Czemu to sobie robisz

Jedną z rzeczy, których szczerze nie znoszę, to pytanie, jakie słyszą kobiety tkwiące w chorych, niszczących relacjach, np. żony alkoholików. Pytanie to oczywiście brzmi: „dlaczego  po prostu nie odejdziesz”? Nienawidzę tego pytania, bo przenosi część odpowiedzialności za utrzymywanie związku, w którym cierpią wszyscy (no co za durna baba, jak lubi cierpieć, niech cierpi, nie? tylko niech nie wciąga w to innych, na przykład dzieci, myślmy o dzieciach).

No więc sprawy mają się tak, że to nigdy nie jest po prostu. Z kilku przyczyn.

Dość istotną przyczyną jest to, że partnera do intensywnie emocjonalnej relacji wybieramy na poziomie bardzo nieświadomym. Funkcjonuje to w ramach mechanizmu pattern recognition (rozpoznanie wzorca) i owszem, pomimo dość sceptycznego stosunku do rewelacji o nagrywaniu w dziecku pierwszych miesięcy życia jestem zdania, że pewne wzory relacji wynosimy z domu, w którym się wychowywaliśmy; to przeważnie jednak tam uczymy się, jak nakreślać swoje granice czy podejmować decyzje co do okazania gniewu i poczucia krzywdy. -Ba, uczymy się i tego, w jaki sposób wpływamy na zachowanie innych, bowiem pewnych drobnych manipulacyjek dopuszcza się każde z nas.

Zatem (zaznaczę: piszę tutaj o osobach, które mają przeciętne umiejętności społeczne), wychodząc w ten dziwny świat dorosłych uczuć, mamy już w sobie pewnie rozeznanie w związkach międzyludzkich, wiemy, co czynić, by ludzie robili to, co chcemy i jak lawirować między nimi, by funkcjonować bez większych zgrzytów w grupie.  Jeśli z domu wynosimy, że w obliczu bezsilności działa płacz, płaczemy, jeśli karano nas za okazywanie gniewu, będziemy mieć trudności z jego uzewnętrznieniem, jeśli wzrośniemy w przekonaniu, że na życzliwość i miłość musimy zasłużyć, a gdy nie dostajemy ich od najbliższych, robimy coś źle – przeniesiemy to także na relacje z innymi dorosłymi.

Tak więc z jednej strony mamy siebie i swoje wypracowane mechanizmy, o których już wiemy, że działają; z drugiej – tę drugą osobę, której zachowania i reakcje wydają nam się znajome. Jakby z tej samej gliny. Jak wspomniałam, proces rozpoznania tych wzorów dzieje się w warstwie emocjonalnej i nie ma nic wspólnego z zaciekłym „nigdy nie znajdę sobie faceta, jak mój ojciec”. Oh yes you will. Oczywiście – jest to do przeskoczenia, jak większość gówien, które robią nam nieuświadomione emocje, ale wymaga pracy i rozeznania w tym, co się czuje.

Czyli jednym z powodów, dla których tak po prostu nie przerywamy niezdrowego związku jest to, że daje nam w pewien pokręcony sposób poczucie bezpieczeństwa: jest znajomy, wiemy, czego się spodziewać.

Drugim z powodów są kwestie ekonomiczne i socjalne; oczywiście bardzo łatwo się dziwić z wielkich miast i ergonomicznych laptopów, czemu na rozstanie nie zdecyduje się kobieta, która wraz z dziećmi cyklicznie doświadcza przemocy domowej. A gdzie ja się podzieję? – spyta ona i jest to pytanie zarówno dosłowne (nie wszystkie mamy wspierających rodziców, dom samotnej matki w okolicy i środki do życia ze stałego etatu), jak i obnażające problem braku dostatecznej informacji o tym, gdzie szukać pomocy w razie podjęcia decyzji o rozstaniu (chociaż na szczęście tutaj dzieje się coraz lepiej, są kampanie informacyjne, ulotki i plakaty).

Trzecim z powodów jest sama struktura szkodliwego związku, budująca się, zabawna rzecz (only not) tak, by decyzja o odejściu przyszła jak najpóźniej, najlepiej w chwili całkowitego odbijania się od dna. Za notką podrzuconą mi przez obdarzoną bardzo złym serduszkiem ciocię Sendai możemy wyszczególnić kilka sposobów na to, by chory układ trwał i miał się dobrze. Na przykład: partner absorbuje nas na tyle intensywnie, że nie mamy czasu myśleć. Obsypuje nas SMS-ami, w których zapewnia o swoich uczuciach; ugruntowuje nas w przekonaniu, że jesteśmy dlań całym życiem, a bez nas runie i utonie. Utrzymuje nas to także w stanie ciągłego przemęczenia. Ponieważ naprawa układu wymagałaby zmian, te zaś z kolei wysiłku, na który nie mamy ani energii, ani czasu – układ trwa.

Istotną kwestią dla trwałości takiej relacji jest stały niedobór. Cały czas jest coś nie tak, niewystarczająco, trzeba dołożyć wszelkich starań, by się poprawiło. Będąc w takim związku jesteś opętana myślą „będzie lepiej, jeśli tylko…”. Kojarzy się to nieco z myśleniem życzeniowym w uzależnieniach: tam również pojawia się Wielkie Marzenie i całkowity brak działań w kierunku jego realizacji. Ale to zrazu nie ma znaczenia: ważna jest nadzieja, jaka przychodzi z zapewnieniem „to tylko zły czas, który minie, gdy znajdę pracę”.

Nigdy nie mija. Prawdziwe zwycięstwa, o jakie toczy się batalia w takim kryzysowym związku, nigdy nie są osiągane. Poczucie wygranej miewamy tylko przy niedużych kroczkach do sukcesu (takich jak: „wprawdzie nie podejmuję terapii, ale dziś na imprezie rodzinnej wypiłem tylko jeden kieliszek zamiast się upić”), ale na co dzień jesteśmy tak zajęte troską o partnera i zażegnywaniem rychłej katastrofy, że nie mamy czasu zauważyć, jak bardzo daremna jest to walka.

To jest jedna strona medalu: to, dlaczego w ogóle taka relacja ma szansę trwać. Permanentny kryzys, koncentracja na jego zwalczeniu, poczucie absolutnej niezbędności dla partnera i nieregularne drobne zwycięstwa.

Drugą zaś jest to, co partner stopniowo zaczyna nam robić. Zaznaczę tutaj, że płeć/ gender partnera jest obojętna, używam rodzaju męskiego tylko z heteronormatywnego lenistwa. Zatem: pamiętajmy, że mamy do czynienia z osobą, która wymaga stałej troski i uwagi.  Która gra swoją bezradnością. Której świat całkowicie się zawali, gdy odejdziemy. I która, z dużą dozą prawdopodobieństwa, jest równie pokręcona i wątpiąca w siebie, co my, bo w innym przypadku nie rozpoznałybyśmy w niej znajomych wzorców.  Co oznacza, że naprawdę, naprawdę zrobi wszystko, by nas przy sobie utrzymać i podbudować własne ego.

Rzućmy okiem, co o przejawach przemocy psychicznej – bo toksyczny związek to nic innego jak układ, w który się ta przemoc wkradła – mówią specjaliści. Otóż mówią oni wyraźnie, że dodatkową nitką do pajęczyny chorej relacji są naprzemienne akty przemocy z chwilami czułości i oddania. To sprawia, że jeśli ugrzęźniemy w takim związku – jesteśmy zdezorientowane. Jednocześnie, w wyniku opisanej wyżej troski i przekonania o bezradności partnera będziemy robić wszystko, by go zadowolić.

