Jak to jest z tą odwagą cywilną?

Wpis w sam raz na przeddzień rocznicy Powstania Warszawskiego. Pamiętają o nim nawet w Opolu, gdzie spędziłam weekend i wróciłam z podładowanymi bateriami.

W Opolu rozmawiałam o feminizmie. Nie że ze mnie taka specjalistka, teorii nie znam, powtarzam to zresztą ciągle: nie umiem w Akademię, moja główna działalność to pisanie rzeczy i robienie rzeczy. No i spotkanie zrobiłam warsztatowo, nawet profesjonalnie z flipczartem — opowiadałyśmy sobie, co myślałyśmy o feminizmie, co myślimy teraz, co nam w nim przeszkadza i jak go definiujemy.

(skądinąd opolska ekipa i z Razem, i z Tęczowego Opola jest przegenialna, zakochałam się w tych ludziach)

Miałyśmy spory rozrzut wieku (pomiędzy 17 a 40), zaawansowania w studiach czy działalności feministycznej, kilka fajnych różnic w postrzeganiu feminizmu, a do towarzystwa piękne psisko o wdzięcznym imieniu Boruta.

No i co nam wyszło? Mnóstwo rzeczy, ale na bardzo ogólnym poziomie, to: feminizm to wybór (tego, jak żyjemy, co nosimy, co robimy) oraz wolność (do robienia rzeczy i od dyscyplinującej nas kultury).

I solidarność.

Niezależnie od tego, czy decydujemy się na kolorowe włosy w konserwatywnym liceum, wzięcie swojej dziewczyny za rękę na ulicy czy też stanięcia za znajomą, która głośno mówi o swojej krzywdzie. Wszystko to odwaga.

Łańcuch kobiet przed kordonem policji to odwaga.

Kobieta z kwiatem przed plutonem to odwaga.

giphy2

[pisanie tych rzeczy to jeszcze nie odwaga, ale jeśli doceniasz; wrzuć monetę]

Czytaj dalej

Chorobliwie śmieszne

Dopadało mnie przed drzwiami żonatego wykładowcy, na progu gardzącego mną artysty, w obojętnym, a jakże, tłumie klubowym. Nie zawsze na czas zdołano mnie wyprowadzić i czasem obdzielałam zażenowaniem zbyt hojnie.

Chwilę wcześniej wierzyłam w swoją potęgę, chwilę później inkasowałam pełne politowania spojrzenia, czasem życzliwie mocne ręce i usłużnie zmoczony ręcznik.

Tykało we mnie tęsknotą za szpitalem, umiłowaniem godzin w pustej wannie lub nagości przy telefonie.

Kiedyś zawirował sufit – tak, to ta noc trojga na jednym prześcieradle – to już był ten moment, gdy nie ma miejsca na strach ani rozliczenia. Byłam gotowa.

***

Patrząc w jej oczy widziałem wszystko to, o czym sobie kiedyś roiłem, wytęsknione przeze mnie szalone noce pełne świateł, ochrypły histeryczny śmiech, picie szampana na parapecie, na stojąco tyłem do okna. Znała to do imentu.

Wiedziałem, że gdy tylko wyciągnę dłoń, poczuję trupi chłód jej palców, których nigdy nie będę chciał puścić.

***

To dziwne: patrzył na mnie, jakby mu zależało dowiedzieć się, jak to jest płakać co noc albo budzić się popołudniami w zarzyganych betach. Jakby to było naprawdę stylowe mroczne życie, a nie dławiąca rozpacz niesmaku do siebie, zalewanie alkoholem oczu nie widzących stąd żadnego wyjścia.

Kiedy wyciągnął rękę, zrozumiałam: szukał w tym łatwego romantyzmu, taniej słowiańszczyzny, spełnienia mitu artysty.

Cofnęłam dłoń.

Nikt nie powinien wiedzieć, jak to wygląda naprawdę.

Nie zakładam, że jesteście stałymi czytelniczkami mojego bloga, choć widzę po komentarzach, że wracacie (co bardzo mnie cieszy). Niemniej zanim przejdę do meritum, chcę Was odesłać do notki o serialu 13 Powodów, a konkretnie – wyrażonej w niej obawy co do szczegółowego pokazania śmierci głównej bohaterki, Hannah.

