Sahara, Niagara

A dziś zaczynamy gorąco i w oburzający sposób mokro. Nie będziemy jednak mówić o seksie. W każdym razie nie wprost. Na ten temat bardzo dobrą audycję ma Bia Sadowska w radiu Kapitał i o wiele większe ode mnie kompetencje, mocno zachęcam.

Na początku sierpnia, właściwą losu koleją, Cardie B wydała nowy singiel z tytułem przypominającym stare niezbyt dobre czasy komórek sprzed smartfonów i specjalnie na te komórki zaprojektowany miniinternet. Mówimy oczywiście o piosence WAP. Jeśli ją słyszeliście, a najlepiej także widzieliście wideos do niej, na pewno już wiecie, że ten kawałek, no cóż. Nie jest o internecie. Ani o komórkach. Lecz o kobiecej żądzy, co więcej, nie posługuje się metaforami. Język  piosenki jest bezpośredni, choć nie pozbawiony poetyki i pasji. Zwłaszcza pasji.

[mój kontent jest darmowy, więc jeśli klikniesz „więcej”, nadal będziesz mieć dostęp do tekstu. Jeśli przy okazji uważasz, że warto mi zapłacić za pracę, wystarczy przelew paypalem: ]

https://www.paypal.com/paypalme/szpro/25

Czytaj dalej

Sejmy, koksy, fejmy

Wejście w weekend mieliśmy iście ćpiąteczkowe lub, zgodnie ze staropolskim przysłowiem NA PRZYPALE ALBO WCALE. Ilekroć patrzę na Polskę, stwierdzam, że nie ma lepszego motta, którego oddawałoby ten histeryczny wdzięk miernej diwy operowej, której raz na dekadę zdarzy się wyciągnąć koloraturę i świat zadziwić.

Co się stało? Otóż nasi parlamentarzyści uznali, że przyznają sobie podwyżki. Wszyscy. Jak jeden mąż. Od lewa do prawa.

Nie zrozumcie mnie źle. Jeśli chodzi o regulowanie zarobków, jestem tu zaskakująco liberalna. Uważam, że każdy ma prawo żyć na przyzwoitym poziomie, przez co rozumiem unormowaną sytuację mieszkaniową, możliwość skorzystania z urlopu i spędzenia go na wyjeździe z rodziną (którą oczywiście będzie mógł założyć, z kim chce) czy odłożenia na realizację jakiegoś marzenia.

Mówię tu oczywiście o świecie przed upadkiem kapitalizmu. Kapitalizm musi upaść, ale zanim to zrobi, musimy działać w jego realiach. I w tych realiach stwierdzam spokojnie, że ogromna większość z nas ma płacone bardzo mało, zaś wynagrodzenie poselskie umieszcza posłów i posłanki w 3% najlepiej zarabiających w tym kraju.

Pensje poselskie, nawet po podwyżce, uznałabym za bardzo dobre, ale nie nieprzyzwoicie wysokie. Nieprzyzwoicie wysokie zarobki ma Bezos czy Zuckerberg. Porządne progresywne podatki dla tego progu zamożności i niech sobie mają na zdrowie. I gdyby nie kontekst, w jakim to się dzieje, nie rozpaliłby się tak ściek, zwana dla niepoznaki debatą publiczna. Oraz trolle na Twitterze.

A kontekst jest taki, że znajdujemy się w oku cyklonu pod nazwą szalejąca pandemia, recesja gospodarcza i budżetówka na skraju zapaści. Na kondycję tej ostatniej raczej nie pomoże dopiero co podjęta decyzja o zamrożeniu podwyżek. Mówiąc krótko, 2020 rękami elit stworzył takie warunki, że nierówności znacznie się pogłębiają. I rozumiem, że posłowie PiS nie są jakoś fanatycznie przywiązani do idei zmniejszania nierówności. Absolutnie mam świadomość, że nie są jej fanatykami posłowie PO (z nielicznymi wyjątkami jak Małgorzata Tracz czy Franek Sterczewski). Ale klub Lewicy, ze szlachetnymi wyjątkami pod postacią załogi z Razem i ADB, no cóż, wstawaj, lewico, zesrałaś się.

Na honorową wzmiankę zasługuje tutaj poseł Maciej Gdula (odmawiam używania tytułu naukowego, sorry), który prócz publikowania prac naukowych o prowincji szczerze rozbawiających prowincję, wyraził szczere oburzenie, że poseł zarabia tyle, co kierownik sklepu. Dodał nawet, że sam za młodu NAWET pomagał rodzicom w sklepie.

No dzielny mały toster z niego,  totalnie żył życiem tysięcy młodych ludzi zapierdalających w żabkach i orlenach, by zarobić na wynajem pokoju w peryferyjnej dzielnicy miasta. Obrona podwyżek z ust akurat tego przedstawiciela lewicy, o którym wiadomo, że zawsze miał bardzo dobrze, który, co tu kryć, jest landlordem czerpiącym zyski z najmu, odbieram jako szczególnie bezczelną. Krindżuwa panie Macieju, mało panu jeszcze?

Oprócz tego, że po prostu etycznie złe i estetycznie niesmaczne, forsowanie rzeczonych podwyżek  w tych warunkach jest po prostu kretyńskie. 

Bezrobocie rośnie. Ceny idą w górę. Pensje spadają. Twój szef ma coraz więcej opcji, by cię wezwać w środku nocy do pracy. Albo zakwaterować w miejscu pracy i założyć sobie miły cieszący oko obozik. Podwyżek dla budżetówki nie ma, pracownicy dostali tylko nędzne ochłapy oficjalnie zwane podniesieniem płacy minimalnej. Tak zwane tarcze pracownicze wdrażane są na rympał, na siłę i młotkiem, byle szybciej, zanim do nas dotrze, że są bez sensu.  

W interesie także takich sytych misiów jak Gdula leży zmniejszanie nierówności. A on właśnie odmówił podniesienia płac tym, którzy w pandemii są nieludzko przeciążeni i wykruszają się z zawodu (czyli zawodom medycznym). Ja tam ludziom, od których zależy moje zdrowie i życie nie odmawiałabym pieniędzy, to naprawdę nie jest rocket science. No ze świecą takiego reprezentanta lewicy szukać, świecą, widłami i tłumem rozjuszonych wieśniaków. Co niechybnie nastąpi, jeśli nierówności będą rosnąć. Należy temu zapobiec dla własnego bezpieczeństwa, panie Gdula.