Akty przemocy mają charakter narastający. To też jest powód, dla którego rozmowy o przemocy psychicznej są okraszane pytaniem: dlaczego na to pozwalałaś? Prawdopodobnie najczęstszą odpowiedzią jest: „bo tak nie było zawsze, kiedyś taki nie był”. Oczywiście, że nie był! Kiedyś ograniczał się do pytania „gdzie byłaś i czemu tak długo” lub lekkiego skrzywienia, gdy zobaczył w twoim komputerze zdjęcie kolegi. Teraz robi awantury o to, że spotykasz się z innymi i przegląda twoje mejle. Kiedyś ci leciutko przygryzał, gdy zapomniałaś zalać herbatę, teraz ci mówi, że nie nadajesz się nawet do garów. Kiedyś po prostu miał zły humor, bo się nie wyspał, teraz dowiadujesz się, że to twoja wina, bo nie dopilnowałaś jego pory położenia się spać. Oczywiście: pytanie, gdzie byłaś, leciutka zazdrość czy nieszkodliwa kpina z drobnego potknięcia nie świadczą o niczym. Jeśli jednak płynnie przechodzą w ograniczanie kontaktów z innymi, przeglądanie twojej korespondencji i upokarzanie cię, zwłaszcza w obecności innych – jest źle i trzeba kreślić plan ewakuacji.

To, co chciałabym bardzo mocno podkreślić: nie ma żadnej twojej winy w tym, że doświadczasz przemocy. Nie jest tak, że sama tego chciałaś i że tkwisz w tym, bo lubisz. Nie lubisz, nie chcesz, inaczej na chwilę obecną nie umiesz, ze swoich doświadczeń wiesz, że inne relacje nie działają, więc tkwisz. Wyjdziesz, gdy pojawi się impuls: nagle pojmiesz bezsens układu, ujrzysz się w innej, zdrowszej relacji, wyrwiesz się z klaustrofobicznej diady w inne środowisko w pogoni za lepszą pracą, pojawi się kompetentny specjalista lub po prostu cierpliwy, rozumiejący przyjaciel.

Warto rzucić okiem, co na ten temat ma do powiedzenia obdarzona złym sercem ciocia Sendai.

PS: Aha, no i zapraszam na stronę niebieskiej linii, prawda.

Advertisements

87 uwag do wpisu “Czemu to sobie robisz

  1. Doskonała notka, Pani Redaktorko.

    Dodałbym jeszcze jedną rzecz: wzorce rodzinne. Często (aczkolwiek, to oczywiście żadna reguła), że w podobnych relacjach tkwili rodzice a nierzadko i dziadkowie. To jeszcze jeden przyczynek do tworzenia tego poczucia „normalności”, tego co znajome.

    Patrząc na genogramy osób doświadczających przemocy widać to bardzo wyraźnie. I tak jak piszesz, „swój trafia na swego”

    Lubię

  2. … mogę jeszcze dodać taki jeden motyw? Jak się zdarzy taki moment, kiedy w toksycznym związku stanie się coś tak bardzo brzydkiego, co człowieka złamie, to może nastąpić oświecenie, pierdolnięcie toksycznym partnerem i ucieczka, ze szczególnym wskazaniem na oświecenie w trakcie ucieczki. Chociaż obawiam się, że to może tylko działać dla młodszych i średnich wykształciuchów w dużym mieście. To tylko anegdotyczny dowód na podstawie kilku przypadków, ale obawiam się, że działa i dzieje się.

    Lubię

  3. Jakoś tak połowa z zachowań, które opisałaś, może się zamknąć w terminie ‚wyuczona bezradność’. Sprawca przemocy nie tylko przekonuje partnera, że bez niego zginie – lecz także (albo lub, zależy – obie postawy mogą występować naraz/naprzemian), że to partner jest niczym bez swojego ‚kata’, który przecież dba, opiekuje się tą ‚głupią babą’ lub tym ‚nieudacznikiem’. Nawet ludzie, którzy nie wynieśli z domów rodzinnych wzorca ‚jestem głupia/do niczego się nie nadaję’ nie są odporni na taką manipulację. Przecież, jeśli kogoś kochamy, to wierzymy, że mówi nam prawdę i że dba o nasze dobro, nie?

    Pytanie ‚dlaczego sobie to robisz’ pada zazwyczaj od ludzi, którzy nie mają pojęcia jak to wszystko działa. Z ich ‚zdrowego’ i nietoksycznego punktu widzenia wszystko jest przecież banalnie proste.

    Lubię

  4. @Sophers: „pewne wzory relacji wynosimy z domu, w którym się wychowywaliśmy”; wspomniałam o tym, o czym piszesz. Może niedostatecznie podkreśliłam, ale tak, jest w tym motyw społecznego dziedziczenia. Nie tylko tendencji do wchodzenia w związki przemocowe zresztą.

    @traumaticbunny: tak, masz rację; w linku do niebieskiej linii jest to opisane, ale sama o tym nie wspomniałam. Dzięki za zwrócenie uwagi.

    Lubię

  5. Podrzucę jeszcze nieobecny w notce ale nader często występujący w Bolandzie motyw uwarunkowania kulturowego: rozwód?! To nie po katolicku! Przemoc domowa, alkohol? Kobieta (bo przeważnie osobą poszkodowaną jest kobieta) ma z pokorą nieść swój krzyż, a co bóg związał, człowiek niechaj. Co ludzie powiedzą? I to myślenie jest tak silnie wdrukowane (zwłaszcza na wsi, ale przecież nie tylko), że nie zniknie długo, nawet po całkowitej sekularyzacji.

    Lubię

  6. Niestety kobiety tkwiące w związkach, gdzie jest przemoc mają przechlapane również od strony mechanizmów państwa. Policja i prokuratura nie ścigają takich przestępstw dopóki sprawca nie połamie rąk niemowlęciu lub nie pobije tak, że kobieta trafi do szpitala. A wtedy również działa u „stróżów prawa” myślenie stereotypem „sama chciała”. Procedura karna w praktyce wygląda tak, że kobieta musi udowodnić, że to nie ona jest winna i że nie zmyśla.

    Ponadto często oprócz podziału wspólnego mieszkania przy przerwaniu takiego związku trzeba załatwić rozwód i spowiadać się przed sądem z tego, że małżonek stosuje przemoc. Ponadto jeśli małżonek jest złośliwy i są wspólne dzieci, to i tak w dalszym ciągu spotyka się małżonka z okazji odwiedzania dzieci, a te dzieci są używane jako broń.

    W jednym zdaniem: ofiary przemocy domowej w Polsce mają przechlapane.

    Lubię

  7. To ja może słówko, chociaż mam potężne wątpliwości, czy w ogóle powinnam: czy nie uważasz, że w znacznym stopniu tyczy się to również stosującej przemoc osoby w relacji? W sensie, że pytanie w stylu „a może by po prostu przestał i się wyprowadził? no skoro tego nie robi to pewnie po prostu to lubi” jest równie bezzasadne co do sprawcy. Wiem, że nic o tym nie mówiłaś, więc to nie tak, że się z Tobą w czymkolwiek nie zgadzam, po prostu myślę, że uwikłanie sprawcy, równie mocne co ofiary, jest ważnym kawałkiem obrazka.

