Trzynaście powodów

…dla których warto obejrzeć „Trzynaście Powodów”, serial wypuszczony niedawno na platformie Netflix (i jedno mocne ostrzeżenie). Wybaczcie banalną formę trzynastu punktów, ale będę wam miała do powiedzenia same banalne rzeczy, więc niechże to będzie spójne.

  1. Ma świetnych bohaterów. Prawie żadne z nich nie jest czarno-białe – popełnia błędy i paskudne rzeczy, mając po temu poważne powody i wie, że zrobiło źle.
  2. …prawie, bo jest jeden zdecydowanie negatywny, męski bohater, który z początku nie robi nic, czego nie zrobiliby jego koledzy z drużyny czy bractwa. Niemniej w pewnym momencie puszczają mu hamulce. Po prostu nikt go nie powstrzymuje, by nie posunął się dalej.
  3. Ma też świetnie zarysowane tło małej szkolnej społeczności, walczącej między sobą o popularność – mega ważną rzecz, gdy ma się lat ~naście (ale przecież nie tylko wtedy!).
  4. Poza szkolną społecznością jest też społeczność internetowa, której obraz jawi się dość złowieszczo. Zaryzykuję tezę, że osią powieści, a później serialu było głębokie rozczarowanie internetem w takiej formie, w jakiej mamy go dziś, zwłaszcza w wersji dla młodych ludzi: fake news, farmy lajków, revenge porn i narzędzie do ośmieszania pechowców z otoczenia. Innymi słowy, uwypukla wszelkie stadne zachowania jak w soczewce.
  5. …i podejrzewam, że to dlatego Hannah sięgnęła po kasety – rzecz dla osób z jej pokolenia raczej egzotyczną i intrygującą, jak cała moda z lat 90; dla twórców serialu i autora powieści pewnie zaś artefaktem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest w nich więc łut nostalgii i czegoś bezpiecznego, w odróżnieniu od nowych mediów, jest w nich też atrakcyjność niedawno minionych czasów, które zna się z opowieści starszego rodzeństwa czy rodziców.
    tumblr_onvebqeph61u8kls4o1_500
  6. Głównym motywem serialu, jak już pewnie wiecie, jest samobójstwo nastoletniej Hannah, która tuż przed targnięciem się na życie nagrywa na kasety opowieść o tym, co ją przywiodło do tej decyzji. Mamy więc tutaj historię po śmierci bohaterki i całe spektrum reakcji na to, co się stało – i historię wydarzeń poprzedzających jej rozpaczliwy krok. Możemy obserwować, czy i jak śmierć Hannah zmienia pozostałych bohaterów oraz jak sobie radzą z faktem, że – niektórzy mniej, inni bardziej – przyczynili się do jej decyzji.
  7. I szerzej, film opowiada o zacieśniającej się spirali przemocy wokół młodziutkiej dziewczyny, której jedyną zbrodnią było to, że była nowa w mieście. Zaczyna się od rzeczy drobnych, plotek, wycieków zdjęć, lekkiego ostracyzmu. Kończy na gwałcie.
  8. Spotkałam się z zarzutem, że ta eskalacja jest mało prawdopodobna i robi z bohaterkę Mary Sue. Być może (Hannah jest pokazywana nam głównie oczami Claya, który jest w niej zakochany, więc ma wybaczalną skłonność do idealizowania dziewczyny), chociaż gwałty na randkach czy imprezach nie są rzeczą ani rzadką ani nieprawdopodobną. Poza tym, nakręcenie spirali ma konkretny cel: ukazanie, że to właśnie dzieje się z przemocą, gdy się jej nie przeciwstawiamy. Ona narasta. Zawsze zaczyna się od drobiazgów, które, nieplewione, jak chwasty rozrastają się do poważnych krzywd aż po przestępstwa i zbrodnie.
  9. Można sobie zadać pytanie, dlaczego bohaterowie „Trzynastu powodów” pozwalali przemocy narastać. Przyczyn jest kilka. Pierwszą, i najważniejszą, było to, że nie komunikowali się między sobą i zwyczajnie nie bardzo wiedzieli, że Hannah jej doświadcza (znów: na cóż nam internet, skoro nie potrafimy się porozumieć w tak kluczowej kwestii?). Po drugie, byli w nią uwikłani – nie reagowali albo śmiali się z prześladowcami, a czasem liczyli na to, że uwaga skupiona na Hannah pozwoli ukryć im ich własne tajemnice przed bezlitosnym szkolnym pręgierzem.  jessica
    A czasem, po prostu, zwykła potrzeba bycia lubianymi zwyciężała nad poczuciem sprawiedliwości.
  10. To wszystko są drobne grzeszki, dopuszczenie się których nie robi z nas złych ludzi bez nadziei na poprawę. W przypadku Hannah po prostu się nawarstwiły, bo jej otoczenie nie rozmawiało ze sobą – ani z nią.
  11. Tym samym serial niesie niewesołą wiadomość: każde z nas niewielkim gestem może sprawić, że komuś będzie gorzej na świecie lub życie całkiem mu zbrzydnie. I to jest normalne. Nie da się przejść przez życie nie mając na koncie ani jednej wyrządzonej komuś krzywdy. Jesteśmy tylko ludźmi. Musimy po prostu być nieco bardziej uważni, trochę bardziej troszczyć się o bliskich – i będzie lepiej.
    large
  12. Serial ma też krzepiący przekaz. Jakkolwiek życia Hannah to nie zwraca, prawda wychodzi na jaw, a ci, którzy faktycznie przekroczyli granice codziennej nieuważności i lęku o własny tyłek; ci, którzy działali z rozmysłem i złą wolą – zostali ukarani. Wystarczyło zacząć rozmawiać i wspierać się w dniach po śmierci przyjaciółki.
  13. Przede wszystkim zaś mówi: uważajcie na siebie i nie bądźcie dla siebie chujami.