Jest dość dużo, niestety głównie anglojęzycznej literatury na ten temat. Po polsku można powiedzieć dwa słowa: efekt Wertera. Samobójstwo jest romantyczne, rozwiązuje problemy, a osoba, która targnęła się na życie zyskuje status idola i bohatera. Po wydaniu „Cierpień młodego Wertera” przez Niemcy przeszła fala samobójstw; podobnie zadziało się w przypadku śmierci Jima Morrisona z the Doors i Kurta Cobaina z Nirvany. Każdorazowo oczywiście zadawano sobie pytanie: dlaczego? Nie odpowiem Wam na pytanie, czemu zachodzi ten mechanizm mimikry poza ogólną uwagą, że jesteśmy istotami o wiele bardziej społecznymi niż na co dzień myślimy i przejmowanie zachowań bliskich – albo idoli – jest rzeczą najnormalniejszą w świecie. No nie wiem jak Wam, ale mnie się do tej pory zdarza nosić glany i skórzany płaszcz.

Dlaczego zaś umarli Jim, Kurt, Chris czy Chester (ci ostatni w przerażająco podobnych okolicznościach?)

Nie jestem psychiatrą, ale z tego, co widzę, to główne przyczyny układają się w dwa wzorce: ciężka depresja lub walka z uzależnieniem. W każdym przypadku mówimy więc o chorobie – potencjalnie, jak widać, śmiertelnej.

Dwa słowa o obu chorobach.

[tradycyjna prośba o wrzut monetki]

Czytaj dalej

Dramat o siedmiu książkach rocznie

…bo taki właśnie wyimek obiegł polskie internety z dość ciekawej rozmowy Justyny Sucheckiej z Krzysztofem Biedrzyckim:

Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji, fragmentów obszernych tekstów. W większości to lektury z epok odległych, dla młodzieży trudne. Nie wolno ich na szybko przeczytać, bo wymagają czasu na analizę.

Oczywiście, internauci czytają więcej: po 52 książki rocznie, nie chodzą z nieczytaczami do łóżka i generalnie są oczywiście o wiele bardziej oczytani od tej dzisiejszej młodzieży, która spędza czas na snapczatach i instagramach. Nijak to nie ma pokrycia w badaniach czytelnictwa: wśród młodzieży i studentów to wciąż jest najwięcej czytelników, a liczba osób, które czytają tyle, ile w czasach szkolnych, jest stale niewysoka (w granicach 8-10%). Można (a nawet trzeba) sobie zadawać pytanie, dlaczego czytamy mało, ja osobiście jestem zdania, że ma to jakiś związek z czasem wolnym i stosunkiem pensji do ceny książki/ czytnika e-booków; na pewno też warto zwrócić uwagę na fakt, że czytelnictwo jest dziedziczne.

Poza wszystkim innym, oczekiwanie od młodzieży, że będzie rozsądna i skupiona wyłącznie na swojej świetlanej przyszłości to odznaka odklejenia od rzeczywistości na poziomie znaczka na deszczu. Młode osoby będą zachowywać się nierozsądnie i przedkładać imprezy, przygodne seksy jak również używki nad wzmacniające książki. Jeśli przestaną to robić, uznam, że ze światem jest coś głęboko nie w porządku.

tumblr_nt1e0xeumi1uzlmbho1_500

No więc, rozsądny program powinien mieć to na uwadze. Także – kapitał kulturowy młodej osoby, która idąc do liceum niekoniecznie ma wchłanianie tekstu wyssane z czyimkolwiek mlekiem.

Ogromnie podobało mi się, co na ten temat miała do powiedzenia Justyna Samolińska (która ogólnie jest bardzo mądrą osobą):

Z dużym sensem napisał też na ten temat Staszek Krawczyk:

Dodam ze swojej strony, że jakkolwiek sama lubię czytać, uważam fetysz czytania czegokolwiek, byleby było czytane za niemądry. Odgrzeję tutaj swój felietonik, jaki popełniłam dla nieistniejącego już portalu foch.pl:

Najlepszy jest powrót do domu.

Na przykład – z pracy. Identyfikator już odbity na bramce, ciągi liczb w excelu, nipy na fakturach i zwroty grzecznościowe w listach ze starannie sformatowaną czcionką – pozostawione za bramką, teraz tylko dopaść tramwaju, spocząć i przez pół godziny nie myśleć. Może trochę gapić się przez okno lub na ludzi.

A figę (czy młodsze pokolenie zna gest “figi z makiem”? nie mam nic przeciwko poczciwemu fakulcowi, ale figa miała klasę i nigdzie jej nie widuję). Nie spocznę. Nie spocznę, mimo że tramwaj, którym wracam z pracy jest zaledwie przystanek od pętli lub, jak mówię ja, dumna ze swych łódzkich korzeni –  krańcówki, jest już zapełniony, a miejsca siedzące – zajęte. A cóż to za spoczynek na stojąco?

Gapić się niby można dalej, a nawet słać siedzącym pełne boleści i wyrzutu spojrzenia, ale to już nie to – wiem z doświadczenia, że pasażerów raczej przybędzie niż ubędzie, więc czeka mnie pół godziny stania. Więc stoję. I się nakręcam.