    Lubię

  8. Pfy. Sama nie wiem.
    Z jednej strony masz racje, ze nie nalezy obwiniac ofiary, ale z drugiej strony – jesli powiesz „Panie Tomku, niech pan nie pije tyle i nie bije zony” ta nieszczesna zona po twoim wyjsciu dostanie wpierdol, bo sie skarzy.

    Nie bylabym jednak od potepiania w czambul rozmow z taka osoba.
    Czasem konieczne jest zwrocenie ofierze uwagi, ze jest ofiara, ze przemoc nie jest norma, ze powinna ratowac siebie (a jak nie chce siebie, to chociaz dzieci).
    Wiele kobiet i mezczyzn tkwi w zamknietym ukladzie, bo w kieracie, na emocjonalnej hustawce etc. i nie ma sily czy czasu by zauwazyc, ze cos tu jest mocno nie tak.

    Wedlug mnie istnieje roznica pomiedzy powiedzeniem komus „stoisz po pas w gnoju, ktory ktos na ciebie wysrywa. To nie twoja wina, zobacz, tu sa drabinka i drzwi” a „to twoja wina, ze siedzisz w gownie i sie tak dajesz, musisz jakos znalezc wyjscie”

    To, ze kiedys zaczelam rozmawiac i zaczeto mi zwracac uwage na rozne zle rzeczy, spowodowalo ze wyrwalam sie z pierwszego, cholernie toksycznego zwiazku i byc moze jeszcze tylko dlatego zyje, bo wpadlam w potworny dol, z ktorego wygrzebywalam sie latami.

    Ja tez usprawiedliwialam partnera, ze musi patrzyc na inne, bo jestem brzydka, gruba, glupia, plakalam i staralam sie dorownac jego idealowi kobiety korwinistycznej, tlenilam wlosy i sie odchudzalam z kosci na osci.
    Dzieki madrym dziewczynom zrozumialam, ze halo, to nie ja mam problem, ale on i moze by tak nie brnac w to szambo dalej.
    Oczywiscie, na poczatku bronilam sie przed ta prawda zebami i pazurami, ale potem nastapilo olsnienie.

    Lubię

  9. Wydaje mi sie, ze mozna dozucic jeszcze inne kamienie rzucane w plecy ofiar:
    1) ciagle dominujacy w Pl radosny poglad „niechby pil, niechby bil, ale zeby byl” wraz z „dzieci musza miec matke/ojca”.
    Teoria, ze ta sama kobieta/mezczyzna swietnie poradzi sobie z rodzina, praca i domem bez partnera przepijajacego resztke pieniedzy i tlukacego talerze nalezy do skrajnych postulatow zboczonego feminizmu.

    2) piszesz o braku wsparcia w malych miejscowosciach. Ja bym raczej wspomniala, ze domena kobiet jest zamykanie oczu na wiele rzeczy, zeby tylko nie zaburzyc wizji szczesliwej, katolickiej rodziny w oczach sasiadow.
    Wiele kobiet zwlaszcza z zamknietych srodowisk wsi i malych miasteczek nie zainteresuje sie, czemu moje dziecko siedzi smutne i chowa sie w gruby sweter na widok wujka czy ojca, bo boi sie uslyszec odpowiedz.
    Ofiara zamaluje korektorem siniak pod okiem i bedzie sie usmiechac, zeby tylko Kowalska jej nie obgadala, albo Nowak z budowy nie wysmial, ze baba go leje.

    3) Glupota autoryterow. Napisalas slusznie o policji i sadach. Ja dodam ksiezy. Rabalabym siekiera kazdego ksiedza, tlumaczacego parafianinowi, ze musi wytrwac, bo to krzyz od pambuka, ze nalezy pozwolic mezowi na gwalty, bo to przeciez „obowiazek malzenski”.

    4) Jednostki wykorzystujace nowe prawodawstwo i orzeczenia dla zemsty na bylym partnerze. Osoby, ktore falszywie zeznaja, ze padly ofiara przemocy i matacza w sadzie byleby tylko zdobyc mieszkanie/ opieke nad dziecmi/ pieniadze/ zemste powinny byc kamienowane publicznie na rynkach. Dzieki nim rozni prawaccy posrancy maja swietne argumenty, a prawdziwym potrzebujacym odmawia sie pomocy.

    Lubię

  10. Jeszcze inny ważny termin: współuzależnienie, czyli uzależnienie od osoby uzależnionej. Jest już całkiem nieźle opisane jako jednostka chorobowa. Leczy się często dłużej niż samo uzależnienie. Pytanie osoby współuzależnionej „czemu po prostu nie odejdziesz?” ma tyle samo sensu co pytanie alkoholika „czemu po prostu nie przestaniesz pić”. Osoby współuzależnione mają o tyle trudniej, że po wyjściu z chorego zwiążku w wielu przypadkach wchodzą w kolejny chory – o ile nie przejdą terapii.

    Lubię

  11. A co można zrobić żeby nie znaleźć partnera podobnego do swojego ojca / nie zachowywać się jak swój ojciec? (mam na myśli m.in. stosowanie przemocy) Wiele rzeczy jest tak wdrukowanych i odruchowych, że to aż przerażające.

    Lubię

  12. W związkach, gdy jedno z partnerów jest uzależnione, drugie jest współuzależnione, a to mocny mechanizm. I okrutny, bo te biedne kobiety po prostu nie mogą opuścić tych mężów. Nie chce mi się rozpisywać, wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę poświęconą Al-Anon.
    W ogóle przemoc w różnych postaciach to temat rzeka. A ja niestety dziś nie w formie intelektualnej, żeby podyskutować.

    Lubię

  13. Znam to z własnego domu i wiem jak ciężko jest by kobieta (mama) zostawiła tyrana, który ją dzień w dzień poniża, znęca się zarówno psychicznie i fizycznie, problemem właśnie jest to gdzie się podzieję, jak sobie poradzę, za co będę żyć…. Wbrew temu co się mówi, że można otrzymać pomoc i w ogóle wiem jak to jest, bo przez długi szmat czasu starałem się pomóc mamie, nakłonić Ją do tego byśmy odeszli, to się nie stało i nie stanie teraz to wiem. Każdy mówi pomożemy, ale jak trzeba pomóc, choćby powiedzieć idź tu i zrób to, to ci sami ludzie są do niczego.
    Innym problemem to jest to, że przykładowo to nie wiem czy ja bym umiał żyć w takim świecie bez przemocy, tej psychicznej i tej fizycznej… to może absurdalne ale czasem jest ciężko sobie wyobrazić, że wracam do domu i jest „idealnie” spokój, brak awantur, bijatyk itp.
    Czasem myślę, że jedynym rozwiązaniem jest niestety śmierć, uwolnienie się spod tego ciężaru.

    Lubię

  14. Ja i tak uważam że każda próba odejścia od takiej osoby jest nauką samoświadomości emocjonalnej, i próbom siły charakteru!!! a w gruncie rzeczy, to przecież my kierujemy naszym życiem, i to MY podejmujemy takie a nie inne decyzje ,których konsekwencje musimy prędzej czy później ponieść! Nie wiem jak inni, ale w moim życiu ,to Ja decyduje kiedy stać ,iść ,spać ,jeść,….
    …..,a kiedy odejść od kogoś z kim mi jest ŹLE! Pozdrawiam

    Lubię

  15. @heniash
    a w gruncie rzeczy, to przecież my kierujemy naszym życiem
    Och, ta wieczna ułuda poczucia kontroli nad własnym życiem, skąd im się to bierze?

    konsekwencje musimy prędzej czy później ponieść
    Tautologia: cokolwiek dotyczy ciebie, dotyczy ciebie.
    Niezależnie od tego, kto decyduje.

