Fantom w fandomie

W lipcowym numerze Nowej fantastyki ukazało się opowiadanie Jacka Komudy. Wątpliwej urody to dzieło przedstawia sytuację masowej nagonki na gejów w bliżej niesprecyzowanej krainie fantasy. Okazuje się, że geje prześladowani są słusznie i zachodzi tutaj sprawiedliwość dziejowa, bo porywają oni dzieci, by sprzedawać je do burdeli. Przerabiania na macę nie stwierdzono.

No, tak. W lipcu, w apogeum nagonki na społeczność LGBT+ pan Komuda machnął sobie opowiadanko o gejach handlarzach żywym towarem. 

Zaznaczę, że absolutnie nie jestem fanatyczką przedstawiania osób z grup mniejszościowych wyłącznie w pozytywnym świetle. Chciałabym, by ludzie pisali o różnorodnych postaciach, po prostu, bez wklejania wzorcowej lesbijki czy przepisowego trasa. Dlatego tak ukochałam serial Euphoria, gdzie osoby nieheteronormatywne wreszcie nie były zlepkiem stereotypów na swój temat, lecz wielowymiarowymi postaciami ze swoimi wadami. 

Ale to ma sens, gdy faktycznie jest różnorodność osób z różnych grup. Są źli, dobrzy, nijacy, wewnętrznie spójni i chaotyczni. Jak ludzie, Funky, jak ludzie.

Trochę inaczej to wygląda, gdy twórca konsekwentnie każdą postać z dyskryminowanej grupy rozpisuje na negatywną lub mało istotną. Na przykład: pisze kobiety wyłącznie jako wredne wyrachowane suki służące tylko do seksów. Wtedy można podejrzewać, że nie zależy mu na różnorodności, tylko upycha kolanem reprezentantkę tej czy innej grupy dla spokojności sumienia. Miło, że próbuje, ale jakie te postaci są i co je spotyka może sporo powiedzieć o stosunku twórcy do rzeczonej grupy., zwłaszcza jeśli to się powtarza w kolejnych i kolejnych utworach.

Ale Jacek Komuda nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Nie wysilił się na szersze spetrum różnorodności, nie opisał też wyłącznie konkretnej homoseksualnej bestii. On sportretował całą grupę używając najgorszych stereotypów kolportowanych przez sekty typu Ordo Iuris i inne agentury konserwatywnej międzynarodówki. Biorąc pod uwagę wcześniejszą twórczość i wypowiedzi Jacka Komudy, zdradzające przywiązanie do konserwatywnych wartości, założenie, że posłużył się tymi stereotypami świadomie nie jest moim zdaniem zbyt daleko idące.

A manifestacja takich poglądów, jak powiedziałam, w najgorętszym okresie szczucia na LGBT+ to już jest stanięcie w tłumie z widłami.

Nic zatem dziwnego, że po publikacji gówienka trafiło  ono w międzynarodowy wentylator i bryzgnęło zaskakująco szeroko. Innymi słowy, do Nowej Fantastyki odezwali się zagraniczni autorzy deklarując zerwanie współpracy. .

Redakcja Nowej Fantastyki zachowała się przyzwoicie. Opublikowała przeprosiny – prawdziwe przeprosiny! – przyznała się do błędu i zapowiedziała queerowy numer, zapraszając tęczowych twórców do współpracy. Inicjator i redaktor przeprosin, Marcin Zwierzchowski. odpowiedzialny w NF za dział zagraniczny, na swoim profilu opublikował długie i osobiste oświadczenie, w którym, oprócz oburzenia brakiem (co najmniej) wyczucia ducha czasów przy akceptacji opowiadania Jacka Komudy, pozwolił sobie także na wyrażenie żalu z powodu braku szacunku do jego (Marcina) pracy. Na relacje z zagranicznymi autorami pracował on latami, a teraz odbierał wiadomości o zakończeniu współpracy. Smutna to była lektura.

Dziś już wiemy, że Marcin postanowił odejść z Nowej Fantastyki.

Minęło parę tygodni i polskie internety z okolic fandomu znów przeżyły wstrząs i zamęt grubymi nićmi szyty. Obiegł je bowiem apel twórczyń (chociaż tutaj rodzaj żeński dotyczy de facto jednej autorki) i twórców polskiej fantastyki, sprzeciwiający się brutalnej nagonce na opowiadanie naszego kochanego Jacka. Jak również cenzurze.  Duch wolności unosił się nad apelem jak gazy nad bagnem. 

Przypomnę: opowiadania Jacka Komudy nie zablokowano przy publikacji. Nie ingerowano w jego treść. Nie stał nad nim cenzor z nożycami. Nawet nie przyszedł żaden żandarm politpoprawności i nie dał mu w pysk. Po prostu redakcja, która opublikowała jego opowiadanie uznała to za błąd i przeprosiła wkurzonych czytelników.  Podsumowując, cenzura polega na publikacji opowiadania w poczytnym piśmie, a wolność słowa polega na tym, że można napisać absolutnie wszystko i nie ponieść za to konsekwencji.

Zaznaczę tu,  że praktycznie wszyscy mamy jakieś uprzedzenia. Ta świadomość pomaga być wyrozumiałą dla innych. Jesteśmy wychowywani w konkretnej kulturze i popkulturze, w których jest masa stereotypów i część z nas nie ma okazji ich zweryfikować. Dlatego przy walce z uprzedzeniami raczej stawiam na edukację niż system kar i nagród. Natomiast po literatach i artystach spodziewam się, że mają okazje do urealnienia swoich wyobrażeń o innych, bo mają większą ekspozycję na różnorodność. Dlatego myślę, że publiczna krytyka zawartych w tekście uprzedzeń nie jest karą zbyt surową.

Zwłaszcza że odcięcie się NF od Komudy nie oznacza bynajmniej wilczego biletu: inne wydawnictwa nie zamknęły się przed Jackiem Komudą, czego może dowodzić chociażby fakt publikowania się w Nowym Napisie, serwisie z wyraźnie konserwatywną i ksenofobiczną agendą, za to podobno płacącą publicystom jak ludziom.

Pod apelem podpisał się kwiat polskiej fantastyki, wśród których uważni czytelnicy z mniejszym lub większym zaskoczeniem zauważyli takie nazwiska jak Jacek Dukaj, Jarosław Grzędowicz czy twitterowe gwiazda niestrudzonego riserczu i równie wyważonych opinii, Rafał Ziemkiewicz. No ok, Dukaj trochę zaskoczył, bo pomimo konserwatywnych tonów był odbierany jako człowiek raczej jednak brzydzący się publikacją produkcyjniaków rodem z Der Sturmera. Plus ludzie się zmieniają i co pisał Jacek dwudziestoletni może nijak nie przystawać do Jacka dzisiejszego.  (To zresztą dotyczy wszystkich autorów: pamiętam Grzędowiczowi Weekend w Spestreku, ale dopuszczam myśl, że zmienił poglądy). Niemniej podpisał. Kill your Idols, jak to mówią. (Od razu zaznaczę, że nie był on moim idolem, nigdy nie mogłam go strawić).

Pod apelem podpisał się także jeden z właścicieli wydawnictwa Fabryka Słów, co nieźle wyjaśnia skład podpisanych autorów: większość z nich to mniej lub bardziej czarne konie tej stajni. Przy okazji: największy faworyt Fabryki, Jakub Ćwiek, nie podpisał apelu, a ostatnie rzeczy wydał w wydawnictwie Marginesy.. Nie ma pod nim podpisów ludzi z wydawnictwa państwa Kosików Powergraph, oczywiście nie ma też Sapkowskiego, Orbitowskiego ani Brzezińskiej. 

W fandomie zawrzało, część osób list wsparła, część splunęła sygnatariuszom na buty. Rozkosznie rozbujała się dyskusja zwłaszcza u Konrada T. Lewandowskiego, zwanego przez weteranów usenetu Przewodasem, który od lat z uporem godnym lepszej sprawy tropi spiski lobby homoseksualnego i agentów poprawności politycznej.

