojętniałej na zło, które ją spotyka.

Halszkę stygmatyzują nie tylko skutki molestowania, lecz także i przerażające ubóstwo, w jakim jest wychowywana, włączając w to brak higieny. Halszka czuje do siebie obrzydzenie nie tylko dlatego, że jest przedmiotowo traktowana przez ojca, także dlatego, że śmierdzi, ma brzydkie ubrania i cierpi na owsiki. W szkole nie uzyskuje wsparcia ani od strony rówieśników (co, jakkolwiek przygnębiające, jest dość zrozumiałe – dzieci w wieku szkolnym mają silne rozeznanie reguł i norm i odrzucają wszystkich odmieńców z wyjątkową bezwzględnością) – ani od strony dorosłych. Musimy też pamiętać, że dzieciństwo bohaterki przypada na czas, w którym molestowanie dzieci nie było tematem w publicznej debacie, a i model wychowawczy był dużo bardziej autorytarny.

Katarzyna Surmiak-Domańska próbuje opisać krajobraz po wydaniu książki przez Halszkę. Proponuje nam refleksję nad ofiarą molestowania – nie kimś obcym, lecz sąsiadką, córką, macochą, synową. Próbuje nam słowami tych osób, znających ofiarę, opowiedzieć, co się dzieje potem.

Zadziwiające i straszne jest to, jak mało wsparcia Halszka dostaje od bliskich. Jej opowieść jest przyjmowana z niedowierzaniem, z chęcią obarczenia jej winą, z próbą bagatelizowania nieszczęścia, które wydarzało się przez tyle lat i tyle lat temu. Cały czas (mimo, że statystyki są nieubłagane i zgodnie twierdzą, że znacząca większość przemocy seksualnej wobec dzieci zdarza się w domu, zaś fałszywych zgłoszeń jest pomijalnie mało), pada pytanie:  „a może ona to sobie wymyśliła? A może sprowadziła to na siebie?”. Autorka nie stawia tu łatwych diagnoz, można przecież jednak domyślić się, że jest to znany mechanizm zaprzeczenia. Lepiej odsunąć zagrożenie na zewnątrz, z nadzieją, że będziemy mogli je przewidzieć, przygotować się do niego i jeśli go nie unikniemy, wiedzieć, czyja to wina. Dlatego tak łatwo dajemy ucha miejskim legendom o gwałcicielach w krzakach i mrocznych pedofilach podrywających nasze dzieci na czacie. Jednak oba rodzaje przemocy seksualnej, dwa elementy tego samego zjawiska, najczęściej nadchodzą od strony bliskich, nieprzewidywalnie i bez możliwości zabezpieczenia się przed nim.

Co więcej, mają rozmówcy Katarzyny Surmiak-Domańskiej także wyobrażenie, jak ofiara powinna się zachowywać.

Prawdziwa ofiara nie zachowuje się tak jak Halszka. Ofiara powinna zachowywać się jak ofiara. Najlepiej, gdyby to była taka biedna myszka. Biedna, szara myszka. Która mało mówi o swojej krzywdzie. A właściwie w ogóle nie mówi. Powinno być tak, że my się dowiadujemy o wszystkim, ale nie od niej. Tak to sobie wyobrażam. Żyje we wsi skromna, cicha, niczym niewyróżniająca się kobieta – dobra matka, dobra żona, przy­kładna gospodyni. I nagle ktoś przychodzi i mówi: „Spójrzcie na nią. Czy wy wiecie, co ona przeżyła?”.

Tymczasem Halszka opowiada o swoich doświadczeniach aż nazbyt łatwo, jest ekstrawertyczna, głośna, emocjonalna, ze skłonnością do dramatyzowania siebie. Mając świadomość, co się z nią działo przez lata dzieciństwa – trudno się dziwić, że tak łaknie uwagi. Może nawet na racjonalnym poziomie bliscy Halszki to wiedzą, ale w bezpośrednim kontakcie jednak sobie z tym nie radzą?

O Halszce powinny wypo­wiadać się wyłącznie osoby, które jej nie znają, a tylko czytały jej książkę. Tutaj to wszystko, co się działo w domu rodzinnym Halszki, jest odbierane przez pryzmat jej osoby. Na to nie ma rady. Trudno widzieć jako ofiarę kogoś, kto się zachowuje jak wielka pani. Tak czy nie?

  • mówi jedna z mieszkanek Mokradełka. Przypomina to nieco refleksje Naimy o biedzie: mamy zestaw oczekiwań wobec osób, które skrzywdzono, spodziewamy się po nich usuwania się w cień i cichej bierności. Trudno sobie radzimy z tymi, którzy wychodzą poza ten schemat. Gdzie tu miejsce na nasze łatwe, powierzchowne współczucie? Jak powiedzieć “biedactwo” o kimś, kto zachowuje się jak królowa?