    Nie wiem jak inni
    Skoro nie wiesz, to czemu w ogóle zabierasz głos na ich temat?

    w moim życiu ,to Ja decyduje kiedy stać ,iść ,spać ,jeść,….
    Może do ciebie nie dotarło, ale komentujesz pod nocią, która nie jest poświęcona prostym czynnościom typu smarkanie i robienie kupy (to ostatnie też robisz na zawołanie?).

    Lubię

  16. Bzdura. Bodźce są wszędzie. Pytanie, którego droga autorko nie znosisz jest wynikiem racjonalizacji przez zdrowy, ludzki umysł. Normalny człowiek puknie się w głowe i zada owe pytanie.
    Co ja mówię… Gdyby wszyscy ludzie byli sobie równi, lub chociaż tak samo mądrzy to by nie było komu chleba upiec…
    Zawsze jest jakieś wyjście. Przychodzi mi na myśl tylko jedno – Gdyby suka nie dała, to by pies nie wziął. Życzę Wam kobiety po prostu mądrzejszych wyborów w życiu. Drugi raz się nie umiera.

    Toksyczne związki… Co za brednie.

    Lubię

  17. Nie zawsze tego typu związek ma miejsce wtedy, kiedy poziom toksycznych zachowań zbliża się do końca skali i gołym okiem widać, że to dramat i groza. To samo dzieje się w związkach pozornie w porządku, tylko przeżywających „chwilowe trudności”.

    Te same mechanizmy i uwolnić się podobnie niełatwo.

    Dzięki, Szpro, za mądrą notkę.

    Lubię

  18. Po pierwsze – zaczynam komentować, nim przeczytałam całą notkę. Wystarczył mi pierwszy akapit by się we mnie obudziły wspomnienia… (notkę doczytałam, ale pewnie mój komentarz nadal nie jest na temat, wybaczcie)

    Co powiedziałam mojemu facetowi przed ślubem? Że nie wyobrażam sobie w domu dwóch rzeczy: alkoholu w nadmiarze (bo mam dziadka alkoholika) oraz przemocy (jeśli podniesie na mnie rękę, będzie to pierwszy i ostatni raz).

    Dawno, dawno temu, gdy oglądałam filmy dokumentalne o rodzinach alkoholików – tłukłam się pięścią w głowę i pytałam: czemu do cholery kobieto wciąż do Niego wracasz? Przecież On się nigdy nie zmieni. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego te kobiety ciągle wracają, mając nadzieję, że skoro tak nam obiecuje poprawę to na pewno od teraz będzie sielankowo…

    Szybko uświadomiłam sobie, że bardzo łatwo można się od drugiego człowieka uzależnić i być z nim, nawet jeśli źle Cię traktuje (tu akurat związek na długo przed moim małżeństwem). Związek był pokręcony, facet znęcał się nade mną psychicznie, a ja z Nim byłam bo bałam się, że zostanę sama. Dopiero gdy poczułam, że mam wsparcie pewnych osób, zdecydowałam się odejść i to mnie wzmocniło! Wyobrażacie sobie, jak bardzo było mi wstyd, że zachowywałam się bardzo podobnie do tych kobiet, które widywałam w filmach?

    Przed ślubem, widziałam sygnały, które zwiastowały nadchodzące problemy. Pewnie dlatego tak głośno i wyraźnie mówiłam NIE dla alkoholu i przemocy. Tylko kurwa, czy ja nie mogłam się wcześniej ogarnąć i dać sobie spokój? Naprawdę mi wizja białej sukni, tego ryżu i obrączek tak zaburzyła postrzeganie realnego świata, że się w to wszystko wpakowałam? Nigdy tego nie pojmę, serio.

    Moja babcia nigdy nie odeszła od męża alkoholika, choć dzieci i rodzina ją do tego namawiali. Tłumaczyła mi potem, że to takie czasy, że wszyscy by ją przeklinali i wytykali palcami. Pewnie, lepiej było się męczyć 50 lat z alkoholikiem, znosić awantury i bać się własnego cienia, niż siedzieć sobie spokojnie w czterech ścianach z bliskimi, kochającymi ludźmi. Mało tego, gdy dziadek zmarł (osobiście bardzo to przeżyłam) babcia powiedziała, że pamięta wyłącznie dobre chwile, a cała reszta jakby nie istniała. Ktoś mi kiedyś powiedział, że powinnam brać z Niej przykład, zaciskać zęby i ciągnąć moje małżeństwo. Jak dobrze, że miałam własne zdanie na ten temat.

    U mnie zaczęło dziać się źle tuż po ślubie. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że piwo to jedyna prawdziwa miłość mojego męża. A z każdym kolejnym miesiącem było coraz gorzej. Kilka razy groziłam, że odejdę, ale na groźbach się kończyło. Głównie dlatego, że jak się upił to po prostu zasypiał… wtedy rzadko robił awantury. To przyszło z czasem. Pojawiła się chorobliwa zazdrość, której nie potrafiłam zrozumieć. Ja natomiast zaczęłam ograniczać kontakty z innymi ludźmi bo wstydziłam się, że mąż upija się na dzień dobry na każdej imprezie.

    Podniósł na mnie rękę RAZ – i o ten jeden raz za dużo. Chciał mnie udusić i nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie interwencja kolegi. Kiedy dotarło do mnie, że od tej pory nic już nie będzie takie samo, spakowałam się i wyprowadziłam do rodziców. Próbował nakłonić mnie do powrotu, ale wiedziałam, że nie dostanie już kolejnej szansy. Wiedziałam również, że gdybym od razu się nie wyniosła, do dzisiaj pewnie tkwiłabym w tej chorej relacji. Płakałam po nocach, ciągle powtarzałam, że szkoda mi tych 5 lat wspólnego życia, ale ktoś słusznie mi zwrócił uwagę i zapytał: czy naprawdę było to 5 lat, usłanych różami? Niestety nie i miałam pewność, że podjęłam najbardziej słuszną z możliwych decyzję.

    Dziś jestem po rozwodzie i nie żałuję, że się na to zdecydowałam. Nigdy jednak nikogo już nie będę potępiała, ani nie będę oceniała i wkurzała się, zadając sobie pytanie: dlaczego oni/one to sobie robią? Wiem, że nie możemy przewidzieć własnych reakcji i zachowań. Nie możemy mówić, że ja bym się zachowała inaczej… bo tak naprawdę, o tym jak się zachowamy i co zrobimy, przekonamy się dopiero, gdy się w danej sytuacji znajdziemy. A wtedy życie potrafi nas bardzo zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.

    Lubię

  19. @Jestescieniewolnikamisystemu

    Przychodzi mi na myśl tylko jedno – Gdyby suka nie dała, to by pies nie wziął.

    Życzę Ci, mężczyzno, trochę więcej myśli w głowie prócz tej jednej, wyjątkowo głupiej.

