Władcy macic

Tego taga używa Anna Dryjańska opisując ludzi (dziwnym trafem, przeważnie mężczyzn) wyciągającym łapska po nasze prawo do decydowania, czy i kiedy chcemy mieć dzieci.

Niby w ostatnich miesiącach się uodparniam. Dzieje się tego tyle, że właściwie to wstaję co rano i zastanawiam się, czym nas dziś zaskoczą. A to ordojurki. A to trumienkowe. A to poseł PiS radzi używać kondomów po gwałcie (w sumie trudno się dziwić, że nie wie, jak się je stosuje, ale to może niech nie doradza?) No i w tym wszystkim – bam, genetyczka w Centrum Zdrowia Dziecka, niejaka Malina Świć, której światłe wypowiedzi można sobie przeczytać na fanpeju Seksizmu Naszego Powszedniego. Portal mamadu zdecydował się na wywiad z tą panią, no włos się jeży, mózg truchleje, cóż to za paskudny sposób myślenia.

Tabletki nie są pewne i nie chronią przed zakażeniami. Natomiast jest to mentalność seksu bez konsekwencji, bardzo niebezpieczna. A chore dziecko można przekazać do adopcji.

Tabletki są jedną z najpewniejszych metod antykoncepcji, natomiast faktycznie przed zakażeniami chronią prezerwatywy. Przypis dla posłów PiS: stosowane w trakcie stosunku, nie po. Konsekwencją seksu powinna być natomiast zmysłowa przyjemność z orgazmem włącznie plus ewentualne podtrzymanie więzi w związku  – i faktycznie, jeśli ludzie idą do łóżka nie chcąc tych konsekwencji, jeśli nie zależy im na tym, by było im przyjemnie i żeby wzmogło się pomiędzy nimi poczucie bliskości, to jest tu coś mocno nie tak.

Ewentualnie, jeśli wszystkie osoby zaangażowane w akt erotyczny tego pragną, konsekwencją seksu może być poczęcie potomka, ale dokładnie tak jak z w/w konsekwencjami, byłoby fajosko, superowo i w dechę, gdyby wszyscy w nim uczestniczący wyrazili na to entuzjastyczną zgodę.

4-2-gonna-make-a-baby

Każdy lekarz zasłaniający się klauzulą i dyskryminujący kobiety ze względu na to, że wybierają stosowanie antykoncepcji, musi liczyć się z tym, że będzie atakowany przez oburzone kobiety.

Tak, ideologia rzekomych praw… No i niestety brak kultury osobistej.

I ja się tu zgodzę z panią Maliną: faktycznie wyznaje ona ideologię rzekomych praw; praw zarodków, które jako żywo ani nie czują, ani nie myślą, ani nawet nie mają poczucia, że są kimkolwiek; no nie są ludźmi, część z nich będzie, część się samoistnie poroni, a część przeobrazi się w tak miluchne stworzonka jak zaśniad groniasty. Jest to także rzekome prawo władczyni macic do decydowania, który seks jest spoko, a który nie. Na ten przykład, tylko małżeński, tylko heteroseksualny i tylko kończący się ryzykiem poczęcia. Och, droga pani Malino, związki i seksy to o wiele więcej niż ten jeden model.

tumblr_nban74whwi1r3wairo1_500

Natomiast ja nie mam obowiązku brać udziału w rzeczach nieetycznych i w gruncie rzeczy nieleczniczych. Bez pigułek i bez amniopunkcji przecież się nie umiera.

Śmiem twierdzić, że zapobieżenie ciąży u nastolatki (bo nie udawajmy, że nastolatki nie uprawiają seksu) czy u kobiety chorej ma jak najbardziej funkcję leczniczą. I owszem: bez antykoncepcji i aborcji się umiera – wystarczy spojrzeć na statystyki śmierci przy porodach.

O etyce się z tą panią spierać nie będę, bo nie poznałaby etyki, rozumianej jako zapobieganie cierpieniu, nawet gdyby wpadła jej do gabinetu przez okno i zażądała ciepłego kocyka oraz kawałka pizzy hawajskiej.

Władczyni macic (nie ma co się łudzić: nie jedyna, jej kolegów jest cała dywizja) zasłania się „sumieniem”, by w poczuciu wyższej moralności pouczać, jakie badania genetyczne są dobre i miłe, a jakie nie. Bredzi o postawie roszczeniowej względem bezpiecznego seksu i odpowiedzialnego życia erotycznego.

Miałam tutaj stek wyzwisk, serio, miałam, bo dawno mnie nic tak nie wkurwiło, jak ta bezczelność, ale to donikąd nie doprowadzi, a tę panią utwierdzi tylko w przekonaniu, że jest obiektem ataków wściekłych, rozpasanych feministek (na marginesie: jak w oczach antyfeministów łączymy rozpasanie z faktem, że nikt by nas nawet kijem nie dotknął?). Tak, jestem wściekła, a fakt, czy jestem rozpasana nie jest niczyją sprawą.