Gdula generalnie nie jest, jakby to łagodnie ująć, najlepszym zawodnikiem na ławce medialnej lewicy. Wolałabym, by publikował swoją socjologiczną publicystykę niż udzielał wywiadów i przybliżał idee lewicy. Szczególne miejsce w moim sercu mial postulat limitowania podróży samolotem.

I znów, wiem, że mamy katastrofę klimatyczną związaną z emisjami CO2, a jednym ze źródeł emisji jest transport lotniczy, Natomiast malutkie wizaairy za 49 zł z modlina generują tego jakiś promil, najwięcej generuje transport i podróże arystokracji z Doliny Krzemowej. Ale postulat Gduli brzmiał tak, jakby mówił nie do prezesów, diuków i księciów, lecz raczej konsultantów i doktorantów.

Dajmy dwa kroki wstecz i zastanówmy się, co słyszymy. Przypomnę, że lewica cierpi na przypadłość niereprezentowania tej grupy, którą by chciała reprezentować. Walczymy z tym i przebijamy banieczkę, ale aby to było skuteczne, musimy też czasem się zastanowić, jak brzmią nasze postulaty w uszach karmionych przez dziesięciolecia neoliberalną propagandą, w uszach osób z doświadczeniem niedoborów, marzących o odrobinie, jak to mówiono w reklamach, luksusu. Wychowanych w przekonaniu, że ciężka praca przynosi efekty, a przynajmniej należy się za nią jakaś nagroda. I bardzo często zapracowanych ponad wszelką miarę, bo nie starcza nie tylko na nagrodę, a na normalne wydatki. Tak? Mamy to?

No to lecimy ze sloganem Gduli: hej, zagłosujcie na lewicę, wprawdzie jesteśmy młodzi, wykształceni, z wielkich miast i oburzamy się, gdy zarabiamy tyle co kierownik sklepu, czyli ze dwa razy tyle, co ty, pracując widocznie mniej niż ty… no nie jesteśmy tobą, ale zobacz, program mamy zajebisty. Na pewno znajdziesz chociaż w naszym programie postulat, za którym pójdziesz jak w dym. Perełkę taką.

Co powiesz na to, że jednak nie polecisz z rodziną na wymarzoną od lat wycieczkę do Grecji, bo loty samolotem będą na kartki?

Dziś już wiemy, że senat odrzucił, sejmowa opozycja, nadal z wdziękiem pijanego wujaszka na imieninach, rzuciła wyborcom jakieś „kurwa sorry nic wam się nie stało?”, szczęśliwie yborcy nie zdążyli się otrzepać i zrozumieć, co się stało, a spadła na nich z wdziękiem 16 ton dymisja ministra zdrowia, więc póki co poświęca uwagę bukmacherze, czy nowym ministrem zostanie Łysy z Blazzers.

A może chcesz posłuchać, jak szepczę do uszka?

Królowa Margo

Gorący i intensywny był to weekend, 2020 nie próżnuje i co człowiek już się przyzwyczai do permanentnego kryzysu i chaosu, to dorzuca coś nowego.

W piątek wczesnym popołudniem w społeczności aktywistycznej gruchnęła wieść, że działaczka z kolektywu Stop Bzdurom, Margo, dostała zasądzone 2 miesiące w areszcie. Areszt został zasądzony za urwanie lusterka w furgonetce fundacji Pro Prawo do Życia

Pod siedzibą Kampanii Przeciw Homofobii, gdzie przebywała Margo zebrał się spory tłum osób okazujących jej wsparcie. Na ich oczach, w światłach kamer, w towarzystwie prawnikaw i posłanek Margo oddała się w ręce policji — a raczej próbowała się oddać, bo policja odmówiła jej zatrzymania. Wobec takiego obrotu sprawy wspierający Margo tłum ruszył w stronę Śródmieścia tworząc spontaniczny Marsz Równości.

W Śródmieściu, na Nowym Świecie, nieoznakowany policjant zaaresztował Margo i umieścił ją w nieoznakowanym radiowozie.

Towarzyszący Margo aktywiści natychmiast podjęli próbę zablokowania przejazdu samochodu po prostu usiadłszy na ulicy. Dzięki mobilizacji blokada okazała się skuteczna… przez jakiś czas, dopóki policji nie udało się wezwać wsparcia. Następnie policjanci zaczęli wynosić demonstrantów i pakować ich do radiowozów, zrazu nawet nie zapowiadając, że użyje środków przymusu (ta zapowiedź padła dopiero wtedy, gdy funkcjonariuszy było wystarczająco dużo, by odciąć Krakowskie Przedmieście, nie bez pomocy władz UW, które nie zdecydowały się na otworzenie terenu uniwersytetu dla uciekających przed policją działaczy).

 Blokada radiowozu zmieniła się w łapankę na działaczy. Zachowanie policji było niewspółmiernie agresywne, ludźmi rzucano o chodnik i podduszano, wyłapywano ich losowo, bez związku z zachowaniem (które ograniczało się głównie do skandowania agresywnych okrzyków w stronę policjantów i siedzenia na chodniku). Część osób zostało zatrzymanych mimo że nie blokowały radiowozu, tylko przyglądały się wydarzeniom z ulicy lub po prostu przechodziły obok. 

Łącznie zatrzymano 48 osób i wywieziono na komendy rozsiane po całej Warszawie, a nawet pod Warszawę. Większość osób przetrzymywana była bez wody i jedzenia, poddana upokarzającej kontroli osobistej. Utrudniano też kontakt z bliskimi i przepływ informacji, na którą komendę ma trafić dana osoba — i to pomimo wysiłków posłanek Lewicy i KO. Po plus minus dobie wypuszczono wszystkie osoby; do Rzecznika Praw Obywatelskich spływają informacje o przemocy, jaką stosowała policja.

Margo pozostaje w areszcie, zaś prezes Sądu Okręgowego odmawia upublicznienia decyzji o zastosowaniu aresztu.

Nazajutrz warszawska demonstracja solidarnościowa przebiegła już spokojnie, natomiast po siostrzanej demonstracji w Krakowie zatrzymano osoby za ozdobienie tęczową flagą Smoka Wawelskiego. Myślę, że jest to większa profanacja niż Syrenki. Ostatecznie nie wniesiono zarzutów.

Opisuję te wydarzenia starając się powstrzymywać od własnego komentarza (co, wiem, wychodzi różnie. Wiadomo, że mam konkretnie sympatie i antypatie wobec uczestników tej historii i nie ma co udawać, że jest inaczej).

Dodam do tego opisu wydarzeń trochę kontekstu.

