Oj Trzasq -1

Mamy 30 czerwca 2020 roku, za oknem piękną słoneczną pogodę, bo katastrofa klimatyczna też potrafi być piękna. Jest drugi dzień po weekendzie, po którym część z nas obudziła się z ogromnym kacem i przeczuciem nieuchronnej katastrofy.

Ten weekend nie szczędził nam szoku. Nie ma lekko. Tu jest Polska. Musimy mieć wszystko na najwyższym poziomie trudności.

Jedną z takich rzeczy była deklaracja Rafała Trzaskowskiego chwilę po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenta Polski, wykonał on dog whistle / mrugnięcie okiem do konfederatów, że wiecie, ziomy, kurde, mamy właściwie dosyć podobny liberalny program; jebać biedę i jebać biednych. Może się jakoś dogadamy? Moi bardziej liberalni znajomi; ci, którzy właśnie doszli do lewicy od wartości wolnościowych, przeżyli pewien szok, którego oczywiście gorąco współczuję. Od strony politologicznej będę tutaj prezentowała pewną blazę, bo nie jestem zaskoczona. Już wyjaśniam dlaczego.

Otóż w momencie kiedy dochodzimy do myśli na temat praw człowieka od takiej właśnie indywidualnej perspektywy; od tego, że to MNIE się należy, to JA mam prawa, to możemy się zawieść na konfederackie, korwinistyczne, prowadzące do darwinizmu społecznego manowce.

Jest to także perspektywa, z której ja doszłam do lewicy. Na drugim biegunie, dla mnie przynajmniej, jest podejście utylitarne czyli po prostu im mniej ludzi cierpi, tym lepiej. Dobro wspólnoty jest wtedy przedkładane nad dobro jednostki. W momencie, kiedy to sprowadzamy do praw pacjenckich, praw reprodukcyjnych, prawa do autoekspresji, które moim zdaniem jak najbardziej nie kłócą się z lewicowymi wartościami, to następuje tu dosyć masywny konflikt. Ja nie umiem go rozstrzygnąć. Po prostu lawiruję gdzieś pomiędzy tymi wartościami tak, aby rzeczywiście starać się nikomu krzywdy nie robić, przynajmniej deklaratywnie.

Natomiast.

Jest właśnie od takiej politologiczno-analitycznej strony dość oczywistą prawdą, że to właśnie ta liberalna strona ma bliżej do, wydawałoby się stojącej na zupełnie przeciwnym, bardzo autorytarnym biegunie, Konfederacji czy ugrupowań flirtujących z faszyzmem, nazizmem czy chociażby nacjonalizmem. Już tłumaczę dlaczego.

My na lewicy, jakkolwiek oczywiście popieramy wolność słowa czy wolność ekspresji – stawiamy temu granice. I to jest dosyć otwarcie mówione. Chwalimy tolerancję i akceptację, ale są pewne granice. Granice takie, które kończą się, jak ja to mówię, na metr od mojego ryja. Nie mam tolerancji dla petard wybuchających mi pod nogami. Tak samo też jak nie mamy tolerancji dla mowy nienawiści czy chwalenia ustrojów, w których są prześladowane konkretne osoby, zaliczane do prześladowanych grup wyłącznie z powodu cech, na które nie bardzo mają wpływ lub cech, które nie robią nikomu krzywdy. Pojawia się więc postulat, że ograniczenie wolności słowa czy autoekspresji nie jest koncepcją, która w nas jakoś bardzo burzy krew proletariacką.

Natomiast u liberałów jest to słynne powiedzenie, cytat, pseudocytat, mem krążący po internecie, whatever: „wprawdzie nie podzielam twoich poglądów, ale dałbym się zabić, żebyś mógł je głosić”.

Nie.

Są poglądy, o których uważam, że nie powinno ich się głosić. Jeżeli je sobie myślisz, to już twoja sprawa, ale nie obnoś się z nimi.

W ramach szeroko pojmowanej estymy dla wolności słowa liberałowie są w stanie dać platformę dla poglądów bardzo już paskudnych. Czyli po prostu wpuszczą tego Bosaka do Tańca z Gwiazdami. I oczywiście, że Bosak nie chodzi w czarnym mundurze – może szkoda, bo byłby lepiej ubrany? – tylko tylko w jakimś garniturku, jest miłym chłopcem, który ostatnio nawet się ożenił i jak mówią niektórzy po raz pierwszy… Się ożenił. I tak to właśnie wygląda w Polsce lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku: faszole nie maszerują po ulicach, to znaczy maszerują: 11 listopada i wtedy, kiedy próbują blokować marsze równości.
Ale oprócz tego nie maszerują.
Tylko tańczą w Tańcu z Gwiazdami.

Mam taką tezę, że to zbliżenie liberałów do, umówmy się, że Konfederacji, ma dużo sensu dlatego, że obydwie te grupy tak naprawdę nie są do końca przekonane co do idei powszechnej równości. To, co na lewicy jest tak oczywiste, że niektórzy z nas potrafią się spierać, czy to jest ideologia – to jest ideologia, to jest pewien pewien kulturowy koncept, co do którego się po prostu na lewicy zgodziliśmy w okresie oświecenia i nieco później – o tyle u liberałów…

Jak spytać, to: „oczywiście ależ oczywiście, jesteśmy za równością”! Ale nie wiedzieć czemu pewne równości dla nich ważą więcej niż inne. Prawo do ślubu, prawo do mieszkania razem, prawo do autoekspresji jest u nich dużo wyżej niż prawo do mieszkania, prawo do powszechnej opieki medycznej czy prawo do darmowej edukacji.

No i kto ma to ważyć?

Jest tu oczywiście jeszcze jedna rzecz do rozstrzygnięcia: my generalnie tej rewolucji oświecenia w zakresie np. uznania równości praw dla wszystkich, ale także przeniesienia potrzeby przemocy czy agresji na instytucje i na organy reprezentujące państwo chyba do końca jeszcze nie przepracowaliśmy. Mieliśmy i mamy pewne potrzeby, być może wynikające z kultury, a nie z natury, niemniej funkcjonujące wśród nas. Oddelegowaliśmy realizację tych potrzeb na instytucje i odmawiamy samym sobie odczuwania pewnych rzeczy. Odmawiamy odczuwania takich rzeczy jak radość z tego, że ktoś wpierdolił Spencerowi czy innemu naziolowi. Myślę, że musimy w pewnym momencie odpalić rozmowę gdzie kończy się lewicowa tolerancja, a gdzie kończy się brak akceptacji dla przemocy bo czasy robią się coraz trudniejsze i chyba warto będzie sobie tę rozmowę przeprowadzić.

Mówię o tym także dlatego że na lewicy mimo wszystko mamy skłonność do pewnych okrutnych zachowań; nie jesteśmy wolni od grupowych schematów. Mówię tutaj o sytuacji w której następuje call-out i nie podważam samego zjawiska – chociaż jeżeli ktoś zna moją działalność dłużej, to mógłby podejrzewać mnie o takie chęci – nie o tym chcę w tym momencie mówić. Chcę mówić chcę mówić o tym, że niezależnie od słuszności call-outu, bo są jak najbardziej słuszne słuszne, odpala się w nas po prostu KRAKEN. I trwa. Potrafimy być bardzo okrutni i bardzo przemocowi wobec osób, które być może właśnie raczej powinny pozyskać wpierdol instytucjonalny, a nie wpierdol od grupy na fejsie.