Ujmę więc to tak: jak nie znoszę sformułowania „postawa roszczeniowa”, bo uważam, że musimy sobie rościć i się domagać, nikt za nas praw nie wywalczy – tak postawa tej pani jest właśnie roszczeniowa. Oczekuje, że każda jej pacjentka i każda zatrudniająca ją instytucja uzna jej wyobrażenia o moralności za obowiązujące. Jest to tak skrajny indywidualizm i chciejstwo, że dziw, że ta pani jest w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu z innymi i oddychać tym samym powietrzem. Już nie nawet nie to, że jest to wręcz socjopatia – to jest nawet niezgodne z duchem niekoniecznie wyznawanego przeze mnie katolicyzmu, który mówi dużo o wspólnocie.

Reklamy

Papież Franciszek (wisi mi pięć dyszek)

Są rzeczy, wobec których czuję się odklejona. Nie kumam, na przykład, święta zmarłych i w ogóle obrządku pochówku – ktoś umiera to ktoś umiera, ja będę pamiętać ze zdjęć czy notatek, zupełnie nie mam potrzeby dzielenia się smutkiem i tęsknotą ze społecznością, a już tym bardziej odbębniania ich w wybrany dzień w roku, do tego późną jesienią, kiedy to raczej chce się siedzieć w domu i zajadać pierniki. Czy też wznoszenia sztandaru z imieniem. Na wypadek, gdyby ktoś mi zarzucał, że nie wiem, o czym mówię: wiem od mniej więcej ósmego roku życia, kiedy to odeszła naprawdę bliska mi osoba. Jest na zdjęciach. Jest w moich wspomnieniach.

Inne rzeczy, które rzadko przenikają przez moją bańkę to ten pasywno-agresywny stosunek do obrzędowości religijnej, jaki mają tak zwani wyborcy PO (czyli młodzi, wykształceni, z wielkich miast, biurowa klasa średnia, liberalni światopoglądowo i ekonomicznie). Używam tu pewnej szufladki, ale może uda mi się opisać, o co mi chodzi – generalnie taka kategoria ludzi, którzy mają pewną (nikłą) stabilizację finansową, a często już i rodzinną, ufają raczej nauce niż wierze oraz bardzo często starannie zajmują stanowisko prawdy leżącej pośrodku, wychodząc z założenia, że dzięki temu będą obiektywni i racjonalni. Wychodzi różnie, bo są sprawy, w których nie ma symetrii. Więc podśmiewają się z cicha z obostrzeń religii rzymskokatolickiej dotyczącej strefy seksualności, bywa, że określają się jako ateiści, ale jednocześnie, zwłaszcza przy dyskusji o JP2 reagują w formie ALE PAPIEŻA TO TY SZANUJ.

No nie, bardzo mi przykro. Ja mogę uszanować to czy inne uczucie religijne osoby mi bliskiej i na słowa „to jest bowiem ciało moje” nie wykrzykiwać „no nie przy jedzeniu!” (dobra, ten jeden raz mi chyba wybaczycie?). W zamian oczywiście oczekuję, że i moje uczucia ateistyczne się uszanuje i nikt mi nie będzie robił wymówek, że się gdzieś nie przeżegnałam. Dopóki rzecz jest prywatna – nie ma problemu. Jedna osoba wierzy w bóstwo, inna w rock and roll, trzecia w eksperymentalny sygnał dobra (a ja chyba w to, że ludzie pragną być kochani i jak się ma to w pamięci, można wspólnie zdziałać sporo dobrych rzeczy). Gdy staje się publiczna czy polityczna – gdy nagle okazuje się, że czyjaś wiara nie pozwala mi decydować o sobie, gdy dowiaduję się, że jakiś ksiądz czy papież powiedział coś, co w ogóle nie powinno mnie interesować – przestaję mieć skrupuły.

No i tu wracamy do Franciszka, który ostatnio powiedział, że katolicy nie muszą być jak króliki.

Zrugałem kilka miesięcy temu w parafii kobietę, która była po raz ósmy w ciąży i była po siedmiu cesarskich cięciach, pytałem ją: Chce pani osierocić dzieci? Nie trzeba rzucać Bogu wyzwania – powiedział.

Dysponuję tylko polską wersją tekstu, więc opieram się na niej: nie wiem, czy ta kobieta jest samotną matką (ale siedmiorga dzieci? nie wydaje mi się), nie wiem też, czy do papieża przyszła sama, czy słowa te padły w trakcie rozmowy sam na sam. Wiem tylko, że papież zrugał za niepohamowane dziecioróbstwo.