Myślę sobie: nie mówić. Docenić i być wdzięczną, że miała w sobie siłę, by opowiedzieć tę historię, która może pomóc innym krzywdzonym. Nie silić się na próbę współ-czucia, jeśli samej się nie doświadczyło, jeśli ma się wątpliwości co do prawdziwości Halszkowej historii.

I szczerze życzyć dobrych ludzi w pobliżu.

Mokradełko, Katarzyna Surmiak-Domańska, wyd. Czarne, 2012

Etykieta zastępcza

Pamiętacie etykiety zastępcze? Ja średnio, w końcu miałam wszystkiego 12 lat, gdy w telewizji nie było teleranka, a za to wystąpiła jedna okropna pani z loczkami i ogłosiła, że skończył się komunizm. W tym czasie bardziej mnie interesowały moje pierwsze miłości, jeżdżenie na rowerach z koleżankami z klasy i dość już kobiece ciało, wzbudzające niezdrową ciekawość tego czy owego wujaszka tudzież kuzyna.

Tematy, jakie poruszam na tym blogu – feminizm, przemoc domowa, prawa mniejszości – regularnie są nazywane „zastępczymi”. Jest to dla mnie kolejny przykład na to, że choćbyśmy nie wiem, jak zaklinali rzeczywistość i ogłaszali, że rewolucja jest wygrana – światem nadal rządzą bogaci, biali, heteroseksualni faceci, których w dużej mierze nie dotyczy dyskryminacja.

Mające skłonności do lekkiej mizandrii koleżanki mawiają niekiedy, że widać to po tematach, jakie zastępcze nie są: kolejne igrzyska (chłopcy lubią grać), tasowania w partiach (chłopcy lubią rywalizować), figle na giełdzie, architektoniczny kult cargo (postawimy wieżowiec i firma sama się sprowadzi) – działania polityczne i ekonomiczne służące w dużej mierze do utrzymania status quo, nie naprawy problemów, które w żaden sposób ich nie dotykają. Nierówność płac? Mniejsza emerytura? Pomoc ofiarom przemocy? Sfiksowały te baby.

Pierwszym krokiem do zrozumienia, w jak wielkim stopniu niezastępcze są to tematy, jest uświadomienie sobie uprzywilejowanej pozycji. Pisałam już kiedyś o tym: nigdy nie zwalczę do końca hipokryzji dyskutując o bezdomnych zza monitora drogiego laptopa, bo nie jestem w ich skórze. Jedyne, co mogę zrobić, to przypomnieć sobie okres, w którym nie było mi daleko do takiego stanu i uświadomić sobie, jak dużo miałam szczęścia, uzyskując wówczas wsparcie. Czasy niepewności ekonomicznej trochę pomagają w zrozumieniu tego wspólnotowego aspektu wydobywania się z dołka.

Tematy zastępcze są najbliżej życia, jak tylko mogą. Dotykają codziennej ekonomii: nie tej loterii na giełdzie, lecz tej, co do garnka włożyć i jak przeżyć do wypłaty. Dotykają codziennej psychologii: nie tej, jak sprzedać opony do nissana, lecz tej, jak wytłumaczyć córce, czemu ksiądz mówi o niej „diablica”, bo nie chodzi na religię. Socjologii: nie tej od promowania lepperów tego świata na liderów, lecz tej od przyczyn dziedziczenia biedy w łódzkiej kamienicy. The Other 99% science.

Uprzywilejowani po prostu nie pamiętają, że to, co mają zastane: ciepłe łóżko, wyżywienie, wspierający bliscy, dostęp do wiedzy, opieki lekarskiej i działających mediów – to nadal są przywileje, choć powinny być prawami. Neoliberalny paradygmat, w jakim żyjemy mniej więcej od czasów obwieszczenia pani z loczkami sprawia, że nadal jest problem z powszechną dostępnością tych świadczeń.

Więc my, nosicielki tematów zastępczych, przypominamy im o tym. Mówimy, że kluczowym jest najadać się pełnowartościowym posiłkiem, bo z tego rosną zdrowe, rozumne dzieci. Tłumaczymy, że ważny dla wszystkich jest bezpieczny dom, bo bez niego człowiek popada w depresje, uzależnienia i toksyczne relacje. Podkreślamy, że krzywda dzieje się częściej za drzwiami sąsiada niż w mrocznych uliczkach czy w luksusowych kasynach. Pokazujemy na to statystyki i badania, co jest trochę daremne w kraju, w którym najwięcej do powiedzenia ma gromada kolesi opowiadających mnóstwo rzeczy o swoim niewidzialnym przyjacielu.

Walczymy o poczucie bezpieczeństwa i spokój. O najbardziej podstawowe potrzeby emocjonalne każdego z nas.