[transkrypcja z podcastu z dn.30.06.2020]

podcast do słuchania na platformach:

Anchor
https://anchor.fm/petnsex

Breaker
https://www.breaker.audio/papierosy-i-ruchansko

Google Podcasts
https://www.google.com/podcasts?feed=aHR0cHM6Ly9hbmNob3IuZm0vcy8yNTcyNjc4OC9wb2RjYXN0L3Jzcw%3D%3D

Overcast
https://overcast.fm/itunes1517656242/papierosy-i-rucha-sko

Pocket Casts
https://pca.st/aepxwt2l

RadioPublic
https://radiopublic.com/papierosy-i-ruchasko-GZwdo3

Spotify
https://open.spotify.com/show/3oJW7NAVWdbuTSQFgHYpwO

apple: 

https://podcasts.apple.com/pl/podcast/papierosy-i-ruchańsko/id1517656242?l=pl

Street art rights

Każda osoba interesująca się streetartem wie, że ten rodzaj ekspresji niesie w sobie dwie immanentne cechy: wierne odbicie zeitgeistu i ulotność.

Nic tak nie oddaje ducha czasów jak ogłoszenia w prasie lokalnej i maziaje na murach. Dotykają napięć, których możemy się tylko domyślać, nie będąc wtopionymi w społeczność, z której wyrastają. Dwadzieścia lat temu zobaczyłabyś napisy szkalujące psychologów behawioralnych, dziesięć lat temu — rozważania, czy Macierewicz jest agentem. Dziś widzisz hasła, że przemoc to żyć za 1500 zł i antyPiSowskie wrzutki. Lata temu widziałaś partyzancką sztukę tworzoną na opuszczonych rampach kolejowych, dziś monumentalne dzieła w dzielnicach poddawanych rewitalizacji. To wszystko opowiada nam, co się dzieje w mieście, kto decyduje, gdzie jest miejsce na artystyczną ekspresję i co o tym myśli reszta.

W naturę murali wpisana jest ulotność. Miasta żyją, kruszą się ich mury, wzrastają nowe ściany; a wraz z nimi znikają buńczuczne napisy i dopieszczane kontury. I tak ma być. Skuwanie tynków z szablonami Banksy’ego to barbarzyństwo i głębokie niezrozumienie natury streetartu. On musi powstawać wciąż na nowo, by nadać charakter miejscu, z którego wyrasta.

Podobnie chwiejne, ulotne i podatne na ducha czasów są prawa człowieka.  W 1997 roku w Tasmanii kontakty homoseksualne nadal były karalne. Dwadzieścia lat później mieszkańcy i mieszkanki Australii zdecydowali w referendum o równości małżeńskiej. Nie są one jednak dane raz na zawsze. Wywalczone przed laty 8 godzin pracy staje się fikcją, gdy musisz trzaskać nadgodziny, by wyciągnąć pensję wystarczającą na wynajem mieszkania, zakupy w osiedlowej małpce i miejską kartę. Prawo do aborcji, ograniczone przed 25 laty, od kilku lat jest w stałym zagrożeniu całkowitego zakazu, mimo tysięcy kobiet na ulicach.

Kobietom protestuje się trudniej. Nasza praca jest podzielona na tę zarobkową — rzadko dobrze płatną, bo nasza luka płacowa sięga tej w Chinach — i pracę nieodpłatną, w domu. Wykonujemy przeważnie 2/3 domowych obowiązków, często z poczuciem, że nikt ich za nas nie wykona. Jednym słowem: jesteśmy przepracowane, zmęczone i wciąż zajęte; mamy mało czasu, by móc zatrzymać się w tym kołowrotku i zastanowić się, co właściwie jest nie tak.

Nie zmieni się to, jeśli części z tych obowiązków nie podzielimy z naszymi partnerami, mężami, dziewczynami. Nie zmieni się, jeśli nie oddelegujemy ich na publiczne instytucje. Nie zmieni się, jeśli państwo nie zapewni nam przestrzeni do własnych działań.

Takiej przestrzeni potrzeba do organizowania się oddolnie, jako Dziewucha, uczestniczka Strajku Kobiet czy członkini kolektywu manifowego. Jeszcze większej — gdy decydujemy się pójść w politykę parlamentarną. Jest to dobry kierunek. Nie zmienimy rzeczywistości politycznej bez współpracy organizacji społecznych z partiami politycznymi. Start w wyborach oznacza jednak setki godzin na ulicach przy zbiórce podpisów i kampanii, a potem kolejne, nienormowane godziny na posiedzeniach. Nie jest to przyjazne środowisko dla tych z nas, które nie mają znajomości, wsparcia w rodzinie lub nie są majętne z domu. Staje się tym trudniejsze, gdy w grę wchodzą dzieci — jak być młodą matką i posłanką?

Boleśnie przekonała się o tym posłanka Pomaska, którą swego czasu sięgnęła fala nienawiści za przyprowadzanie swojego dziecka na obrady. Matki powinny siedzieć w domach i nie obnosić się z rodzicielstwem. Na pewno nie pomaga też kruchość i ulotność tak podstawowego prawa jak prawo do urlopu macierzyńskiego. Duża część z nas pracuje w warunkach uniemożliwiających wzięcie urlopu: nie mamy umów o pracę lub boimy się o powrót do pracy po urlopie. Lub, tak jak posłanki, urlop dostaniemy albo nie, w zależności od widzimisię marszałka.

Wyobrażacie sobie? Coś tak oczywistego jak czas na opiekę nad dzieckiem zależy od kaprysu jednej osoby.

Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Nasz okrzyk „Kobiety do polityki!” będzie obietnicą bez pokrycia, jeśli nie zapewnimy warunków do odciążenia nas z naszych obowiązków i scedowania ich na bliskich i instytucje publiczne. W przeciwnym wypadku nie przekroczymy magicznej bariery 30% kobiet w parlamencie. Nie opowiemy się za prawami kobiet: dostępności in vitro, antykoncepcji awaryjnej, aborcji, opieki okołoporodowej czy odpłatności pracy opiekuńczej (500+ i opiekuńcza emerytura obywatelska, planowana przez PiS nie naprawią systemu zostawiającego poza burtą kobiety samotne i/ lub nieheteronormatywne). Utrwalimy partiarchalny układ, zgodnie z którym ciężar decyzji o naszym życiu spoczywa wyłącznie na mężczyznach, systemowo odsuwanych od zaangażowania w temat rozrodczości i pracy opiekuńczej. Widzicie, jak to się samo napędza? Im więcej władzy w rękach tylko jednej z płci, tym większa jej alienacja od pozostałych. Nie da się tu mówić o reprezentacji czyichkolwiek interesów poza własnymi, usztywniającymi podział ról, bo, jakkolwiek krzywdzący także dla mężczyzn, to oni są jego głównymi beneficjentami.

Nie ma współpracy, jest tylko stroszenie piórek i pełen zachwytu śpiew nad własną mocą. I gniew, gdy trzeba podzielić się choć odrobiną swojego przywileju.

Hannah Gadsby w swoim znakomitym stand-upie „Nanette” mówi o tym, że zagniewany biały mężczyzna jest jak kanarek w kopalni, mający wyczuć wyciek metanu. Wiecie, gdy metan się ulatniał, one nie umierały. Po prostu przestawały stroszyć piórka i śpiewać. Ważne jednak jest to: jeśli im jest ciężko, to dla nas już nie ma nadziei.

Spacey i przemoc

Wykupiłam dziś prenumeratę Polityki.