tumblr_ons6tgmjcf1ta0vvmo3_400

Jest jedno ogromne ale. Z całą troską o to, by opowiedzieć o samobójstwie w sposób możliwie uważny i delikatny, bez przesadnego wiktymizowania bohaterki – niestety serial nieco samobójstwo uromantycznia. Hannah jest, jak wspomniałam, oglądana oczami zakochanego w niej chłopaka, więc jest i śliczna, i mądra, i ponętna, i tak do twarzy jej z tym smutkiem nieskończonym. Tak, że jeśli macie depresję lub ktoś z waszych bliskich ją ma – odpuśćcie sobie. Sprawy naprawiają się dopiero po śmierci Hannah, pozostajemy więc w złudnym przeświadczeniu, że samobójstwo jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zaś pokazanie samej sceny odbierania sobie życia jest karygodne. Brakuje czegokolwiek (poza dodatkowym filmem po serialu, który z całą pewnością nie zostanie obejrzany przez wszystkich), co by uświadomiło, że nie, nie jest.

To banalne, ale wystarczy porozmawiać.

 

Reklamy

Snobizm kulturalny

– Przeistoczenie spektaklu teatralnego w transmisję w wielosalowej kinowej budzie przestaje mnie już interesować – pisze w swoim cotygodniowym felietonie Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, smakosz.

I gdyby na tym poprzestał, moją reakcją byłoby wzruszenie ramion. Nie interesuje go, to nie interesuje, zasadniczo nieszczególnie zaprząta moją głowę, co ma do powiedzenia na temat swoich upodobań krytyk teatralny i kulinarny oraz smakosz. Ale pan Nowak postanowił pozwolić tej głębokiej myśli dojrzeć, wypączkować i wydać owoce. Nie jestem taką smakoszką jak pan Nowak, więc pewnie dlatego mi nie smakują.

Daliśmy sobie wmówić, że galerie nie służą prezentacji dzieł sztuki, lecz – sprzedaży gaci i szmat. Kina zamieniliśmy na blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Przystaliśmy, że książki sprzedaje się w supermarketach, wysypywane do pojemników niczym buraki i cebule.

A łódzka Manufaktura? Prócz knajp, sklepów, kina czy ścianki wspinaczkowej jest na jej terenie Muzeum Sztuki MS2. Czy sztuka staje się mniej artystyczna, bo jest obok centrum handlowego? Czy pan Nowak nie nosi gaci i nie używa szmat (nie, nie chcę tego wiedzieć)?

Można się zżymać, że centra handlowe wypierają lokalne sklepy – takie zastrzeżenie rozumiem. Można się dziwić oszalałym tłumom na nocach zakupów czy megapromocjach. Ale: ludziom generalnie potrzebne są gacie i szmaty. Bez gaci na dupie i szmaty na torsie do kina ani teatru nie wpuszczają.

Albo takie, jak to pan Nowak ujął, blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Lubię kina kameralne, a od zapachu popcornu mnie mdli. Nie dlatego, że jest plebejski czy że nie rozumiem jedzenia podczas seansu, po prostu taki mam gust – inni nie lubią anyżku czy czosnku. Więc w kinie chrupię orzeszki w czekoladzie. Albo nic nie chrupię, zależnie od chęci. Natomiast: defektem kin kameralnych jest dość często zaniedbany system nagłośnieniowy (w starej łódzkiej Cytrynie kiedyś zwracano nam przez to za bilety), o dobrym 3D można pomarzyć, a salki w Cinema City Galeria Mokotów są mniejsze niż w Kinotece.

Jednym słowem, zarzut o blaszakach jest klasycznym stereotypem człowieka, który w kinie bywa od święta, traktuje to jak misterium i oczekuje zgodnej z nim oprawy. A dla mnie sytuacją idealną byłoby, gdyby każde miało wystarczająco luzu z czasem i pieniędzmi, by skoczyć do kina w ciemno, na jakikolwiek seans „bo akurat ma się ochotę”, między obiadem w knajpce a zakupami.

Z książkami jest jeszcze gorzej. Otóż nie dość, że są sprzedawane w biedronkach w koszu lub też na straganach pod dworcami, to jeszcze teraz wystarczy kliknąć, by je mieć w formie elektronicznej.
To już nawet nie buraki i cebule, to jakieś wirtualne niewiadomoco, nie da się tego powąchać, znajomi nie zrobią pełnych szacunku min widząc opasłe tomiszcze na półce. Co za czasy! Literatura stała się powszechna!