Chciałabym, by inne dwunastolatki nie przeżywały przykrego zawstydzenia, jakiego doświadczałam (i jakiego doświadczają inne dwunastolatki na całym świecie); tego obmacywania wzrokiem, głupkowatych uwag, niezupełnie przypadkowych dotknięć – bo jak sobie z tym poradzić? My, feministki, staramy się także w ramach programów edukacji seksualnej uczyć młodych ludzi, jak reagować w takich sytuacjach. Ja, fetyszystka, doskonale wiem, że może się podobać tak młodziutkie ciało – wiem też, że najgorsze, co mogę zrobić, to pójść full Humbert Humbert. Nigdy nie wprowadzimy policji myśli, zależy nam tylko na tym, by potencjalny molestator poprzestał na własnych fantazjach.

Gdy miałam 12 lat, ważne były dla mnie pierwsze miłości, wypady na rowerach i moje ciało. Dwunastolatki w innych krajach kończą edukację, zachodzą w pierwsze ciąże, próbują narkotyków, trafiają na ulice. Byłam uprzywilejowana i staram się o tym pamiętać.

rape god culture

To nie jest tak, że islam i prawo szariatu są jakieś strasznie wyjątkowe. Tam po prostu przyzwolenie na to, by ludzie wierzący w słowa niewidzialnego przyjaciela i księgi spisane przez zjaranych pastuszków mieli wpływ na świeckis prawo ma o wiele dłuższą tradycję niż w Polsce. Więc zanim eksploduje we mnie islamofobia, przypominam sobie tych wszystkich naszych dobrodusznych księżulków, co to dziś mają głos w moim domu, a za piętnaście lat zakażą mi in vitro, aborcji, antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego i chodzenia w spodniach. Oh wait, z aborcją i in vitro już im się udało.

To nie jest tak, że ZEA są jakieś strasznie wyjątkowe. W 90s spotkałam dziewczyny z Jemenu, strasznie panikowały na widok psa, jak również jak na czternastolatki miały wyjątkowo odważne stroje i makijaże (były absolutnie prześliczne). W parę lat później naturalizowaną Jemejkę w Polsce, która, surprise surprise, była najmilszą koleżanką w grupie na kursiku przygotowawczym. W każdym kraju, w którym jest dominująca większość religijna, myślenie o tej religii jako jedynej słusznej i przenikanie jej do dyskursu świeckiego jest nieuniknione. Zaczyna się od powtarzanego z ironicznym przekąsem życia poczętego, by po dwudziestu latach z pełną powagą dyskutować, azali dwudniowa zygota czuje lubo marszczy nosek, gdy ją połaskotać szczypcami.

Więc, po prostu, to nie jest tak, że Norweżka zrobiła coś strasznie wyjątkowo głupiego jadąc do muzułmańskiego kraju, a doświadczywszy w nim gwałtu, zgłosiła rzecz na policję. Zgodnie z prawami, w jakich funkcjonowała dotychczas (a do których, swoją drogą, cały czas nam daleko), nie mogła spodziewać się niczego więcej niż wszczęcia postępowania i, opcjonalnie, ukarania sprawcy.

Nie mogła i nie powinna była się spodziewać kary więzienia.

W internetowych dyskusjach oczywiście zatroskani wujaszkowie mówią to właśnie: że po co jechała, po co zgłaszała, to szariat, co my możemy zmienić. No na początek – oburzyć się, bo rzecz nawet z bolandzkiego grajdołka jest skandaliczna (co dopiero z norweskiego). Wyciągnąć wnioski. Na przykład taki o podejrzliwości względem upychania religii w rzeczy świeckie. Albo taki, że gdyby gwałtu doświadczyła na wyjeździe w, powiedzmy, Anglii, oburz poszedłby, tak jak trzeba, w pełnosprawnego na umyśle i ciele sprawcę. Mamy w tej sprawie tendencję do bagatelizowania sprawcy, bo pochodzi z innej kultury – ot, taki niegramotny ciapaty, prawda? – zapominając, że, jakkolwiek wynegocjowane w ramach umowy społecznej, pewne prawa ludzi powinny być całkowicie ponadkulturowe i ponadreligijne.

Oczywiście, że nie są, ale z całą pewnością nie przybliżymy pożądanego stanu obwiniając ofiarę za pobyt w ZEA. Czy przybliżymy oburzając się na fejsiku? Nie wiem, mam nadzieję, że odpowiednio częste powtarzanie kobietom doświadczającym przemocy, że niczym nie zawiniły jednak trochę pomaga.

brudne majty Palikota

Miałam trochę bitwy z myślami w kwestii Wandy Nowickiej. No bo co: ideowa, lewicowa polityczka i nagle wpada jej czterdzieści kafli premii, podczas gdy ludzie tyrają na kasach w Biedronce albo na słuchawie wciskając ubezpieczenia? A sama Wanda też nie ułatwiała, bo zamiast się zrzec całkiem, to jakieś obietnice o celach charytatywnych. Cele charytatywne, my ass, od razu widzę prezesiuniów w garniakach i ich zbotoksowane żony w koktajlowych kieckach, jak sączą pącz poncz na balu charytatywnym, świętując, jak to wszechstronnie pomogli biednym. Znaczy, oczywiście, dobrze, że pomagają, bo mogliby nie, ale najlepiej, gdyby pomagać nie musieli. O tym, czemu charytatywność jest tylko plasterkiem na otwarte złamanie, bardzo celnie napisał już zresztą Marcin Zaród, więc ja nie muszę.