    Lubię

  20. „Nienawidzę tego pytania, bo przenosi część odpowiedzialności za utrzymywanie związku, w którym cierpią wszyscy (no co za durna baba, jak lubi cierpieć, niech cierpi, nie?”

    Znowu uważam, że trochę nad interpretujesz faktyczny stan rzeczy. Chyba, że to celowy zabieg z twojej strony, jeżeli nie to po prostu Cię nie poprę. (mówię o pierwszym akapicie)

    Co do samego przywiązania kobiet do złych facetów. Udowodniono, że niektóre Panie mają problem z odejściem, ponieważ w mózgu człowieka poddawanego przez dłuższy czas przemocy fizycznej i psychicznej wydzielają się takie same związki chemiczne jak przy sytuacjach miłych.

    Lubię

  21. Myślę, że przeczytanie i zrozumienie „W co grają ludzie” Berne’a mogłoby otworzyć kilka par oczu i zmniejszyć liczbę żenujących komentarzy na ten i pokrewne tematy. Szkoda, że nie jest to lektura obowiązkowa.

    Lubię

  22. A wyrwijmy to pytanie z tak jednoznacznego i budzącego silne emocje kontekstu i zadajmy go np. pracownikowi w kiepskiej pracy z mobbingiem w tle, albo zakochan(emu|ej) bez wzajemności uporczywie (latami?) twkiącemu w beznadziejnej sytuacji etc. etc.

    Zbyt wiele razy od różnej maści i szkół „nauczycieli życia” dostawałem lekcję o „każdy kowalem losu” or compatible, żeby zaakceptować tak na wiarę, że akurat w takiej skrajnej sytuacji osoba nie jest w stanie zerwać chorego układu i poprawić swojej egzystencji i trzeba to uszanować, a broń zapytywać o tytułową kwestię, a pozostali (choć mechanizmy tkwienia w bagnie są podobne wszędzie) mają wziąć się w garść i pokierować własnym losem, bo jak nie potrafią, to ich zdissujemy (jako nieudaczników, tchórzy etc) w najlepszym wypadku: cierpiętników na własne życzenie.

    Lubię

  23. @yzek
    A kto tu, w tej konkretnej dyskusji, i jakimi słowami dissuje jako nieudaczników i tchórzy pracowników w kiepskiej pracy z mobbingiem w tle?
    W zalinkowanym przez Szprotę tekście utrzymywanie chorego układu jest opisane właśnie na przykładzie związku i pracy w firmie. Bez wartościowania, że jedno wymaga szacunku a drugie wcale nie.

    Lubię

  24. „Zbyt wiele razy od różnej maści i szkół „nauczycieli życia” dostawałem lekcję o „każdy kowalem losu” or compatible”
    o jeden raz za mało, by wyjść poza narrację „mnie się udało, to innym też powinno”. Ble.

    Lubię

  25. @szprota:
    „mnie się udało, to innym też powinno” — jak najdalej od tego i cieszę się że wielu również. A za „wystarczy tylko chcieć” morduję. To że się nasłuchałem takich filozofii, nie znaczy że je stosuję i polecam komukolwiek. Chciałem tylko wypytać, czy narracja powyższa jest bardziej ogólna i obejmuje też przypadki „lżejsze” – no i się dowiedziałem, poniekąd :).

    Lubię

  26. @yzek
    szprota skupia się nad osobą, która w ten czy inny sposób znalazła się w związku rodzinnym, partnerskim, przyjacielskim, jakimkolwiek z osobą uzależnioną. (jeśli źle zinterpretowałem, proszę mnie poprawić)
    tu już nie chodzi o spierdolenie sobie życia po prostu, bo jestem osłem, czy system, tylko wpierdolenie się w bagno uzależnienia, a to zdarza się takim ludziom, żebyś nawet nie pomyślał/a, że coś takiego jest możliwe.
    od nizin społecznych po olimp, ludzie wpadają w nałogi.
    tym ludziom towarzyszą inni ludzie i o nich jest ten tekst. najczęściej w naszym kurwidołku są to kobiety, które razem z uzależnionymi idą na dno.
    dzieci też idą na dno.
    yzek read about – współuzależnienie oraz DDA

    Lubię

  27. @Blaise
    „pomyślał/a” -ał

    „współuzależnienie oraz DDA”
    Czytał, coś tam pamięta, stan ciężkiego bagna współuzależnienia rozumie, na ile mi niedostatki empatii pozwalają. Mi chodziło też o inne bagienka, z innymi niż współuzależnienie mechanizmami wsysania ofiar, które choć może mniej śmierdzą i słabiej wciągają, to równie ciężko z nich się wydostać, a już zwłaszcza idąc za radą Munchausenów od „weź się w garść”. (To tak w ramach tłumaczenia się z offtopika).

    Lubię

  28. @yzek
    podaj przykład, bo ciężko wyobrazić mi sobie „słabiej wciągają, to równie ciężko z nich się wydostać”, każą im się „wziąć się w garść” grupy… na dobrą sprawę każdy mógłby się pod to podpiąć.

    Lubię

  29. inna sprawa. osoba współuzależniona też powinna sobie uświadomić swoją sytuację i udać się po pomoc.
    podobnie jak niesprawiedliwe i ohydne jest pouczanie i ocenianie osób współuzależnionych, tak samo stosuje się to do osób uzależnionych.

    -> niebieska linia

    Lubię

  30. @Blaise
    „powinna sobie”
    czasami nie może, bo nie widzi, tak jak uzależnieni.
    często potrzeba pomocy z zewnątrz w uświadomieniu sobie swojego położenia.

    Lubię

  31. nie trzeba trzymać się schematów żadnych, tylko rozumu
    odejście nie jest trudne – nawet , jakby środki na utrzymanie trzeba było ukraść, czy sprzedać wszystko z mieszkania – trzeba tylko pomyśleć

    Lubię

  32. O tym, że odejść nie jest trudno może gadać tylko ktoś, kto się nigdy w takiej toksycznej relacji nie znalazł. Wiem bo kiedyś też myślałam w ten sposób i nie pojmowałam dlaczego ludzie tkwią w wyniszczających ich związkach, zamiast powiedzieć „dość” i się ewakuować.

    Zrozumiałam to dopiero, gdy sama się w takiej sytuacji znalazłam. Dobrze wiem, jak bardzo ciężko zrobić ten krok i odejść.

    Lubię

  33. Otóż to.
    Dodam, że pisałam o relacji nie tylko osób współuzależnionych (choć akurat o specyfice tych relacji wiem najwięcej), lecz, zgodnie z linkowanym artykułem, ogólnie o chorych związkach. To się także może odnosić do przyjaźni czy zachowania pracodawcy.
    Tak, że nie tylko tak, jak to ujął Yzek (przepraszam za niezrozumienie intencji!), skrajna sytuacja życia z człowiekiem uzależnionym, choć wiele mechanizmów jest bardzo podobnych.