Przyglądam się tym, co siedzą. Jedziemy przez całe korpozagłębie, zwane czule Mordorem, więc siedzący rekrutują się z takich jak ja, młodszych excelowych, jest też trochę rzutkich przedstawicieli handlowych (to ci, co i w tramwaju głoszą dobrą nowinę swoich produktów jakiemuś nieszczęśnikowi po drugiej stronie słuchawki), sporo obłożonych siatami i dziećmi matek, nieco rozchichotanych gimnazjalistek. Wśród nich najgorsza grupa pasażerów siedzących, w przedziale wiekowym zbliżonym do studenckiego – czytelnicy.

Wychowana zostałam w przekonaniu, że czytanie jest czynnością tak naturalną, że niemal fizjologiczną, więc nie traktuję jej jakoś serio i nie czuję się dużo lepsza od tych, co nie czytają. No czytam, mam nawyk czytania nawet etykiet na środkach czystościowych podczas dumania w ubikacji. Jedni suszą włosy suszarką, inni zostawiają do wyschnięcia. Jedni wolą pomidorową z ryżem, a inni z lanymi kluseczkami. Ci wolą psy, tamci koty, a jeszcze inni domek pod miastem i pająki w pościeli. Jedni czytają, inni nie.

Oczywiście – zdarza mi się czytać w tramwaju, bo czasem świeżo kupiona książka wręcz mnie parzy przez torbę. Ba, dłuższej podróży pociągiem nie wyobrażam sobie bez zaciągniętego do iPada jakiegoś smakowitego ebunia. Jak mówię – normalna czynność kogoś, kto się wychował wśród książek i ma akurat wystarczająco dużo czasu oraz wystarczająco świeży umysł, by się zagłębić w lekturze.

Ale mam wrażenie, że z tego całego publicznego czytelnictwa zrobił się wręcz jakiś kult. Rozsiada się taki młodzian w wieku poborowym lub hoża dziewoja, wyciąga tomisko. Mości się. Jeszcze raz się mości. Z namaszczeniem szuka strony, gdzie skończyła. Otwiera. Zamyka. Przymyka oczy. Czule gładzi okładkę. Wzdycha. Otwiera. Czyta. Ale nie, że czyta w sensie, jak każdy normalny człowiek, z nosem w książce wciągając krechę z literek. Czyta w sensie: się obnosi. Przeczyta parę zdań, zachichocze perliście na pół tramwaju. Spojrzysz – to ci odpowie pełnym politowania spojrzeniem. Potoczy wzrokiem po pasażerach, szukając zrozumienia. Nie znajdzie. Westchnie. Czyta dalej. Okrzyk wyda. Plaśnie dłonią w kartki. Czyta, aż wióry idą.

Kiedyś to aż mnie dreszcze przeszły, bo obnosił się tym razem młody człowiek o aparycji użytkownika serwisu Wykop i co zdanie, to wlepiał spojrzenie w coraz to innego współtowarzysza tramwajowej niedoli. Takie, wiecie, nieruchome spojrzenie anakondy. A czytał, jak łatwo było podejrzeć, książczynę o masowych mordercach. Ja wiem, co takiemu się lęgnie pod czaszką, skoro aż tak przeżywa lekturę w miejscu, było nie było, publicznym?

Nie znoszę tych propagujących czytelnictwo akcji na fejsie typu “nie czytasz? nie idę z tobą do łóżka!” (ja tam chodzę do łóżka z tymi, do których czuję chemię, a nie z ich biblioteką) albo “ustąp miejsca czytającemu” (bo co, tak opada z sił podejmując wysiłek czytelniczy? może niech najpierw poćwiczy w domu…). Nie znoszę, bo – pomijając kwestię stania przez pół godziny, co da się mimo wszystko znieść, jestem młoda i sprawna – idzie za nimi przekaz taki, że jeśli nie czytasz, to jesteś kimś gorszym.

Imałam się różnych zajęć w życiu, od dziesięciu lat ustabilizowawszy się w jednej branży. Był czas, że pracowałam na zmiany. Był miesiąc, że miałam zmiany od 16:00 do północy. Bite cztery tygodnie przestawionego zegarka. Kładłam się przed drugą, odsypiałam, zjadałam obiad i szłam do pracy. Nie miałam w tym czasie sił nawet na obejrzenie filmu, a co dopiero przeczytanie kilku sfabularyzowanych zdań.

I wiecie co? Nie czułam się gorsza.

Trzynaście powodów

…dla których warto obejrzeć „Trzynaście Powodów”, serial wypuszczony niedawno na platformie Netflix (i jedno mocne ostrzeżenie). Wybaczcie banalną formę trzynastu punktów, ale będę wam miała do powiedzenia same banalne rzeczy, więc niechże to będzie spójne.