Ale potem sobie myślę: hej, przecież to nie jest tak, że ona tę premię dostała jako pierwsza. Były przyznawane od lat, także kobietom na funkcji (wice)marszałkiń, tylko co: nagle zaczęło Palikotowi i jego kolegom przeszkadzać, że taką kasę dostała kobieta z takim zapleczem idelogicznym? Wcześniej wszystko było dobrze, bo brali ją otwarcie pazerni ludzie?

To znaczy, że co właściwie: od Wandy Nowickiej, jako polityczki lewicy, wymaga się więcej, tak? Czemu właściwie? Nowicka silnie wspiera prawa reprodukcyjne, pamiętamy ją głównie z Tak dla Kobiet, przytuloną do Kongresu Kobiet i różnych lewicujących partii – niemniej nigdy jako osobę nawołującą do zrzekania się diet poselskich; nie przypominam jej sobie gardłującej za wyższymi podatkami ani też wspierającej ruchów związków zawodowych inaczej niż w kontekście feministycznym. To dość spójny i konsekwentny obraz osoby, za którą idzie komunikat: lewica to nie umartwianie się. Czy powinna była premię przyjąć? Zapewnie nie, z czysto wizerunkowego punktu widzenia. Skoro jednak wszyscy jej poprzednicy przyjmowali, nie wiem, czy jest sens oczekiwać od niej, by i w tym temacie szła przed szereg. Inne jest pole jej działalności niż zrównywanie dochodów posłanek i posłów ze średnią krajową i cóż, jak dla mnie, może tak pozostać.

(kwestię, czy kwota 40k to dużo czy mało trudno mi rozstrzygnąć: w Warszawie, przy zarobkach prezesów firm i banków jest dużo poniżej kwoty, którą określiłabym jako oburzająco wielką)

Zatem nie, nie podłączę się do chóru potępiającego Wandę Nowicką.

Poza tym, serio, chcecie stać w jednym rzędzie z nie wahającym się przed sięgnięciem po rape joke Palikotem? Ja nawet nie rozumiem, co on chciał przez to powiedzieć, że co: że nie chce zrobić Wandzie krzywdy, ale skoro sama tego chce, nie ustępując z funkcji wicemarszałkini? Co to za pogróżka? Co to za wycieranie sobie wąsatych ust bagatelizowaniem (bo tym jest żartowanie z gwałtu) najbardziej upokarzajacą i krzywdzącą rzeczą, jaka może przydarzyć się kobiecie? (doskonale to ujęła Joanna Piotrowska)

Oj, panie Palikot, opadły panu brudne gacie i ludzie się śmieją, bo wstyd.

chujowy Mokotów

Chujowo. Na Mokotowie było chujowo i ktoś to musiał zmienić.

To chujowość tego miejsca sprawia, że Halina nagle odnajduje się w grupie młodych wdów, w nieprzystającej do siebie roli, w poczuciu wykluczenia na cmentarzu, w żałobie, w młodości. Chujowość nie tylko z takiej definicji, że jest w tej dzielnicy źle, moralnie źle; ale także z takiej, że chujem trącący ludzie panoszyli się na jej ulicach. Mężczyźni przy władzy, mężczyźni przy sile, mężczyźni nie miesiączkujący, nie zachodzący w ciąże, nie rodzący.

To nie jest tak, że bijące ludzi na ulicach dziewczyny są z marginesu i nie jest też tak, że Sylwia Chutnik gloryfikuje margines. Opisuje, jak dziewczyny – przeróżne, i te z zawodówek, i te z własnym gabinetem kosmetycznym, i prawniczki – dochodzą do ściany bezsilności i poczucia krzywdy. Do potrzeby zemsty.

Więc nie mają wyjścia. Więc stają się superbohaterkami. Bronią miasta przed chujowością.

Siłą najnowszej powieści Sylwii Chutnik nie jest jednak zachwyt kobiecą przemocą. Prawda: odgrzebała nią we mnie nastoletnią potrzebę podważenia systemu, kontestacji zastanego porządku i integracji z miastem. Jednak najpełniej wiem, o czym chce mi opowiedzieć, gdy trafiam na obraz wieczornych papierosów (wspólnota balkonowa!), dwóch włosów na grzebieniu, babci w kanałach. Obrazy kobiet przytłoczonych codziennością, śmiercią, walką. Obrazy kobiet rodzących. I umierających.