W innym tekście pan Nowak rozbudowuje swoje żale względem cyfryzacji czytelnictwa:

Jakaś mądralińska gapa powiedziała mi, że nie ma co żałować księgarni, bo dzisiaj i tak książki kupuje się w internecie. O biedni, którzy do tego ograniczacie swój bibliofilski odruch. To logika radzieckich bibliotek, gdzie teoretycznie można było wypożyczyć każdą pozycję, jednak publicznie nie udostępniano katalogów ani nie dopuszczano do półek z książkami. W ten sposób dociera się do tytułów już znanych, natomiast to, co najbardziej podniecające i inspirujące – czytelnicza włóczęga, pozwalająca zerwać się ze smyczy ideologów, promotorów i marketingowców – pozostaje niedostępna. Bo książki gadają ze sobą wyłącznie w realu, na półkach, zaszyte w kątach, przygniecione innymi tomami.

Kompletna bzdura. To dzięki „wirtualowi” (cóż za anachroniczne rozróżnienie, swoją drogą) mam w swoich zbiorach bardzo słabo znany w Polsce pakiet komiksów o Scotcie Pilgrimie, doskonałe opowiadania Connie Willis czy „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Czy to są polskie bestsellery?

Zrzut ekranu 2014-10-22 o 15.38.38

Natomiast rozumiem to zastrzeżenie:

Oddaliśmy gazety reklamodawcom i mediaplanerom, a telewizje – w ręce właścicieli sprawdzonych formatów. Przyjęliśmy dyktat praw autorskich, które są wyrazem korporacyjnej chciwości. Zgodziliśmy się na wiele rozwiązań, których jedynym celem jest nabijanie kabzy facetom, z którymi nie chciałbym razem nawet oddawać moczu w tym samym śmierdzącym pisuarze.

Polski rynek prasowy i telewizyjny odbieram bardzo podobnie. W mediach (mówię tu o publicznej telewizji i wiodących dziennikach), w których oczekuję rzetelności, wysokiej jakości w przekazywaniu informacji, troski o potrzeby nie tylko reklamodawców, ale także i odbiorców – widzę pogoń za klikiem, tanią sensacją i ustawianie debaty publicznej pod prawdę leżącą pośrodku. Widzę, że brakuje pieniędzy z budżetu państwa na kulturę, a jednocześnie hojną rączką zasila się Fundusz Kościelny . Bardzo mnie to drażni.

A cóż to za neokolonialne, imperialne gesty!? Co to za demolowanie lokalnego rynku teatralnego za pośrednictwem kinowych transmisji?! Przyjedźcie z gościnnymi występami, zmierzcie się z polskimi interpretacjami Williamsa, a nie epatujcie filmowymi buziami aktorów, pokazywanymi w osiedlowym kinie w aurze wielkiego wydarzenia teatralnego.

Mam jednak przeświadczenie, że transmisje National Theatre nie są imperialnym gestem ani też zamachem na lokalny rynek teatralny. Po pierwsze, warszawski rynek teatralny, a o takim prawdopodobnie pan Nowak pisze – ma się lepiej niż dobrze, wystawiając kolejne żenujące komedie romantyczne, tylko o jeden krąg piekła od dna polskich kabaretów; lub też odgrzewając evergreeny w rodzaju Metra. To w nich mamy nawet nie filmowe, a znane ze słabiutkich seriali twarzyczki aktorów, to one łowią widza na gębę. Po drugie zaś (znów wracamy do pieniędzy na kulturę i ogólnego poziomu zarobków) – na spektakl w wykonaniu londyńskich aktorów teatralnych (tak, panie Nowak, ci aktorzy grają zawodowo w teatrach, a skądinąd bardzo dobre seriale BBC to fuszka na boku) będzie stać pana Nowaka, ale już nie stażystę czy prekariusza na um-zlecu, który wstawił jego tekst na stronę w Wyborczej i umieścił na fejsie. Natomiast jest szansa, że do Multikina pójdzie.

Najważniejszy problem z tekstem pana Nowaka mam taki, że dostęp do kultury postrzega on jako elitarny. Jest we mnie silna niezgoda na taki stan. Uważam, że im powszechniejszy dostęp do kultury, tym lepiej dla wszystkich. Ostatecznie, nikt nie broni panu Nowakowi wsiąść w samolot do Londynu i obejrzeć transmitowane spektakle na żywo. Można się spierać, jak osiągnąć tę powszechność, ale musielibyśmy wówczas zacząć rozmawiać o ekonomii, podatkach, płacach minimalnych, dotacjach dla kultury czy działalności w trzecim sektorze.

A takie snoby jak pan Nowak są zapewne ponad tego typu przyziemności.

PS o panu Nowaku trochę, a o retransmisjach spektakli NT bardziej można także poczytać u Zwierza, Ysabell, FabulitasĆmy Książkowej i u Bartłomieja Majchrzaka na portalu e-teatr. O e-bookach natomiast – u Joanny Tracewicz.