Obie te grupy uniemożliwiają mu osiągnięcie międzynarodowego sukcesu, w zamian promując i wspierając jakieś miernoty, których jedyną zasługą jest to, że są tęczowe i poprawne. Wybitny ów literat gromił oponentów wyzywając ich od tęczowych chamów i mentalnie wymachiwał toporem, husarskim skrzydłem oraz przechodzoną świńską nogą. 

Niestety nie odniósł się ni toporem, ni skrzydłem do nader przytomnego argumentu Tomasza Stachewicza, który wytknął piewcom wolności, że oto doświadczyli wolności polegającej na fistingu niewidzialną ręką rynku: czasopismu opłacało się przeprosić za Komudę i odciąć do jego poglądów, bo tak chcieli jego czytelnicy i ważni współpracownicy. Nikt wszakże nie broni założyć własnego pisma gwarantującego przestrzeń na pełne spektrum poglądów (od Ziemkiewicza po Piekarę). Jak z kolei celnie zauważył Galopujący Major,  po prostu banda komunistycznych pasożytów, żerujących na piśmie założonym w czasach, było nie było, Jaruzelskiego, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce. Ot takie to umiłowanie wolności.

Do pieca dołożył jeszcze Gonciarz:

(Nie muszę chyba dodawać, że w całym tym paroksyzmie namiętności do wolności żadne z autorów nie wsławiło się obroną Klątwy, Golgoty czy chociażby działaczek ze Stop Bzdurom?)

Mówiąc odrobinę poważniej, od pisarzy prócz sprawnego pióra i nieokiełznanej wyobraźni oczekuję też kontaktu z rzeczywistością i rozeznania, co się wokół nich dzieje. Oczekuję także odpowiedzialności za to, co się pisze. Nie upieram się, że polska fantastyka ma przemożny i powszechny wpływ na poglądy młodych chłopców, ale znam świadectwa z lewa: część fandomu doszła do progresywnych poglądów m.in. dzięki Sapkowskiemu, którego jakoś nie przerażały związki jednopłciowe, silne kobiece postaci czy, o zgrozo, koegzystujące różne rasy. 

W roku 2020, w czasach, gdy policja wbija na chatę za rozwieszenie tęczowej flagi, podbijanie homofobicznego bębenka to potencjalny udział w pogromie… i pociągnięcie za sobą swoich czytelników.

Mniej więcej to samo nawijam w podkaście, ale mam fajny głos, więc posłuchaj!

Dorzucam jeszcze materiał TVP Info. Fantastyka nareszcie w mainstreamie! xD

https://tvp.info/49301817/to-wprowadzenie-cenzury-pisarze-w-obronie-autora-zaatakowanego-przez-dzialaczy-lgbt

Trzynaście powodów

…dla których warto obejrzeć „Trzynaście Powodów”, serial wypuszczony niedawno na platformie Netflix (i jedno mocne ostrzeżenie). Wybaczcie banalną formę trzynastu punktów, ale będę wam miała do powiedzenia same banalne rzeczy, więc niechże to będzie spójne.

  1. Ma świetnych bohaterów. Prawie żadne z nich nie jest czarno-białe – popełnia błędy i paskudne rzeczy, mając po temu poważne powody i wie, że zrobiło źle.
  2. …prawie, bo jest jeden zdecydowanie negatywny, męski bohater, który z początku nie robi nic, czego nie zrobiliby jego koledzy z drużyny czy bractwa. Niemniej w pewnym momencie puszczają mu hamulce. Po prostu nikt go nie powstrzymuje, by nie posunął się dalej.
  3. Ma też świetnie zarysowane tło małej szkolnej społeczności, walczącej między sobą o popularność – mega ważną rzecz, gdy ma się lat ~naście (ale przecież nie tylko wtedy!).
  4. Poza szkolną społecznością jest też społeczność internetowa, której obraz jawi się dość złowieszczo. Zaryzykuję tezę, że osią powieści, a później serialu było głębokie rozczarowanie internetem w takiej formie, w jakiej mamy go dziś, zwłaszcza w wersji dla młodych ludzi: fake news, farmy lajków, revenge porn i narzędzie do ośmieszania pechowców z otoczenia. Innymi słowy, uwypukla wszelkie stadne zachowania jak w soczewce.
  5. …i podejrzewam, że to dlatego Hannah sięgnęła po kasety – rzecz dla osób z jej pokolenia raczej egzotyczną i intrygującą, jak cała moda z lat 90; dla twórców serialu i autora powieści pewnie zaś artefaktem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest w nich więc łut nostalgii i czegoś bezpiecznego, w odróżnieniu od nowych mediów, jest w nich też atrakcyjność niedawno minionych czasów, które zna się z opowieści starszego rodzeństwa czy rodziców.
    tumblr_onvebqeph61u8kls4o1_500
  6. Głównym motywem serialu, jak już pewnie wiecie, jest samobójstwo nastoletniej Hannah, która tuż przed targnięciem się na życie nagrywa na kasety opowieść o tym, co ją przywiodło do tej decyzji. Mamy więc tutaj historię po śmierci bohaterki i całe spektrum reakcji na to, co się stało – i historię wydarzeń poprzedzających jej rozpaczliwy krok. Możemy obserwować, czy i jak śmierć Hannah zmienia pozostałych bohaterów oraz jak sobie radzą z faktem, że – niektórzy mniej, inni bardziej – przyczynili się do jej decyzji.
  7. I szerzej, film opowiada o zacieśniającej się spirali przemocy wokół młodziutkiej dziewczyny, której jedyną zbrodnią było to, że była nowa w mieście. Zaczyna się od rzeczy drobnych, plotek, wycieków zdjęć, lekkiego ostracyzmu. Kończy na gwałcie.
  8. Spotkałam się z zarzutem, że ta eskalacja jest mało prawdopodobna i robi z bohaterkę Mary Sue. Być może (Hannah jest pokazywana nam głównie oczami Claya, który jest w niej zakochany, więc ma wybaczalną skłonność do idealizowania dziewczyny), chociaż gwałty na randkach czy imprezach nie są rzeczą ani rzadką ani nieprawdopodobną. Poza tym, nakręcenie spirali ma konkretny cel: ukazanie, że to właśnie dzieje się z przemocą, gdy się jej nie przeciwstawiamy. Ona narasta. Zawsze zaczyna się od drobiazgów, które, nieplewione, jak chwasty rozrastają się do poważnych krzywd aż po przestępstwa i zbrodnie.
  9. Można sobie zadać pytanie, dlaczego bohaterowie „Trzynastu powodów” pozwalali przemocy narastać. Przyczyn jest kilka. Pierwszą, i najważniejszą, było to, że nie komunikowali się między sobą i zwyczajnie nie bardzo wiedzieli, że Hannah jej doświadcza (znów: na cóż nam internet, skoro nie potrafimy się porozumieć w tak kluczowej kwestii?). Po drugie, byli w nią uwikłani – nie reagowali albo śmiali się z prześladowcami, a czasem liczyli na to, że uwaga skupiona na Hannah pozwoli ukryć im ich własne tajemnice przed bezlitosnym szkolnym pręgierzem.  jessica
    A czasem, po prostu, zwykła potrzeba bycia lubianymi zwyciężała nad poczuciem sprawiedliwości.
  10. To wszystko są drobne grzeszki, dopuszczenie się których nie robi z nas złych ludzi bez nadziei na poprawę. W przypadku Hannah po prostu się nawarstwiły, bo jej otoczenie nie rozmawiało ze sobą – ani z nią.
  11. Tym samym serial niesie niewesołą wiadomość: każde z nas niewielkim gestem może sprawić, że komuś będzie gorzej na świecie lub życie całkiem mu zbrzydnie. I to jest normalne. Nie da się przejść przez życie nie mając na koncie ani jednej wyrządzonej komuś krzywdy. Jesteśmy tylko ludźmi. Musimy po prostu być nieco bardziej uważni, trochę bardziej troszczyć się o bliskich – i będzie lepiej.
    large
  12. Serial ma też krzepiący przekaz. Jakkolwiek życia Hannah to nie zwraca, prawda wychodzi na jaw, a ci, którzy faktycznie przekroczyli granice codziennej nieuważności i lęku o własny tyłek; ci, którzy działali z rozmysłem i złą wolą – zostali ukarani. Wystarczyło zacząć rozmawiać i wspierać się w dniach po śmierci przyjaciółki.
  13. Przede wszystkim zaś mówi: uważajcie na siebie i nie bądźcie dla siebie chujami.