Pod koniec czerwca furgonetka fundacji Pro Prawo do Życia (czyli jakiejś kolejnej agentury prawicowej międzynarodówki) stanęła pod skłotem Syrena i nadawała z głośników homofobiczne brednie o pedofilii wśród osób homoseksualnych. Z atakiem na furgonetkę ruszyło wtedy kilka osób, w tym Margot. Jeśli dobrze rozumiem przebieg dalszych wydarzeń, za zniszczenie furgonetki udało się obciążyć odpowiedzialnością wyłącznie Margot; no i sąd zdecydował, że jest to na tyle poważna sprawa, że działaczka nie może odpowiadać z wolnej stopy. Furgonetka później przyjeżdżała jeszcze kilkukrotnie na Wilczą, ewidentnie celowo zakłócając spokój mieszkańców tej ulicy. 

Co więcej, decyzją Sądu furgonetka nie miała prawa jeździć i rozpowszechniać tych obrzydliwych treści — mimo to jeździła, zaś próby zgłaszania tego na policję nie przynosiły skutku. Zaznaczę, że miałabym podobne zrozumienie do czynu Margo nawet gdyby furgonetka jeździła zgodnie z prawem: jeśli prawo nie chroni słabszych, trudno mi mieć do niego szacunek. 

Generalnie istotą piątkowej eskalacji było to, że legalne i pokojowe drogi zaczynają się kończyć. Znów się powołam na Gonciarza:

Żyjemy w kraju, gdzie prawo nie oznacza prawa, a sprawiedliwość sprawiedliwości. Trudno więc mieć do nich szacunek.

Mniej więcej to samo mówię w podkaście, ale mam zajebisty głos, więc warto posłuchać!

Rok po Białymstoku

Minął rok, odkąd przeszliśmy.

Na gorąco pisałam tak: 

dobrze, że byłam, nawet jeśli były momenty, ze płakałam ze strachu. Tak, lewica to walka, nie zasklepianie się w poczuciu krzywdy, ale mam prawo do tego strachu i po raz pierwszy czułam go tak bardzo. Dobrze, ze byłam wśród bliskich, od których mogłam czerpać otuchę. Dobrze, ze potem, po wszystkim, była noc śpiewu, tańca i czytania starych wierszy. Białystok nie był pierwszym marszem, który byłby tak agresywnie atakowany przez nazioli. Pierwsze marsze w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu tez tak wyglądały. Zeszłoroczny Lublin tak wyglądał! A potem, z roku na rok, nas jest coraz więcej, ich coraz mniej i ostatecznie odzyskujemy nasze ulice.

Potem tak: 

Pięć dni, od soboty do dziś. Pięć dni mi zajęło odzyskanie sił po tym, co działo się w Białymstoku.

Wydarzenia opisano już wielokrotnie; chyba nikt nie zrobił tego lepiej niż Jacek Dehnel; najgorszy był ten początek, gdy była nas garstka, otoczeni przez wrzeszczących osiłków, bez wsparcia policji. Huczały petardy i szkło. Bałam się już nieraz, szłam wcześniej w pierwszych marszach, gdzie też był opór, wrzask i huk.

Ale tym razem po raz pierwszy miałam moment złamania. Nie normalnej dla mnie w takich momentach wściekłości i samobójczej chęci odwzajemnienia agresji, tylko wyjątkowej dla mnie myśli „błagam, przestańcie już, nie róbcie nam krzywdy”. I to chyba przeraziło mnie najbardziej – że nawet nic mi się nie stało (ot, petarda pod nogami, jakaś zadraśnięcie sztachetą, byli gorzej poszkodowani), a już chciałam błagać, przepraszać, chcieć zniknąć. Zgodzić się na to, by to oni przejęli ulice za cenę mojego bezpieczeństwa.

Pięć dni. Tyle mi zajęło, by zrozumieć, że taki strach to nie wstyd. Że mam prawo do bycia nie bohaterką, tylko przerażoną o siebie i bliskich kobietą. Zrozumiałam też, że ten strach mija, że nie odebrał mi chęci do dalszej walki. Będę w Płocku, będę znów w Lublinie. Walczę o siebie, walczę o bliskich. To moja walka. Odzyskamy ulice.

W tydzień po marszu znów byłam w Białymstoku i mówiłam:

Mówi się czasem o nas „kochający inaczej”. my nie kochamy inaczej! Kochamy tak samo!

Czasem otulimy kołdrą i podamy ciepłą herbatę, czasem wciągniemy do pociągu w nieznane, czasem nie uśniemy z tęsknoty, a czasem nie uśniemy z radości, że słyszymy bicie serca tej drugiej osoby.

Nie ma w niej nic innego, to jest dokładnie taka sama miłość. W sobotę na tych ulicach nienawiść nie przeszła. Odzyskamy te ulice. Miłość przeszła w Białymstoku, nie nienawiść. Miłość to miłość, nienawiść tu nie przejdzie.

—-

Po roku od tamtych wydarzeń już wiem, że to było o wiele dłużej niż 5 dni. Zamroziło mnie w chwili wybuchu petardy i poczucia największego zagrożenia i odmroziło po wielu miesiącach. 

Pozostała ze mną dojmująca świadomość, która wcześniej nie była aż tak oczywista.

Że policja nie jest po naszej stronie. Na marszu było widać, że policjanci i kontrdemonstranci to koledzy z trybun Jagielloni. 

Że mogło być tak, bo przez chwilę było, że nie mogliśmy na nikogo liczyć.

Że dramatyczne wydarzenia z marszu sprawią, że dziesiątki osób wskoczą na nasz wagon doświadczeń z marszu, by podbić sobie punkty kombatanctwa.

Że Białystok zasili stereotypy progresywnym liberałom, którzy poczuli, że mają prawo bezkarnie mówić o zaścianku Podlasia, ciemnogrodzie i biomasie.

Że uczestnicy marszu byli obcy w dwójnasób: i jako tęczowi, i jako przyjezdni. To nie jest argument przeciw marszom, tylko teza, że jeśli im nie towarzyszą inne, całoroczne działania integrujące różne środowiska, opór nie zelżeje.

A na te działania może być coraz mniej przestrzeni, bo perspektywa roku 2020 to perspektywa kryzysu i cięć na wydatki społeczne.  Ale tu nie poddaję się pesymizmowi: Białystok, wbrew temu, co chcieliby o nim myśleć wielkomiejskie dziennikarzyny, to różnorodne, twórcze i barwne miasto.

Sytuacja osób LGBT+ przez ten rok nie poprawiła się. To też nie jest argument przeciw marszom, tylko obserwacja, że trudno wypatrywać nadziei na poprawę przy tym rządzie i przy tym rozpasaniu lobbystów z instytucji typu Ordo Iuris. Mam jednak tutaj dużą wiarę w działania oddolne i akcje bezpośrednie.