Sylwia o nie w ten sposób walczy.

Dobry jest język: celny, pewny, potoczny, ale nie tak, jak u Masłowskiej, która bierze luja, stawia przed kamerą i każe mówić; tu potoczność jest naturalna i gładka.

Dobre są ilustracje Marty Zabłockiej, takie dodatkowe grafitti na murach napisanego Mokotowa.

Zły jest Mokotów, bo chujowość odrasta.

Cwaniary, Sylwia Chutnik, Wydawnictwo Świat Książki, 2012

Grzeczna

Grzeczne dziewczynki będą bite przez całe życie.

Dzięki uprzejmości cudemodzyskanegokuzyna Gregolca weszłam w tymczasowe posiadanie Grzecznej duetu  Gro Dahle (tekst) i Sveina Nyhusa (ilustracje). Zgodnie z blurbem na stronie wydawnictwa Ene Due Rabe, książka opowiada o małej Lusi, która była miła, cicha, czyściutka i grzeczna. Kolejne strony, pisane genialnie prostym językiem, w nieco skandującym rytmie (upatruję tu dużej zasługi tłumaczki, Heleny Garczyńskiej), kontrapunktowane szalonymi, pięknymi ilustracjami ukazują jednak, co dzieje się z grzecznymi dziewczynkami.

Nie, Lusi nikt nie bije. Lusia po prostu – znika. Szczęśliwe zakończenie zawdzięczamy tylko temu, że bohaterka wpada w gniew.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich dziewczynek w Polsce. Chłopcom też się przyda.

Naszym grzecznym dziewczynkom pomaga bardzo niewiele osób, a przez dlugie lata trenowane do grzeczności były tak, że i na wybuch gniewu  nie ma zbyt wielkiej nadziei. Przez dziewięć miesięcy tkwiły w ścianie jak Lusia, czekając, aż dorośli zauważą ich nieobecność.

Tyle bowiem czekaliśmy na decyzję rządu w sprawie podpisania konwencji o zwalczaniu przemocy. Opór w środowiskach konserwatywnych budziło zwłaszcza stwierdzenie, że przemoc ma płeć, a sprawcami przemocy domowej i gwałtów są w 95% mężczyźni. Zgodnie jednakże z dyrektywą o minimalnych standardach dla ofiar przestępstw (Dyrektywa 2012/29/EU) ofiary przemocy ze względu na płeć – głównie kobiety, ale też osoby transseksualne – są wymienione w grupie szczególnie narażonej na ryzyko bycia ofiarą przestępstw. Wystarczy zdjąć z oczu klapki, a z głowy wyjąć przekonanie, że zła Unia chce zamachnąć się na świętą katolicką heteronormatywną rodzinę, by pojąć, że dyrektywa podyktowana jest czymś więcej niż widzimisię.

unijny żandarm szuka heteryków do dania im w pysk

Potwierdzają to zresztą liczby cytowane przez Sergia w jego notce.

Świętość i integralność rodziny, tak spędzająca sen z powiek produktom gowinopochodnym, zostanie naruszona przez zapis w swoim zamierzeniu mający chronić ofiary przemocy. Zgodnie ze znowelizowaną ustawą, sprawca przemocy domowej będzie bowiem zobowiązany do opuszczenia mieszkania – dzięki czemu jego ofiary wreszcie będą mogły spać odrobinę spokojniej. Jestem zdania, że to dobra alternatywa dla trwania w dysfunkcyjnym układzie rodzinnym, codziennym lęku i maskowaniu siniaków makijażem.

Niestety, jestem daleka od entuzjazmu. Widzę, że rząd decydując się na podpisanie konwencji wykonał doskonale pozorny gest. Po pierwsze, ratyfikacja może odwlec się w czasie. Dla przykładu, konwencja ONZ o prawach niepełnosprawnych czekała 5 lat na ratyfikację. Jest wysoce prawdopodobne, że nie dojdzie do niej zatem za bieżącej kadencji. Może po prostu musi jeszcze kilka Katarzyn Figur uciec z domu, a kolejnych 150 kobiet cicho skonać pod butem czy pięścią kochającego męża, by ktoś się opamiętał?

Po drugie zaś, dodano zupełnie zbędne oświadczenie, że Polska będzie stosować konwencję zgodnie z zasadami i przepisami konstytucji (przepisy konstytucji stoją ponad prawem międzynarodowym). Jest to w mojej opinii sygnał, że odmawia się przyjęcia informacji o strukturalnym i powszechnym charakterze przemocy wobec kobiet. Przeciwdziałanie jej będzie się zatem odbywać z pominięciem kwestii genderowych, czyli w sposób wyłącznie doraźny, bez odrobiny niezbędnej refleksji nad rolami, jakie rozpisuje płciom społeczeństwo.