No wiecie, dość mocne słowa jak na głowę instytucji, która tupie nóżką na antykoncepcję hormonalną, w tym awaryjną oraz wybitnie przyczyniła się do rozprzestrzenienia wirusa hiv bezrozumnym uporem w kwestii zakazu prezerwatyw (i nie, nie przekonacie mnie, że „naturalna kontrola urodzeń” ma porównywalną skuteczność z antykoncepcją hormonalną). Ja rozumiem: papa chce, żeby ludzie robili dzieci odpowiedzialnie. Chwali mu się, jest to jakaś nowość. Ale bez narzędzi kontroli urodzeń może sobie pogadać.

Poza wszystkim innym, jak ludzi stać i mają siłę, to niechże będą sobie wielodzietni. Póki kobieta ma wybór, czy zostać matką czy nie i decyduje o tym z pełnym wsparciem swoich praw reprodukcyjnych – bardzo proszę. Ci rodzice czworga dzieci, których znam, są fajni i ogarniają towarzystwo śpiewająco.

I też nie bardzo rozumiem, dlaczego miałabym do papieża przykładać jakąś inną, mniej nowoczesną miarę niż do innego polityka. Bo, słuchajcie – to jest polityk, to jest głowa państwa. Dlaczego mam go traktować inaczej? On żyje w XXI wieku, nie w XVIII. Ma pieniądze i wykształcenie. Ma dostęp do informacji naukowych. Ma władzę. Nie widzę powodów, by puszczać mu płazem rugania matki o jej ciąże, jakby je sobie sama robiła i nie widzę powodów, by nie pytać: no fajno, ale skoro tak, to dopuść-że jakąś nowocześniejszą kontrolę płodności niż mierzenie temperatury i obserwację śluzu.

To znaczy wiem, że papież się moją notką przejmie tak samo jak utyskiwaniem Terlikowskiego, bo żadne z nas nie ma takiej władzy jak Franciszek. No, Terlikowskich trochę częściej zapraszają do polskiej telewizji (a szkoda). Ale zaczęłam od tego, że jestem odklejona od pewnych rzeczy, no więc: jestem odklejona od tego zachwytu Franciszkiem, że jaki on liberalny i nowoczesny. No gdzie? Jest normalnym, homofobicznym, mizoginicznym i zafiksowanym na seksualności księdzem jak większość księży katolickich; nawet jak powie coś, co zaczyna mieć pozory racjonalności, to zaraz wraca w utarte wiekami uprzedzeń koleiny. I nawet jeśli widuję tak zwanych normalnych księży, to sami widzicie, co często się z nimi dzieje: są uciszani, przenoszeni na odległe parafie itp. Cóż, polski KRK ma wiele cech organizacji przestępczej i wstępuje się do niej jednak na własne ryzyko.

Papież nie jest świętością. Z jakiegoś powodu trafiło mu się najwyższe stanowisko i nie udawajmy, że nie było w tym takiej samej polityki, układów, koterii, przepijania na stole i kopert pod stołem jak w każdym innym układzie politycznym. Więc nie – żadnej taryfy ulgowej. Głupio zrugał kobietę, głupio mówił później – o kolonizacji ideologicznej przyrównując ją do kolonizacji, jakiej dokonał faszyzm. Zaiste, bardzo liberalny i postępowy ksiądz, no miejcie litość.

list pasterski na niedzielę

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy!

Każdego roku o tej porze roku przeżywamy refleksje podsumowujące. Kierujemy myśl ku naszym rodzinom i podejmujemy refleksję na temat sytuacji współczesnej rodziny. Dzisiejszą Ewangelię opowiadającą o tym, że Rodzina z Nazaretu w trudnych i niejasnych sytuacjach starała się odczytać i wypełnić wolę Bożą, dzięki czemu wychodziła z nich odnowiona, usłyszą miliony chrześcijan na całym świecie. Tym samym zostaną przekonani, że także dzisiaj posłuszeństwo bogu i jego niezrozumiałej czasem woli jest gwarantem szczęścia w rodzinie, również w przypadkach przemocy w rodzinie, alkoholizmu czy nadużyć seksualnych.

Błogosławiony Jan Paweł II, czyli jak wszyscy wiedzą jedyny papież, z którego zdaniem polscy biskupi zdają się liczyć, przypomina wbrew zapisom historycznym i zdrowemu rozsądkowi, że prawda o instytucji małżeństwa jest „ponad wolą jednostek, kaprysami poszczególnych małżeństw, decyzjami organizmów społecznych i rządowych” (23 II 1980). Pociska jeszcze sporo bełkotu na temat kobiecości i męskości danych od boga, nierozerwalności instytucji małżeństwa i podkreśleń, że jedynie taka rodzina jest odpowiednia do wychowywania dzieci, co szczególnie potwierdzają reportaże typu „Kato-tata”.