    Lubię

  34. jakby ktoś się nie znalazł, to by nie mógł chyba mówić jak jest, bo by nie wiedział czyż nie??? skoro mówię, to znaczy, że wiem, co mówię, ale trzeba mieć charakter a nie być niedojdą, która się użala nad sobą i boi wszystkiego – jak się ma charakter- czy jak to u nas się mówi – nie jest się miękkim k *tasem robioną/robionym, to nie ma problemu a bzdury o współuzależnieniu są żałosne i o kochaniu kogoś, przez kogo jest się nieszanownym – takiej osoby nie da się kochać, chyba, że ma się coś z głową, jak ktoś jest z kimś , kto zachowuje się nie tak kupę lat to jest od groma czasu na odłożenie pieniędzy na odejście i rozpoczęcie życia od nowa a nawet z jednomiesięczną wypłatą to wystarczające środki żeby się gdzieś zahaczyć

    Lubię

  35. ale jak tak rozmawiam z opieką społeczną czy z policją podczas przeprowadzania różnych badań, to słyszę co rusz opowieści o wycofywaniu przez żonę czy konkubinę 20 czy 50 z kolei zgłoszenia o pobicie, bo partner przeprosił, przyniósł kwiatuszki i obiecał, że już wszystko będzie dobrze… a ona go tak kocha, bo bije, tak, to prawda, ale on też ją na pewno kocha bo by odszedł, a powiedział, że jak ona odejdzie to on ją zabije i siebie – to znaczy, że tak kocha, że żyć bez niej nie może – głupio rozumujące osoby niestety nie mogą liczyć na dobre życie … najgorzej, jak przez takie idiotki cierpią dzieci, które one mają, bo też są bite i psychicznie maltretowane…

    Lubię

  36. jeśli ktoś uważa, że odejście jest trudne, nie znaczy, że jest ono trudne – po prostu ta osoba nie radzi sobie z tym, jak z innymi rzeczami w życiu zapewne – takie problemy mają osoby wychowywane w domach, gdzie brak jest nacisku na samodzielność, dziecko jest we wszystkim wyręczane, później w dorosłym życiu jak taka osoba musi coś sama zrobić to ją przerasta, bo zawsze za nią były podejmowane wszystkie decyzje i załatwiane wszystkie sprawy – jestem psycholożką i pracuję na co dzień z takimi osobami – najprostsze rzeczy sprawiają im trudności, jak załatwienie prostych spraw w urzędzie – do tej pory robili to rodzice, potem mąż aż mąż umarł i taka kobieta ma powiedzmy 45 lat i przeraża ją płacenie rachunków, wypełnienie PIT-u – to jest prawdziwy dramat, ta kobieca bierność życiowa – ale to było wygodne dla tych osób, jak się okazało – złudnie, bo to czyni dorosłą osobę bezradną niczym małe dziecko …

    Lubię

  37. @Maxima
    „jakby ktoś się nie znalazł, to by nie mógł chyba mówić jak jest, bo by nie wiedział czyż nie?”
    „ale jak tak rozmawiam z opieką społeczną czy z policją podczas przeprowadzania różnych badań, to słyszę co rusz opowieści o wycofywaniu przez żonę czy konkubinę 20 czy 50 z kolei zgłoszenia o pobicie, bo partner przeprosił, przyniósł kwiatuszki i obiecał, że już wszystko będzie dobrze…”
    Venissa to ty? Znowu Ci pozwolili korzystać z neta? Miło Cię znów widzieć po dłuższej przerwie. Maxima też jest ładną ksywką.
    „trzeba mieć charakter a nie być niedojdą, która się użala nad sobą i boi wszystkiego”
    Dobrze pani profesor, jakieś symptomy schizofrenii widać w takim zachowaniu?
    „do tej pory robili to rodzice, potem mąż aż mąż umarł i taka kobieta ma powiedzmy 45 lat i przeraża ją płacenie rachunków, wypełnienie PIT-u – to jest prawdziwy dramat”
    Obawiam się pani profesor, że to neuropatia wątrobowa w przebiegu z napadami fobii społecznej oraz klasyczny portret psychopatki w wieku średnim. Pani profesor się zgodzi?

    Lubię

  38. Venissa to pacjentka oddziału zamkniętego. Wydaje się jej, że jest psychoterapeutką. Pisuje na psychiatryku24 (duh!). Smutny przypadek, ale w sumie zabawny.

    Lubię

  39. @Maxima
    „ale jak tak rozmawiam z opieką społeczną czy z policją podczas przeprowadzania różnych badań, to słyszę co rusz opowieści o wycofywaniu przez żonę czy konkubinę 20 czy 50”

    I co jest w tym dziwnego?

    Lubię

  40. @Blaise
    „na dobrą sprawę każdy mógłby się pod to podpiąć”

    W każdym razie wiele sytuacji: tam gdzie występuje związek (czyli np. przyjaźń, stosunek pracy, nieodcięcie pępowiny), ale i te „jednostronne”. jak wyuczona bezradność (np. w chronicznym bezrobociu), fobie społeczne w różnym natężeniu itp. Wszędzie, gdzie można komuś zarzucić brak siły woli i przeprowadzić reductio ad miękko fallusum, zamiast zastanowić się chwilę.

    Lubię

  41. @Maxima
    nie trzeba trzymać się schematów żadnych, tylko rozumu
    Gdybyś trzymała się rozumu, tobyś rozumiała, że ta notka nie jest o rozumie, tylko o czymś innym.

    odejście nie jest trudne
    Kłamiesz, dowody empiryczne temu przeczą.

    nawet , jakby środki na utrzymanie trzeba było ukraść
    To jest przestępstwo, tak tylko przypominam.

    jeśli ktoś uważa, że odejście jest trudne, nie znaczy, że jest ono trudne
    Tobie się wydaje, że odejście od kogoś, z kim się było razem, to tak, jak odejście paru kroków po chodniku w kierunku zachodnim. Hint: „odejście” w tym przypadku to metafora, a nie opis przemieszczania się.

    po prostu ta osoba nie radzi sobie z tym, jak z innymi rzeczami w życiu zapewne – takie problemy mają osoby wychowywane w domach, gdzie brak jest nacisku na samodzielność, dziecko jest we wszystkim wyręczane, później w dorosłym życiu jak taka osoba musi coś sama zrobić to ją przerasta, bo zawsze za nią były podejmowane wszystkie decyzje i załatwiane wszystkie sprawy

    Ale ty znasz tych ludzi od kołyski aż po grób? Jakieś eksperymenty prowadziłaś, publikowałaś wyniki? Czy tylko tak sobie smucisz.

    jestem psycholożką
    O zgrozo, co się w tych głębinach dzieje.

    Lubię

  42. Droga Maximo,

    tak się składa, że o pewnych sprawach wypowiadają się często osoby, które zielonego pojęcia o temacie nie mają – nie mówię, że tylko tutaj bo to nagminne, chociażby w polityce i okolicach. Stąd też w moim komentarzu pojawił się fragment o tym, że mówić tak może tylko ktoś, kto sam się w takiej sytuacji nie znalazł.

    Było mi trudno odejść, a w moim rodzinnym domu kładło się ogromny nacisk na samodzielność i takie tam, więc to nijak ma się do tego, co napisałaś ;-)

    I niestety współuzależnienie nie jest bzdurą. Chociaż bardzo chciałabym, żeby było inaczej.