tumblr_ons6tgmjcf1ta0vvmo3_400

Jest jedno ogromne ale. Z całą troską o to, by opowiedzieć o samobójstwie w sposób możliwie uważny i delikatny, bez przesadnego wiktymizowania bohaterki – niestety serial nieco samobójstwo uromantycznia. Hannah jest, jak wspomniałam, oglądana oczami zakochanego w niej chłopaka, więc jest i śliczna, i mądra, i ponętna, i tak do twarzy jej z tym smutkiem nieskończonym. Tak, że jeśli macie depresję lub ktoś z waszych bliskich ją ma – odpuśćcie sobie. Sprawy naprawiają się dopiero po śmierci Hannah, pozostajemy więc w złudnym przeświadczeniu, że samobójstwo jest całkiem niezłym rozwiązaniem, zaś pokazanie samej sceny odbierania sobie życia jest karygodne. Brakuje czegokolwiek (poza dodatkowym filmem po serialu, który z całą pewnością nie zostanie obejrzany przez wszystkich), co by uświadomiło, że nie, nie jest.

To banalne, ale wystarczy porozmawiać.

 

Snobizm kulturalny

– Przeistoczenie spektaklu teatralnego w transmisję w wielosalowej kinowej budzie przestaje mnie już interesować – pisze w swoim cotygodniowym felietonie Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, smakosz.

I gdyby na tym poprzestał, moją reakcją byłoby wzruszenie ramion. Nie interesuje go, to nie interesuje, zasadniczo nieszczególnie zaprząta moją głowę, co ma do powiedzenia na temat swoich upodobań krytyk teatralny i kulinarny oraz smakosz. Ale pan Nowak postanowił pozwolić tej głębokiej myśli dojrzeć, wypączkować i wydać owoce. Nie jestem taką smakoszką jak pan Nowak, więc pewnie dlatego mi nie smakują.

Daliśmy sobie wmówić, że galerie nie służą prezentacji dzieł sztuki, lecz – sprzedaży gaci i szmat. Kina zamieniliśmy na blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Przystaliśmy, że książki sprzedaje się w supermarketach, wysypywane do pojemników niczym buraki i cebule.

A łódzka Manufaktura? Prócz knajp, sklepów, kina czy ścianki wspinaczkowej jest na jej terenie Muzeum Sztuki MS2. Czy sztuka staje się mniej artystyczna, bo jest obok centrum handlowego? Czy pan Nowak nie nosi gaci i nie używa szmat (nie, nie chcę tego wiedzieć)?

Można się zżymać, że centra handlowe wypierają lokalne sklepy – takie zastrzeżenie rozumiem. Można się dziwić oszalałym tłumom na nocach zakupów czy megapromocjach. Ale: ludziom generalnie potrzebne są gacie i szmaty. Bez gaci na dupie i szmaty na torsie do kina ani teatru nie wpuszczają.

Albo takie, jak to pan Nowak ujął, blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Lubię kina kameralne, a od zapachu popcornu mnie mdli. Nie dlatego, że jest plebejski czy że nie rozumiem jedzenia podczas seansu, po prostu taki mam gust – inni nie lubią anyżku czy czosnku. Więc w kinie chrupię orzeszki w czekoladzie. Albo nic nie chrupię, zależnie od chęci. Natomiast: defektem kin kameralnych jest dość często zaniedbany system nagłośnieniowy (w starej łódzkiej Cytrynie kiedyś zwracano nam przez to za bilety), o dobrym 3D można pomarzyć, a salki w Cinema City Galeria Mokotów są mniejsze niż w Kinotece.

Jednym słowem, zarzut o blaszakach jest klasycznym stereotypem człowieka, który w kinie bywa od święta, traktuje to jak misterium i oczekuje zgodnej z nim oprawy. A dla mnie sytuacją idealną byłoby, gdyby każde miało wystarczająco luzu z czasem i pieniędzmi, by skoczyć do kina w ciemno, na jakikolwiek seans „bo akurat ma się ochotę”, między obiadem w knajpce a zakupami.

Z książkami jest jeszcze gorzej. Otóż nie dość, że są sprzedawane w biedronkach w koszu lub też na straganach pod dworcami, to jeszcze teraz wystarczy kliknąć, by je mieć w formie elektronicznej.
To już nawet nie buraki i cebule, to jakieś wirtualne niewiadomoco, nie da się tego powąchać, znajomi nie zrobią pełnych szacunku min widząc opasłe tomiszcze na półce. Co za czasy! Literatura stała się powszechna!

W innym tekście pan Nowak rozbudowuje swoje żale względem cyfryzacji czytelnictwa:

Jakaś mądralińska gapa powiedziała mi, że nie ma co żałować księgarni, bo dzisiaj i tak książki kupuje się w internecie. O biedni, którzy do tego ograniczacie swój bibliofilski odruch. To logika radzieckich bibliotek, gdzie teoretycznie można było wypożyczyć każdą pozycję, jednak publicznie nie udostępniano katalogów ani nie dopuszczano do półek z książkami. W ten sposób dociera się do tytułów już znanych, natomiast to, co najbardziej podniecające i inspirujące – czytelnicza włóczęga, pozwalająca zerwać się ze smyczy ideologów, promotorów i marketingowców – pozostaje niedostępna. Bo książki gadają ze sobą wyłącznie w realu, na półkach, zaszyte w kątach, przygniecione innymi tomami.

Kompletna bzdura. To dzięki „wirtualowi” (cóż za anachroniczne rozróżnienie, swoją drogą) mam w swoich zbiorach bardzo słabo znany w Polsce pakiet komiksów o Scotcie Pilgrimie, doskonałe opowiadania Connie Willis czy „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Czy to są polskie bestsellery?

Zrzut ekranu 2014-10-22 o 15.38.38

Natomiast rozumiem to zastrzeżenie:

Oddaliśmy gazety reklamodawcom i mediaplanerom, a telewizje – w ręce właścicieli sprawdzonych formatów. Przyjęliśmy dyktat praw autorskich, które są wyrazem korporacyjnej chciwości. Zgodziliśmy się na wiele rozwiązań, których jedynym celem jest nabijanie kabzy facetom, z którymi nie chciałbym razem nawet oddawać moczu w tym samym śmierdzącym pisuarze.

Polski rynek prasowy i telewizyjny odbieram bardzo podobnie. W mediach (mówię tu o publicznej telewizji i wiodących dziennikach), w których oczekuję rzetelności, wysokiej jakości w przekazywaniu informacji, troski o potrzeby nie tylko reklamodawców, ale także i odbiorców – widzę pogoń za klikiem, tanią sensacją i ustawianie debaty publicznej pod prawdę leżącą pośrodku. Widzę, że brakuje pieniędzy z budżetu państwa na kulturę, a jednocześnie hojną rączką zasila się Fundusz Kościelny . Bardzo mnie to drażni.

A cóż to za neokolonialne, imperialne gesty!? Co to za demolowanie lokalnego rynku teatralnego za pośrednictwem kinowych transmisji?! Przyjedźcie z gościnnymi występami, zmierzcie się z polskimi interpretacjami Williamsa, a nie epatujcie filmowymi buziami aktorów, pokazywanymi w osiedlowym kinie w aurze wielkiego wydarzenia teatralnego.