Bo na instytucje państwowe nie ma co liczyć.

Street art rights

Każda osoba interesująca się streetartem wie, że ten rodzaj ekspresji niesie w sobie dwie immanentne cechy: wierne odbicie zeitgeistu i ulotność.

Nic tak nie oddaje ducha czasów jak ogłoszenia w prasie lokalnej i maziaje na murach. Dotykają napięć, których możemy się tylko domyślać, nie będąc wtopionymi w społeczność, z której wyrastają. Dwadzieścia lat temu zobaczyłabyś napisy szkalujące psychologów behawioralnych, dziesięć lat temu — rozważania, czy Macierewicz jest agentem. Dziś widzisz hasła, że przemoc to żyć za 1500 zł i antyPiSowskie wrzutki. Lata temu widziałaś partyzancką sztukę tworzoną na opuszczonych rampach kolejowych, dziś monumentalne dzieła w dzielnicach poddawanych rewitalizacji. To wszystko opowiada nam, co się dzieje w mieście, kto decyduje, gdzie jest miejsce na artystyczną ekspresję i co o tym myśli reszta.

W naturę murali wpisana jest ulotność. Miasta żyją, kruszą się ich mury, wzrastają nowe ściany; a wraz z nimi znikają buńczuczne napisy i dopieszczane kontury. I tak ma być. Skuwanie tynków z szablonami Banksy’ego to barbarzyństwo i głębokie niezrozumienie natury streetartu. On musi powstawać wciąż na nowo, by nadać charakter miejscu, z którego wyrasta.

Podobnie chwiejne, ulotne i podatne na ducha czasów są prawa człowieka.  W 1997 roku w Tasmanii kontakty homoseksualne nadal były karalne. Dwadzieścia lat później mieszkańcy i mieszkanki Australii zdecydowali w referendum o równości małżeńskiej. Nie są one jednak dane raz na zawsze. Wywalczone przed laty 8 godzin pracy staje się fikcją, gdy musisz trzaskać nadgodziny, by wyciągnąć pensję wystarczającą na wynajem mieszkania, zakupy w osiedlowej małpce i miejską kartę. Prawo do aborcji, ograniczone przed 25 laty, od kilku lat jest w stałym zagrożeniu całkowitego zakazu, mimo tysięcy kobiet na ulicach.

Kobietom protestuje się trudniej. Nasza praca jest podzielona na tę zarobkową — rzadko dobrze płatną, bo nasza luka płacowa sięga tej w Chinach — i pracę nieodpłatną, w domu. Wykonujemy przeważnie 2/3 domowych obowiązków, często z poczuciem, że nikt ich za nas nie wykona. Jednym słowem: jesteśmy przepracowane, zmęczone i wciąż zajęte; mamy mało czasu, by móc zatrzymać się w tym kołowrotku i zastanowić się, co właściwie jest nie tak.

Nie zmieni się to, jeśli części z tych obowiązków nie podzielimy z naszymi partnerami, mężami, dziewczynami. Nie zmieni się, jeśli nie oddelegujemy ich na publiczne instytucje. Nie zmieni się, jeśli państwo nie zapewni nam przestrzeni do własnych działań.

Takiej przestrzeni potrzeba do organizowania się oddolnie, jako Dziewucha, uczestniczka Strajku Kobiet czy członkini kolektywu manifowego. Jeszcze większej — gdy decydujemy się pójść w politykę parlamentarną. Jest to dobry kierunek. Nie zmienimy rzeczywistości politycznej bez współpracy organizacji społecznych z partiami politycznymi. Start w wyborach oznacza jednak setki godzin na ulicach przy zbiórce podpisów i kampanii, a potem kolejne, nienormowane godziny na posiedzeniach. Nie jest to przyjazne środowisko dla tych z nas, które nie mają znajomości, wsparcia w rodzinie lub nie są majętne z domu. Staje się tym trudniejsze, gdy w grę wchodzą dzieci — jak być młodą matką i posłanką?

Boleśnie przekonała się o tym posłanka Pomaska, którą swego czasu sięgnęła fala nienawiści za przyprowadzanie swojego dziecka na obrady. Matki powinny siedzieć w domach i nie obnosić się z rodzicielstwem. Na pewno nie pomaga też kruchość i ulotność tak podstawowego prawa jak prawo do urlopu macierzyńskiego. Duża część z nas pracuje w warunkach uniemożliwiających wzięcie urlopu: nie mamy umów o pracę lub boimy się o powrót do pracy po urlopie. Lub, tak jak posłanki, urlop dostaniemy albo nie, w zależności od widzimisię marszałka.

Wyobrażacie sobie? Coś tak oczywistego jak czas na opiekę nad dzieckiem zależy od kaprysu jednej osoby.

Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Nasz okrzyk „Kobiety do polityki!” będzie obietnicą bez pokrycia, jeśli nie zapewnimy warunków do odciążenia nas z naszych obowiązków i scedowania ich na bliskich i instytucje publiczne. W przeciwnym wypadku nie przekroczymy magicznej bariery 30% kobiet w parlamencie. Nie opowiemy się za prawami kobiet: dostępności in vitro, antykoncepcji awaryjnej, aborcji, opieki okołoporodowej czy odpłatności pracy opiekuńczej (500+ i opiekuńcza emerytura obywatelska, planowana przez PiS nie naprawią systemu zostawiającego poza burtą kobiety samotne i/ lub nieheteronormatywne). Utrwalimy partiarchalny układ, zgodnie z którym ciężar decyzji o naszym życiu spoczywa wyłącznie na mężczyznach, systemowo odsuwanych od zaangażowania w temat rozrodczości i pracy opiekuńczej. Widzicie, jak to się samo napędza? Im więcej władzy w rękach tylko jednej z płci, tym większa jej alienacja od pozostałych. Nie da się tu mówić o reprezentacji czyichkolwiek interesów poza własnymi, usztywniającymi podział ról, bo, jakkolwiek krzywdzący także dla mężczyzn, to oni są jego głównymi beneficjentami.

Nie ma współpracy, jest tylko stroszenie piórek i pełen zachwytu śpiew nad własną mocą. I gniew, gdy trzeba podzielić się choć odrobiną swojego przywileju.

Hannah Gadsby w swoim znakomitym stand-upie „Nanette” mówi o tym, że zagniewany biały mężczyzna jest jak kanarek w kopalni, mający wyczuć wyciek metanu. Wiecie, gdy metan się ulatniał, one nie umierały. Po prostu przestawały stroszyć piórka i śpiewać. Ważne jednak jest to: jeśli im jest ciężko, to dla nas już nie ma nadziei.