 

Wykupiłam, bo w ostatnim numerze jest arcyciekawy artykuł pewnego szczecińskiego pisarza i znawcy popkultury, Michała Radomiła Wiśniewskiego.
Nie minęły 2 godziny, gdy pożałowałam decyzji, trafiwszy na komentarz w sprawie Kevina Spaceya.
Zaznaczę od razu, że z autorką komentarza łączą mnie liczne więzy sympatii i grono wspólnych znajomych. Skrytykowałabym ten komentarz niezależnie od tego, czy popełnił go Zwierz, Tomasz Raczek czy papież Benedykt (no dobra, papieża czepiłabym się bardziej). Tak więc, mimo sporych różnic, jakie dzielą mnie od autorki w postrzeganiu i analizie popkultury, w poniższych słowach nie ma cienia resentymentu pod jej adresem, bo też i komentarz nie jest o popkulturze.
A może jednak jest?
A nie powinien być?
O tym za moment.

(piszę za darmo, ale jeśli chcesz mnie docenić, wrzuć monetę)

Czytaj dalej

#metoo bingo

if all the women, femme, feminine-types/ non-cis-males who have been sexually harassed or assaulted wrote „Me too” as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.

Taki tekst krąży od dwóch dni w social mediach. Mój facebook wybuchł: młodziutkie dziewczęta i dojrzałe kobiety, feministki, fandomitki, dziennikarki, nauczycielki, aktywistki, matki dzieciom i babcie wnukom – daleko poza normalną banieczką, omal wszystkie postowały, że #jateż. Że złapał za tyłek w autobusie. Że się onanizował w przedziale. Że posadził na kolana wbrew jej woli, gdy była dzieckiem. Po jednym dniu skrolowania feeda nawet ja – osoba znająca statystyki, w pełni świadoma, jak bardzo to powszechne – popadłam w przygnębienie i wściekłość.

A potem poczytałam komentarze i wściekłość zamieniła się w furię.

A ja nie, he he he.

Nie chcę ci wmawiać czegoś, czego nie czujesz, ale dla porządku sprawdź:

Molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny. Może dochodzić do niego wśród osób każdej orientacji seksualnej. O molestowaniu mówimy wtedy, gdy osoba molestowana wyraża swój sprzeciw wobec takiego zachowania, nie godzi się na nie. Bardzo ważne więc, by w takich sytuacjach wyraźnie komunikować swój sprzeciw. Molestowanie często łączy się z poczuciem władzy wobec drugiej osoby (przełożony wobec pracownika, wychowawca wobec ucznia, rodzic wobec dziecka, starszy nastolatek wobec młodszego).

Molestowanie może mieć różny charakter:

– słowny – dręczenie psychiczne, dwuznaczne propozycje, pseudo-żarty, „końskie zaloty”, naśmiewanie się, opowiadanie anegdot o życiu seksualnym.

– fizyczny – dotykanie różnych części ciała, niechciane pocałunki, przytulenia, wykonywanie ruchów seksualnych, gwałt.

– może być związane ze zmuszaniem do oglądania pornografii albo łączyć się z szantażem „dam ci coś, jeżeli ty…”.

Molestowanie może być działaniem jednorazowym, jak także długo ciągnącym się dręczącym procesem.

Ofiarami molestowania seksualnego padają najczęściej kobiety: w domu, szkole, pracy, na ulicy. Ważne, by nie bagatelizować sytuacji, które sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Nie należy tłumaczyć sobie nachalności jako żart lub flirt i usprawiedliwiać osoby, która molestuje. Ofiara często czuje, że w jakiś sposób sprowokowała agresora, a to nie ma żadnego znaczenia: nie liczy się to, jak ktoś wygląda, w co jest ubrany. Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. Niestety, w Polsce nadal często zrzuca się winę na kobiety i zamiast chronić ofiarę – dodatkowo się ją potępia! Molestowanie zawsze należy zgłaszać (rodzicom, nauczycielom, policji) i koniecznie nie dać się zastraszyć agresorowi.

(za: http://ponton.org.pl/pl/faq/przemocgwalt/co-jest-molestowanie-seksualne)

Jeśli faktycznie nigdy, ale to nigdy nie byłaś obiektem sprośnych, niechcianych żartów, nigdy nikt cię nie klepnął w tyłek wbrew twojej woli i nikt nigdy cię nie zaczepił na ulicy namawiając na seks – to poważnie i bez sarkazmu bardzo się cieszę. Jesteś jedną z bardzo niewielu osób.

Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że żadna w tym twoja zasługa, po prostu masz niewiarygodne szczęście (tak jak nie jest żadną winą molestowanych dziewczyn, że tego doświadczyły).

A tak poza tym, to co cię w tym bawi?

Po co o tym piszesz? Dla atencji?

Po pierwsze: bo mogę. Przełamałam się i chcę opowiedzieć, co mnie spotkało.

Po drugie: żeby pokazać, zgodnie z celem akcji, jak bardzo powszechne jest to doświadczenie, żeby przez chwilę inne osoby, które doznały tego, co ja, poczuły, że nie są z tym same.

Po trzecie: także po to, by te osoby, które mają na koncie zachowania przemocowe, poczuły przez moment lęk, że to o nich.

Trzeba było komuś coś powiedzieć.

Nie jesteś od tego, by mi doradzać po czasie. Milczymy z różnych powodów. Czasem sprawca ma nade mną władzę: jest moim szefem, profesorem, starszym kolegą z redakcji, mężem, który mnie utrzymuje. Czasem dlatego, że się wstydzimy tego, co się stało. Czasem boimy się, że nikt nam nie uwierzy (i strasznie często faktycznie nikt nie wierzy). Czasem po prostu jesteśmy jeszcze małymi dziewczynkami, a kto by tam dzieci słuchał. Nie rozliczaj nas z tego milczenia. Mamy do niego powody. To nie my tu jesteśmy komuś coś winne.

Ja tam nie miałbym nic przeciwko molestowaniu.

Podejrzewam, że wyobrażasz sobie, że o seks cię prosi, no nie wiem, Alicia Vikander, Monica Bellucci czy chociażby ja. Ale z naszej perspektywy to wygląda tak, że ogromna większość to są odstręczający nas ludzie, czasem pijani i śmierdzący, czasem po prostu dla nas nieatrakcyjni. Aha, i w przeważającej większości — dużo więksi i silniejsi od nas. Tak, że małe ćwiczenie z wyobraźni: zamiast Alicii, Moniki czy mnie za rozporek łapie cię kobieta wyższa od ciebie o głowę, ze dwa razy szersza w barach i do tego z metryki raczej twoja mamusia niż córka. Nadal nie masz nic przeciwko?

Coś sobie wyobraziłaś, bo szukasz uwagi.

Ej, a wiesz, że wmawianie mi, że coś sobie wyobrażam i nie powinnam ufać swoim osądom to też zachowanie przemocowe i ma nawet swoją nazwę — gaslighting? Prawdopodobnie wierzysz mi w innych sprawach: kiedy mówię, że jadę na Marsz Równości, kiedy opowiadam o tym, że mnie kot obudził o czwartej czy kiedy wspominam fajną rozmowę w sklepie. To czemu nagle w sytuacji molestowania ma odejść mi rozum?

Wiem, co czuję, gdy ktoś, kogo pragnę mnie dotyka. I wiem, co czuję, gdy dotyka mnie ktoś, kto jest dla mnie obrzydliwy. Nie trzeba do tego geniuszu.

Ale to niemożliwe. Nie wszyscy mężczyźni molestują.

Nie wszyscy! Kto mówi, że wszyscy!