Mam jednak przeświadczenie, że transmisje National Theatre nie są imperialnym gestem ani też zamachem na lokalny rynek teatralny. Po pierwsze, warszawski rynek teatralny, a o takim prawdopodobnie pan Nowak pisze – ma się lepiej niż dobrze, wystawiając kolejne żenujące komedie romantyczne, tylko o jeden krąg piekła od dna polskich kabaretów; lub też odgrzewając evergreeny w rodzaju Metra. To w nich mamy nawet nie filmowe, a znane ze słabiutkich seriali twarzyczki aktorów, to one łowią widza na gębę. Po drugie zaś (znów wracamy do pieniędzy na kulturę i ogólnego poziomu zarobków) – na spektakl w wykonaniu londyńskich aktorów teatralnych (tak, panie Nowak, ci aktorzy grają zawodowo w teatrach, a skądinąd bardzo dobre seriale BBC to fuszka na boku) będzie stać pana Nowaka, ale już nie stażystę czy prekariusza na um-zlecu, który wstawił jego tekst na stronę w Wyborczej i umieścił na fejsie. Natomiast jest szansa, że do Multikina pójdzie.

Najważniejszy problem z tekstem pana Nowaka mam taki, że dostęp do kultury postrzega on jako elitarny. Jest we mnie silna niezgoda na taki stan. Uważam, że im powszechniejszy dostęp do kultury, tym lepiej dla wszystkich. Ostatecznie, nikt nie broni panu Nowakowi wsiąść w samolot do Londynu i obejrzeć transmitowane spektakle na żywo. Można się spierać, jak osiągnąć tę powszechność, ale musielibyśmy wówczas zacząć rozmawiać o ekonomii, podatkach, płacach minimalnych, dotacjach dla kultury czy działalności w trzecim sektorze.

A takie snoby jak pan Nowak są zapewne ponad tego typu przyziemności.

PS o panu Nowaku trochę, a o retransmisjach spektakli NT bardziej można także poczytać u Zwierza, Ysabell, FabulitasĆmy Książkowej i u Bartłomieja Majchrzaka na portalu e-teatr. O e-bookach natomiast – u Joanny Tracewicz.

Sherlock

W 1887 na jarmarkach w miasteczkach północnych Włoch pojawił się mistyk zwany Doktorem Caligari…

…wróć. W Beeton’s Christmas Annual pojawiło się pierwsze opublikowane opowiadanie Conan Doyle’a z udziałem Sherlocka Holmesa i Dr Watsona. Postaci te przysporzyły mu tyle popularności i pracy, że już w cztery lata później zastanawiał się nad uśmierceniem postaci Sherlocka. Jak wiemy, #sherlocklives, niezależnie od tego, czy śmierć znalazł w wodospadzie Reichenbach, czy na ulicach Londynu, czy też poległ w grotesce, skreślonej piórem J.M.Barriego.

Sherlock i Watson oczami oryginalnego ilustratora, Sidneya Pageta

Sherlock i Watson oczami oryginalnego ilustratora, Sidneya Pageta

W 2014 portale społecznościowe wybuchły ponowną namiętnością do Sherlocka za sprawą trzeciego sezonu serialu realizowanego przez telewizję BBC. Postać Sherlocka, w którą czarująco wcielił się Benedict Cumberbatch, przez pierwsze dwa sezony zachwycała uwodzicielską inteligencją, autystyczną bezpośredniością i sprawiła, że stale obecny motyw w popkulturze stał się jednym z najbardziej dominujących. Z serialu oglądanego alternatywnie do ekranizacji Guya Ritchiego (z bardzo wdzięczną rolą Roberta Downeya Jr, który pokazał z kolei Sherlocka zupełnie niebrytyjskiego, zaniedbanego, znarkotyzowanego i świetnego na ringu) Sherlock BBC stał się pozycją obowiązkową dla każdej i każdego, kto ma pretensje do bycia osobą obeznaną w kulturze.

Robert Downey Jr jako Sherlock Holmes

Robert Downey Jr jako Sherlock Holmes

Trzeci sezon przyniósł jednak sporo rozczarowań – twórcy serialu, Stephen Moffat i Mark Gattis zdecydowanie za bardzo ulegli pokusie schlebiania fanom. Zaryzykuję twierdzenie, że nie traktując Sherlocka tak, jak traktował go Conan Doyle – jako remedium na nudę i sposób na zabicie wolnego czasu – pogrążyli się w pogoni za poklaskiem, mocno zaniżając standardy, które Moffat wyznaczył w pierwszych sezonach – błyskotliwe dedukcje, zręczne i dyskretne nawiązania do kanonu, wreszcie: spójna, intelektualna postać Sherlocka.

Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes

Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes

Tym przyjemniej sięgnęło się po absolutne cacko, jakie wydano w projekcie BookRage – Sherlock Holmes. Apokryfy. Zbiorek zawiera 6 opowiadań, stworzonych już po śmierci Sherlocka. Słynny detektyw  jest w nich  obecny dość aluzyjnie – a to nadsyła do redakcji gazety list z propozycją rozwiązania zagadki tajemniczego zniknięcia pociągu, a to pojawia się w krótkim opowiadaniu tylko po to, by po raz kolejny popisać się swoją słynną metodą – tym razem wyłącznie dla (niekoniecznie udanego) popisu.

Ciekawostką jest możliwość zapoznania się z jednym z opowiadań w dwóch wersjach tłumaczenia – współczesnym (propsy dla Marcelego Szpaka) i z 1909 roku. Prócz różnic językowych zaintrygować może także tajemnicze zagubienie wątku miłosnego w starszej wersji – jak widać, od ponad stu lat dba się o stan naszych serc i umysłów, nie mącąc ich grzesznymi fantazjami ze zgniłego zachodu.

„— To przedział dla palących — zauważył, spoglądając na konduktora. — Dama nie przepada za dymem.”

„— To przedział dla palących — zauważył, spoglądając na konduktora. — Dama nie przepada za dymem.”

Ciekawym motywem łączącym te opowiadania jest to, że detektyw jest w nich omylny i ponosi porażki. Wprawdzie i w kanonicznych historiach wspomina się o jego błędach, a Watson wręcz zabezpiecza się twierdzeniem, że opisuje wyłącznie sukcesy, bo są to wówczas zamknięte historie – jednak, jak się okazuje, dedukcja może zawieść i nawet taki geniusz obserwacji jak Sherlock jest w stanie przeoczyć istotny, rozstrzygający o całości szczegół.

jedna z ilustracji z Apokryfów

jedna z ilustracji z Apokryfów

Właśnie, nie wspomniałam: mocnym punktem tego zbiorku są ilustracje – prócz Sidneya Pageta, oryginalnego ilustratora, Sherlocka i Watsona (oraz liczne postaci epizodyczne) pokazali nam także Max Cowper i Frank Craig. Prawdę powiedziawszy,  żałuję, że nie mam wersji papierowej, bo obrazki są przeurocze i niosą mnie w czasy zachwycania się ilustracjami Bohdana Zieleńca w Ani z Zielonego Wzgórza. Omal słychać szelest długich sukni i gwizd parowozów.

Zbiorek jest krótki – w sam raz na dwugodzinną (maksymalnie) podróż lub kilka tras do-i-z pracy. Mnie przypomniał, za co pokochałam Sherlocka – nie za aksamitny głos Benedicta czy chropowaty wdzięk Roberta, lecz za konsekwentne używanie rozumu. Jeśli bowiem ta metoda zwodzi na manowce, to przecież tylko dlatego, że mamy za mało danych, prawda?

Sherlock Holmes. Apokryfy by Arthur Conan DoyleMarcin Wróbel, BookRage, 2014

Słoiki z codziennym złem

Wyborcza i Polityka ostatnio odważnie mierzą się z tematem tak zwanych słoików, czyli napływowych mieszkańców Warszawy. Jak dowiadujemy się z napuszonych, antagonizujących artykułów, słoiki pogrążone we wstydzie za rodzimą miejscowość zajmują się wytwarzaniem PKB zajmując tym samym prawdziwym Warszawiakom miejsca pracy, mimo wstydu odprowadzają podatki w miejscu zameldowania, czyli w tych swoich Myciskach, zatem nie dokładają się do potęgi stolicy, a korzystają pełną garścią. Dodatkowo zajmują miejsca parkingowe, wystawiają worki ze śmieciami na klatkę, słoikami zaś są dlatego, że co jakiś czas nawiedzają domy rodzinne, skąd uwożą wyprane rzeczy i słoiki z bigosem.