Sherlock

W 1887 na jarmarkach w miasteczkach północnych Włoch pojawił się mistyk zwany Doktorem Caligari…

…wróć. W Beeton’s Christmas Annual pojawiło się pierwsze opublikowane opowiadanie Conan Doyle’a z udziałem Sherlocka Holmesa i Dr Watsona. Postaci te przysporzyły mu tyle popularności i pracy, że już w cztery lata później zastanawiał się nad uśmierceniem postaci Sherlocka. Jak wiemy, #sherlocklives, niezależnie od tego, czy śmierć znalazł w wodospadzie Reichenbach, czy na ulicach Londynu, czy też poległ w grotesce, skreślonej piórem J.M.Barriego.

Sherlock i Watson oczami oryginalnego ilustratora, Sidneya Pageta

Sherlock i Watson oczami oryginalnego ilustratora, Sidneya Pageta

W 2014 portale społecznościowe wybuchły ponowną namiętnością do Sherlocka za sprawą trzeciego sezonu serialu realizowanego przez telewizję BBC. Postać Sherlocka, w którą czarująco wcielił się Benedict Cumberbatch, przez pierwsze dwa sezony zachwycała uwodzicielską inteligencją, autystyczną bezpośredniością i sprawiła, że stale obecny motyw w popkulturze stał się jednym z najbardziej dominujących. Z serialu oglądanego alternatywnie do ekranizacji Guya Ritchiego (z bardzo wdzięczną rolą Roberta Downeya Jr, który pokazał z kolei Sherlocka zupełnie niebrytyjskiego, zaniedbanego, znarkotyzowanego i świetnego na ringu) Sherlock BBC stał się pozycją obowiązkową dla każdej i każdego, kto ma pretensje do bycia osobą obeznaną w kulturze.

Robert Downey Jr jako Sherlock Holmes

Robert Downey Jr jako Sherlock Holmes

Trzeci sezon przyniósł jednak sporo rozczarowań – twórcy serialu, Stephen Moffat i Mark Gattis zdecydowanie za bardzo ulegli pokusie schlebiania fanom. Zaryzykuję twierdzenie, że nie traktując Sherlocka tak, jak traktował go Conan Doyle – jako remedium na nudę i sposób na zabicie wolnego czasu – pogrążyli się w pogoni za poklaskiem, mocno zaniżając standardy, które Moffat wyznaczył w pierwszych sezonach – błyskotliwe dedukcje, zręczne i dyskretne nawiązania do kanonu, wreszcie: spójna, intelektualna postać Sherlocka.

Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes

Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes

Tym przyjemniej sięgnęło się po absolutne cacko, jakie wydano w projekcie BookRage – Sherlock Holmes. Apokryfy. Zbiorek zawiera 6 opowiadań, stworzonych już po śmierci Sherlocka. Słynny detektyw  jest w nich  obecny dość aluzyjnie – a to nadsyła do redakcji gazety list z propozycją rozwiązania zagadki tajemniczego zniknięcia pociągu, a to pojawia się w krótkim opowiadaniu tylko po to, by po raz kolejny popisać się swoją słynną metodą – tym razem wyłącznie dla (niekoniecznie udanego) popisu.

Ciekawostką jest możliwość zapoznania się z jednym z opowiadań w dwóch wersjach tłumaczenia – współczesnym (propsy dla Marcelego Szpaka) i z 1909 roku. Prócz różnic językowych zaintrygować może także tajemnicze zagubienie wątku miłosnego w starszej wersji – jak widać, od ponad stu lat dba się o stan naszych serc i umysłów, nie mącąc ich grzesznymi fantazjami ze zgniłego zachodu.

„— To przedział dla palących — zauważył, spoglądając na konduktora. — Dama nie przepada za dymem.”

„— To przedział dla palących — zauważył, spoglądając na konduktora. — Dama nie przepada za dymem.”

Ciekawym motywem łączącym te opowiadania jest to, że detektyw jest w nich omylny i ponosi porażki. Wprawdzie i w kanonicznych historiach wspomina się o jego błędach, a Watson wręcz zabezpiecza się twierdzeniem, że opisuje wyłącznie sukcesy, bo są to wówczas zamknięte historie – jednak, jak się okazuje, dedukcja może zawieść i nawet taki geniusz obserwacji jak Sherlock jest w stanie przeoczyć istotny, rozstrzygający o całości szczegół.

jedna z ilustracji z Apokryfów

jedna z ilustracji z Apokryfów

Właśnie, nie wspomniałam: mocnym punktem tego zbiorku są ilustracje – prócz Sidneya Pageta, oryginalnego ilustratora, Sherlocka i Watsona (oraz liczne postaci epizodyczne) pokazali nam także Max Cowper i Frank Craig. Prawdę powiedziawszy,  żałuję, że nie mam wersji papierowej, bo obrazki są przeurocze i niosą mnie w czasy zachwycania się ilustracjami Bohdana Zieleńca w Ani z Zielonego Wzgórza. Omal słychać szelest długich sukni i gwizd parowozów.

Zbiorek jest krótki – w sam raz na dwugodzinną (maksymalnie) podróż lub kilka tras do-i-z pracy. Mnie przypomniał, za co pokochałam Sherlocka – nie za aksamitny głos Benedicta czy chropowaty wdzięk Roberta, lecz za konsekwentne używanie rozumu. Jeśli bowiem ta metoda zwodzi na manowce, to przecież tylko dlatego, że mamy za mało danych, prawda?