    Lubię

  43. jeśli ktoś mówi wam prawdę, to kole was ta prawda w oczy – cóż – są osoby, którym żaden psychoterapeuta nie pomoże, bo tego po prostu nie chcą – zrobienie czegoś wymaga wysiłku, jak to jeden z moich profesorów mawiał na wykładach: „są osoby, które stoją całe życie po szyję zanurzone w gnoju , który szczypie i okropnie cuchnie, ale nie wychodzą z niego, bo jest im ciepło”.
    Ja miałam ojca alkoholika, który non stop urządzał awantury, mieszkałam w małym mieście , przez całą ostatnią klasę liceum pracowałam na pół etatu jako magazynierka i wpłacałam pieniądze na konto jakie sobie założyłam – nie było to wiele na tamte czasy, zaraz po maturze wyjechałam do Poznania na studia i jednocześnie pracowałam nadal na pół etatu po zajęciach i w weekendy, miałam też stypendium naukowe od 2-go roku, więc nie było źle, gdybym nie studiowała, to bym pracowała na pełnym etacie i tez nie byłoby problemu.
    Jak tak słucham nie raz o tym, że nie ma pracy, to mi ręce opadają: przychodzi jedna załamana pani, druga, trzecia i opowiadają, że wszędzie szukały i nie ma żadnej pracy dla nich, ja dzwonię do Urzędu Pracy i okazuje się , że jest, wysyłam panie i na drugi dzień już pracę mają – czy nie potrafią szukać, czy im się nie che?
    Mój syn ma12 lat, zaproponował, że on będzie szukał pracy takim osobom, ale mu wytłumaczyłam,, że nie możemy ich wyręczać, bo całe życie będą niezaradne – tylko, czy taka osoba potrafi się zmienić, jak ma 30 lat czy więcej? Po waszych postach raczej dochodzę do wniosku, że nie, skoro już wasze nastawienie jest kategorycznie na „nie” a ta bariera jest przecież tylko w sposobie myślenia bo fizycznych przeszkód niema żadnych – skoro jedne osoby mogą, to inne też, albo będą cierpieć przez resztę życia.

    Lubię

  44. Maximo, to że tobie się udało i że jesteś życiowo zaradna, nie oznacza, że inni sa równie odporni i że nie zdarzają się przypadki współuzależnień, wyuczonej bezradności i nieumiejętności „wzięcia się w garść”. To, że urodziłaś się i widzisz nie oznacza, że nie ma na świecie ślepców i krótkowidzów.

    A twój protekcjonalny ton: skoro w tym siedzą i nic nie robią, to na pewno to lubią i nie ma co im pomagać, bo się zrobią niezaradne, jest wstrętny na tak wielu poziomach, że aż zatyka.

    Możesz sobie przyznać order za dzielną postawę, bohaterstwo, zaradność i co jeszcze chcesz. Ode mnie masz kopa za brak wyobraźni i empatii.

    Lubię

  45. „przez całą ostatnią klasę liceum pracowałam na pół etatu jako magazynierka i wpłacałam pieniądze na konto jakie sobie założyłam – nie było to wiele na tamte czasy, zaraz po maturze wyjechałam do Poznania na studia i jednocześnie pracowałam nadal na pół etatu po zajęciach i w weekendy, miałam też stypendium naukowe od 2-go roku, więc nie było źle, gdybym nie studiowała, to bym pracowała na pełnym etacie i tez nie byłoby problemu”
    Doskonale. Skąd wiedziałaś, jak szukać pracy, co robić, by ją utrzymać i jak założyć konto?

    All I say is: oczywiście, że osoby z wyuczoną bezradnością mogą się zmienić. Wyjasniam tylko, z czego się ta bezradność bierze i dlaczego podejście „po prostu to lubią, po prostu im się nie chce” jest takie wstrętne. Ty jako psycholożka akurat powinnaś to wiedzieć, no ale już wiemy, że albo jesteś wysoce niekompetentnta i szkodliwa, albo przyszłaś tu pohalucynować.

    Lubię

  46. Przestanę subskrybować komentarze w tym wątku, ale będę wracała, żeby poczytać. I w ogóle całego bloga pozwolę sobie dodać do ulubionych. Dziękuję :)

    Lubię

  47. @naima : niestety mylisz empatię i wrażliwość z użalaniem się nad kimś, kto jest rzekomo dorosły, a chciałby opieki i prowadzenia za rękę jak małe dziecko i czeka, żeby pojawił się ktoś z czarodziejską różdżka jak w bajce i odmienił jego życie. Mój ton nie jest protekcjonalny – po prostu twardo stoję na ziemi i gdyby osoby z problemami to zrobiły, to też by im się życie ułożyło, nie można się nad sobą użalać, bo to naprawdę nic nie daje – nie przypominam sobie, żebym płacząc po upadku i rozbiciu sobie kolana w dzieciństwie dzięki płaczowi odczuwała mniejszy ból kolana – za to dochodził ból głowy i zapchany nos przez płakanie

    Lubię

  48. Maxima
    jeśli ktoś mówi wam prawdę, to kole was ta prawda w oczy
    Twoje brednie kolą w mózg, stąd reakcje.

    są osoby, którym żaden psychoterapeuta nie pomoże
    Są też psycholożki, które nikomu nie pomogą.

    ta bariera jest przecież tylko w sposobie myślenia bo fizycznych przeszkód niema żadnych
    Sprawiasz wrażenie, jakbyś rozmawiała sama ze sobą. Ogarnij się, sporo ludzi ci próbuje wytłumaczyć, że nie rozmawiamy o rozwiązywaniu równań różniczkowych ani grze w brydża.

    Mój ton nie jest protekcjonalny
    Jak nie jak tak.

    Lubię

  49. @yzek
    „W każdym razie wiele sytuacji: tam gdzie występuje związek (czyli np. przyjaźń, stosunek pracy, nieodcięcie pępowiny), ale i te „jednostronne”. jak wyuczona bezradność (np. w chronicznym bezrobociu), fobie społeczne w różnym natężeniu itp. Wszędzie, gdzie można komuś zarzucić brak siły woli i przeprowadzić reductio ad miękko fallusum, zamiast zastanowić się chwilę.”

    Państwowe poradnie zdrowia psychicznego. Każdy ze schorzeniem z listy, którą wymieniłeś może udać się tam po pomoc. Dużo można dyskutować nad jakością tej pomocy, fakt, ale jeżeli któryś z psychologów ograniczył swoje zadanie do powiedzenie Ci, czy komuś innemu, że weź się w garść, to znaczy, że jest osobą na niewłaściwym miejscu i powinien zostać podkablowany do kierownika placówki lub jeżeli ten to toleruje to w górę piramidy aż na sam szczyt.
    Sam skorzystałem z takiej pomocy u kilku osób i myślę, że to jednak skrajne przypadki (może poza jednym chujowatym psychiatrą, który sam powinien się leczyć ze swoich kompleksów)
    Inna sprawa, że państwowa opieka pozostawia wiele do życzenia, lecz porada w stylu „weź się w garść, cieniasie”, taką można otrzymać na podwórku.

    Lubię

  50. @Maxima
    „mu wytłumaczyłam,, że nie możemy ich wyręczać, bo całe życie będą niezaradne – tylko, czy taka osoba potrafi się zmienić, jak ma 30 lat czy więcej?”
    Po pierwsze współczucie dla syna.
    Zaimponowałaś mi jako „psycholożka”. Twoja chęć niesienia pomocy i to w jaki sposób wypowiadasz się o swoich pacjentach powoduje, że kręci mi się łezka w oku… ze smutku.
    Zawsze uważałem, że osoby pozbawione przedniego płata czołowego nie powinny pełnić tak odpowiedzialnych funkcji.
    Wybacz, że przechodzę na dzień dobry do inwektyw i argumentów ad personam, ale Twój poziom profesjonalizmu i język jakiego używasz przywodzi mi na myśl zblazowaną biurwę, malującą pazury i popijającą kawę w lokalnym ZUS’ie, kiedy za drzwiami czeka kolejka pinciuset ludzi.