(ja przeważnie wożę pasztet i pieczoną indyczkę, która mojej mamie wychodzi wprost doskonale)

Słoiki oczywiście wyjeżdżają na święta i wtedy rdzenni warszawiacy oddychają z ulgą, bo luz w tramwajach i na ulicach faktycznie rzuca się w oczy (możliwe, że ma to związek z tym, że jednak ludzie w te dni generalnie mniej jeżdżą, ale kto by zważał na drobiazgi). Słoiki podczas świąt oglądają telewizję i jak twierdzi mój przyjaciel Michio, są koszmarnie nieznośni w narzekaniu na ofertę telewizyjną polskich stacji. Taki bowiem słoik jak ja (nie spełniam wprawdzie warunku podatków i wystawiania śmieci, że o miejscach parkingowych nie wspomnę) nie dawkuje sobie polskiej telewizji w ciągu roku i nagle dostaje między oczy czystym złem.

(oczywiście nie tylko, na przykład jako sroga singstarowa zawodniczka ze sporą przyjemnością obejrzałam odcinek XFactora i ze smutkiem przyjęłam odpadnięcie prześlicznej i utalentowanej Kai Czulewicz)

Czyste, banalne, codzienne zło. Czy to nie o nim mówił Stewart Lee w swoim skeczu?

Remember when Jeremy Clarkson made those jokes about shooting strikers
and everyone complained? There was a guy from the Daily Telegraph went on the Channel 4 News to defend him and he said, „Come on,” he said, it was just a joke,” he said. „It’s not as if a Jeremy Clarkson fan has ever gone out and shot anyone.”

I thought, „Well, there was that one guy, „the mass murderer.”

Stewart jest profesjonalistą: oparł się na prawdziwej historii.

Takie zło mamy w polskich serialach: stereotypowe dialogi, podszyte mizoginią i konserwatywnym spojrzeniem na rodzinę. Doprawdy coraz bardziej zaczynam doceniać Pudelka, który dążącego do unieważnienia kościelnego małżeństwa aktora podsumowuje tymi słowami:

Nie wiadomo jeszcze, na który wariant zdecyduje się aktor, jednak najwyraźniej uznał, że skoro zagrał „człowieka, który został papieżem”, nie wypada mu poprzestać na rozwodzie cywilnym.

Przynajmniej dość otwarcie szydzi z hipokryzji.

Serial, który okrasił moje rodzinne święta, to Ojciec Mateusz. No wiem: sama to sobie zrobiłam, czego mogę spodziewać się po serialu, w którym głównym, pozytywnym bohaterem jest ksiądz. Katolicki ksiądz. Oczywiście zalatuje to emitowanym w 90s Detektywem w sutannie, jednak jestem przekonana, że inaczej oglądali w większości niekatoliccy Amerykanie wdzięcznego, egzotycznego staruszka, a inaczej Polacy urodziwego mężczyznę znanego z ról w Leśnej Górze. Zatem kwestię pochwały religijnego stylu życia, niezaprzeczalności potrzeby wiary i wszędobylskości księdza od razu odłożyłam na półkę, skupiając się na tym, co poza wątkiem księżowskim (edit: jak naprostowali mnie moi czytelnicy, serial jest kalką z włoskiego serialu “Don Matteo”, uświetnionego ponoć wielce przystojnym księdzem).

Odcinek miał tytuł „Z miłości” i traktował o wybitnym lekarzu, który z tejże miłości bił żonę. Pobił także adwokata, do którego żona się udała celem złożenia pozwu o rozwód i przedłożenia wyników obdukcji. Odcinek kończy się tym, że adwokat namawia swojego wspólnika, by bronił lekarza (bo wyprowadził się od żony i zgodził się pójść na terapię, jak również jest dobrym lekarzem, którego społeczność potrzebuje), rzeczona żona zaś rozważa danie mu jeszcze jednej szansy z uwagi na stresującą pracę i bo nigdy tak nie przepraszał.

No dobrze, że ta terapia, ale i tak: oprawcy nie spotyka właściwie żadna kara, lata pastwienia się nad żoną uchodzą mu na sucho, bo dobrze pracuje; w tle oczywiście przewija się MYŚLCIE O DZIECIACH, dla których jak wiadomo oglądanie bijących się rodziców jest daleko lepsze niż ich rozwód i niezgoda na przemoc. Pomoc bitej kobiecie ogranicza się do szczegółowego przesłuchania (na szczęście ma wsparcie w rodzinie).

Jak ktoś mnie jeszcze raz zapyta, dlaczego doznające przemocy kobiety nic z tym nie robią, odpowiem po raz kolejny: a skąd mają wiedzieć, co robić, skoro coś, co jest najłatwiej dostępne – serial na jedynce w prime time – nie potrafi poprowadzić tego wątku tak, by miał funkcję edukacyjną, lecz jedynie zachęcającą do krycia sprawcy i dawania mu kolejnej szansy.

Najwyżej sąsiedzi znów będą podgłaśniali radio, by nie słyszeć.

chujowy Mokotów

Chujowo. Na Mokotowie było chujowo i ktoś to musiał zmienić.

To chujowość tego miejsca sprawia, że Halina nagle odnajduje się w grupie młodych wdów, w nieprzystającej do siebie roli, w poczuciu wykluczenia na cmentarzu, w żałobie, w młodości. Chujowość nie tylko z takiej definicji, że jest w tej dzielnicy źle, moralnie źle; ale także z takiej, że chujem trącący ludzie panoszyli się na jej ulicach. Mężczyźni przy władzy, mężczyźni przy sile, mężczyźni nie miesiączkujący, nie zachodzący w ciąże, nie rodzący.

To nie jest tak, że bijące ludzi na ulicach dziewczyny są z marginesu i nie jest też tak, że Sylwia Chutnik gloryfikuje margines. Opisuje, jak dziewczyny – przeróżne, i te z zawodówek, i te z własnym gabinetem kosmetycznym, i prawniczki – dochodzą do ściany bezsilności i poczucia krzywdy. Do potrzeby zemsty.

Więc nie mają wyjścia. Więc stają się superbohaterkami. Bronią miasta przed chujowością.

Siłą najnowszej powieści Sylwii Chutnik nie jest jednak zachwyt kobiecą przemocą. Prawda: odgrzebała nią we mnie nastoletnią potrzebę podważenia systemu, kontestacji zastanego porządku i integracji z miastem. Jednak najpełniej wiem, o czym chce mi opowiedzieć, gdy trafiam na obraz wieczornych papierosów (wspólnota balkonowa!), dwóch włosów na grzebieniu, babci w kanałach. Obrazy kobiet przytłoczonych codziennością, śmiercią, walką. Obrazy kobiet rodzących. I umierających.

Sylwia o nie w ten sposób walczy.

Dobry jest język: celny, pewny, potoczny, ale nie tak, jak u Masłowskiej, która bierze luja, stawia przed kamerą i każe mówić; tu potoczność jest naturalna i gładka.

Dobre są ilustracje Marty Zabłockiej, takie dodatkowe grafitti na murach napisanego Mokotowa.

Zły jest Mokotów, bo chujowość odrasta.

Cwaniary, Sylwia Chutnik, Wydawnictwo Świat Książki, 2012

Grzeczna

Grzeczne dziewczynki będą bite przez całe życie.

Dzięki uprzejmości cudemodzyskanegokuzyna Gregolca weszłam w tymczasowe posiadanie Grzecznej duetu  Gro Dahle (tekst) i Sveina Nyhusa (ilustracje). Zgodnie z blurbem na stronie wydawnictwa Ene Due Rabe, książka opowiada o małej Lusi, która była miła, cicha, czyściutka i grzeczna. Kolejne strony, pisane genialnie prostym językiem, w nieco skandującym rytmie (upatruję tu dużej zasługi tłumaczki, Heleny Garczyńskiej), kontrapunktowane szalonymi, pięknymi ilustracjami ukazują jednak, co dzieje się z grzecznymi dziewczynkami.