Ale prawda jest taka, że jesteście — w patriarchalnym społeczeństwie, popkulturze i tradycji — wychowywani na seksistowskich buców. Część z was ogarnia dupę i traktuje nas partnersko. Część nie i sięga po nasze ciała jak po kawałek mięsa z talerza. Część z was jest w połowie tej drogi i już umie ładnie mówić o feminizmie, ale jeszcze — na przykład po alkoholu — traktuje nas tak samo albo i gorzej niż kolesie, co nigdy o feminizmie nie słyszeli, chyba że z prześmiewczych memów na kompoście.

Codziennie macie wtłaczane do głów, że kobiety są dla waszej przyjemności.

Codziennie jakiś mężczyzna molestuje kobietę.

Tą akcją nie przysłużysz się sprawie. Trzeba inaczej…

No ale czy ja cię pytałam o zdanie na temat strategii? Czemu zakładasz, że się na niej nie znam?

Ta konkretna akcja miała na celu dokładnie to: pokazać, jak wiele osób mających doświadczenie bycia kobietą doświadcza przemocy; jak bardzo jest to przezroczyste, codzienne i nieuchronne. I to się udało. Nawet jeśli to będzie tylko jeden mój znajomy, to i tak warto.

Mężczyźni też doświadczają przemocy seksualnej.

Tak. Oczywiście. I macie z tym przechlapane, bo patriarchat faceta doświadczającego przemocy traktuje jak kobietę. Czyli chujowo i niezabawnie, z całą wtórną wiktymizacją, obwinianiem ofiary i dodatkowo odarciem z męskości. Nic nie stoi na przeszkodzie, byście zrobili podobną akcję w social mediach.

Ale ta konkretna akcja nie jest o was, tylko o nas. Przemoc, jakiej doświadczamy, jest systemowa, wpleciona w strukturę rzeczywistości, w której się obracamy, codzienna i powszechna. Nie boicie się o to, że ktoś was zgwałci, gdy idziecie na imprezę. Nie boicie się o to, że ktoś was spyta, czy zrobicie mu loda, gdy przejdziecie ciemną uliczką. I gdy wracacie sami nocnym – nie przysiądzie się do was większy o połowę koleś pytając, czy dotrzymać towarzystwa.

No to mam cię komplementować czy nie?

No ale co: nie wiesz, czy cię lubię? Jeśli nie wiesz, lepiej nie.

Jeśli wiesz, że lubię, upewnij się jeszcze, w jakiej sytuacji jesteśmy. No bo jeśli siedzimy sobie na kawie pod Kinoteką, to przecież spoko! Ale jeśli razem pracujemy albo się o coś spieramy, to nie jest to przestrzeń do sprowadzania mnie do mojego wyglądu. Wolę, byś się odnosił do moich argumentów i kompetencji.

No ale to wytłumacz mi, jak się ma niechciany komplement do gwałtu.

Uch, znów muszę tłumaczyć, a przecież masz internet i dwie ręce!

No to tak: z przemocą seksualną wobec osób mających doświadczenie bycia kobietą nierozerwalnie wiąże się zjawisko ich uprzedmiotawiania. Czyli traktowania nie jak osobę, która myśli i czuje, tylko jak przedmiot, który można pomacać, pomiąć, wyrzucić. Widzimy to na co dzień – od hostess na szpilkach przez reklamowane przez gołą babę opony zimowe po artykuły w serwisach plotkarskich o tym, że Lewandowska znów schudła. We wszystkich tych przykładach kobieta ma być wyłącznie elementem dekoracyjnym i umilającym życie. Niezmiernie łatwo przywyknąć do myśli, że nie jest nikim więcej.

Dlatego, gdy w pracy nagle mówisz do koleżanki „no no, ale dekolt”, jest spore ryzyko, że poczuje się ona właśnie tym: dekoracją dla twojej przyjemności.

Przemoc narasta. Część z was, przyzwyczajona do myśli o tym, że kobiety są tu dla was, by było wam miło, nie poprzestaje na komplementach. Wychodząc z założenia, że skoro się uśmiechnęła, to widać to lubi, pójdziecie o krok dalej. Złapiecie za tyłek na firmowej imprezie. Otrzecie się o nią w pracowni. Znienacka pocałujecie w szyję, gdy przyjdzie do was na konsultacje. A potem o jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.

W punkcie 3 wyjaśniałam, czemu milczymy. Głównie — ze strachu o siebie.

Nie bierz tego milczenia za zgodę. Jeśli nie masz pewności – zawsze pytaj. Nie, to nie zepsuje nastroju. Nastrój zepsuje raczej to, że nie spytasz, a dotkniesz.

Tygrys i tęcza

Poznańskie niebo ustroiło się w wagnerowskie, patetyczne chmury, grożące deszczem, a kto wie, może i Apokalipsą, podczas gdy niż nadesłany przez naszych południowych sąsiadów przemieszczał się ulicą Roosevelta. Opodal, w parku Marcinkowskiego, od rana niósł się gwar, muzyka taneczna i przerażone okrzyki gubionych w tłumie dzieci. Wzdłuż alejek spacerowych rozpychały się łokciami stragany z watą cukrową, ciasteczkami, przy robieniu których nie została skrzywdzona żadna pszczoła oraz propagandą cywilizacji śmierci z siedzibą w Brukseli. Tęczowe klauny puszczały tęczowe bańki, zaaferowane feministki ciułały podpisy pod eksterminacją niewiniątek, a na spłachetku zieleni nieduży osobnik w obcisłych porteczkach sprawnie nauczał podstawowych kroków do jakiegoś namiętnego, południowoamerykańskiego tańca.

—  O tempora, o mores — wzdychał Ignacy Borejko, stwierdzając na domiar złego pierwsze krople deszczu zdradziecko spływające mu za kołnierz. Wyminął zwinnie tulące się do siebie wytatuowane indywidua i spochmurniał wzorem nieba nad Poznaniem.
— Oj tato – zaśmiała się nerwowo Gabrysia. — Humani nihil a me alienum puto! Już starożytni…!
— Starożytni mieli niewolników — wtrącił zgryźliwie Tygrysek i nastrój siadł całkiem.
Ród Borejków kroczył ponuro przez park.
— Martwię się o Tygryska — szepnęła po chwili Pyza, pchając wózek żwirową alejką. Wózek zawierał najmłodsze z rodu bliźnięta, Kastora i Polluksa, zapas pieluch, małe zakupy poczynione w jeżyckiej Małpce, zapas napojów i nieprzemakalne kubraczki. Fryderyk wiódł za żoną rozkochanym wzrokiem: tworzyła z wózkiem piękny obraz matrony czuwającej nad domowym ogniskiem. Wolne ręce wcisnął w kieszenie wojskowej kurtki, kąsane chłodem nadsyłanym przez wspomniany niż.
— Nie rozumiem? — nie zrozumiała Pulpa, zerkając łakomie na watę cukrową.
— Postanowiła porzucić Adama — wyjawiła Pyza. – Skończyła trzydziestkę i stwierdziła, że życie jest, proszę ja ciebie, za krótkie na małżeństwa i dzieci!
— Zgroza – przytaknęła Pulpa. — Ale trzydzieste urodziny sprzyjają takim podsumowaniom. Sama je miałam swego czasu.
— Ja nie! — zastrzegła się Pyza i poprawiła torbę z zakupami, przewieszoną przez rączkę wózka.
— A miałaś na to czas…? — spytała celnie Pulpa i odebrała od zziębniętego sprzedawcy cukrową watę w kolorze niebieskim.
— Wracajmy do domu — żądał rozżalonym głosem Ignacy. Jego posiwiałe loczki zmieniły się w mokre kosmyki, a z orlego nosa kapały krople deszczu.
— Wracamy, tato — odrzekła krzepiąco Gabrysia. — Pamiętasz, postanowiliśmy sobie skrócić drogę przez park.
— Nie mogę na to patrzeć — jęknął Ignacy i na potwierdzenie swoich słów przymknął dramatycznie oczy.
— Ignacy — wtrąciła szorstko Mila. — Proszę natychmiast otworzyć oczy i dać mi rękę. Oprzemy się temu terrorowi.
— Chodź, dziadziu — wsparła ją Pyza.
Pulpa zerknęła na nich kpiąco, pławiąc się w deszczu jak lśniący, różowiuchny wieloryb. Nie podzielała przerażenia rodziny imprezą pod patronatem sympatycznego prezydenta, a smak gumy balonowej, jakim była nasączona wata wprawiał w coraz lepszy humor. Dlatego też pytanie, które zadała, było przepełnione wyłącznie życzliwą troską.
— A gdzie jest Laura?