  1. Ma świetnych bohaterów. Prawie żadne z nich nie jest czarno-białe – popełnia błędy i paskudne rzeczy, mając po temu poważne powody i wie, że zrobiło źle.
  2. …prawie, bo jest jeden zdecydowanie negatywny, męski bohater, który z początku nie robi nic, czego nie zrobiliby jego koledzy z drużyny czy bractwa. Niemniej w pewnym momencie puszczają mu hamulce. Po prostu nikt go nie powstrzymuje, by nie posunął się dalej.
  3. Ma też świetnie zarysowane tło małej szkolnej społeczności, walczącej między sobą o popularność – mega ważną rzecz, gdy ma się lat ~naście (ale przecież nie tylko wtedy!).
  4. Poza szkolną społecznością jest też społeczność internetowa, której obraz jawi się dość złowieszczo. Zaryzykuję tezę, że osią powieści, a później serialu było głębokie rozczarowanie internetem w takiej formie, w jakiej mamy go dziś, zwłaszcza w wersji dla młodych ludzi: fake news, farmy lajków, revenge porn i narzędzie do ośmieszania pechowców z otoczenia. Innymi słowy, uwypukla wszelkie stadne zachowania jak w soczewce.
  5. …i podejrzewam, że to dlatego Hannah sięgnęła po kasety – rzecz dla osób z jej pokolenia raczej egzotyczną i intrygującą, jak cała moda z lat 90; dla twórców serialu i autora powieści pewnie zaś artefaktem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest w nich więc łut nostalgii i czegoś bezpiecznego, w odróżnieniu od nowych mediów, jest w nich też atrakcyjność niedawno minionych czasów, które zna się z opowieści starszego rodzeństwa czy rodziców.
    tumblr_onvebqeph61u8kls4o1_500
  6. Głównym motywem serialu, jak już pewnie wiecie, jest samobójstwo nastoletniej Hannah, która tuż przed targnięciem się na życie nagrywa na kasety opowieść o tym, co ją przywiodło do tej decyzji. Mamy więc tutaj historię po śmierci bohaterki i całe spektrum reakcji na to, co się stało – i historię wydarzeń poprzedzających jej rozpaczliwy krok. Możemy obserwować, czy i jak śmierć Hannah zmienia pozostałych bohaterów oraz jak sobie radzą z faktem, że – niektórzy mniej, inni bardziej – przyczynili się do jej decyzji.
  7. I szerzej, film opowiada o zacieśniającej się spirali przemocy wokół młodziutkiej dziewczyny, której jedyną zbrodnią było to, że była nowa w mieście. Zaczyna się od rzeczy drobnych, plotek, wycieków zdjęć, lekkiego ostracyzmu. Kończy na gwałcie.
  8. Spotkałam się z zarzutem, że ta eskalacja jest mało prawdopodobna i robi z bohaterkę Mary Sue. Być może (Hannah jest pokazywana nam głównie oczami Claya, który jest w niej zakochany, więc ma wybaczalną skłonność do idealizowania dziewczyny), chociaż gwałty na randkach czy imprezach nie są rzeczą ani rzadką ani nieprawdopodobną. Poza tym, nakręcenie spirali ma konkretny cel: ukazanie, że to właśnie dzieje się z przemocą, gdy się jej nie przeciwstawiamy. Ona narasta. Zawsze zaczyna się od drobiazgów, które, nieplewione, jak chwasty rozrastają się do poważnych krzywd aż po przestępstwa i zbrodnie.
  9. Można sobie zadać pytanie, dlaczego bohaterowie „Trzynastu powodów” pozwalali przemocy narastać. Przyczyn jest kilka. Pierwszą, i najważniejszą, było to, że nie komunikowali się między sobą i zwyczajnie nie bardzo wiedzieli, że Hannah jej doświadcza (znów: na cóż nam internet, skoro nie potrafimy się porozumieć w tak kluczowej kwestii?). Po drugie, byli w nią uwikłani – nie reagowali albo śmiali się z prześladowcami, a czasem liczyli na to, że uwaga skupiona na Hannah pozwoli ukryć im ich własne tajemnice przed bezlitosnym szkolnym pręgierzem.  jessica
    A czasem, po prostu, zwykła potrzeba bycia lubianymi zwyciężała nad poczuciem sprawiedliwości.
  10. To wszystko są drobne grzeszki, dopuszczenie się których nie robi z nas złych ludzi bez nadziei na poprawę. W przypadku Hannah po prostu się nawarstwiły, bo jej otoczenie nie rozmawiało ze sobą – ani z nią.
  11. Tym samym serial niesie niewesołą wiadomość: każde z nas niewielkim gestem może sprawić, że komuś będzie gorzej na świecie lub życie całkiem mu zbrzydnie. I to jest normalne. Nie da się przejść przez życie nie mając na koncie ani jednej wyrządzonej komuś krzywdy. Jesteśmy tylko ludźmi. Musimy po prostu być nieco bardziej uważni, trochę bardziej troszczyć się o bliskich – i będzie lepiej.
    large
  12. Serial ma też krzepiący przekaz. Jakkolwiek życia Hannah to nie zwraca, prawda wychodzi na jaw, a ci, którzy faktycznie przekroczyli granice codziennej nieuważności i lęku o własny tyłek; ci, którzy działali z rozmysłem i złą wolą – zostali ukarani. Wystarczyło zacząć rozmawiać i wspierać się w dniach po śmierci przyjaciółki.
  13. Przede wszystkim zaś mówi: uważajcie na siebie i nie bądźcie dla siebie chujami.