Ta chrześcijańska wizja jest arbitralnie narzuconą normą, o której klerycy opowiadają, iż wypływa z odczytania natury osoby ludzkiej, natury małżeństwa i rodziny. Wziąwszy pod uwagę stosunek przedstawicieli tej instytucji do nauk zarówno ścisłych, jak i społecznych, musimy zgodzić się, że o rodzinie wypowiada nam się tutaj istny panel ekspertów. Jak twierdzą, odrzucanie tej wizji prowadzi nieuchronnie do rozkładu rodzin i do klęski człowieka, bez cienia refleksji, jak bardzo definicja rodziny zmieniała się przez wieki i jak uniwersalną zdaje się być prawda, że dziecko powinno być wychowywane przez kochających je bliskich. Jak pokazuje historia ludzkości, ślepe zaufanie katolickiemu Stwórcy jest często niebezpieczne i zagraża szczęśliwej przyszłości człowieka i świata. Wspomnijmy krucjaty, polowania na czarownice i Inkwizycję. Muszą zatem budzić w biskupach najwyższy niepokój próby przedefiniowania pojęcia małżeństwa i rodziny sugerowane współcześnie, zwłaszcza przez, jak to oni określają, zwolenników ideologii gender i nagłaśniane przez niektóre media. Wobec nasilających się ataków na gender studies czy gender mainstreaming skierowanych na różne obszary życia rodzinnego i społecznego czuję się zobowiązana, by z jednej strony stanowczo i jednoznacznie przypomnieć o braku państwowych środków, które by dostatecznie wspierały życie rodzin niepełnych czy najuboższych, co razi zwłaszcza wobec ostentacyjnego bogactwa katolickich możnowładców, a z drugiej podkreślić całkowity brak zagrożeń płynących z propagowania nowego typu form życia rodzinnego, z uwagi na płynność i zmienność definicji rodziny poprzez wieki.

Ideologia gender, jak sobie fantazjują biskupi, stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. Jest w tym ułamek prawdy: wszystkie wymienione ideologie są z gruntu rewolucyjne i stwierdzają konieczność przedefiniowania odpowiednio: klas społecznych, roli kobiety w społeczeństwie i seksualności ludzkiej, również w społecznym wymiarze. Jak wszyscy wiemy, gender nie ma jednak wymiaru ideologicznego, lecz czysto badawczy. Równie dobrze można by mówić o ideologii antropologicznej czy etnograficznej. Sprzeciw biskupów wobec tej postawy badawczej promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem roli człowieka. Sama myśl o tym, że płeć biologiczna ma znikome znaczenie społeczne, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych, napełnia ich dusze czystą trwogą. Według ideologii serwowanej przez episkopat fakt, że człowiek mógłby siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną, jest czymś nagannym. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym – trwożą się dalej klerycy. I ja byłabym strwożona stwierdziwszy u siebie aż takie oderwanie od rzeczywistości: pomijając fakt, że możliwość wyboru preferencji seksualnych czy płci jest etycznie obojętna, gender nie jest o tym. Gender jest o tym, że kobiety nie muszą do garów, a faceci za kółko. O tym, że mojemu partnerowi a.k.a konkubentowi nic nie odpadnie, gdy sięgnie po odkurzacz, ja zaś czuję się w pełni spójną kobietą mając nieogolone nogi.

Straszenie ideologią gender wynika w gruncie rzeczy z głęboko destrukcyjnego charakteru obecnej roli hierarchów Kościoła w Polsce; zarówno wobec pojedynczych, jak i relacji międzyludzkich, a więc całego życia społecznego. Zgodnie z najlepszymi wzorami historii Kościoła Katolickiego, jak zawsze uderzają w najsłabszych: kobiety nie podporządkowujące się roli matki i żony, mężczyzn rezygnujących z postawy macho. Czytamy w ich wynurzeniach kuriozalny tekst: „Człowiek o niepewnej tożsamości płciowej nie jest w stanie odkryć i wypełnić zadań stojących przed nim zarówno w życiu małżeńsko-rodzinnym, jak i społeczno-zawodowym”. Doprawdy, mocne słowa jak na mężczyzn w sukienkach, zadających się w zadziwiającej liczbie z chłopcami. Próba zrównania różnego typu związków jest de facto poważnym osłabieniem małżeństwa jako wspólnoty mężczyzny i kobiety oraz rodziny, na małżeństwie zbudowanej – zamiast tego nienaruszalnego w oczach kleryków wzoru proponuje się wspólnotę rodzinną, rodzinę patchworkową, grupę ludzi związanych bliskością, miłością i wzajemną troską. Wskażcie, co w tym nagannego, I dare you.