Spacey i przemoc

Wykupiłam dziś prenumeratę Polityki.

 

Wykupiłam, bo w ostatnim numerze jest arcyciekawy artykuł pewnego szczecińskiego pisarza i znawcy popkultury, Michała Radomiła Wiśniewskiego.
Nie minęły 2 godziny, gdy pożałowałam decyzji, trafiwszy na komentarz w sprawie Kevina Spaceya.
Zaznaczę od razu, że z autorką komentarza łączą mnie liczne więzy sympatii i grono wspólnych znajomych. Skrytykowałabym ten komentarz niezależnie od tego, czy popełnił go Zwierz, Tomasz Raczek czy papież Benedykt (no dobra, papieża czepiłabym się bardziej). Tak więc, mimo sporych różnic, jakie dzielą mnie od autorki w postrzeganiu i analizie popkultury, w poniższych słowach nie ma cienia resentymentu pod jej adresem, bo też i komentarz nie jest o popkulturze.
A może jednak jest?
A nie powinien być?
O tym za moment.

(piszę za darmo, ale jeśli chcesz mnie docenić, wrzuć monetę)

Czytaj dalej

#metoo bingo

if all the women, femme, feminine-types/ non-cis-males who have been sexually harassed or assaulted wrote „Me too” as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.

Taki tekst krąży od dwóch dni w social mediach. Mój facebook wybuchł: młodziutkie dziewczęta i dojrzałe kobiety, feministki, fandomitki, dziennikarki, nauczycielki, aktywistki, matki dzieciom i babcie wnukom – daleko poza normalną banieczką, omal wszystkie postowały, że #jateż. Że złapał za tyłek w autobusie. Że się onanizował w przedziale. Że posadził na kolana wbrew jej woli, gdy była dzieckiem. Po jednym dniu skrolowania feeda nawet ja – osoba znająca statystyki, w pełni świadoma, jak bardzo to powszechne – popadłam w przygnębienie i wściekłość.

A potem poczytałam komentarze i wściekłość zamieniła się w furię.

A ja nie, he he he.

Nie chcę ci wmawiać czegoś, czego nie czujesz, ale dla porządku sprawdź:

Molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny. Może dochodzić do niego wśród osób każdej orientacji seksualnej. O molestowaniu mówimy wtedy, gdy osoba molestowana wyraża swój sprzeciw wobec takiego zachowania, nie godzi się na nie. Bardzo ważne więc, by w takich sytuacjach wyraźnie komunikować swój sprzeciw. Molestowanie często łączy się z poczuciem władzy wobec drugiej osoby (przełożony wobec pracownika, wychowawca wobec ucznia, rodzic wobec dziecka, starszy nastolatek wobec młodszego).

Molestowanie może mieć różny charakter:

– słowny – dręczenie psychiczne, dwuznaczne propozycje, pseudo-żarty, „końskie zaloty”, naśmiewanie się, opowiadanie anegdot o życiu seksualnym.

– fizyczny – dotykanie różnych części ciała, niechciane pocałunki, przytulenia, wykonywanie ruchów seksualnych, gwałt.

– może być związane ze zmuszaniem do oglądania pornografii albo łączyć się z szantażem „dam ci coś, jeżeli ty…”.

Molestowanie może być działaniem jednorazowym, jak także długo ciągnącym się dręczącym procesem.

Ofiarami molestowania seksualnego padają najczęściej kobiety: w domu, szkole, pracy, na ulicy. Ważne, by nie bagatelizować sytuacji, które sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Nie należy tłumaczyć sobie nachalności jako żart lub flirt i usprawiedliwiać osoby, która molestuje. Ofiara często czuje, że w jakiś sposób sprowokowała agresora, a to nie ma żadnego znaczenia: nie liczy się to, jak ktoś wygląda, w co jest ubrany. Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. Niestety, w Polsce nadal często zrzuca się winę na kobiety i zamiast chronić ofiarę – dodatkowo się ją potępia! Molestowanie zawsze należy zgłaszać (rodzicom, nauczycielom, policji) i koniecznie nie dać się zastraszyć agresorowi.

(za: http://ponton.org.pl/pl/faq/przemocgwalt/co-jest-molestowanie-seksualne)

Jeśli faktycznie nigdy, ale to nigdy nie byłaś obiektem sprośnych, niechcianych żartów, nigdy nikt cię nie klepnął w tyłek wbrew twojej woli i nikt nigdy cię nie zaczepił na ulicy namawiając na seks – to poważnie i bez sarkazmu bardzo się cieszę. Jesteś jedną z bardzo niewielu osób.

Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że żadna w tym twoja zasługa, po prostu masz niewiarygodne szczęście (tak jak nie jest żadną winą molestowanych dziewczyn, że tego doświadczyły).

A tak poza tym, to co cię w tym bawi?

Po co o tym piszesz? Dla atencji?

Po pierwsze: bo mogę. Przełamałam się i chcę opowiedzieć, co mnie spotkało.

Po drugie: żeby pokazać, zgodnie z celem akcji, jak bardzo powszechne jest to doświadczenie, żeby przez chwilę inne osoby, które doznały tego, co ja, poczuły, że nie są z tym same.

Po trzecie: także po to, by te osoby, które mają na koncie zachowania przemocowe, poczuły przez moment lęk, że to o nich.

Trzeba było komuś coś powiedzieć.

Nie jesteś od tego, by mi doradzać po czasie. Milczymy z różnych powodów. Czasem sprawca ma nade mną władzę: jest moim szefem, profesorem, starszym kolegą z redakcji, mężem, który mnie utrzymuje. Czasem dlatego, że się wstydzimy tego, co się stało. Czasem boimy się, że nikt nam nie uwierzy (i strasznie często faktycznie nikt nie wierzy). Czasem po prostu jesteśmy jeszcze małymi dziewczynkami, a kto by tam dzieci słuchał. Nie rozliczaj nas z tego milczenia. Mamy do niego powody. To nie my tu jesteśmy komuś coś winne.

Ja tam nie miałbym nic przeciwko molestowaniu.