Tymczasem przecież przekonanie o różnicach między płciami na poziomie emocjonalnym i behawioralnym jest powszechne, wzmacniane zresztą przez durne neuroseksistowskie dziełka o mężczyznach z Marsach, a płci z mózgu. Lusie są grzeczne, bo wszyscy chcą, by były grzeczne.

Na szczęście, gdy Lusie wpadną w gniew, potrafią nie tylko same uwolnić się ze ściany, ale także pociągnąć za sobą inne dziewczynki, które także mają dość.

(dobrym początkiem jest zapoznanie się z tymi artykułami)

ilustracje zaczerpnięte z bloga Sveina Nyhusa

Oczy ofiary

Najgorsze rzeczy zdarzają się w domu.

Serio. To właśnie w domach najczęściej dochodzi do gwałtów. Dla mnie to oznacza tylko tyle, że mit obcego typa z ciemnej uliczki jest dla nas wygodny, bo bardziej przewidywalny. Pisałam o tym zresztą: zaklinamy sobie rzeczywistość na różne sposoby, byleby złe nie przydarzyło się nam. Chwytamy się sposobów na przetrwanie nocnej eskapady w mieście, nosimy noże, gazy i duże klucze. A tymczasem, zwłaszcza, zwłaszcza w odniesieniu do gwałtów, tak naprawdę rada jest jedna i skierowana do mężczyzn: don’t rape.

542999_200584493411003_2052673512_n

Kobieta w każdej chwili może powiedzieć „nie”. Jej „nie” znaczy „nie”. Nie daj sobie wmówić, że znaczy coś innego. Ludzie, którzy nie traktują poważnie czyjegoś „nie” kończą w brunatnych mundurach.

Jeśli ma krótką spódniczkę, to chce ładnie wyglądać, a nie być przeleciana.
Jeśli ma wielki dekolt, to lubi swoje ciało, a nie seks wbrew swojej woli.
Jeśli pije na imprezie, to chce się rozluźnić, a nie ściągnąć majtki.
Jeśli się z tobą całuje, to chce się całować w usta.
Jeśli ma opinię osoby, która chętnie sypia z innymi, to nadal nie oznacza, że jesteś na jej liście.
Jeśli się upiła i śpi, to woli odespać niż dostać otarć w miejscach intymnych.

Dlatego tak bardzo gniewa mnie ten tekst, krążący po fejsie z siłą, jakie mają teraz tylko głupawe podpisiki do dzieł sztuki, zmasakrowane pieski i demotywujace koteczki.