Spotykamy się z różnymi postawami wobec działań podejmowanych wobec zagadnienia gender. Zdecydowana większość nie wie, o co w ogóle chodzi, nie stwierdza więc żadnego zagrożenia. Inni, znużeni tematem przewijającym się ostatnio przez pierwsze strony gazet, odbijają się od niego bez chęci zagłębienia – i właściwie trudno ich za to winić. Wąskie grono osób – zwłaszcza nauczycieli i wychowawców – próbuje na własną rękę poszukiwać informacji o gender studies. Są wreszcie i tacy, którzy widząc absurdalność tej nagonki na tematykę ról społecznych uważają, że Polacy sami odrzucą roztaczane przed nimi apokaliptyczne wizje. Tymczasem gender mainstreaming, czyli równouprawnienie ról płciowych od wielu miesięcy wprowadzane jest w różne struktury życia społecznego: edukację, służbę zdrowia, działalność placówek kulturalno-oświatowych i organizacji pozarządowych. Warto tu wspomnieć, że i episkopat pełną garścią sięgnął po dotacje unijne w tym zakresie, zatem albo wbrew deklaracjom z ambony wypełnia je co do joty, albo też dopuszcza się poważnego nadużycia. Dodać należy, że w przekazach części mediów wspomniane gender mainstreaming jest ukazywane pozytywnie: jako przeciwdziałanie przemocy oraz dążenie do równouprawnienia.

Wspólnota Kościoła podobno w sposób integralny patrzy na człowieka i jego płeć, dostrzegając w niej wymiar cielesno-biologiczny, psychiczno-kulturowy oraz duchowy. Nie jest czymś niewłaściwym prowadzenie badań nad wpływem kultury na płeć, czytamy w liście pasterskim. Groźne jest natomiast ideologiczne twierdzenie, że płeć biologiczna nie ma żadnego istotnego znaczenia dla życia społecznego. Kościół jednoznacznie opowiada się przeciw dyskryminacji ze względu na płeć, ale równocześnie dostrzega niebezpieczeństwo niwelowania wartości płci, co dość dobrze wpisuje się w nielogiczność i niespójność postaw Kościoła i religii jako takiej. Przez chwilę zdaje się twierdzić z sensem: to nie fakt istnienia dwóch płci jest źródłem dyskryminacji, ale w chwilę później już odjeżdża z peronu duchowego odniesienia, ludzkiego egoizmu i pychy, z całkowitym pominięciem silnej internalizacji przemocy w męskiej roli płciowej i uległości – w żeńskiej. Kościół w żaden sposób nie zgadza się na poniżanie osób o skłonnościach homoseksualnych – żartuje episkopat, dodając w dalszej części, że aktywność homoseksualna jest głęboko nieuporządkowana oraz że nie można społecznie zrównywać małżeństwa będącego wspólnotą mężczyzny i kobiety ze związkiem homoseksualnym.

Pozwolę sobie nie parafrazować dalej – i tak przeciągam notkę ponad miarę. Z listu pasterskiego wynika wyraźnie, że KK, jak zawsze, stoi na straży tradycji tylko dlatego, że jest ona tradycją. W sposób najzupełniej przewidywalny upycha kobiety w role podrzędne mężczyźnie, dyskryminuje inne orientacje niż heteroseksualna i tworzy wizje jednego, niezmiennego wzoru rodziny na przestrzeni dziejów. Ich zacietrzewienie wobec gender studies i gender mainstreaming wynika z faktu, iż kulturowe role płciowe, poddane refleksji, mogą wydać się nie tak niezmienne i oczywiste – tym samym całe rzesze wiernych mogą po namyśle jednak wstać z klęczek lub zacząć zadawać niezręczne pytania, co się dzieje z ich dziećmi na zakrystii.

Czego życzę im w 2014.

Ateiści są boscy

Lublin ma swoje stałe miejsce w moim pojemnym serduszku. To tu spędzam jedne z piękniejszych letnich weekendów, to z tych okolic pochodzi miłość mojego życia, wreszcie – swoją wielokulturową historią (i jej powojenną eksterminacją) przypomina mi rodzinną Łódź. Poza tym jest miastem na wzgórzach, ma różne fałdki i zakamary – generalnie, bardzo kochane miasto.

(no i lęgną się tu doskonali komiksiarze)

Z dużą serdecznością myślę też o powstałej tamże Fundacji Wolność od Religii. Nowym czytelnikom może powinnam uświadomić, że mój stosunek do religii jest dość dawkinsonowski (ze starannym, mam nadzieję, wyłączeniem islamofobii). Jak czytamy w statucie fundacji, jej celem jest nawet nie tyle całkowita ateizacja społeczeństwa – nie zmartwiłoby mnie to szczególnie – co upowszechnianie tolerancji i szacunku wobec wyznawców innych religii oraz niewierzących. W ramach realizacji tych celów między innymi trwa kampania „Ateiści są boscy”. W jej ramach na billboardach ukazywani są ludzie malujący niebo. Jest również plakat, ukazujący to, co najważniejsze w działaniu fundacji i racjonalistycznym światopoglądzie:
lublin

Taki też plakat zawisł obok placówki oświatowej, zwanej Szkołą Podstawową nr 20 im. Jarosława Dąbrowskiego w Lublinie. Jak czytamy w artykule na stronie Gazety Wyborczej, „fundacja otrzymała informację od firmy udostępniającej nośnik, że na skutek interwencji dyrektorki placówki billboard zostanie zdjęty.” Przyczyną miała być niezgodność ze statutem szkoły.