Podejrzewam, że wyobrażasz sobie, że o seks cię prosi, no nie wiem, Alicia Vikander, Monica Bellucci czy chociażby ja. Ale z naszej perspektywy to wygląda tak, że ogromna większość to są odstręczający nas ludzie, czasem pijani i śmierdzący, czasem po prostu dla nas nieatrakcyjni. Aha, i w przeważającej większości — dużo więksi i silniejsi od nas. Tak, że małe ćwiczenie z wyobraźni: zamiast Alicii, Moniki czy mnie za rozporek łapie cię kobieta wyższa od ciebie o głowę, ze dwa razy szersza w barach i do tego z metryki raczej twoja mamusia niż córka. Nadal nie masz nic przeciwko?

Coś sobie wyobraziłaś, bo szukasz uwagi.

Ej, a wiesz, że wmawianie mi, że coś sobie wyobrażam i nie powinnam ufać swoim osądom to też zachowanie przemocowe i ma nawet swoją nazwę — gaslighting? Prawdopodobnie wierzysz mi w innych sprawach: kiedy mówię, że jadę na Marsz Równości, kiedy opowiadam o tym, że mnie kot obudził o czwartej czy kiedy wspominam fajną rozmowę w sklepie. To czemu nagle w sytuacji molestowania ma odejść mi rozum?

Wiem, co czuję, gdy ktoś, kogo pragnę mnie dotyka. I wiem, co czuję, gdy dotyka mnie ktoś, kto jest dla mnie obrzydliwy. Nie trzeba do tego geniuszu.

Ale to niemożliwe. Nie wszyscy mężczyźni molestują.

Nie wszyscy! Kto mówi, że wszyscy!

Ale prawda jest taka, że jesteście — w patriarchalnym społeczeństwie, popkulturze i tradycji — wychowywani na seksistowskich buców. Część z was ogarnia dupę i traktuje nas partnersko. Część nie i sięga po nasze ciała jak po kawałek mięsa z talerza. Część z was jest w połowie tej drogi i już umie ładnie mówić o feminizmie, ale jeszcze — na przykład po alkoholu — traktuje nas tak samo albo i gorzej niż kolesie, co nigdy o feminizmie nie słyszeli, chyba że z prześmiewczych memów na kompoście.

Codziennie macie wtłaczane do głów, że kobiety są dla waszej przyjemności.

Codziennie jakiś mężczyzna molestuje kobietę.

Tą akcją nie przysłużysz się sprawie. Trzeba inaczej…

No ale czy ja cię pytałam o zdanie na temat strategii? Czemu zakładasz, że się na niej nie znam?

Ta konkretna akcja miała na celu dokładnie to: pokazać, jak wiele osób mających doświadczenie bycia kobietą doświadcza przemocy; jak bardzo jest to przezroczyste, codzienne i nieuchronne. I to się udało. Nawet jeśli to będzie tylko jeden mój znajomy, to i tak warto.

Mężczyźni też doświadczają przemocy seksualnej.

Tak. Oczywiście. I macie z tym przechlapane, bo patriarchat faceta doświadczającego przemocy traktuje jak kobietę. Czyli chujowo i niezabawnie, z całą wtórną wiktymizacją, obwinianiem ofiary i dodatkowo odarciem z męskości. Nic nie stoi na przeszkodzie, byście zrobili podobną akcję w social mediach.

Ale ta konkretna akcja nie jest o was, tylko o nas. Przemoc, jakiej doświadczamy, jest systemowa, wpleciona w strukturę rzeczywistości, w której się obracamy, codzienna i powszechna. Nie boicie się o to, że ktoś was zgwałci, gdy idziecie na imprezę. Nie boicie się o to, że ktoś was spyta, czy zrobicie mu loda, gdy przejdziecie ciemną uliczką. I gdy wracacie sami nocnym – nie przysiądzie się do was większy o połowę koleś pytając, czy dotrzymać towarzystwa.

No to mam cię komplementować czy nie?

No ale co: nie wiesz, czy cię lubię? Jeśli nie wiesz, lepiej nie.

Jeśli wiesz, że lubię, upewnij się jeszcze, w jakiej sytuacji jesteśmy. No bo jeśli siedzimy sobie na kawie pod Kinoteką, to przecież spoko! Ale jeśli razem pracujemy albo się o coś spieramy, to nie jest to przestrzeń do sprowadzania mnie do mojego wyglądu. Wolę, byś się odnosił do moich argumentów i kompetencji.

No ale to wytłumacz mi, jak się ma niechciany komplement do gwałtu.

Uch, znów muszę tłumaczyć, a przecież masz internet i dwie ręce!

No to tak: z przemocą seksualną wobec osób mających doświadczenie bycia kobietą nierozerwalnie wiąże się zjawisko ich uprzedmiotawiania. Czyli traktowania nie jak osobę, która myśli i czuje, tylko jak przedmiot, który można pomacać, pomiąć, wyrzucić. Widzimy to na co dzień – od hostess na szpilkach przez reklamowane przez gołą babę opony zimowe po artykuły w serwisach plotkarskich o tym, że Lewandowska znów schudła. We wszystkich tych przykładach kobieta ma być wyłącznie elementem dekoracyjnym i umilającym życie. Niezmiernie łatwo przywyknąć do myśli, że nie jest nikim więcej.

Dlatego, gdy w pracy nagle mówisz do koleżanki „no no, ale dekolt”, jest spore ryzyko, że poczuje się ona właśnie tym: dekoracją dla twojej przyjemności.

Przemoc narasta. Część z was, przyzwyczajona do myśli o tym, że kobiety są tu dla was, by było wam miło, nie poprzestaje na komplementach. Wychodząc z założenia, że skoro się uśmiechnęła, to widać to lubi, pójdziecie o krok dalej. Złapiecie za tyłek na firmowej imprezie. Otrzecie się o nią w pracowni. Znienacka pocałujecie w szyję, gdy przyjdzie do was na konsultacje. A potem o jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.

W punkcie 3 wyjaśniałam, czemu milczymy. Głównie — ze strachu o siebie.

Nie bierz tego milczenia za zgodę. Jeśli nie masz pewności – zawsze pytaj. Nie, to nie zepsuje nastroju. Nastrój zepsuje raczej to, że nie spytasz, a dotkniesz.

Jak to jest z tą odwagą cywilną?

Wpis w sam raz na przeddzień rocznicy Powstania Warszawskiego. Pamiętają o nim nawet w Opolu, gdzie spędziłam weekend i wróciłam z podładowanymi bateriami.

W Opolu rozmawiałam o feminizmie. Nie że ze mnie taka specjalistka, teorii nie znam, powtarzam to zresztą ciągle: nie umiem w Akademię, moja główna działalność to pisanie rzeczy i robienie rzeczy. No i spotkanie zrobiłam warsztatowo, nawet profesjonalnie z flipczartem — opowiadałyśmy sobie, co myślałyśmy o feminizmie, co myślimy teraz, co nam w nim przeszkadza i jak go definiujemy.