tumblr_ons6tgmjcf1ta0vvmo3_400

Jest jedno ogromne ale. Z całą troską o to, by opowiedzieć o samobójstwie w sposób możliwie uważny i delikatny, bez przesadnego wiktymizowania bohaterki – niestety serial nieco samobójstwo uromantycznia. Hannah jest, jak wspomniałam, oglądana oczami zakochanego w niej chłopaka, więc jest i śliczna, i mądra, i ponętna, i tak do twarzy jej z tym smutkiem nieskończonym. Tak, że jeśli macie depresję lub ktoś z waszych bliskich ją ma – odpuśćcie sobie. Sprawy naprawiają się dopiero po śmierci Hannah, pozostajemy więc w złudnym przeświadczeniu, że samobójstwo jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zaś pokazanie samej sceny odbierania sobie życia jest karygodne. Brakuje czegokolwiek (poza dodatkowym filmem po serialu, który z całą pewnością nie zostanie obejrzany przez wszystkich), co by uświadomiło, że nie, nie jest.

To banalne, ale wystarczy porozmawiać.

 

Czy tylko feministki miesiączkują?

O spocie poznańskiej Manify napisał już Newsweek i Gazeta Wyborcza (brakuje mi do kompletu pudelka – bez kitu! – ale to pewnie kwestia czasu). Filmik opisywany jest jako kontrowersyjny; i chyba faktycznie taki jest. Pobudził do dyskusji, czy jest skuteczny – na to pytanie odpowiemy sobie zapewne dopiero w niedzielę, oceniwszy, ile kobiet tym razem przyszło na demonstrację; ale dyskusja dotknęła też innych kwestii, jak: w jaki sposób przedstawia się kobiece ciało w mediach i jak to może wpływać na odbiorczynie i odbiorców.

 

Ideą spotu, tak, jak ja go rozumiem, jest pokazanie, że kobiece ciała nie są tak nieskazitelne i sterylne, jak to wynika z okładek i jotpegów; i że nadszedł już czas, by popatrzeć na nas jak na ludzi, z całą naszą (nie)doskonałością. Z mojej strony propsy, stałe czytelniczki wiedzą, że mało co mnie jara mniej niż body acceptance i to nie tylko dlatego, że sama jestem krągła, niewysoka, nieprzystająca do dzisiejszego ideału urody, a mimo to mająca swoje ciało za dość wydolnie i dekoracyjnie funkcjonującą machinerię. Z wielu innych stron – gromy, że pokazywanie włosków na ciele czy, najgorzej! – plamy z okresu na kostiumie kąpielowym w basenie – to o wiele za dużo. Pojawiły się porównania do Marszu Szmat, który przez mocną nazwę i ideę półnagości również odbierany jest jako prowokujący.

Demonstracje mają dwa cele. Jeden, oczywisty: demonstrację żądania praw lub też uwidocznienia jakiejś grupy mniejszościowej albo społecznego problemu w przestrzeni publicznej. Marsz Szmat mówi tutaj: mogę się ubrać jak chcę lub być na wpół rozebrana, a i tak nie masz prawa dotykać mnie wbrew mej woli. Media piszą o temacie, sprawa hula po social mediach, zawsze jest szansa, że ktoś się zainteresuje, o co chodzi z tym całym molestowaniem. Drugi cel, mniej oczywisty dla tak zwanego obiektywnego obserwatora, ale zupełnie naturalny dla osoby, która np. od lat uczestniczy w pikietach itp działaniach dotyczy uczestniczek tudzież tych osób, które są tematem manifestacji: że oto dostają komunikat, że nie są z tym same, że jest grupa, która je widzi i wspiera. I to jest co najmniej równie ważny aspekt. Dziewczyny, które doświadczyły molestowania, zobaczyły, że nie są same z tym doświadczeniem. Dlatego, ilekroć jest Marsz Szmat w moim mieście, jestem na nim. Wsparcie jest ważne.