Sherlock Holmes. Apokryfy by Arthur Conan DoyleMarcin Wróbel, BookRage, 2014

Słoiki z codziennym złem

Wyborcza i Polityka ostatnio odważnie mierzą się z tematem tak zwanych słoików, czyli napływowych mieszkańców Warszawy. Jak dowiadujemy się z napuszonych, antagonizujących artykułów, słoiki pogrążone we wstydzie za rodzimą miejscowość zajmują się wytwarzaniem PKB zajmując tym samym prawdziwym Warszawiakom miejsca pracy, mimo wstydu odprowadzają podatki w miejscu zameldowania, czyli w tych swoich Myciskach, zatem nie dokładają się do potęgi stolicy, a korzystają pełną garścią. Dodatkowo zajmują miejsca parkingowe, wystawiają worki ze śmieciami na klatkę, słoikami zaś są dlatego, że co jakiś czas nawiedzają domy rodzinne, skąd uwożą wyprane rzeczy i słoiki z bigosem.

(ja przeważnie wożę pasztet i pieczoną indyczkę, która mojej mamie wychodzi wprost doskonale)

Słoiki oczywiście wyjeżdżają na święta i wtedy rdzenni warszawiacy oddychają z ulgą, bo luz w tramwajach i na ulicach faktycznie rzuca się w oczy (możliwe, że ma to związek z tym, że jednak ludzie w te dni generalnie mniej jeżdżą, ale kto by zważał na drobiazgi). Słoiki podczas świąt oglądają telewizję i jak twierdzi mój przyjaciel Michio, są koszmarnie nieznośni w narzekaniu na ofertę telewizyjną polskich stacji. Taki bowiem słoik jak ja (nie spełniam wprawdzie warunku podatków i wystawiania śmieci, że o miejscach parkingowych nie wspomnę) nie dawkuje sobie polskiej telewizji w ciągu roku i nagle dostaje między oczy czystym złem.

(oczywiście nie tylko, na przykład jako sroga singstarowa zawodniczka ze sporą przyjemnością obejrzałam odcinek XFactora i ze smutkiem przyjęłam odpadnięcie prześlicznej i utalentowanej Kai Czulewicz)

Czyste, banalne, codzienne zło. Czy to nie o nim mówił Stewart Lee w swoim skeczu?

Remember when Jeremy Clarkson made those jokes about shooting strikers
and everyone complained? There was a guy from the Daily Telegraph went on the Channel 4 News to defend him and he said, „Come on,” he said, it was just a joke,” he said. „It’s not as if a Jeremy Clarkson fan has ever gone out and shot anyone.”

I thought, „Well, there was that one guy, „the mass murderer.”

Stewart jest profesjonalistą: oparł się na prawdziwej historii.

Takie zło mamy w polskich serialach: stereotypowe dialogi, podszyte mizoginią i konserwatywnym spojrzeniem na rodzinę. Doprawdy coraz bardziej zaczynam doceniać Pudelka, który dążącego do unieważnienia kościelnego małżeństwa aktora podsumowuje tymi słowami:

Nie wiadomo jeszcze, na który wariant zdecyduje się aktor, jednak najwyraźniej uznał, że skoro zagrał „człowieka, który został papieżem”, nie wypada mu poprzestać na rozwodzie cywilnym.

Przynajmniej dość otwarcie szydzi z hipokryzji.

Serial, który okrasił moje rodzinne święta, to Ojciec Mateusz. No wiem: sama to sobie zrobiłam, czego mogę spodziewać się po serialu, w którym głównym, pozytywnym bohaterem jest ksiądz. Katolicki ksiądz. Oczywiście zalatuje to emitowanym w 90s Detektywem w sutannie, jednak jestem przekonana, że inaczej oglądali w większości niekatoliccy Amerykanie wdzięcznego, egzotycznego staruszka, a inaczej Polacy urodziwego mężczyznę znanego z ról w Leśnej Górze. Zatem kwestię pochwały religijnego stylu życia, niezaprzeczalności potrzeby wiary i wszędobylskości księdza od razu odłożyłam na półkę, skupiając się na tym, co poza wątkiem księżowskim (edit: jak naprostowali mnie moi czytelnicy, serial jest kalką z włoskiego serialu “Don Matteo”, uświetnionego ponoć wielce przystojnym księdzem).

Odcinek miał tytuł „Z miłości” i traktował o wybitnym lekarzu, który z tejże miłości bił żonę. Pobił także adwokata, do którego żona się udała celem złożenia pozwu o rozwód i przedłożenia wyników obdukcji. Odcinek kończy się tym, że adwokat namawia swojego wspólnika, by bronił lekarza (bo wyprowadził się od żony i zgodził się pójść na terapię, jak również jest dobrym lekarzem, którego społeczność potrzebuje), rzeczona żona zaś rozważa danie mu jeszcze jednej szansy z uwagi na stresującą pracę i bo nigdy tak nie przepraszał.