(skądinąd opolska ekipa i z Razem, i z Tęczowego Opola jest przegenialna, zakochałam się w tych ludziach)

Miałyśmy spory rozrzut wieku (pomiędzy 17 a 40), zaawansowania w studiach czy działalności feministycznej, kilka fajnych różnic w postrzeganiu feminizmu, a do towarzystwa piękne psisko o wdzięcznym imieniu Boruta.

No i co nam wyszło? Mnóstwo rzeczy, ale na bardzo ogólnym poziomie, to: feminizm to wybór (tego, jak żyjemy, co nosimy, co robimy) oraz wolność (do robienia rzeczy i od dyscyplinującej nas kultury).

I solidarność.

Niezależnie od tego, czy decydujemy się na kolorowe włosy w konserwatywnym liceum, wzięcie swojej dziewczyny za rękę na ulicy czy też stanięcia za znajomą, która głośno mówi o swojej krzywdzie. Wszystko to odwaga.

Łańcuch kobiet przed kordonem policji to odwaga.

Kobieta z kwiatem przed plutonem to odwaga.

giphy2

[pisanie tych rzeczy to jeszcze nie odwaga, ale jeśli doceniasz; wrzuć monetę]

Czytaj dalej

Chorobliwie śmieszne

Dopadało mnie przed drzwiami żonatego wykładowcy, na progu gardzącego mną artysty, w obojętnym, a jakże, tłumie klubowym. Nie zawsze na czas zdołano mnie wyprowadzić i czasem obdzielałam zażenowaniem zbyt hojnie.

Chwilę wcześniej wierzyłam w swoją potęgę, chwilę później inkasowałam pełne politowania spojrzenia, czasem życzliwie mocne ręce i usłużnie zmoczony ręcznik.

Tykało we mnie tęsknotą za szpitalem, umiłowaniem godzin w pustej wannie lub nagości przy telefonie.

Kiedyś zawirował sufit – tak, to ta noc trojga na jednym prześcieradle – to już był ten moment, gdy nie ma miejsca na strach ani rozliczenia. Byłam gotowa.

***

Patrząc w jej oczy widziałem wszystko to, o czym sobie kiedyś roiłem, wytęsknione przeze mnie szalone noce pełne świateł, ochrypły histeryczny śmiech, picie szampana na parapecie, na stojąco tyłem do okna. Znała to do imentu.

Wiedziałem, że gdy tylko wyciągnę dłoń, poczuję trupi chłód jej palców, których nigdy nie będę chciał puścić.

***

To dziwne: patrzył na mnie, jakby mu zależało dowiedzieć się, jak to jest płakać co noc albo budzić się popołudniami w zarzyganych betach. Jakby to było naprawdę stylowe mroczne życie, a nie dławiąca rozpacz niesmaku do siebie, zalewanie alkoholem oczu nie widzących stąd żadnego wyjścia.

Kiedy wyciągnął rękę, zrozumiałam: szukał w tym łatwego romantyzmu, taniej słowiańszczyzny, spełnienia mitu artysty.

Cofnęłam dłoń.

Nikt nie powinien wiedzieć, jak to wygląda naprawdę.

Nie zakładam, że jesteście stałymi czytelniczkami mojego bloga, choć widzę po komentarzach, że wracacie (co bardzo mnie cieszy). Niemniej zanim przejdę do meritum, chcę Was odesłać do notki o serialu 13 Powodów, a konkretnie – wyrażonej w niej obawy co do szczegółowego pokazania śmierci głównej bohaterki, Hannah.

Jest dość dużo, niestety głównie anglojęzycznej literatury na ten temat. Po polsku można powiedzieć dwa słowa: efekt Wertera. Samobójstwo jest romantyczne, rozwiązuje problemy, a osoba, która targnęła się na życie zyskuje status idola i bohatera. Po wydaniu „Cierpień młodego Wertera” przez Niemcy przeszła fala samobójstw; podobnie zadziało się w przypadku śmierci Jima Morrisona z the Doors i Kurta Cobaina z Nirvany. Każdorazowo oczywiście zadawano sobie pytanie: dlaczego? Nie odpowiem Wam na pytanie, czemu zachodzi ten mechanizm mimikry poza ogólną uwagą, że jesteśmy istotami o wiele bardziej społecznymi niż na co dzień myślimy i przejmowanie zachowań bliskich – albo idoli – jest rzeczą najnormalniejszą w świecie. No nie wiem jak Wam, ale mnie się do tej pory zdarza nosić glany i skórzany płaszcz.

Dlaczego zaś umarli Jim, Kurt, Chris czy Chester (ci ostatni w przerażająco podobnych okolicznościach?)

Nie jestem psychiatrą, ale z tego, co widzę, to główne przyczyny układają się w dwa wzorce: ciężka depresja lub walka z uzależnieniem. W każdym przypadku mówimy więc o chorobie – potencjalnie, jak widać, śmiertelnej.

Dwa słowa o obu chorobach.

[tradycyjna prośba o wrzut monetki]

Czytaj dalej

Dramat o siedmiu książkach rocznie

…bo taki właśnie wyimek obiegł polskie internety z dość ciekawej rozmowy Justyny Sucheckiej z Krzysztofem Biedrzyckim:

Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji, fragmentów obszernych tekstów. W większości to lektury z epok odległych, dla młodzieży trudne. Nie wolno ich na szybko przeczytać, bo wymagają czasu na analizę.

Oczywiście, internauci czytają więcej: po 52 książki rocznie, nie chodzą z nieczytaczami do łóżka i generalnie są oczywiście o wiele bardziej oczytani od tej dzisiejszej młodzieży, która spędza czas na snapczatach i instagramach. Nijak to nie ma pokrycia w badaniach czytelnictwa: wśród młodzieży i studentów to wciąż jest najwięcej czytelników, a liczba osób, które czytają tyle, ile w czasach szkolnych, jest stale niewysoka (w granicach 8-10%). Można (a nawet trzeba) sobie zadawać pytanie, dlaczego czytamy mało, ja osobiście jestem zdania, że ma to jakiś związek z czasem wolnym i stosunkiem pensji do ceny książki/ czytnika e-booków; na pewno też warto zwrócić uwagę na fakt, że czytelnictwo jest dziedziczne.