— Biali czy czarni, hetero czy geje, biedni czy bogaci; wszyscy czekamy na apokalipsę – deklamował ze sceny chłopaczek z tęczowymi flagami na policzkach. — I ona nadejdzie, jeśli się nie zjednoczymy!
— Posłuchajmy — przystanęła Pulpa. — I tak musimy zaczekać na Laurę.
— Tygrysek jest dorosłą kobietą — wtrąciła z powątpiewaniem Mila. — Umiała w wieku 14 lat pojechać sama do Torunia, więc w wieku lat trzydziestu i trzech będzie umiała trafić do domu.
— I właśnie dlatego zwiesz ją Tygryskiem, a nie Laurą? — zakpiła Pulpa. — Będzie jej miło, gdy zobaczy, że rodzina jej nie opuściła.
Mila spuściła wzrok na swoje sękate dłonie, zamamrotała: — To dziecko zawsze uciekało, zawsze! — ale przystanęła pod sceną.
Deszcz lał konsekwentnie, na białych i czarnych, hetero i gejów, biednych i bogatych. Ze sceny padały deklaracje solidarności i apele o dołączenie się do wkrótce rozpoczynającego się marszu. Pomimo strwożonych spojrzeń Ignacego nigdzie nie było nagich mężczyzn z piórkami w dziwnych miejscach: scenę i okolice zasiedlali ludzie ubrani jak na niepogode w Poznaniu, w nieprzemakalne kurtki, tyle że ich gorsy przyozdobione były bateriami przypinek sławiących równość i tolerancję, a ich głowy — tęczowe czapeczki ręcznej roboty.
Tygryska nie było.
— FREUDE, SCHÖNER GÖTTERFUNKEN, TOCHTER AUS ELISIUM! — ryknęła bez uprzedzenia kolumna na scenie znajomym głosem Bernarda, wywołując popłoch w szeregach Borejków.
— O, bracia! — ciągnął Bernard — I siostry — dodał po namyśle. — Radość jest iskrą Boga, jak powiedział Goethe. Radość jest życiem duszy, jak powiedziałem ja. Freude! Freude!
— Chyba schadenfreude — burknęła Mila, mocno zirytowana bezproduktywnym staniem na deszczu.
— Bracia! – ciągnął Bernard. — I siostry! — dorzucił ciepło. — Obalcie mury! Między człowiekiem a człowiekiem jest mur! Mur obojętności, bracia! Mur smutku! Łączmy się! Cieszmy się! Obalajmy!
— Obali mur i uchodźców nam sprowadzi — mruknął Fryderyk.
Ignacy przeszył go stalowym wzrokiem.
— Sam byłem uchodźcą, drogi chłopcze — podkreślił. — I ty też byłeś, na tej londyńskiej przyjaznej ziemi.
— Bracia i siostry! — wspaniale postawiony głos Bernarda niósł się ze sceny. — Nie pierwszy to mur i nie ostatni, który obalimy. Kto człowieka raz uściskał i swym przyjacielem zwał, kto kobietę lubą zyskał, niech się włączy w wspólny szał! Dziś dodam: kochajmy i kobietę, i mężczyznę, i dwie kobiety, i dwóch mężczyzn, i ich dzieci. Kochajmy tych, którzy nie chcą być ani kobietą ani mężczyzną. Kochajmy tych, którzy urodzili się kobietami, ale są mężczyznami. Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba!
Burza braw zagłuszyła konferansjera, zapowiadającego kolejną osobę na scenie.
As we go marching, marching,
in the beauty of the day
A million darkened kitchens,
a thousand mill lofts gray — rozległ się ze sceny mocny i czysty sopran Tygryska, a publiczność nagle zamarła, jak to się zwykle dzieje z publicznością w obliczu prawdziwej, wielkiej Sztuki. Głos Laury był pełen niewinności i pogody, i dalekiej, niebiańskiej czystości. Słuchający jej Borejkowie poczuli ściskanie w gardle i tęsknotę w sercu, bezradność wobec potęg zła i smutek przemijania – i wreszcie nadzieję na nieznaną przyszłość. Wszyscy, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w smukłą figurkę z ciemnymi włosami do pasa.
— Small art and love and beauty
their trudging spirits knew
Yes, it is bread we fight for,
but we fight for roses, too.

Czy to nagle przestał padać deszcz? — zastanawiał się Ignacy, czując nieprzyjemne mrowienie w kącikach oczu. Podniósł głowę. Obok niego stał Bernard i chronił skupionych wokół siebie przyjaciół wielkim, tęczowym parasolem.

https://www.youtube.com/watch?v=qNQs6gSOkeU

 

 

Jak to jest z tą odwagą cywilną?

Wpis w sam raz na przeddzień rocznicy Powstania Warszawskiego. Pamiętają o nim nawet w Opolu, gdzie spędziłam weekend i wróciłam z podładowanymi bateriami.

W Opolu rozmawiałam o feminizmie. Nie że ze mnie taka specjalistka, teorii nie znam, powtarzam to zresztą ciągle: nie umiem w Akademię, moja główna działalność to pisanie rzeczy i robienie rzeczy. No i spotkanie zrobiłam warsztatowo, nawet profesjonalnie z flipczartem — opowiadałyśmy sobie, co myślałyśmy o feminizmie, co myślimy teraz, co nam w nim przeszkadza i jak go definiujemy.

(skądinąd opolska ekipa i z Razem, i z Tęczowego Opola jest przegenialna, zakochałam się w tych ludziach)

Miałyśmy spory rozrzut wieku (pomiędzy 17 a 40), zaawansowania w studiach czy działalności feministycznej, kilka fajnych różnic w postrzeganiu feminizmu, a do towarzystwa piękne psisko o wdzięcznym imieniu Boruta.

No i co nam wyszło? Mnóstwo rzeczy, ale na bardzo ogólnym poziomie, to: feminizm to wybór (tego, jak żyjemy, co nosimy, co robimy) oraz wolność (do robienia rzeczy i od dyscyplinującej nas kultury).

I solidarność.

Niezależnie od tego, czy decydujemy się na kolorowe włosy w konserwatywnym liceum, wzięcie swojej dziewczyny za rękę na ulicy czy też stanięcia za znajomą, która głośno mówi o swojej krzywdzie. Wszystko to odwaga.

Łańcuch kobiet przed kordonem policji to odwaga.

Kobieta z kwiatem przed plutonem to odwaga.

giphy2

[pisanie tych rzeczy to jeszcze nie odwaga, ale jeśli doceniasz; wrzuć monetę]

Czytaj dalej

Chorobliwie śmieszne

Dopadało mnie przed drzwiami żonatego wykładowcy, na progu gardzącego mną artysty, w obojętnym, a jakże, tłumie klubowym. Nie zawsze na czas zdołano mnie wyprowadzić i czasem obdzielałam zażenowaniem zbyt hojnie.