No dobrze, że ta terapia, ale i tak: oprawcy nie spotyka właściwie żadna kara, lata pastwienia się nad żoną uchodzą mu na sucho, bo dobrze pracuje; w tle oczywiście przewija się MYŚLCIE O DZIECIACH, dla których jak wiadomo oglądanie bijących się rodziców jest daleko lepsze niż ich rozwód i niezgoda na przemoc. Pomoc bitej kobiecie ogranicza się do szczegółowego przesłuchania (na szczęście ma wsparcie w rodzinie).

Jak ktoś mnie jeszcze raz zapyta, dlaczego doznające przemocy kobiety nic z tym nie robią, odpowiem po raz kolejny: a skąd mają wiedzieć, co robić, skoro coś, co jest najłatwiej dostępne – serial na jedynce w prime time – nie potrafi poprowadzić tego wątku tak, by miał funkcję edukacyjną, lecz jedynie zachęcającą do krycia sprawcy i dawania mu kolejnej szansy.

Najwyżej sąsiedzi znów będą podgłaśniali radio, by nie słyszeć.

chujowy Mokotów

Chujowo. Na Mokotowie było chujowo i ktoś to musiał zmienić.

To chujowość tego miejsca sprawia, że Halina nagle odnajduje się w grupie młodych wdów, w nieprzystającej do siebie roli, w poczuciu wykluczenia na cmentarzu, w żałobie, w młodości. Chujowość nie tylko z takiej definicji, że jest w tej dzielnicy źle, moralnie źle; ale także z takiej, że chujem trącący ludzie panoszyli się na jej ulicach. Mężczyźni przy władzy, mężczyźni przy sile, mężczyźni nie miesiączkujący, nie zachodzący w ciąże, nie rodzący.

To nie jest tak, że bijące ludzi na ulicach dziewczyny są z marginesu i nie jest też tak, że Sylwia Chutnik gloryfikuje margines. Opisuje, jak dziewczyny – przeróżne, i te z zawodówek, i te z własnym gabinetem kosmetycznym, i prawniczki – dochodzą do ściany bezsilności i poczucia krzywdy. Do potrzeby zemsty.

Więc nie mają wyjścia. Więc stają się superbohaterkami. Bronią miasta przed chujowością.

Siłą najnowszej powieści Sylwii Chutnik nie jest jednak zachwyt kobiecą przemocą. Prawda: odgrzebała nią we mnie nastoletnią potrzebę podważenia systemu, kontestacji zastanego porządku i integracji z miastem. Jednak najpełniej wiem, o czym chce mi opowiedzieć, gdy trafiam na obraz wieczornych papierosów (wspólnota balkonowa!), dwóch włosów na grzebieniu, babci w kanałach. Obrazy kobiet przytłoczonych codziennością, śmiercią, walką. Obrazy kobiet rodzących. I umierających.

Sylwia o nie w ten sposób walczy.

Dobry jest język: celny, pewny, potoczny, ale nie tak, jak u Masłowskiej, która bierze luja, stawia przed kamerą i każe mówić; tu potoczność jest naturalna i gładka.

Dobre są ilustracje Marty Zabłockiej, takie dodatkowe grafitti na murach napisanego Mokotowa.

Zły jest Mokotów, bo chujowość odrasta.

Cwaniary, Sylwia Chutnik, Wydawnictwo Świat Książki, 2012

Grzeczna

Grzeczne dziewczynki będą bite przez całe życie.

Dzięki uprzejmości cudemodzyskanegokuzyna Gregolca weszłam w tymczasowe posiadanie Grzecznej duetu  Gro Dahle (tekst) i Sveina Nyhusa (ilustracje). Zgodnie z blurbem na stronie wydawnictwa Ene Due Rabe, książka opowiada o małej Lusi, która była miła, cicha, czyściutka i grzeczna. Kolejne strony, pisane genialnie prostym językiem, w nieco skandującym rytmie (upatruję tu dużej zasługi tłumaczki, Heleny Garczyńskiej), kontrapunktowane szalonymi, pięknymi ilustracjami ukazują jednak, co dzieje się z grzecznymi dziewczynkami.

Nie, Lusi nikt nie bije. Lusia po prostu – znika. Szczęśliwe zakończenie zawdzięczamy tylko temu, że bohaterka wpada w gniew.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich dziewczynek w Polsce. Chłopcom też się przyda.

Naszym grzecznym dziewczynkom pomaga bardzo niewiele osób, a przez dlugie lata trenowane do grzeczności były tak, że i na wybuch gniewu  nie ma zbyt wielkiej nadziei. Przez dziewięć miesięcy tkwiły w ścianie jak Lusia, czekając, aż dorośli zauważą ich nieobecność.