Poza wszystkim innym, oczekiwanie od młodzieży, że będzie rozsądna i skupiona wyłącznie na swojej świetlanej przyszłości to odznaka odklejenia od rzeczywistości na poziomie znaczka na deszczu. Młode osoby będą zachowywać się nierozsądnie i przedkładać imprezy, przygodne seksy jak również używki nad wzmacniające książki. Jeśli przestaną to robić, uznam, że ze światem jest coś głęboko nie w porządku.

tumblr_nt1e0xeumi1uzlmbho1_500

No więc, rozsądny program powinien mieć to na uwadze. Także – kapitał kulturowy młodej osoby, która idąc do liceum niekoniecznie ma wchłanianie tekstu wyssane z czyimkolwiek mlekiem.

Ogromnie podobało mi się, co na ten temat miała do powiedzenia Justyna Samolińska (która ogólnie jest bardzo mądrą osobą):

Z dużym sensem napisał też na ten temat Staszek Krawczyk:

Dodam ze swojej strony, że jakkolwiek sama lubię czytać, uważam fetysz czytania czegokolwiek, byleby było czytane za niemądry. Odgrzeję tutaj swój felietonik, jaki popełniłam dla nieistniejącego już portalu foch.pl:

Najlepszy jest powrót do domu.

Na przykład – z pracy. Identyfikator już odbity na bramce, ciągi liczb w excelu, nipy na fakturach i zwroty grzecznościowe w listach ze starannie sformatowaną czcionką – pozostawione za bramką, teraz tylko dopaść tramwaju, spocząć i przez pół godziny nie myśleć. Może trochę gapić się przez okno lub na ludzi.

A figę (czy młodsze pokolenie zna gest “figi z makiem”? nie mam nic przeciwko poczciwemu fakulcowi, ale figa miała klasę i nigdzie jej nie widuję). Nie spocznę. Nie spocznę, mimo że tramwaj, którym wracam z pracy jest zaledwie przystanek od pętli lub, jak mówię ja, dumna ze swych łódzkich korzeni –  krańcówki, jest już zapełniony, a miejsca siedzące – zajęte. A cóż to za spoczynek na stojąco?

Gapić się niby można dalej, a nawet słać siedzącym pełne boleści i wyrzutu spojrzenia, ale to już nie to – wiem z doświadczenia, że pasażerów raczej przybędzie niż ubędzie, więc czeka mnie pół godziny stania. Więc stoję. I się nakręcam.

Przyglądam się tym, co siedzą. Jedziemy przez całe korpozagłębie, zwane czule Mordorem, więc siedzący rekrutują się z takich jak ja, młodszych excelowych, jest też trochę rzutkich przedstawicieli handlowych (to ci, co i w tramwaju głoszą dobrą nowinę swoich produktów jakiemuś nieszczęśnikowi po drugiej stronie słuchawki), sporo obłożonych siatami i dziećmi matek, nieco rozchichotanych gimnazjalistek. Wśród nich najgorsza grupa pasażerów siedzących, w przedziale wiekowym zbliżonym do studenckiego – czytelnicy.

Wychowana zostałam w przekonaniu, że czytanie jest czynnością tak naturalną, że niemal fizjologiczną, więc nie traktuję jej jakoś serio i nie czuję się dużo lepsza od tych, co nie czytają. No czytam, mam nawyk czytania nawet etykiet na środkach czystościowych podczas dumania w ubikacji. Jedni suszą włosy suszarką, inni zostawiają do wyschnięcia. Jedni wolą pomidorową z ryżem, a inni z lanymi kluseczkami. Ci wolą psy, tamci koty, a jeszcze inni domek pod miastem i pająki w pościeli. Jedni czytają, inni nie.

Oczywiście – zdarza mi się czytać w tramwaju, bo czasem świeżo kupiona książka wręcz mnie parzy przez torbę. Ba, dłuższej podróży pociągiem nie wyobrażam sobie bez zaciągniętego do iPada jakiegoś smakowitego ebunia. Jak mówię – normalna czynność kogoś, kto się wychował wśród książek i ma akurat wystarczająco dużo czasu oraz wystarczająco świeży umysł, by się zagłębić w lekturze.

Ale mam wrażenie, że z tego całego publicznego czytelnictwa zrobił się wręcz jakiś kult. Rozsiada się taki młodzian w wieku poborowym lub hoża dziewoja, wyciąga tomisko. Mości się. Jeszcze raz się mości. Z namaszczeniem szuka strony, gdzie skończyła. Otwiera. Zamyka. Przymyka oczy. Czule gładzi okładkę. Wzdycha. Otwiera. Czyta. Ale nie, że czyta w sensie, jak każdy normalny człowiek, z nosem w książce wciągając krechę z literek. Czyta w sensie: się obnosi. Przeczyta parę zdań, zachichocze perliście na pół tramwaju. Spojrzysz – to ci odpowie pełnym politowania spojrzeniem. Potoczy wzrokiem po pasażerach, szukając zrozumienia. Nie znajdzie. Westchnie. Czyta dalej. Okrzyk wyda. Plaśnie dłonią w kartki. Czyta, aż wióry idą.

Kiedyś to aż mnie dreszcze przeszły, bo obnosił się tym razem młody człowiek o aparycji użytkownika serwisu Wykop i co zdanie, to wlepiał spojrzenie w coraz to innego współtowarzysza tramwajowej niedoli. Takie, wiecie, nieruchome spojrzenie anakondy. A czytał, jak łatwo było podejrzeć, książczynę o masowych mordercach. Ja wiem, co takiemu się lęgnie pod czaszką, skoro aż tak przeżywa lekturę w miejscu, było nie było, publicznym?

Nie znoszę tych propagujących czytelnictwo akcji na fejsie typu “nie czytasz? nie idę z tobą do łóżka!” (ja tam chodzę do łóżka z tymi, do których czuję chemię, a nie z ich biblioteką) albo “ustąp miejsca czytającemu” (bo co, tak opada z sił podejmując wysiłek czytelniczy? może niech najpierw poćwiczy w domu…). Nie znoszę, bo – pomijając kwestię stania przez pół godziny, co da się mimo wszystko znieść, jestem młoda i sprawna – idzie za nimi przekaz taki, że jeśli nie czytasz, to jesteś kimś gorszym.

Imałam się różnych zajęć w życiu, od dziesięciu lat ustabilizowawszy się w jednej branży. Był czas, że pracowałam na zmiany. Był miesiąc, że miałam zmiany od 16:00 do północy. Bite cztery tygodnie przestawionego zegarka. Kładłam się przed drugą, odsypiałam, zjadałam obiad i szłam do pracy. Nie miałam w tym czasie sił nawet na obejrzenie filmu, a co dopiero przeczytanie kilku sfabularyzowanych zdań.

I wiecie co? Nie czułam się gorsza.