Nie, Lusi nikt nie bije. Lusia po prostu – znika. Szczęśliwe zakończenie zawdzięczamy tylko temu, że bohaterka wpada w gniew.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich dziewczynek w Polsce. Chłopcom też się przyda.

Naszym grzecznym dziewczynkom pomaga bardzo niewiele osób, a przez dlugie lata trenowane do grzeczności były tak, że i na wybuch gniewu  nie ma zbyt wielkiej nadziei. Przez dziewięć miesięcy tkwiły w ścianie jak Lusia, czekając, aż dorośli zauważą ich nieobecność.

Tyle bowiem czekaliśmy na decyzję rządu w sprawie podpisania konwencji o zwalczaniu przemocy. Opór w środowiskach konserwatywnych budziło zwłaszcza stwierdzenie, że przemoc ma płeć, a sprawcami przemocy domowej i gwałtów są w 95% mężczyźni. Zgodnie jednakże z dyrektywą o minimalnych standardach dla ofiar przestępstw (Dyrektywa 2012/29/EU) ofiary przemocy ze względu na płeć – głównie kobiety, ale też osoby transseksualne – są wymienione w grupie szczególnie narażonej na ryzyko bycia ofiarą przestępstw. Wystarczy zdjąć z oczu klapki, a z głowy wyjąć przekonanie, że zła Unia chce zamachnąć się na świętą katolicką heteronormatywną rodzinę, by pojąć, że dyrektywa podyktowana jest czymś więcej niż widzimisię.

unijny żandarm szuka heteryków do dania im w pysk

Potwierdzają to zresztą liczby cytowane przez Sergia w jego notce.

Świętość i integralność rodziny, tak spędzająca sen z powiek produktom gowinopochodnym, zostanie naruszona przez zapis w swoim zamierzeniu mający chronić ofiary przemocy. Zgodnie ze znowelizowaną ustawą, sprawca przemocy domowej będzie bowiem zobowiązany do opuszczenia mieszkania – dzięki czemu jego ofiary wreszcie będą mogły spać odrobinę spokojniej. Jestem zdania, że to dobra alternatywa dla trwania w dysfunkcyjnym układzie rodzinnym, codziennym lęku i maskowaniu siniaków makijażem.

Niestety, jestem daleka od entuzjazmu. Widzę, że rząd decydując się na podpisanie konwencji wykonał doskonale pozorny gest. Po pierwsze, ratyfikacja może odwlec się w czasie. Dla przykładu, konwencja ONZ o prawach niepełnosprawnych czekała 5 lat na ratyfikację. Jest wysoce prawdopodobne, że nie dojdzie do niej zatem za bieżącej kadencji. Może po prostu musi jeszcze kilka Katarzyn Figur uciec z domu, a kolejnych 150 kobiet cicho skonać pod butem czy pięścią kochającego męża, by ktoś się opamiętał?

Po drugie zaś, dodano zupełnie zbędne oświadczenie, że Polska będzie stosować konwencję zgodnie z zasadami i przepisami konstytucji (przepisy konstytucji stoją ponad prawem międzynarodowym). Jest to w mojej opinii sygnał, że odmawia się przyjęcia informacji o strukturalnym i powszechnym charakterze przemocy wobec kobiet. Przeciwdziałanie jej będzie się zatem odbywać z pominięciem kwestii genderowych, czyli w sposób wyłącznie doraźny, bez odrobiny niezbędnej refleksji nad rolami, jakie rozpisuje płciom społeczeństwo.

Tymczasem przecież przekonanie o różnicach między płciami na poziomie emocjonalnym i behawioralnym jest powszechne, wzmacniane zresztą przez durne neuroseksistowskie dziełka o mężczyznach z Marsach, a płci z mózgu. Lusie są grzeczne, bo wszyscy chcą, by były grzeczne.

Na szczęście, gdy Lusie wpadną w gniew, potrafią nie tylko same uwolnić się ze ściany, ale także pociągnąć za sobą inne dziewczynki, które także mają dość.

(dobrym początkiem jest zapoznanie się z tymi artykułami)

ilustracje zaczerpnięte z bloga Sveina Nyhusa

Ognia, wody i do piachu

Jest taki moment w życiu jedynaczki, że chce się wyrwać spod klosza.

Przeważnie przypada to na okres pokwitania i przy nakarmionym heteronormatywnością memetycznym backgroundzie przybiera postać fantazji o złym chłopcu. O złym chłopcu w popkulturze napisano całe dużo mnóstwo, więc nie będę wam komunikować, że królowa Bona umarła. W każdym razie: jego postać jako tęsknota za złamaniem reguł, przejawieniem odwagi i sięgnięciem po nieznane ma pewien pokrętny sens. A opisuję to dlatego, by wytłumaczyć się trochę ze swojej słabości do chłopców złych, zarośniętych, lujowatych i odstręczających ludzi normalnych. Podobno już w przedszkolu chadzałam w parach z łobuzami.

Nie martwcie się, nie będzie to notka ekshibicjonistyczna ze spisem moich romansów. Jest to tylko smakowity wstęp do mojej (przed)ostatniej lektury, jaką był „Ogień” Łukasza Orbitowskiego.

Otóż z Orbitowskim jest właśnie tak, że jest moim ulubionym lujem polskiej fantastyki. Nie jestem przesadną fanką jego twórczości, po prostu lubię zajrzeć na jego prelekcję i posłuchać, jak nawija o horrorze. Mam wytłumaczalną tym, co powyżej, słabość do niego i dlatego pomimo ostrzeżeń: Narodowe Centrum Kultury! seria „Zwrotnice Czasu”! – podeszłam do dzieła z dużym kredytem zaufania i życzliwości.

Bo „Ogień” pojawił się właśnie w ramach serii „Zwrotnice Czasu”, w której wydano tak patetyczne dzieła jak „Wieczny Grunwald” Twardocha czy kolejne odgrzewane schaby Marcina Wolskiego. Jak czytamy na stronie serii, chodzi w niej o historię alternatywną. Siłą rzeczy przyciąga ona pisarzy (damskich nazwisk jakoś nie widzę) historią żywo zainteresowanych i, jakoś tak się dziwnie składa, wielką wiarę pokładających w zasadach, wartościach, zadumie nad narodem w ogóle i polskością w szczególe.

Historia „Ognia” zaczyna się jak przyzwoity slasher: otóż do opuszczonej chatki w górach przybłąkują się dwaj bracia i żona jednego z nich. Rwie się zasięg, pada prąd, za oknem huczy las, bracia mają niezałatwione między sobą spory, tylko czekać bieganiny z siekierą i dużej ilości czerwonej farby oraz dziewczęcej postaci pomykającej w przejrzystym gieźle w ciemny las.

Jednakże jesteśmy w serii „Zwrotnice czasu”, musimy zatem nawiązać do historii. Orbitowski umiejscawia więc chatkę na terenie działań Józefa „Ognia” Kurasia. Duch Ognia krąży wokół chatki wraz ze swoim archenemy, SBkiem Wałachem, by ostatecznie pospołu powcielać się w obu braci.

Tymczasem żona, Basia, istotnie pomyka w ciemny las i doznaje wcielenia straconej z ręki (a przynajmniej na rozkaz) Ognia Zosi.

W przypadku „Ognia” mamy do czynienia ze zderzeniem kompletnie przeciwstawnych postaw. Z jednej strony mamy Artura, wygodnisia, który wybrał karierę w Warszawie i wspieranie ojca przechodzącego przez trudny okres w przemianach po 1989. Z drugiej – Piotrka, który pozostał przy matce w małej miejscowości. Zdany na siebie samotnik contra zależny od rodziny mąż. Ateista contra wierzący. I tylko w konserwatywnym umyśle za tym zestawem idzie alternatywa: egoista contra altruista, człowiek prawy contra tchórz.