„OCZAMI GWAŁCICIELA”
PROSZĘ, POŚWIĘĆ CHWILĘ, BY TO PRZECZYTAĆ. To może uratować Twoje życie. Kliknij „Udostępnij”, aby umieścić ten tekst na swoim profilu.
Wielu oprawców stosuje najrozmaitsze techniki, aby przemoc uszła im na sucho. Zazwyczaj wydaje się nam, że wystarczy tylko trochę taktyki, aby uchronić się przed przemocą. Nic bardziej mylnego. Niewielu ludzi wie, w jaki sposób zachować się w takiej sytuacji. Każdy powinien przeczytać ten tekst, a szczególnie każda kobieta.
Oczami gwałciciela!” to wynik rozmów z gwałcicielami osadzonymi w więzieniach na temat tego, czego szukają w potencjalnych ofiarach. Oto kilka istotnych faktów:
Pierwszą rzeczą, na którą mężczyźni zwracają uwagę u potencjalnych ofiar, jest uczesanie. Najchętniej atakują kobiety uczesane w kucyki, koki, warkocze albo inne fryzury, za które można łatwo złapać. Częściej atakują kobiety z długimi włosami. Kobiety o krótkich włosach rzadziej padają ofiarami gwałtów.
Drugim elementem, na który gwałciciele zwracają uwagę, jest ubranie. Szukają kobiet, z których łatwo zdjąć ubranie. Wielu z nich nosi nożyczki, aby przeciąć odzież.
Szukają też kobiet używających telefonu komórkowego albo przeglądających torebkę, bo najłatwiej jest zaatakować osoby, które nie zwracają uwagi na otoczenie.
Ataki i porwania najczęściej zdarzają się na parkingach przed hipermarketami.
Na drugim miejscu są biurowe parkingi i garaże.
Na trzecim miejscu znajdują się publiczne toalety.
Mężczyźni ci szukają okazji, aby złapać kobietę i zaciągnąć ją w miejsce, w którym nie będą musieli obawiać wykrycia.
W polskich warunkach są to też odludne dróżki, miejsca intensywnie obsadzone krzakami, przejścia podziemne. Jeśli nie masz innego wyjścia i musisz iść taką drogą, staraj się iść z inną kobietą, nawet obcą. Podejdź i zapytaj, czy idzie w tam, gdzie ty. Powiedz, że się boisz i wolisz iść razem.
Jeśli zaczniesz się bronić, walczyć, wyrywać albo krzyczeć, masz dużą szansę na zniechęcenie napastnika. Decydujące są dwie pierwsze minuty. Napastnik jest jak polujący drapieżnik; jeśli nie zdoła obezwładnić ofiary od razu – najczęściej rezygnuje z próby gwałtu.
Osadzeni gwałciciele mówili, że nie atakują kobiet trzymających parasole albo podobne przedmioty, którymi można zaatakować z większej odległości.
Klucze nie działają w ten sposób, bo musisz znaleźć się bardzo blisko atakującego, aby użyć ich jako broni. Najważniejsze jest, aby przekonać takiego mężczyznę, że z tobą nie pójdzie mu łatwo.
O CZYM POWINNAŚ PAMIĘTAĆ:
Jeśli ktoś idzie za tobą na ulicy, w garażu, na klatce schodowej lub do windy, popatrz mu prosto w oczy i zapytaj o coś, na przykład o godzinę, albo zacznij rozmowę. Na przykład powiedz, że jest bardzo zimno i że zima będzie mroźna. Kiedy już widziałaś jego twarz i mogłabyś go rozpoznać, przestajesz być atrakcyjna jako ofiara.
Jeśli ktoś się do ciebie zbliża, wyciągnij ręce przed siebie i krzyknij „Stój!” albo „Nie podchodź!”. Większość gwałcicieli przyznała, że zostawiliby kobietę w spokoju, gdyby na nich krzyknęła lub w inny sposób dała do zrozumienia, że będzie próbowała walczyć. Pamiętaj, oni szukają ŁATWEGO celu.
Jeśli nosisz z sobą gaz pieprzowy, krzyknij „Mam gaz pieprzowy!” i wyciągnij go.
Jeśli ktoś cię złapie, nie możesz pokonać go siłą, ale możesz go przechytrzyć. Jeśli zostałaś złapana w talii od tyłu, uszczypnij atakującego bardzo mocno w rękę między łokciem a pachą albo w udo. Jedna z kobiet opowiadała, że uszczypnęła w ten sposób niedoszłego gwałciciela tak mocno, że rozdarła mu skórę i dotarła aż do mięśni, tak że konieczne było założenie szwów. Spróbuj sama się uszczypnąć w te miejsca najmocniej jak potrafisz – to naprawdę boli.
Następnie skup się na kroczu. Uderzenie w tę część ciała jest dla mężczyzny szczególnie bolesne. Bardzo wrażliwym miejscem jest także pachwina. Obawiasz się, że tylko rozwścieczysz atakującego i sprowokujesz go do zadawania ci bólu? A jednak gwałciciele mówili, że nie chcą kobiet, które powodują problemy. Zacznij więc powodować problemy.
Kiedy mężczyzna cię złapie, chwyć jego dwa pierwsze palce i odegnij je do tyłu, najdalej i najmocniej, jak to możliwe. Instruktor zastosował tę technikę na mnie bez użycia dużego nacisku, a i tak upadłem na kolana, a knykcie głośno trzasnęły.
Oczywiście pamiętaj o tym, co wszyscy powtarzają – zawsze bądź świadoma swojego otoczenia, poruszaj się w towarzystwie, jeśli tylko to możliwe, a jeśli zobaczysz kogoś, kto zachowuje się dziwnie, nie lekceważ tego, tylko postępuj zgodnie z instynktem. Czasem możesz się czuć dziwnie, ale pamiętaj, że poczułabyś się znacznie gorzej, gdyby twoje przeczucia okazały się słuszne.
PAMIĘTAJ TEŻ…
Na pewno jesteś wystarczająco bystra, aby wiedzieć to wszystko, ale znajdzie się też kilka punktów, które postanowisz zapamiętać. Po przeczytaniu prześlij to komuś, na kim ci zależy. To nie zaboli, a może pomóc.
Porada z Tae Kwon Do: Najmocniejszą częścią ciała są łokcie. Jeśli jesteś wystarczająco blisko, aby ich użyć, zrób to.
Rada z przewodnika po Nowym Orleanie: jeśli napastnik chce twojego portfela lub torebki, NIE DAWAJ MU ICH. Odrzuć je jak najdalej od siebie. Jest duża szansa, że napastnika znacznie bardziej zainteresuje portfel niż ty, i że rzuci się za nimi. UCIEKAJ ILE SIŁ W NOGACH W ODWROTNĄ STRONĘ!
Jeśli zostaniesz wrzucona do bagażnika: kop w światła i postaraj się je wykopać. Wystaw rękę i machaj jak szalona. Kierowca tego nie zauważy, ale inni tak. Takie zachowanie uratowało niejedno życie.
Kobiety często wsiadają do samochodu po zakończonych zakupach, po pracy, po wizycie w restauracji i siedzą tam (zapisują wydatki, wykreślają zakupy itd.) NIE RÓB TEGO! Jeśli obserwuje cię oprawca, będzie to dla niego doskonała okazja, aby wsiąść od strony pasażera, przystawić ci pistolet do głowy i zmusić, żebyś jechała w konkretnym kierunku. KIEDY TYLKO ZAMKNIESZ DRZWI, ODJEDŹ.
Kilka uwag o zachowaniu na parkingu albo w garażu:
a. Uważaj: obejdź swój samochód naokoło, bo ktoś może się chować po stronie drzwi pasażera, zajrzyj do samochodu od strony pasażera i na tylne siedzenie. (RÓB TO TAKŻE PRZED WEJŚCIEM DO TAKSÓWKI).
b. Jeśli twój samochód stoi koło dużego vana, wsiądź od strony pasażera. Większość seryjnych morderców atakuje swoje ofiary wciągając je do vana, kiedy próbują one wsiąść do swoich samochodów.
c. Popatrz na samochody zaparkowane obok twojego, zarówno od strony pasażera, jak i kierowcy. Jeśli w samochodzie obok siedzi samotny mężczyzna, rozważ powrót do sklepu czy biura i zwrócenie się do ochroniarza lub policjanta, aby wyszedł z tobą na parking. LEPIEJ ZOSTAĆ UZNANĄ ZA PARANOICZKĘ, NIŻ BYĆ MARTWĄ.
ZAWSZE korzystaj z windy w drodze na parking, zamiast iść schodami. Klatki schodowe to opustoszałe miejsca i przez to doskonałe dla przestępców.
Jeśli napastnik ma pistolet, ale kontroluje cię, ZAWSZE UCIEKAJ! Prawdopodobieństwo, że trafi w ruchomy cel, czyli w ciebie, wynosi 4 do 100, a i wtedy z reguły NIE w najważniejsze organy. UCIEKAJ!
Kobiety są pełne empatii i współczucia. SKOŃCZ Z TYM! Możesz być albo miła i martwa, albo niemiła i żywa. Ted Bundy, seryjny morderca, był eleganckim, wykształconym mężczyzną, który ZAWSZE grał na współczuciu swoich ofiar. Chodził z laską lub kulał i często „prosił o pomoc” we wsiadaniu do samochodu lub włożeniu doń czegoś. To wtedy porywał ofiary.
Chciałabym, żebyś przekazała ten post wszystkim kobietom, które znasz. To może uratować komuś życie. Świeca nie staje się bledsza po zapaleniu innej świecy. Chciałam przesłać ten post tylko kobietom, ale chłopcy, jeśli kochacie swoje matki, żony, siostry i córki, także i wy go rozpowszechnijcie.
Prześlij to wszystkim znanym sobie kobietom, którym warto przypomnieć, że żyjemy w szalonym świecie i że lepiej uważać, niż żałować.
Skoro udostępniamy naszym znajomym żarty, śmieszne filmiki i mało ważne informacje, raz możemy przesłać też coś pożytecznego.
„Działanie jest lepsze niż modlitwa” – działaj i PODZIEL SIĘ TYM Z PRZYJACIÓŁMI, z tymi, na których ci zależy.