Chwilę wcześniej wierzyłam w swoją potęgę, chwilę później inkasowałam pełne politowania spojrzenia, czasem życzliwie mocne ręce i usłużnie zmoczony ręcznik.

Tykało we mnie tęsknotą za szpitalem, umiłowaniem godzin w pustej wannie lub nagości przy telefonie.

Kiedyś zawirował sufit – tak, to ta noc trojga na jednym prześcieradle – to już był ten moment, gdy nie ma miejsca na strach ani rozliczenia. Byłam gotowa.

***

Patrząc w jej oczy widziałem wszystko to, o czym sobie kiedyś roiłem, wytęsknione przeze mnie szalone noce pełne świateł, ochrypły histeryczny śmiech, picie szampana na parapecie, na stojąco tyłem do okna. Znała to do imentu.

Wiedziałem, że gdy tylko wyciągnę dłoń, poczuję trupi chłód jej palców, których nigdy nie będę chciał puścić.

***

To dziwne: patrzył na mnie, jakby mu zależało dowiedzieć się, jak to jest płakać co noc albo budzić się popołudniami w zarzyganych betach. Jakby to było naprawdę stylowe mroczne życie, a nie dławiąca rozpacz niesmaku do siebie, zalewanie alkoholem oczu nie widzących stąd żadnego wyjścia.

Kiedy wyciągnął rękę, zrozumiałam: szukał w tym łatwego romantyzmu, taniej słowiańszczyzny, spełnienia mitu artysty.

Cofnęłam dłoń.

Nikt nie powinien wiedzieć, jak to wygląda naprawdę.

Nie zakładam, że jesteście stałymi czytelniczkami mojego bloga, choć widzę po komentarzach, że wracacie (co bardzo mnie cieszy). Niemniej zanim przejdę do meritum, chcę Was odesłać do notki o serialu 13 Powodów, a konkretnie – wyrażonej w niej obawy co do szczegółowego pokazania śmierci głównej bohaterki, Hannah.

Jest dość dużo, niestety głównie anglojęzycznej literatury na ten temat. Po polsku można powiedzieć dwa słowa: efekt Wertera. Samobójstwo jest romantyczne, rozwiązuje problemy, a osoba, która targnęła się na życie zyskuje status idola i bohatera. Po wydaniu „Cierpień młodego Wertera” przez Niemcy przeszła fala samobójstw; podobnie zadziało się w przypadku śmierci Jima Morrisona z the Doors i Kurta Cobaina z Nirvany. Każdorazowo oczywiście zadawano sobie pytanie: dlaczego? Nie odpowiem Wam na pytanie, czemu zachodzi ten mechanizm mimikry poza ogólną uwagą, że jesteśmy istotami o wiele bardziej społecznymi niż na co dzień myślimy i przejmowanie zachowań bliskich – albo idoli – jest rzeczą najnormalniejszą w świecie. No nie wiem jak Wam, ale mnie się do tej pory zdarza nosić glany i skórzany płaszcz.

Dlaczego zaś umarli Jim, Kurt, Chris czy Chester (ci ostatni w przerażająco podobnych okolicznościach?)

Nie jestem psychiatrą, ale z tego, co widzę, to główne przyczyny układają się w dwa wzorce: ciężka depresja lub walka z uzależnieniem. W każdym przypadku mówimy więc o chorobie – potencjalnie, jak widać, śmiertelnej.

Dwa słowa o obu chorobach.

[tradycyjna prośba o wrzut monetki]

Czytaj dalej

Czy feministka powinna oglądać Projekt Lady?

Jest taka zasada, że jeśli tytuł artykułu jest pytaniem, to odpowiedź brzmi „nie”.

Projekt Lady to kolejna kalka TVNu z pomysłów brytyjskiej telewizji: zaganiają 13 „zbuntowanych” dziewcząt do szlacheckiego (fuj) pałacyku i przez trzy miesiące próbują poskromić poprzez naukę dobrych manier, coaching i rozwój osobisty. Co tydzień odpada jedna. Całość ma formę reality show, rozbrykane dziewczęta można podglądać nie tylko na zajęciach z chodzenia na obcasach i trzymania serwetek, ale także podczas nocnych wypraw do dobrze zaopatrzonej piwniczki pałacu lub w trakcie przerwy na fajkę. Opiekę sprawują nad nimi dwie mentorki: jedna od dobrych manier (zły glina) i jedna od coachingu (nieco lepszy glina), a nad tym wszystkim fruwa anioł miłosierdzia, Małgorzata Rozenek-Majdan (najlepszy glina).

Co do pytania zadanego w tytule: od pewnego czasu nie znoszę chodzić z feminizmometrem i oceniać, która z nas powinna mieć legitymację feministki, a która nie. Mogę natomiast opowiedzieć, czemu ten program oglądam ja i jakie mam (zwłaszcza po ostatnim odcinku) do niego zastrzeżenia.

No więc, po pierwsze, same dziewczyny. Przeróżne życiorysy – od osób z przeszłością z poprawczaka i nałogami, poprzez erotyczne tancerki i chłopczyce po dobrze się zapowiadające, ale wierzgające i rogate panny z dobrych domów. Wszystkie są w dość podobnym wieku 20-25 lat, więc młodziutkie, bardzo wrażliwe i bardzo wątpiące w siebie. Tworzą galerię ciekawych charakterów (i jest to pewnie po części zasługa naboru do programu: po pierwszym sezonie widać, że np. na składzie jest zawsze jedna butchka i przynajmniej jedna dziewczyna z wyraźną nadwagą). Nie wszystkie budzą moją sympatię, ale wszystkie – zaciekawienie, a formuła programu sprawia, że ma się złudzenie, jakby się je faktycznie znało.

Po drugie, uwielbiam metamorfozy. Zaznaczę przy tym, że absolutnie nie mam oczekiwań, by wszystkie kobiety świata miały dobrane fryzury i makijaże (dobrane do czego właściwie? Do standardów piękna AD 2017 w Polsce? no błagam), wręcz przeciwnie: stale jestem zdania, że to, jak wyglądamy, powinno być wyłącznie naszą sprawą. Niemniej jest dla mnie coś fascynującego w tym, jak zmiana koloru włosów czy kilka ruchów pędzelka zmienia twarz dziewczyny. To omal magia. Nie zawsze zmiany w „Projekcie Lady” oceniam jako zmiany na dobre i totalnie solidaryzuję się z tymi dziewczynami, które nie chcą ściąć długo zapuszczanych włosów lub butchek broniących swego chłopięcego wizerunku.

Po trzecie, nie tracę nadziei, że dziewczyny w końcu rozpieprzą ten dworek, bo atmosfera pałacyku, mundurków i uwielbienia dla szlacheckości trochę wywraca mi flaki. Kurde, one nawet uczyły się strzelać do rzutek, no na co to komu.

Po czwarte, jak bardzo nie cisnęłabym z coachingu, to mentorka od tej działki niekiedy robi niezłą robotę: – Uważasz, że będąc kobietą jesteś słaba? Powiesz mi prosto w twarz, że jestem słaba? – zagaduje chłopięcą Kaję i jest to bardzo fajny, feministyczny kawałek tego programu. Naturalnie nie widzimy wszystkich zajęć, jakie prowadzi z dziewczynami, widać jednak ich cel: budowanie, krok po kroku, wiary w swoje możliwości i pewności siebie. I ja to szanuję. Widzę jej dobre intencje. Co nie zmienia faktu, że…

Podoba Ci się to, co piszę? Wrzuć monetę!