Tutaj pojawia się pytanie, które stawiałam przy okazji notki polconowej. Łukasz podczas jednej z prelekcji mówił o konserwatyzmie w horrorze: że jest to gatunek, który jest najbardziej wpisany w chrześcijański sposób pojmowania dobra i zła. Zastanawialiśmy się pod nią z komentatorami, na ile zasadne jest to stwierdzenie; na ile Łukasz w nim powiedział „jestem konserwatystą, bo piszę horrory”, a na ile „jestem konserwatystą, więc piszę horrory”.

Ja to pytanie pozostawię w zawieszeniu, ale to w postać wierzącego Piotrka wciela się wielki bojownik o niepodległość, Ogień, a w postać nihilistycznego Artura – okrutny SBk. „Ogień” ma formę sztuki teatralnej, więc właściwie nie mamy komentarza odautorskiego: być może autor nie zajmuje stanowiska w ocenie postaci Ognia. Możemy jednak z pewną dozą prawdopodobieństwa rozstrzygnąć, że opowiada się po stronie Piotrka/ Ognia, skoro po jego stronie jest zwycięstwo. Zwycięstwo takie, jakie może nastąpić w horrorze: przeżycie do końca koszmaru.

Wygrywa u Orbitowskiego zatem człowiek, który po wojnie zapada w lasy, by stworzyć w nich na własną rękę państewko podziemne i armię; na swoim terenie jest bardziej uznawanym władcą od państwowych: rządzi, dzieli i wymierza sprawiedliwość. Podczas przesłuchania z Wałachem padają pytania o czterech koniokradów, straconych bezbronnych w samego Sylwestra („ludzie po stajniach spali”, rozpacz matki zbyta stwierdzeniem: „synów na zbirów wychowała, to niech wyje do woli”); potem o Zosię, która była kochanką Kurasia, ale – donosiła, więc również musiała zostać poddana egzekucji. Wygrywa superbohater, ukrywający się przed legalnymi władzami, mający własne poczucie prawa i sprawiedliwości, będący ponad nie tylko państwem (to mu, ostatecznie, w tych chaotycznych powojennych czasach można wybaczyć), lecz także społecznym, powszechnie ustalonym pojmowaniem dobra i zła. Co za władca skazuje na śmierć złodziei i donosicieli?

Może władca opętany? W „Ogniu” dość uparcie przewija się mistyka lasu jako elementu, który przywołuje, opętuje i podporządkowuje swojej woli. Usprawiedliwienie „las mnie opętał” pojawia się kilkukrotnie w zeznaniach bohaterów. Las, szatan, chaotyczna siła, złe mzimu. Bez wcielania Ognia i Wałacha w braci byłby przyjemnym elementem uzupełniającym grozę. Ponieważ jednak mamy tu Historię i prawdziwe postaci, las wydaje się być (zbyt) prostym usprawiedliwieniem zła w wybielanym na siłę Kurasiu.

Być może to jednak wygrywa Basia, która robi to, na co nie mogły sobie pozwolić pokolenia kobiet tkwiących u boku wojowników o niepodległość – odchodzi? Mam wprawdzie obawy, że mój ulubiony luj ocenia ją jako tę, która po prostu do końca tej ważnej, męskiej walki nie pojęła. Dla mnie istotne jest jednak to, że przetrwanie Piotrka okupione jest utratą bodaj najważniejszej w jego życiu osoby – i że przed ryzykiem takich strat stają wszyscy wyznający wartości narodu, państwa, niepodległości i, opcjonalnie, jakiejś monoteistycznej religii.

McMacho i McMiągwa

Czekaliśmy długo, robiąc zakłady, kiedy wreszcie i nawet tworząc możliwe scenariusze. Lecz oto jest: wyszła kolejna książka Musierowicz. Bez wahania powiem, że jest to jedna z najsłabszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, a wchłonęłam mnóstwo złej literatury, z fragmentami Fifty Shades of Gray i Achai na czele.

Możemy sobie wyobrazić, jak zawrzało wśród czytelniczek, gdy pojawily się na rynku przedpremierowe egzemplarze McDusi. Pierwsze recenzje są jednak wstrzemięźliwe. Wygląda na to, że nawet najbardziej hardkorowe fanki zaczynają przyznawać, że Musierowicz skończyła się na Kalamburce, reszta to już saga rodu Borejków z coraz dziwaczniejszymi postaciami i coraz grubszą kreską rysowanymi podziałami charakterystycznymi dla inteligencji konserwatywnej (o ile te dwa pojęcia nie są sprzecznością samą w sobie).

Istotnym zarzutem jest bowiem właśnie to, na co zwracano uwagę we wcześniejszych ksiązkach: anachronizm i nieprzystawalność do czasów XXI wieku. Proszę nie zrozumieć mnie źle: wiadomą jest rzeczą, że w pędzącym naprzód świecie, zgiełku telewizji i oślepiającego blasku wyświetlaczy przytulna kuchnia i słynny kubek z krasnalkiem dają poczucie bezpieczeństwa, bo konserwatyzm i tradycja generalnie mają się tak dobrze dlatego, że dają poczucie bezpieczeństwa. Miejmy jednak na uwadze, że to nadal tylko eskapizm w świat nieistniejący. Świat Musierowicz uzurpuje sobie prawa do bycia realnym. Ma product placement, rzeczywiste adresy, konkretne daty: przy odpowiedniej dozie bezkrytycyzmu łatwo się pomylić.

Konserwatyzm jest widoczny w wielu aspektach.  Widzimy go w sposobie konstrukcji postaci: kolejna młodziutka bohaterka próbuje wprawdzie pozostać sobą: wielbicielką fast foodu, osobą konkretną, rzeczową i bez potrzeb sięgania po poezję (lecz przecież postrzegana przez innych jako rozsądna i rozumiejąca). Jednakże zmasowany atak wielbicieli literatury wysokiej sprawia, że ostatecznie docenia Wierzyńskiego  (dobrze, że nie zadręczonego na śmierć w poprzedniej części Mickiewicza!). Kolejna z rodu Borejków wychodzi za mąż, bo przecież nie ma innej kariery dla kobiety, choćby nawet i śpiewała jak anioł. Jedyna nie zajmująca się w sposób obsesyjny dziećmi matka (Ida) jest napisana w sposób tak przerysowany i groteskowy, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to jednak karykatura Złej Matki.

Obserwujemy konserwatyzm także w coraz bardziej manifestowanej religijności bohaterów. Pewną odmianą jest to, że otwarcie rozmawiają o bogu – wcześniej ich katolicyzm był dość deklaratywny. I jakkolwiek jest to spójne z ich konstrukcją i uzasadnione sceną, nie da się ukryć, że jest to ukłon w stronę tradycyjnych wartości. Musierowicz coraz wyraźniej wyklucza z grona czytelniczek ateistki, a agnostyczki gładzi po główkach mówiąc cierpliwie, że im przejdzie.

Nie ustaje Musierowicz też w obśmiewaniu zjawiska toksycznych relacji z rodzicami. Tytułowa Magdusia wspomina kilkukrotnie o przecinaniu pępowiny i potrzebie zyskania samodzielności, jest to jednak szybko prostowane przez innych bohaterów: bliska zażyłość z rodzicami jest zawsze dobra, a zjawisko nadopiekuńczości i wyuczonej bezradności istnieje tylko w psychologicznych poradnikach. Innymi słowy, drogie czytelniczki. jeśli ujrzycie szesnastolatka nie potrafiącego podjąć decyzji bez konsultacji z matką, nie obawiajcie się: oznacza to tylko, że dzięki głębokiej więzi z nią nawiąże równie udaną z wami.

Znów: nie zrozumcie mnie źle: dobre relacje z rodzicami z pewnością procentują udanymi związkami. Ale szesnastoletni chłopak powinien być na etapie walki o samodzielność i młodzieńczego buntu.