Jeśli statut jest niezgodny z konstytucją, tym gorzej dla konstytucji!

Wiecie, co jest najgorsze? Że się nawet nie oburzyłam. Że w państwie, w którym zbiorowe zgorszenie wywołuje komendant żądający usunięcia krzyży z komendy, w którym krzyż w sejmie zawisł pod osłoną nocy, a sugestia usunięcia prowokuje do wielotygodniowej debaty – prosty, czysto informacyjny plakat o równouprawnieniu Kościoła i innych związków wyznaniowych oraz prawie do nieuczestniczenia w praktykach religijnych po prostu musi budzić kontrowersje. Po prostu musi. Może ta codzienna świadomość, jak bardzo zapis konstytucyjny jest martwy sprawił, że zobojętniałam.

Wstyd mi za to.

W sukurs przyszedł mi czytelnik (pozdrawiam), któremu chciało się bardziej niż dziennikarzowi artykułu dla Wyborczej i znalazł statut szkoły (trzeba pobrać, jest w .docu). Przewertowaliśmy go razem – i odniesienia do religii znaleźliśmy takie:

  • (uczeń ma prawo) do swobodnego wyrażania myśli i przekonań, w szczególności dotyczących życia szkoły, a także światopoglądowych i religijnych, jeśli nie narusza tym dobra innych osób;
  • (uczeń ma obowiązek) poszanowania godności osobistej każdego człowieka i jego prywatności oraz symboli narodowych i religijnych
  • Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci, szkoła na życzenie rodziców organizuje naukę religii

(plus zapisy o ocenach z religii)

Mam dla was ankietę:

Szczególnie serdecznie zapraszam do niej znajomych Lublinian. I dyrektorki szkół. Oraz leniwych dziennikarzy.

update:
Dyrektorka przeprasza. Dobre i to.
(a w ankiecie prowadzi, oczywiście, Masaj)

rape god culture

To nie jest tak, że islam i prawo szariatu są jakieś strasznie wyjątkowe. Tam po prostu przyzwolenie na to, by ludzie wierzący w słowa niewidzialnego przyjaciela i księgi spisane przez zjaranych pastuszków mieli wpływ na świeckis prawo ma o wiele dłuższą tradycję niż w Polsce. Więc zanim eksploduje we mnie islamofobia, przypominam sobie tych wszystkich naszych dobrodusznych księżulków, co to dziś mają głos w moim domu, a za piętnaście lat zakażą mi in vitro, aborcji, antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego i chodzenia w spodniach. Oh wait, z aborcją i in vitro już im się udało.

To nie jest tak, że ZEA są jakieś strasznie wyjątkowe. W 90s spotkałam dziewczyny z Jemenu, strasznie panikowały na widok psa, jak również jak na czternastolatki miały wyjątkowo odważne stroje i makijaże (były absolutnie prześliczne). W parę lat później naturalizowaną Jemejkę w Polsce, która, surprise surprise, była najmilszą koleżanką w grupie na kursiku przygotowawczym. W każdym kraju, w którym jest dominująca większość religijna, myślenie o tej religii jako jedynej słusznej i przenikanie jej do dyskursu świeckiego jest nieuniknione. Zaczyna się od powtarzanego z ironicznym przekąsem życia poczętego, by po dwudziestu latach z pełną powagą dyskutować, azali dwudniowa zygota czuje lubo marszczy nosek, gdy ją połaskotać szczypcami.

Więc, po prostu, to nie jest tak, że Norweżka zrobiła coś strasznie wyjątkowo głupiego jadąc do muzułmańskiego kraju, a doświadczywszy w nim gwałtu, zgłosiła rzecz na policję. Zgodnie z prawami, w jakich funkcjonowała dotychczas (a do których, swoją drogą, cały czas nam daleko), nie mogła spodziewać się niczego więcej niż wszczęcia postępowania i, opcjonalnie, ukarania sprawcy.

Nie mogła i nie powinna była się spodziewać kary więzienia.