Tyle bowiem czekaliśmy na decyzję rządu w sprawie podpisania konwencji o zwalczaniu przemocy. Opór w środowiskach konserwatywnych budziło zwłaszcza stwierdzenie, że przemoc ma płeć, a sprawcami przemocy domowej i gwałtów są w 95% mężczyźni. Zgodnie jednakże z dyrektywą o minimalnych standardach dla ofiar przestępstw (Dyrektywa 2012/29/EU) ofiary przemocy ze względu na płeć – głównie kobiety, ale też osoby transseksualne – są wymienione w grupie szczególnie narażonej na ryzyko bycia ofiarą przestępstw. Wystarczy zdjąć z oczu klapki, a z głowy wyjąć przekonanie, że zła Unia chce zamachnąć się na świętą katolicką heteronormatywną rodzinę, by pojąć, że dyrektywa podyktowana jest czymś więcej niż widzimisię.

unijny żandarm szuka heteryków do dania im w pysk

Potwierdzają to zresztą liczby cytowane przez Sergia w jego notce.

Świętość i integralność rodziny, tak spędzająca sen z powiek produktom gowinopochodnym, zostanie naruszona przez zapis w swoim zamierzeniu mający chronić ofiary przemocy. Zgodnie ze znowelizowaną ustawą, sprawca przemocy domowej będzie bowiem zobowiązany do opuszczenia mieszkania – dzięki czemu jego ofiary wreszcie będą mogły spać odrobinę spokojniej. Jestem zdania, że to dobra alternatywa dla trwania w dysfunkcyjnym układzie rodzinnym, codziennym lęku i maskowaniu siniaków makijażem.

Niestety, jestem daleka od entuzjazmu. Widzę, że rząd decydując się na podpisanie konwencji wykonał doskonale pozorny gest. Po pierwsze, ratyfikacja może odwlec się w czasie. Dla przykładu, konwencja ONZ o prawach niepełnosprawnych czekała 5 lat na ratyfikację. Jest wysoce prawdopodobne, że nie dojdzie do niej zatem za bieżącej kadencji. Może po prostu musi jeszcze kilka Katarzyn Figur uciec z domu, a kolejnych 150 kobiet cicho skonać pod butem czy pięścią kochającego męża, by ktoś się opamiętał?

Po drugie zaś, dodano zupełnie zbędne oświadczenie, że Polska będzie stosować konwencję zgodnie z zasadami i przepisami konstytucji (przepisy konstytucji stoją ponad prawem międzynarodowym). Jest to w mojej opinii sygnał, że odmawia się przyjęcia informacji o strukturalnym i powszechnym charakterze przemocy wobec kobiet. Przeciwdziałanie jej będzie się zatem odbywać z pominięciem kwestii genderowych, czyli w sposób wyłącznie doraźny, bez odrobiny niezbędnej refleksji nad rolami, jakie rozpisuje płciom społeczeństwo.

Tymczasem przecież przekonanie o różnicach między płciami na poziomie emocjonalnym i behawioralnym jest powszechne, wzmacniane zresztą przez durne neuroseksistowskie dziełka o mężczyznach z Marsach, a płci z mózgu. Lusie są grzeczne, bo wszyscy chcą, by były grzeczne.

Na szczęście, gdy Lusie wpadną w gniew, potrafią nie tylko same uwolnić się ze ściany, ale także pociągnąć za sobą inne dziewczynki, które także mają dość.

(dobrym początkiem jest zapoznanie się z tymi artykułami)

ilustracje zaczerpnięte z bloga Sveina Nyhusa

Ognia, wody i do piachu

Jest taki moment w życiu jedynaczki, że chce się wyrwać spod klosza.

Przeważnie przypada to na okres pokwitania i przy nakarmionym heteronormatywnością memetycznym backgroundzie przybiera postać fantazji o złym chłopcu. O złym chłopcu w popkulturze napisano całe dużo mnóstwo, więc nie będę wam komunikować, że królowa Bona umarła. W każdym razie: jego postać jako tęsknota za złamaniem reguł, przejawieniem odwagi i sięgnięciem po nieznane ma pewien pokrętny sens. A opisuję to dlatego, by wytłumaczyć się trochę ze swojej słabości do chłopców złych, zarośniętych, lujowatych i odstręczających ludzi normalnych. Podobno już w przedszkolu chadzałam w parach z łobuzami.

Nie martwcie się, nie będzie to notka ekshibicjonistyczna ze spisem moich romansów. Jest to tylko smakowity wstęp do mojej (przed)ostatniej lektury, jaką był „Ogień” Łukasza Orbitowskiego.

Otóż z Orbitowskim jest właśnie tak, że jest moim ulubionym lujem polskiej fantastyki. Nie jestem przesadną fanką jego twórczości, po prostu lubię zajrzeć na jego prelekcję i posłuchać, jak nawija o horrorze. Mam wytłumaczalną tym, co powyżej, słabość do niego i dlatego pomimo ostrzeżeń: Narodowe Centrum Kultury! seria „Zwrotnice Czasu”! – podeszłam do dzieła z dużym kredytem zaufania i życzliwości.

Bo „Ogień” pojawił się właśnie w ramach serii „Zwrotnice Czasu”, w której wydano tak patetyczne dzieła jak „Wieczny Grunwald” Twardocha czy kolejne odgrzewane schaby Marcina Wolskiego. Jak czytamy na stronie serii, chodzi w niej o historię alternatywną. Siłą rzeczy przyciąga ona pisarzy (damskich nazwisk jakoś nie widzę) historią żywo zainteresowanych i, jakoś tak się dziwnie składa, wielką wiarę pokładających w zasadach, wartościach, zadumie nad narodem w ogóle i polskością w szczególe.