W przypadku manifowego filmu mamy podobnie: na poziomie zewnętrznym jest komunikat: hej, jesteśmy osobami z krwi i kości, rosną nam włosy, mamy rozstępy, a czasem miesiączkujemy i nam przecieknie; wiara w to, że jesteśmy gładkie, bezwłose i pachnące wyłącznie fiołkami jest szkodliwa dla wszystkich płci. Do wewnątrz mamy zaś silnie solidarnościową wiadomość, że pomimo różnic jest wiele spraw, które nas łączą.

A to, co nas łączy, to niezgoda na to, by ktokolwiek inny mówił nam, co mamy ze swoimi ciałami robić, czy to chodzi o depilację, czy o walkę z cellulitem, czy antykoncepcję, czy ubiór. Pod tyloma względami jesteśmy dyscyplinowane i oceniane, że naprawdę, naprawdę – już dość.

Nie chcę się oburzać, że ktoś nie rozumie spotu poznańskiej Manify, bo rozumiem, że widok owłosionej pachy czy zaplamionej pupy jest na tyle rzadki, że budzi sprzeciw. Więc proszę tylko o jedno: o chwilkę refleksji, skąd ten sprzeciw się bierze. Nie: czy to skuteczne, bo to ocenimy same, jesteśmy kompetentne, tylko: czemu pojawia się myśl, że to za wiele.

Klauzula bycia nieczułym bucem

Jak się znajome dobre osoby troszczące o prawa człowieka orientują, minister Radziwiłł dziś wziął zdrowy rozpęd i przydzwonił z całej siły nieprzesadnie zasobnym w wiedzę łbem o ścianę.

W poranku Radia Zet z jego ust szparek spłynęła bowiem następująca mądrość: nie przepisałby osobie, która doświadczyła gwałtu, pigułki „dzień po”, skorzystałby z klauzuli sumienia.

307dd34cded80827572686a5aa3622c1

Mam taką propozycję, by frazę „klauzula sumienia” zastąpić „byciem uprzywilejowanym mężczyzną u władzy, który wie lepiej, czy i kiedy kobieta ma rodzić”. Innymi słowy, byciem nieczułym bucem. Lepiej od tego nie będzie – ale za tych rządów nie ma co się łudzić, że prawa do decyzji o rodzicielstwie ulegną poprawie – ale za to minimalnie uczciwiej.

Zasadniczo powinnam pochylić się nad tym z pewnym zrozumieniem, jako socjolożka. Mężczyzn wychowuje się na nieczułych buców. Bycie nieczułym bucem jest męskie i skuteczne. Nieczułe buce rządzą.

tumblr_o3cxhyxhje1qfhve9o2_500

To, co dzieje się w Polsce, nie jest nowe. Za PO nie było jakoś drastycznie lepiej (i dlatego w żadnym wypadku, nawet gdybym nie była polityczką, nie chciałabym powrotu rządów Platformy). Taka jest różnica, że PiS się, kolokwialnie mówiąc, w tańcu nie pierdoli i to, co Platforma robiła białymi rękawiczkami na faktury, PiS robi obuchem, pałką, piłą i siekierą (czaicie, siekierą, minister Szyszko, wycinka drzew, haha). Po czym hojną rączką daje benefity, na które za moment nie wystarczy kasy i będą cięcia; jednym słowem ma napady czułości dokładnie tak samo jak przemocowy mąż, co po spuszczeniu łomotu przynosi pączusie i kwiaty.

groot-flower

Nie mam nic przeciw benefitom, wręcz przeciwnie, uważam, że powinny być uniwersalne, bo w tej chwili i tak zasiłek 500+ wyklucza część osób, którym by się przydał (np. samodzielne matki z jednym dzieckiem). Ale budżecik państwa nie jest z gumy i zaraz albo będzie trzeba komuś zabrać – coś mi mówi, że jakieś grupie o niewielkiej sile przebicia, może pielęgniarkom albo opiekunom osób z niepełnosprawnościami? – albo podnieść podatki. Przy PiS memlącym w uściech frazesy o prostym człowieku, ale przecież zasilanym przez oligarchów, co się dorobili na transformacji, różnych cinkciarzy od SKOK-ów i Corleonów od medialnego torciku – podniesienia podatków tym, którym stanowczo przydałoby się coś dorzucić do wspólnego worka, czyli najbogatszym jest tak samo odległe, co przyjazne kobietom środowisko IT czy niezasrane na przedwiośniu trawniki. A podniesienie mniej zamożnym będzie musiało zostać przeprowadzone w odmiennym stylu niż obecnie obowiązujące „jebłem to jebłem, na chuj drążyć”, by się lud nie wkurwił i nie wyszedł na ulice. Tak ostatnio tłumaczyłam jednemu miłemu Szwajcarowi i zgodziliśmy się, że faktycznie, jesteśmy w dupie ogólnie.