W internetowych dyskusjach oczywiście zatroskani wujaszkowie mówią to właśnie: że po co jechała, po co zgłaszała, to szariat, co my możemy zmienić. No na początek – oburzyć się, bo rzecz nawet z bolandzkiego grajdołka jest skandaliczna (co dopiero z norweskiego). Wyciągnąć wnioski. Na przykład taki o podejrzliwości względem upychania religii w rzeczy świeckie. Albo taki, że gdyby gwałtu doświadczyła na wyjeździe w, powiedzmy, Anglii, oburz poszedłby, tak jak trzeba, w pełnosprawnego na umyśle i ciele sprawcę. Mamy w tej sprawie tendencję do bagatelizowania sprawcy, bo pochodzi z innej kultury – ot, taki niegramotny ciapaty, prawda? – zapominając, że, jakkolwiek wynegocjowane w ramach umowy społecznej, pewne prawa ludzi powinny być całkowicie ponadkulturowe i ponadreligijne.

Oczywiście, że nie są, ale z całą pewnością nie przybliżymy pożądanego stanu obwiniając ofiarę za pobyt w ZEA. Czy przybliżymy oburzając się na fejsiku? Nie wiem, mam nadzieję, że odpowiednio częste powtarzanie kobietom doświadczającym przemocy, że niczym nie zawiniły jednak trochę pomaga.

episkopat, GTFO

Publikacja wypowiedzi episkopatu powinna być w Polsce zakazana – stwierdzili ludzie urodzeni metodą in vitro. A retorykę użytą przez kler porównali do prania mózgu.

Religia to „>produkcja< dusz, stanowiąca w istocie formę zawładnięcia życiem ludzkim” – czytamy w broszurze „o wyzwaniach teologicznych, przed którymi stoi współczesny człowiek”. Zaprezentowano ją we wtorek w siedzibie Stowarzyszenia Urodzonych w Największej Miłości.

Ludzie zrodzeni z in vitro krytykują episkopat, odkąd w rządzie Donalda Tuska powstał pomysł dotowania tej instytucji z budżetu państwa. Probówkowy język jednak zaostrza się. W tekście nazwano religię „procedurą znaną w hodowli żołnierzy i terrorystów”, która „nie jest w istocie procedurą strategiczną, jej celem jest wytworzenie człowieka bezwzględnie posłusznego dogmatom i nie zadającym pytań”.

Ludzie z probówek sprzeciwiają się religii głównie ze względu na tworzenie dodatkowych dogmatów i ich wdrażanie w społeczeństwie i tak mało krytycznym wobec ideologii sympatyzujących z totalitarnymi. Według nich jest to równoznaczne z faszyzacją życia codziennego.

„Już sam ten proces uwłacza ludzkiej godności. Zresztą większość wdrażanych konceptów nie wytrzymuje najmniejszej krytyki. A przecież i tak znajdą się ludzie, którzy dadzą im wiarę, i każdy z nich okazuje się bezradnym członkiem ludzkiej rodziny, którego godność i prawa bezwzględnie podeptano” – czytamy.

Ale „probówkowym” nie podoba się episkopat, bo używa konceptów nie potwierdzonych przez współczesną naukę.

Główny autor dokumentu, z wykształcenia lekarz we wtorek komentował: – W fazie incepcyjnej umysł człowieka traktuje się bardziej jako rzecz, a nie istnienie ludzkie. Bardzo dużo istnień ludzkich otumania się w procedurze mającej wyłonić jedną spójną religię.

Wtórował mu sekretarz generalny Stowarzyszenia Urodzonych w Największej Miłości. – Trzeba sprzeciwiać się działaniom, które uderzają w godność ludzkiego umysłu – mówił.

Probówkowi napisali też, że religia powoduje „zwiększoną liczbę uronień samoistnych i zmian memetycznych w obrębie rodziny, jak też częstsze wychowania dzieci z dysfunkcjami społecznymi”. I wprost poparli blipowicza Szwedzkiego, który ogłosił niedawno, że księży w Polsce można poznać po „dotykowej bruździe”, wskutek której rzewnie pierdolą.

Ludzie urodzeni dzięki metodzie in vitro nie uciekali też od pytania, jakie prawo powinno zostać uchwalone. – Publikowanie wypowiedzi episkopatu powinno być zakazane. W Polsce nie brakuje ustawy zasadniczej, która gwarantuje rozdział kościoła od państwa, lecz w istocie zachowujemy się jak watykańskie kondominium.

Sprzeciwiają się dofinansowywaniu budynków kościelnych i opłacaniu pensji katechetów.

Probówkowi w dokumencie wsparli też antykoncepcję i dopuszczanie aborcji na tak zwane życzenie: „Domaganie się zakazu aborcji stanowi wyraz wysoce niegodnego postępowania, nawet jeśli jego źródłem miałby być lęk lub poczucie źle pojętej odpowiedzialności za dziecko, utożsamiane w kościelnej retoryce z embrionem.”