Czytaj dalej

Dramat o siedmiu książkach rocznie

…bo taki właśnie wyimek obiegł polskie internety z dość ciekawej rozmowy Justyny Sucheckiej z Krzysztofem Biedrzyckim:

Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji, fragmentów obszernych tekstów. W większości to lektury z epok odległych, dla młodzieży trudne. Nie wolno ich na szybko przeczytać, bo wymagają czasu na analizę.

Oczywiście, internauci czytają więcej: po 52 książki rocznie, nie chodzą z nieczytaczami do łóżka i generalnie są oczywiście o wiele bardziej oczytani od tej dzisiejszej młodzieży, która spędza czas na snapczatach i instagramach. Nijak to nie ma pokrycia w badaniach czytelnictwa: wśród młodzieży i studentów to wciąż jest najwięcej czytelników, a liczba osób, które czytają tyle, ile w czasach szkolnych, jest stale niewysoka (w granicach 8-10%). Można (a nawet trzeba) sobie zadawać pytanie, dlaczego czytamy mało, ja osobiście jestem zdania, że ma to jakiś związek z czasem wolnym i stosunkiem pensji do ceny książki/ czytnika e-booków; na pewno też warto zwrócić uwagę na fakt, że czytelnictwo jest dziedziczne.

Poza wszystkim innym, oczekiwanie od młodzieży, że będzie rozsądna i skupiona wyłącznie na swojej świetlanej przyszłości to odznaka odklejenia od rzeczywistości na poziomie znaczka na deszczu. Młode osoby będą zachowywać się nierozsądnie i przedkładać imprezy, przygodne seksy jak również używki nad wzmacniające książki. Jeśli przestaną to robić, uznam, że ze światem jest coś głęboko nie w porządku.

tumblr_nt1e0xeumi1uzlmbho1_500

No więc, rozsądny program powinien mieć to na uwadze. Także – kapitał kulturowy młodej osoby, która idąc do liceum niekoniecznie ma wchłanianie tekstu wyssane z czyimkolwiek mlekiem.

Ogromnie podobało mi się, co na ten temat miała do powiedzenia Justyna Samolińska (która ogólnie jest bardzo mądrą osobą):

Z dużym sensem napisał też na ten temat Staszek Krawczyk:

Dodam ze swojej strony, że jakkolwiek sama lubię czytać, uważam fetysz czytania czegokolwiek, byleby było czytane za niemądry. Odgrzeję tutaj swój felietonik, jaki popełniłam dla nieistniejącego już portalu foch.pl:

Najlepszy jest powrót do domu.

Na przykład – z pracy. Identyfikator już odbity na bramce, ciągi liczb w excelu, nipy na fakturach i zwroty grzecznościowe w listach ze starannie sformatowaną czcionką – pozostawione za bramką, teraz tylko dopaść tramwaju, spocząć i przez pół godziny nie myśleć. Może trochę gapić się przez okno lub na ludzi.

A figę (czy młodsze pokolenie zna gest “figi z makiem”? nie mam nic przeciwko poczciwemu fakulcowi, ale figa miała klasę i nigdzie jej nie widuję). Nie spocznę. Nie spocznę, mimo że tramwaj, którym wracam z pracy jest zaledwie przystanek od pętli lub, jak mówię ja, dumna ze swych łódzkich korzeni –  krańcówki, jest już zapełniony, a miejsca siedzące – zajęte. A cóż to za spoczynek na stojąco?

Gapić się niby można dalej, a nawet słać siedzącym pełne boleści i wyrzutu spojrzenia, ale to już nie to – wiem z doświadczenia, że pasażerów raczej przybędzie niż ubędzie, więc czeka mnie pół godziny stania. Więc stoję. I się nakręcam.

Przyglądam się tym, co siedzą. Jedziemy przez całe korpozagłębie, zwane czule Mordorem, więc siedzący rekrutują się z takich jak ja, młodszych excelowych, jest też trochę rzutkich przedstawicieli handlowych (to ci, co i w tramwaju głoszą dobrą nowinę swoich produktów jakiemuś nieszczęśnikowi po drugiej stronie słuchawki), sporo obłożonych siatami i dziećmi matek, nieco rozchichotanych gimnazjalistek. Wśród nich najgorsza grupa pasażerów siedzących, w przedziale wiekowym zbliżonym do studenckiego – czytelnicy.

Wychowana zostałam w przekonaniu, że czytanie jest czynnością tak naturalną, że niemal fizjologiczną, więc nie traktuję jej jakoś serio i nie czuję się dużo lepsza od tych, co nie czytają. No czytam, mam nawyk czytania nawet etykiet na środkach czystościowych podczas dumania w ubikacji. Jedni suszą włosy suszarką, inni zostawiają do wyschnięcia. Jedni wolą pomidorową z ryżem, a inni z lanymi kluseczkami. Ci wolą psy, tamci koty, a jeszcze inni domek pod miastem i pająki w pościeli. Jedni czytają, inni nie.

Oczywiście – zdarza mi się czytać w tramwaju, bo czasem świeżo kupiona książka wręcz mnie parzy przez torbę. Ba, dłuższej podróży pociągiem nie wyobrażam sobie bez zaciągniętego do iPada jakiegoś smakowitego ebunia. Jak mówię – normalna czynność kogoś, kto się wychował wśród książek i ma akurat wystarczająco dużo czasu oraz wystarczająco świeży umysł, by się zagłębić w lekturze.

Ale mam wrażenie, że z tego całego publicznego czytelnictwa zrobił się wręcz jakiś kult. Rozsiada się taki młodzian w wieku poborowym lub hoża dziewoja, wyciąga tomisko. Mości się. Jeszcze raz się mości. Z namaszczeniem szuka strony, gdzie skończyła. Otwiera. Zamyka. Przymyka oczy. Czule gładzi okładkę. Wzdycha. Otwiera. Czyta. Ale nie, że czyta w sensie, jak każdy normalny człowiek, z nosem w książce wciągając krechę z literek. Czyta w sensie: się obnosi. Przeczyta parę zdań, zachichocze perliście na pół tramwaju. Spojrzysz – to ci odpowie pełnym politowania spojrzeniem. Potoczy wzrokiem po pasażerach, szukając zrozumienia. Nie znajdzie. Westchnie. Czyta dalej. Okrzyk wyda. Plaśnie dłonią w kartki. Czyta, aż wióry idą.

Kiedyś to aż mnie dreszcze przeszły, bo obnosił się tym razem młody człowiek o aparycji użytkownika serwisu Wykop i co zdanie, to wlepiał spojrzenie w coraz to innego współtowarzysza tramwajowej niedoli. Takie, wiecie, nieruchome spojrzenie anakondy. A czytał, jak łatwo było podejrzeć, książczynę o masowych mordercach. Ja wiem, co takiemu się lęgnie pod czaszką, skoro aż tak przeżywa lekturę w miejscu, było nie było, publicznym?

Nie znoszę tych propagujących czytelnictwo akcji na fejsie typu “nie czytasz? nie idę z tobą do łóżka!” (ja tam chodzę do łóżka z tymi, do których czuję chemię, a nie z ich biblioteką) albo “ustąp miejsca czytającemu” (bo co, tak opada z sił podejmując wysiłek czytelniczy? może niech najpierw poćwiczy w domu…). Nie znoszę, bo – pomijając kwestię stania przez pół godziny, co da się mimo wszystko znieść, jestem młoda i sprawna – idzie za nimi przekaz taki, że jeśli nie czytasz, to jesteś kimś gorszym.