Strasznie długie, prawda? To nie jest garść porad, to jest jakaś pieprzona litania, czego mam nie robić i co powinnam zrobić, by dotrwać cała i zdrowa do końca dnia. Czy z takiej litanii są odpytywane kobiety zgłaszające gwałt? (po części tak) I gdzie tu jest najczęstszy sprawca gwałtu – ktoś znajomy lub wręcz bliski ofierze? Halo, proszę państwa, mamy tu zaginionych 80% spośród gwałcicieli, dlaczego nikt nie wzywa policji?! I w ogóle (jak słusznie zauważył Inż Mruwnica), sama konstrukcja łańcuszka: jak nie szerniesz, zginie mały kotek!11

Nie miałabym do tego tekstu zastrzeżeń, gdyby zawierał tylko porady, jak sobie radzić z napastnikiem w starciu bezpośrednim (jak napad) i był skierowany do obu płci. Sztuczkę ze szczypaniem w miętkie i wyłamywaniem palców znałam i uważam za cenną.

Ale:
Przez całe życie wtłacza się nam w głowy, szczególnie dziewczynom, że musimy przez nie przemykać trwożliwie rozglądając się na boki. Cały czas myśleć, jakich miejsc się strzec, co mieć pod ręką w torebce i co krzyczeć, gdy już zacznie dziać się źle. No więc ja odmawiam. Nie chcę się ciągle bać. Mam tego dość.

To nie we mnie jest problem, że mężczyźni gwałcą.