589

Natomiast tam, gdzie jest się w dupie ogólnie, najbardziej w dupie są grupy mniejszościowe, w tym kobiety. Osobom chcącym uświadomić mnie, że kobiety to nie mniejszość odpowiem: liczebnie nie, ale jeśli chodzi o dostęp do władzy i dóbr już tak. Wszelkie organizacje antydyskryminacyjne rozpoznają kobiety jako grupę mniejszościową, kropka.

No bo tak: obraz stosunku do kobiet w Polsce jest bardzo spójny. Tnie nam się dostęp do antykoncepcji awaryjnej (ale także do globulek i płynów plemnikobójczych), bo mamy rodzić. Część miast wycofuje się z finansowania in vitro, ale mamy rodzić. Kolejne epigony Ordo Iuris kombinują, jak zakazać całkiem aborcji, bo mamy rodzić. Reforma na porodówkach sprawia, że akcja rodzić po nieludzki zatacza coraz szersze kręgi, niemniej mamy rodzić. W przypadku urodzenia dziecka z niepełnosprawnością dostaniemy ochłap pieniężny, więc mamy rodzić. O tym, że po urodzeniu mamy mniejsze niż nikłe wsparcie, nie chce mi się nawet już wspominać. Tak to wygląda ze strony miłościwie nam panujących; najświętsze jest życie napoczęte, gdy zaś wychynie już na ten świat, jakiekolwiek problemy związane z jego utrzymaniem i wychowaniem ponoszą rodzice, ze szczególnym wskazaniem na matkę.

tumblr_inline_nz5p8wurld1rxt9pr_500

Ciekawym elementem tego obrazu jest jednak to, co się dzieje po stronie opozycyjnej. Bo oczywiście: mamy Ogólnopolski Strajk Kobiet, który wzywa do strajku 8 marca. Mamy KOD, który po części pokrywa się ze środowiskiem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – ale na jego czele stoi dopiero na dniach demokratycznie wybrany Mateusz „nie płacę alimentów i co mi zrobicie” Kijowski; wśród jego popleczników jest także pan Wieczorek, bluzgający niemiłymi słowy na organizatorki Ściany Furii. Część osób z tego środowiska jest za tak zwanym kompromisem aborcyjnym, część nieszczególnie poddaje refleksji zabiegi wokół EllaOne. Oczywiście, każde ręce w tej walce się liczą, ale nie oszukujmy się, nie jest ich za wiele po stronie opozycji. Nawet na pozór opozycyjna telewizja TVN wydaje ze swych lędźwi program o mistrzach podrywu. Serio – nadaje jakiś reality show o pick-up artists, w którym młode, jurne byczki uczą się, jak być mroczniejszym niż Grey i bardziej błyszczącym niż Edward…

gif-1-4

…przy czym najprostsza z rad, jakiej, jak tu siedzę, udzieliłabym każdemu heteroseksualnemu mężczyźnie szukającemu partnerki: „Słuchaj jej i wspieraj ją” – nie wchodzi w grę. Kto by tam bab słuchał, toż wiadomo, że nie wiedzą, czego chcą, ich „nie” znaczy „tak”, no i lepiej przecież, by nie powiedziała zbyt entuzjastycznie „tak”, zdzira jedna, bo jeszcze by się okazało, że ma oczekiwania i roszczenia.

No bo wiecie: bo zanim urodzimy, musimy przynajmniej raz rozłożyć nogi, więc trzeba pokolenie młodych mężczyzn nauczyć, jak nas do tego nakłaniać i wtłoczyć im w głowy, że jesteśmy niczym innym jak przedmiotami, nad którymi odprawiane są gusła z księgi „Klauzula sumienia”.

Władcy macic

Tego taga używa Anna Dryjańska opisując ludzi (dziwnym trafem, przeważnie mężczyzn) wyciągającym łapska po nasze prawo do decydowania, czy i kiedy chcemy mieć dzieci.

Niby w ostatnich miesiącach się uodparniam. Dzieje się tego tyle, że właściwie to wstaję co rano i zastanawiam się, czym nas dziś zaskoczą. A to ordojurki. A to trumienkowe. A to poseł PiS radzi używać kondomów po gwałcie (w sumie trudno się dziwić, że nie wie, jak się je stosuje, ale to może niech nie doradza?) No i w tym wszystkim – bam, genetyczka w Centrum Zdrowia Dziecka, niejaka Malina Świć, której światłe wypowiedzi można sobie przeczytać na fanpeju Seksizmu Naszego Powszedniego. Portal mamadu zdecydował się na wywiad z tą panią, no włos się jeży, mózg truchleje, cóż to za paskudny sposób myślenia.