    Lubię

  51. @Maxima
    „nie przypominam sobie, żebym płacząc po upadku i rozbiciu sobie kolana w dzieciństwie dzięki płaczowi odczuwała mniejszy ból kolana – za to dochodził ból głowy i zapchany nos przez płakanie”
    Może dlatego, że nie do końca jest z Tobą wszystko w porządku. Dobry ryk z powodu bólu, powoduje skok adrenaliny, a ten działa idealnie przeciwbólowo, poza tym płacz sygnalizuje ludziom w otoczeniu, że coś się złego dzieje, więc biegną z pomocą = redukcja zagrożenia dla Twojego kolana, a w dzisiejszych czasach szybki, kojący opatrunek.
    Taka z Ciebie psycholożka, jak z koziej dupy trąba.

    Lubię

  52. Maxima, ale masz coś jeszcze do powiedzenia w przedmiotowej sprawie? Bo jak widzisz poklasku wśród dyskutantów tu nie zyskasz, piszesz bzdury i ogólnie trochę już przynudzasz.

    Lubię

  53. @Maxima
    myślałam
    Nie, tylko pochlebiasz sobie.

    zazdrość
    Pełna zgoda, mam takie chwile, gdy zazdroszczę niektórym ludziom bezmyślności. Ale to przemijające.

    Lubię

  54. Maxima, pozwól, że streszczę twoje wywody: jestem LEPSZA, LEPSZA, LEPSZA od tych wszystkich miernot, JA WIEM jak sobie poradzić, SŁABI NIECH GINĄ, jeśli nie podążą moim tropem, adorując moją siłę przebicia.

    (Jak ktoś z takim podejściem jest psychologiem, jest dla mnie najsmutniejszą i trochę przerażającą zagadką. Ale pocieszam się myślą, że to może jednak troll.)

    Auch, pytanie do pani psycholog: pojęcie decentracji anyone? Czy też pracujesz ze swoimi klientami tak, jak z nami rozmawiasz?

    Lubię

  55. @ Maxima
    Czy pracujesz jako terapeutka? Jeśli tak, to jakie podejście teoretyczne stosujesz?
    Pytam z czystej ciekawości, bo żadna z teorii terapeutycznych, które fakt, ledwo co pamiętam, nie pasuje mi do tego, co opisujesz.

    Lubię

  56. Do offtopa o psychologach stawiających siebie za wzór:

    Kilka lat temu przyszłam do pani psycholog, państwowo, do przychodni studenckiej na Mochnackiego w Wawie, cała spłakana i zrozpaczona, nie chciało mi się żyć oraz wisiało nade mną pisanie mgrki. Pani psycholog, cała roześmiana, poradziła, że mam wziąć się w garść, bo ona w moim wieku to obroniła się z łatwością i ho ho ho, czego ona nie robiła.

    Do tego pani wyciągnęła papierosa, tak, w gabinecie w przychodni i zabierała się do zapalania. Poproszona, żeby jednak nie paliła, oburzyła się, że phi, pani widzę też z tych prozdrowotnych.

    Maxima, może to ty?

    Lubię

  57. @Blaise:
    Do specjalistów nic nie mam, bo z nimi się nie stykałem. Więcej mam do rozmaitych guru „samorozwoju” (co drugi podpiera się psychologią), ale to szczęśliwie epizod krótki. Macki mi opadają zwlaszcza przy „podwórkowej” narracji, że nie masz co narzekać, jak nie jesteś niepełnosprawny, molestowany, wykorzystywany i chory na raka i tylko sam sobie tworzysz nieistniejące problemy. Jest sobie takie jedno forum (sorki, nie podam adresu) — mie ma miesiąca, żeby ktoś nowy nie wpadł z prostymi rozwiązaniami dla jego uczestników, urobionymi na jedno kopyto.

    Lubię

  58. Dzieki Szprota. Dzieki Tobie i moim braciom zrozumialam wiele rzeczy.
    Nie bede pisac elaboratu. W miom zwiazku od poczatku bylam „dzieckiem”, a jednoczesnie „matka”. Brzmi zabawnie, nie jest takie. On byl moim surowym ojcem, na ktorego milosc trzeba bylo sobie „zasluzyc”. Nieobecny duchem, choc w jednym mieszkaniu, kpiacy z mojej gapiowatosci, bezradnosci, nieumiejetnosci zarobienia pieniedzy… po prawie trzech latach stracilam ochote do zycia. Ja, wierzaca w swoj geniusz i misje zmiany swiata na lepsze. „Matka” bylam dlatego, ze gwarantowalam mu spokoj psychiczny i rozwoj. Koncentrowalam sie na nim.
    Probowalam uciec „jedna noga”. Teraz wiem, ze to nie pomoze. Jak wystawic druga noge? Tak sie boje… Wiem, ze powrot zrujnuje mi zycie, ale boje sie zostac sama. Tak sie ciesze, ze mam braci, ktorzy stoja za mnie murem.
    Teoretycznie w moim zwiazku nie dzieje sie nic strasznego. Teoretycznie jestem osoba, ktorej nic nie zlamie. Praktycznie „przyszylam” swoje pragnienia do tego faceta.
    Nie mam slubu i dzieci. To wiele ulatwia. Wiec zrobie to, co dla mnie najlepsze. Trzymajcie kciuki. I dzieki.

    Lubię

  59. Nie znam się to się wypowiem: to nie jest trochę tak, że

    mamy słabą samoocenę -> tkwimy w toksycznym związku, ten/ta druga osoba zarazem nas niszczy, ale nas „dopełnia” -> zdobywamy się na wyjście z toksycznego związku -> jest brak bodźców utrzymujących samoocenę -> przekonujemy siebie i innych dookoła, jacy jesteśmy zajebiści, że każdy przecież sobie może poradzić, a ci, co jęczą, to smutne pierdolenie -> podnosimy samoocenę -> profit (choć dalej mamy gównianą samoocenę, więc glanujemy innych)?

    Lubię

  60. No cóż, jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
    W takim związku tkwią dwie osoby. Oczywiście jedna się znęca, a druga jest ofiarą, ale skąd założenie, że skoro ofiara nie potrafi się z niego wydobyć, to potrafi to zrobić oprawca? Może on/ona też postępuje według reguł które okazały się skuteczne w jego domu rodzinnym, wiąże się zgodnie z pattern recognition, takie ma wzory relacji etc.
    Oczywiście jest zły/zła, ale skąd założenie, że ma na to wpływ (skoro ofiara go nie ma)?

    Lubię

  61. Wiesz co, właściwie to nikt takiego założenia nie robi. Pomocy potrzebują obie osoby, tylko – no, jest oczywiste, że skupiamy się na ofierze, bo jest bardziej pokrzywdzona.

    Lubię

  62. Krzysztofie, „druga strona”, jak ładnie nazywasz oprawcę, czerpie z tego przyjemność i nie widzi potrzeby rezygnacji z czegoś, co jej przynosi fun.
    Te mechanizmy dość dokładnie opisałam to na swoim blogu, który jest relacją z ucieczki z toksycznego związku, więc nie będę się tu rozpisywać.
    http://mojedwieglowy.blogspot.com/

    Lubię

skomciaj mię

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s