Historia „Ognia” zaczyna się jak przyzwoity slasher: otóż do opuszczonej chatki w górach przybłąkują się dwaj bracia i żona jednego z nich. Rwie się zasięg, pada prąd, za oknem huczy las, bracia mają niezałatwione między sobą spory, tylko czekać bieganiny z siekierą i dużej ilości czerwonej farby oraz dziewczęcej postaci pomykającej w przejrzystym gieźle w ciemny las.

Jednakże jesteśmy w serii „Zwrotnice czasu”, musimy zatem nawiązać do historii. Orbitowski umiejscawia więc chatkę na terenie działań Józefa „Ognia” Kurasia. Duch Ognia krąży wokół chatki wraz ze swoim archenemy, SBkiem Wałachem, by ostatecznie pospołu powcielać się w obu braci.

Tymczasem żona, Basia, istotnie pomyka w ciemny las i doznaje wcielenia straconej z ręki (a przynajmniej na rozkaz) Ognia Zosi.

W przypadku „Ognia” mamy do czynienia ze zderzeniem kompletnie przeciwstawnych postaw. Z jednej strony mamy Artura, wygodnisia, który wybrał karierę w Warszawie i wspieranie ojca przechodzącego przez trudny okres w przemianach po 1989. Z drugiej – Piotrka, który pozostał przy matce w małej miejscowości. Zdany na siebie samotnik contra zależny od rodziny mąż. Ateista contra wierzący. I tylko w konserwatywnym umyśle za tym zestawem idzie alternatywa: egoista contra altruista, człowiek prawy contra tchórz.

Tutaj pojawia się pytanie, które stawiałam przy okazji notki polconowej. Łukasz podczas jednej z prelekcji mówił o konserwatyzmie w horrorze: że jest to gatunek, który jest najbardziej wpisany w chrześcijański sposób pojmowania dobra i zła. Zastanawialiśmy się pod nią z komentatorami, na ile zasadne jest to stwierdzenie; na ile Łukasz w nim powiedział „jestem konserwatystą, bo piszę horrory”, a na ile „jestem konserwatystą, więc piszę horrory”.

Ja to pytanie pozostawię w zawieszeniu, ale to w postać wierzącego Piotrka wciela się wielki bojownik o niepodległość, Ogień, a w postać nihilistycznego Artura – okrutny SBk. „Ogień” ma formę sztuki teatralnej, więc właściwie nie mamy komentarza odautorskiego: być może autor nie zajmuje stanowiska w ocenie postaci Ognia. Możemy jednak z pewną dozą prawdopodobieństwa rozstrzygnąć, że opowiada się po stronie Piotrka/ Ognia, skoro po jego stronie jest zwycięstwo. Zwycięstwo takie, jakie może nastąpić w horrorze: przeżycie do końca koszmaru.

Wygrywa u Orbitowskiego zatem człowiek, który po wojnie zapada w lasy, by stworzyć w nich na własną rękę państewko podziemne i armię; na swoim terenie jest bardziej uznawanym władcą od państwowych: rządzi, dzieli i wymierza sprawiedliwość. Podczas przesłuchania z Wałachem padają pytania o czterech koniokradów, straconych bezbronnych w samego Sylwestra („ludzie po stajniach spali”, rozpacz matki zbyta stwierdzeniem: „synów na zbirów wychowała, to niech wyje do woli”); potem o Zosię, która była kochanką Kurasia, ale – donosiła, więc również musiała zostać poddana egzekucji. Wygrywa superbohater, ukrywający się przed legalnymi władzami, mający własne poczucie prawa i sprawiedliwości, będący ponad nie tylko państwem (to mu, ostatecznie, w tych chaotycznych powojennych czasach można wybaczyć), lecz także społecznym, powszechnie ustalonym pojmowaniem dobra i zła. Co za władca skazuje na śmierć złodziei i donosicieli?

Może władca opętany? W „Ogniu” dość uparcie przewija się mistyka lasu jako elementu, który przywołuje, opętuje i podporządkowuje swojej woli. Usprawiedliwienie „las mnie opętał” pojawia się kilkukrotnie w zeznaniach bohaterów. Las, szatan, chaotyczna siła, złe mzimu. Bez wcielania Ognia i Wałacha w braci byłby przyjemnym elementem uzupełniającym grozę. Ponieważ jednak mamy tu Historię i prawdziwe postaci, las wydaje się być (zbyt) prostym usprawiedliwieniem zła w wybielanym na siłę Kurasiu.

Być może to jednak wygrywa Basia, która robi to, na co nie mogły sobie pozwolić pokolenia kobiet tkwiących u boku wojowników o niepodległość – odchodzi? Mam wprawdzie obawy, że mój ulubiony luj ocenia ją jako tę, która po prostu do końca tej ważnej, męskiej walki nie pojęła. Dla mnie istotne jest jednak to, że przetrwanie Piotrka okupione jest utratą bodaj najważniejszej w jego życiu osoby – i że przed ryzykiem takich strat stają wszyscy wyznający wartości narodu, państwa, niepodległości i, opcjonalnie, jakiejś monoteistycznej religii.