Tabletki nie są pewne i nie chronią przed zakażeniami. Natomiast jest to mentalność seksu bez konsekwencji, bardzo niebezpieczna. A chore dziecko można przekazać do adopcji.

Tabletki są jedną z najpewniejszych metod antykoncepcji, natomiast faktycznie przed zakażeniami chronią prezerwatywy. Przypis dla posłów PiS: stosowane w trakcie stosunku, nie po. Konsekwencją seksu powinna być natomiast zmysłowa przyjemność z orgazmem włącznie plus ewentualne podtrzymanie więzi w związku  – i faktycznie, jeśli ludzie idą do łóżka nie chcąc tych konsekwencji, jeśli nie zależy im na tym, by było im przyjemnie i żeby wzmogło się pomiędzy nimi poczucie bliskości, to jest tu coś mocno nie tak.

Ewentualnie, jeśli wszystkie osoby zaangażowane w akt erotyczny tego pragną, konsekwencją seksu może być poczęcie potomka, ale dokładnie tak jak z w/w konsekwencjami, byłoby fajosko, superowo i w dechę, gdyby wszyscy w nim uczestniczący wyrazili na to entuzjastyczną zgodę.

4-2-gonna-make-a-baby

Każdy lekarz zasłaniający się klauzulą i dyskryminujący kobiety ze względu na to, że wybierają stosowanie antykoncepcji, musi liczyć się z tym, że będzie atakowany przez oburzone kobiety.

Tak, ideologia rzekomych praw… No i niestety brak kultury osobistej.

I ja się tu zgodzę z panią Maliną: faktycznie wyznaje ona ideologię rzekomych praw; praw zarodków, które jako żywo ani nie czują, ani nie myślą, ani nawet nie mają poczucia, że są kimkolwiek; no nie są ludźmi, część z nich będzie, część się samoistnie poroni, a część przeobrazi się w tak miluchne stworzonka jak zaśniad groniasty. Jest to także rzekome prawo władczyni macic do decydowania, który seks jest spoko, a który nie. Na ten przykład, tylko małżeński, tylko heteroseksualny i tylko kończący się ryzykiem poczęcia. Och, droga pani Malino, związki i seksy to o wiele więcej niż ten jeden model.

tumblr_nban74whwi1r3wairo1_500

Natomiast ja nie mam obowiązku brać udziału w rzeczach nieetycznych i w gruncie rzeczy nieleczniczych. Bez pigułek i bez amniopunkcji przecież się nie umiera.

Śmiem twierdzić, że zapobieżenie ciąży u nastolatki (bo nie udawajmy, że nastolatki nie uprawiają seksu) czy u kobiety chorej ma jak najbardziej funkcję leczniczą. I owszem: bez antykoncepcji i aborcji się umiera – wystarczy spojrzeć na statystyki śmierci przy porodach.

O etyce się z tą panią spierać nie będę, bo nie poznałaby etyki, rozumianej jako zapobieganie cierpieniu, nawet gdyby wpadła jej do gabinetu przez okno i zażądała ciepłego kocyka oraz kawałka pizzy hawajskiej.

Władczyni macic (nie ma co się łudzić: nie jedyna, jej kolegów jest cała dywizja) zasłania się „sumieniem”, by w poczuciu wyższej moralności pouczać, jakie badania genetyczne są dobre i miłe, a jakie nie. Bredzi o postawie roszczeniowej względem bezpiecznego seksu i odpowiedzialnego życia erotycznego.

Miałam tutaj stek wyzwisk, serio, miałam, bo dawno mnie nic tak nie wkurwiło, jak ta bezczelność, ale to donikąd nie doprowadzi, a tę panią utwierdzi tylko w przekonaniu, że jest obiektem ataków wściekłych, rozpasanych feministek (na marginesie: jak w oczach antyfeministów łączymy rozpasanie z faktem, że nikt by nas nawet kijem nie dotknął?). Tak, jestem wściekła, a fakt, czy jestem rozpasana nie jest niczyją sprawą.

Ujmę więc to tak: jak nie znoszę sformułowania „postawa roszczeniowa”, bo uważam, że musimy sobie rościć i się domagać, nikt za nas praw nie wywalczy – tak postawa tej pani jest właśnie roszczeniowa. Oczekuje, że każda jej pacjentka i każda zatrudniająca ją instytucja uzna jej wyobrażenia o moralności za obowiązujące. Jest to tak skrajny indywidualizm i chciejstwo, że dziw, że ta pani jest w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu z innymi i oddychać tym samym powietrzem. Już nie nawet nie to, że jest to wręcz socjopatia – to jest nawet niezgodne z duchem niekoniecznie wyznawanego przeze mnie katolicyzmu, który mówi dużo o wspólnocie.