Imałam się różnych zajęć w życiu, od dziesięciu lat ustabilizowawszy się w jednej branży. Był czas, że pracowałam na zmiany. Był miesiąc, że miałam zmiany od 16:00 do północy. Bite cztery tygodnie przestawionego zegarka. Kładłam się przed drugą, odsypiałam, zjadałam obiad i szłam do pracy. Nie miałam w tym czasie sił nawet na obejrzenie filmu, a co dopiero przeczytanie kilku sfabularyzowanych zdań.

I wiecie co? Nie czułam się gorsza.

Trzynaście powodów

…dla których warto obejrzeć „Trzynaście Powodów”, serial wypuszczony niedawno na platformie Netflix (i jedno mocne ostrzeżenie). Wybaczcie banalną formę trzynastu punktów, ale będę wam miała do powiedzenia same banalne rzeczy, więc niechże to będzie spójne.

  1. Ma świetnych bohaterów. Prawie żadne z nich nie jest czarno-białe – popełnia błędy i paskudne rzeczy, mając po temu poważne powody i wie, że zrobiło źle.
  2. …prawie, bo jest jeden zdecydowanie negatywny, męski bohater, który z początku nie robi nic, czego nie zrobiliby jego koledzy z drużyny czy bractwa. Niemniej w pewnym momencie puszczają mu hamulce. Po prostu nikt go nie powstrzymuje, by nie posunął się dalej.
  3. Ma też świetnie zarysowane tło małej szkolnej społeczności, walczącej między sobą o popularność – mega ważną rzecz, gdy ma się lat ~naście (ale przecież nie tylko wtedy!).
  4. Poza szkolną społecznością jest też społeczność internetowa, której obraz jawi się dość złowieszczo. Zaryzykuję tezę, że osią powieści, a później serialu było głębokie rozczarowanie internetem w takiej formie, w jakiej mamy go dziś, zwłaszcza w wersji dla młodych ludzi: fake news, farmy lajków, revenge porn i narzędzie do ośmieszania pechowców z otoczenia. Innymi słowy, uwypukla wszelkie stadne zachowania jak w soczewce.
  5. …i podejrzewam, że to dlatego Hannah sięgnęła po kasety – rzecz dla osób z jej pokolenia raczej egzotyczną i intrygującą, jak cała moda z lat 90; dla twórców serialu i autora powieści pewnie zaś artefaktem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest w nich więc łut nostalgii i czegoś bezpiecznego, w odróżnieniu od nowych mediów, jest w nich też atrakcyjność niedawno minionych czasów, które zna się z opowieści starszego rodzeństwa czy rodziców.
    tumblr_onvebqeph61u8kls4o1_500
  6. Głównym motywem serialu, jak już pewnie wiecie, jest samobójstwo nastoletniej Hannah, która tuż przed targnięciem się na życie nagrywa na kasety opowieść o tym, co ją przywiodło do tej decyzji. Mamy więc tutaj historię po śmierci bohaterki i całe spektrum reakcji na to, co się stało – i historię wydarzeń poprzedzających jej rozpaczliwy krok. Możemy obserwować, czy i jak śmierć Hannah zmienia pozostałych bohaterów oraz jak sobie radzą z faktem, że – niektórzy mniej, inni bardziej – przyczynili się do jej decyzji.
  7. I szerzej, film opowiada o zacieśniającej się spirali przemocy wokół młodziutkiej dziewczyny, której jedyną zbrodnią było to, że była nowa w mieście. Zaczyna się od rzeczy drobnych, plotek, wycieków zdjęć, lekkiego ostracyzmu. Kończy na gwałcie.
  8. Spotkałam się z zarzutem, że ta eskalacja jest mało prawdopodobna i robi z bohaterkę Mary Sue. Być może (Hannah jest pokazywana nam głównie oczami Claya, który jest w niej zakochany, więc ma wybaczalną skłonność do idealizowania dziewczyny), chociaż gwałty na randkach czy imprezach nie są rzeczą ani rzadką ani nieprawdopodobną. Poza tym, nakręcenie spirali ma konkretny cel: ukazanie, że to właśnie dzieje się z przemocą, gdy się jej nie przeciwstawiamy. Ona narasta. Zawsze zaczyna się od drobiazgów, które, nieplewione, jak chwasty rozrastają się do poważnych krzywd aż po przestępstwa i zbrodnie.
  9. Można sobie zadać pytanie, dlaczego bohaterowie „Trzynastu powodów” pozwalali przemocy narastać. Przyczyn jest kilka. Pierwszą, i najważniejszą, było to, że nie komunikowali się między sobą i zwyczajnie nie bardzo wiedzieli, że Hannah jej doświadcza (znów: na cóż nam internet, skoro nie potrafimy się porozumieć w tak kluczowej kwestii?). Po drugie, byli w nią uwikłani – nie reagowali albo śmiali się z prześladowcami, a czasem liczyli na to, że uwaga skupiona na Hannah pozwoli ukryć im ich własne tajemnice przed bezlitosnym szkolnym pręgierzem.  jessica
    A czasem, po prostu, zwykła potrzeba bycia lubianymi zwyciężała nad poczuciem sprawiedliwości.
  10. To wszystko są drobne grzeszki, dopuszczenie się których nie robi z nas złych ludzi bez nadziei na poprawę. W przypadku Hannah po prostu się nawarstwiły, bo jej otoczenie nie rozmawiało ze sobą – ani z nią.
  11. Tym samym serial niesie niewesołą wiadomość: każde z nas niewielkim gestem może sprawić, że komuś będzie gorzej na świecie lub życie całkiem mu zbrzydnie. I to jest normalne. Nie da się przejść przez życie nie mając na koncie ani jednej wyrządzonej komuś krzywdy. Jesteśmy tylko ludźmi. Musimy po prostu być nieco bardziej uważni, trochę bardziej troszczyć się o bliskich – i będzie lepiej.
    large
  12. Serial ma też krzepiący przekaz. Jakkolwiek życia Hannah to nie zwraca, prawda wychodzi na jaw, a ci, którzy faktycznie przekroczyli granice codziennej nieuważności i lęku o własny tyłek; ci, którzy działali z rozmysłem i złą wolą – zostali ukarani. Wystarczyło zacząć rozmawiać i wspierać się w dniach po śmierci przyjaciółki.
  13. Przede wszystkim zaś mówi: uważajcie na siebie i nie bądźcie dla siebie chujami.

tumblr_ons6tgmjcf1ta0vvmo3_400

Jest jedno ogromne ale. Z całą troską o to, by opowiedzieć o samobójstwie w sposób możliwie uważny i delikatny, bez przesadnego wiktymizowania bohaterki – niestety serial nieco samobójstwo uromantycznia. Hannah jest, jak wspomniałam, oglądana oczami zakochanego w niej chłopaka, więc jest i śliczna, i mądra, i ponętna, i tak do twarzy jej z tym smutkiem nieskończonym. Tak, że jeśli macie depresję lub ktoś z waszych bliskich ją ma – odpuśćcie sobie. Sprawy naprawiają się dopiero po śmierci Hannah, pozostajemy więc w złudnym przeświadczeniu, że samobójstwo jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zaś pokazanie samej sceny odbierania sobie życia jest karygodne. Brakuje czegokolwiek (poza dodatkowym filmem po serialu, który z całą pewnością nie zostanie obejrzany przez wszystkich), co by uświadomiło, że nie, nie jest.

To banalne, ale wystarczy porozmawiać.