Sauce:

puszysty smak arogancji

Przed seansem w kinie, a może także i w tv emitowana jest reklama serka Almette:


w której, jak widzimy, dziewczynka pyta domniemanego tatusia, co to są zagęstniki, barwniki i konserwanty. Tatko na kolejne pytania odpowiada z bezwstydnym uśmiechem, że nie wie, co w końcowej części reklamy głos z offu kwituje, że też i wiedzieć nie musi, bo serek Almette nie zawiera nic z powyższych, wobec czego jest zdrowy i motylki fruwają.

Tymczasem warto wiedzieć, czym są zagęstniki (ja do dziś dnia nie czułam potrzeby interesowania się tematem, bo średnio zważam na dietę). Nie będę Wam robić wykładu, bo ten blog zawsze trzymał się raczej nauk społecznych niż przyrodniczych i jeszcze bym coś pokręciła. W dużym skrócie, najczęściej stosowanym przy serkach zagęstnikiem jest karboksymetyloceluloza, której jedynym działaniem niepożądanym może być lekkie wzdęcie. Jest także nielubiana z wiadomych względów przez wegan i wegetarian żelatyna (mająca podobnie błahe skutki uboczne) i agar, który jest lekko toksyczny, ale w dawkach stosowanych w przemyśle spożywczym niegroźny. Barwniki w ogóle występują naturalnie w przyrodzie, a ich stosowanie jest ściśle kontrolowane i funkcjonuje na zasadzie quantum satis, czyli w najniższej dawce, niezbędnej do osiągnięcia zamierzonego efektu technologicznego. Co do konserwantów, ich użycie jest obwarowane licznymi zastrzeżeniami. Zostały sprawdzone pod kątem dopuszczalnego dziennego spożycia; oznacza to, że daną substancję można spożywać przez całe życie codziennie, bez szkody dla zdrowia.

Zatem kupując serek Almette nie mamy żadnej gwarancji, że będzie zdrowszy niż inne serki na rynku, prawdopodobnie zaś szybciej nam się zepsuje. Chociaż faktycznie jest pyszny. To pewnie przez ten azot, który go tak spulchnia. Mmm.

Dlaczego o serku? Ano dlatego, że to zniechęcające pytanie „nie musisz wiedzieć” jest dość istotne w rozmowie o odwrocie od nauki. Obserwujemy takowy: silne ruchy antyGMO czy ruchy antyszczepionkowe. Nasilający się brak zaufania do naukowców. Zamknięcie na racjonalną argumentację, a w niej powoływanie się do upadłego na badania wskazujących nieszkodliwość wyżej wymienionych. Zamiast tego, mocne emocjonalnie hasła (Genetycznie Molestowane Organizmy! Szczepionki śmierci!) i przede wszystkim przemożny strach przed nieznanym.

Na wczorajszym spotkaniu z Marcinem Rotkiewiczem w Klubie Sceptyków Polskich padło pytanie o przyczyny narastających ruchów antynaukowych. Wskazano kilka powodów: media nastawione na tanią sensację/ klikalność; ulegających opiniom społecznym sondażowych polityków i małe uczestnictwo niezidelogizowanych naukowców w debacie publicznej na te tematy. Rotkiewicz przy okazji wytknął lewicy neoludyczność, która (co już sobie dopowiadam) w walce o prawa wykluczonych brata się z antyglobalizmem i w efekcie daje grinpisowców przykutych do tej czy innej bramy. Chociaż zwłaszcza ruchy antyszczepionkowe przyciągają raczej sierotki po wujku Korwinie.

Mam też wrażenie, że jedynym obszarem, w jakim jesteśmy władni coś zmienić, to popularyzacja nauki. Po to są blogi takie jak Barta, Sporothrix, Misek do Mleka; po to pisuje Rotkiewicz w Polityce, Wojciech Zalewski na swoim blogu i Marcin Zwierzchowski w serwisie natemat.pl. Na wspomnianym spotkaniu wypowiadał się jeden (nieco starszy) Sceptyk Polski, który jadowicie i wzgardliwie piętnował ignorancję humanistów (trochę go rozumiem w obliczu rewelacji o trotylu we wraku Tupolewa). Czy tędy jednak droga?

Swojego czasu piętnowałam w Przekroju to, że zamiast bratać się (neoludycznie) z LMC popadał w arogancki antycelebrytycyzm. Podobny grzech arogancji ciąży na większości naukowców, którym łatwiej przychodzi bon mot o niekumatych humanistach niż wyjaśnienie, dlaczego złote kable to humbug dla bogatych audiofilów. Tymczasem, do cholery, nie jesteśmy na wojnie ani krucjacie. Przed nami co najwyżej misja edukacyjna dla nieprzekonanych. Zejdźmy z tonu i opowiedzmy o tym, że dzięki GMO też fruwa więcej motylków.