Z wielkim smutkiem obserwujemy także duży spadek formy warsztatowej u poznańskiej pisarki. Już przy wcześniejszych częściach pojawiały się głosy, że styl się pogorszył, ilość słów “dzielna i miła” zaczyna przekraczać masę krytyczną, a researchu nie powstydziłby się sam mistrz Ziemkiewicz. Tutaj mamy słabe jak polski kabaret dialogi, już to brzmiące jak rozmówki polsko – knajpiane dla początkujących (równoważniki zdań, pochrząkiwania, westchnienia i czasem dla okrasy jakiś zaimek); już to rozszalałe logoree i wyciśnięte z wysiłkiem porównania, mające prawdopodobnie nadać rozgadanym bohaterom indywidualnego rysu i oratorskiego sznytu. Rzekłabym, że gdybym w realu posłyszała choć jeden z bełkotów Bernarda, zastanawiałabym się nad przymusową hospitalizacją któregokolwiek z nas. I być może przebadania ostatnio spożytych posiłków pod kątem nielegalnych substancji. Żle i bardzo szmirowato konstruowane są opisy, akcja toczy się tempem autobusu z Ochoty do Śródmieścia po 17:00, brakuje także zachwycających kiedyś bon-mocików i memików, zapamiętywanych przez lata.

Utrwala również Musierowicz te słabości w tworzeniu postaci, które zarzucano jej wcześniej. Obecnie wszyscy mężczyźni rodu Borejków są wąsaci. Gaba jak zawsze dzielna i zaciskająca cierpiętniczo zęby. Dmuchawiec kompletnym aniołem bez skazy. Ignaś miękki i łagodny, zaś Józinek – tylko czekać glacy, glanów i zamówienia pięciu piw. Zneurotyzowana Ida w tej części popada w istną obsesję, bo tylko taką neurozą lub chamstwem mogę usprawiedliwić jej występ wobec gościa na kolacji. Gościem jest Magdusia, osoba z nadwagą, a smukła Ida, zamiast hołdować tradycji tego ponoć gościnnego domu odwodzi ją od brania dokładki argumentując o luziku w pasie. Jest to zresztą jedna z najgorszych scen w polskiej literaturze, gdyż w chwilę potem, gdy Magda zdradza się z brakiem zainteresowania poezją, zostaje automatycznie zaszufladkowana jako przytępe dziewczę, której świat ogranicza się tylko do konsumpcji. Najlepiej frytek z McDonalda.

(Musierowicz generalnie lansuje tezę, że kulinaria świadczą o człowieku i dlatego też pewnie wegetariance Natalii – bo przecież co to za jedzenie bez mięsa – każe piec nieudane, grząskie ciasta)

Przede wszystkim jednak nie mogę przebaczyć Musierowicz napisania sceny, którą oceniam jako najbardziej szkodliwą – a szkodliwych treści w Jeżycjadzie jak naplute (mężologia Pyzy, uzależnienie od rodziców, wykluczanie jakichkolwiek mniejszości). W scenie tej Józinek potrząsa, capnąwszy za kark, o wiele od niego mniejszą i słabszą Magdusią, gdyż ta ośmieliła się pocałować go w podzięce za przysługę. Nie zrozumcie mnie źle: miał prawo zareagować niechętnie na pocałunek niepodobającej mu się dziewczyny. Odskoczyć. Wydać okrzyk. Może nawet odruchowo się wytrzeć. Ale Józinek łapie za ten nieszczęsny kark i wykrzykuje, że Magda nie ma wstydu. Oraz grozi pobiciem.

Na stronie Musierowicz jedna z czytelniczek spytała, czy ta scena nosi cechy przemocy. Uzyskała odpowiedź, że nie, że przemoc to co innego, niech się nie zamartwia, pa. Ponawianie tego pytania nie ma sensu, gdyż zaobserwowszy wzmożoną krytykę i nasilony ruch na stronie M.M. zaostrzyła moderację: tnie właściwie wszystkie nieprzychylne komentarze, zaś większą ilość odwiedzin określa jako desant trolli.

To ja może wyjaśnię: tak, zachowanie Józinka ma w sobie cechy przemocowe. Chłopak sieje sygnałami ostrzegawczymi, że rośnie nam na damskiego boksera. Przemoc eskaluje od takich właśnie lekkich przekroczeń nietykalności cielesnej do normalnych pobić; od pogróżek do ich realizacji. Zważywszy, że postać ta konsekwentnie jest pisana jako macho, ślepo wyznający kult siły bynajmniej nie służącej do obrony słabszych będziemy mieć zatem w Jeżycjadzie spadkobiercę chwalebnych tradycji Lisieckich. I nie miałabym nic przeciwko stworzeniu takiego bohatera (M.M., zapewne nieświadomie, całkiem nieźle pisze postaci z rodzin dysfunkcyjnych), gdyby spotkał się z potępieniem. Nie spotyka się, a jak widzimy z potraktowania odwiedzających jej stronę przez pisarkę – ma się nie spotkać, gdyż w jego zachowaniu nie ma nic złego.

Przykre, bo pisarka przecież deklaruje niezgodę na krzywdzenie słabszych. Jednak – spójne z jej konserwatywnym światopoglądem: jest w nim na to mnóstwo miejsca. Wszakże tradycyjne, religijne wartości mają piękną kartę w historii znęcania się nad słabszymi.

Polcon 2012

Polcon 2012 odbył się nie tyle w cieniu końca świata – kto w 2012 wierzy w przepowiednie Majów! – co w cieniu lęku, że być może jest to Polcon ostatni. Z zakulisowych szeptów wynikało bowiem, że klub, który podjął się organizacji przyszłorocznego konwentu przeżył solidne wstrząsy i ostateczny rozpad.

Lęki zostały zażegnane, gdy po forum fandomu rozniosła się wieść, że teraz warszawska Avangarda; oficjalnie potwierdzono to na gali rozdania nagród imienia Janusza A. Zajdla.

Co do ekipy wrocławskiej, pomimo ogromu sympatii do konwentów jako takich i miasta Wrocławia w szczególności nie mogę przymknąć oczu na parę niedociągnięć: akredytowaliśmy się drugiego dnia konwentu i to, że zabrakło smyczek i otrzymaliśmy żółciutkie sznureczki do snopowiązałek to w sumie drobiazg. Gorzej, że wejściówki nie były zalaminowane i rachityczny kartonik po kilku godzinach powiewania na sznurku lub pałętania się w torebce wyglądał jak psu z gardła i groził zagubieniem.

Spore wątpliwości obudziła we mnie kwestia kart do głosowania: a to nie miały pieczątek, a to przez jakiś czas nie były wydawane i trzeba było je pobrać w późniejszym terminie w punkcie informacyjnym; przy tak niewielkiej liczbie głosujących (300 osób na ponad 3000 gości!) mogło to mieć wpływ na wynik głosowania.

Takie informacje, jak to, kto dostał nagrody już są w sieci od soboty, więc nie będę was nimi zanudzać. Wzruszyłam się, gdy Jadwiga Zajdel odebrała zaległą nagrodę i dostała owację na stojąco, nasza matka boska fandomowska.

Good news everyone: Ziemiański zapowiada dalsze części Achai. Jak donosił fanpejcz Fandomciuchy, miał swego czasu poprzestać zaledwie na opowiadaniu o pomniku Cesarzowej Achai. „Achaja męczy”, stwierdził autor; sądząc po tym, że analizatornia NAKWa zrobiła sobie przerwę po trzech analizach, nie sposób się nie zgodzić.

Z rzeczy, które zainteresowały mnie: Kuba Ćwiek zapowiedział swoją Wendy. Przypomnę: na zeszłorocznym Polconie było wielkie ważenie Ćwieka, jako, że się założył, że w trzy miesiące schudnie 17kg. Mission failed, chociaż wygląd sylwetki i tak znacząco poprawił; w ramach przegranego zakładu zobowiązał się do napisania romansu paranormalnego.

Jak zaznaczył sam autor, nie chciał on iść na łatwiznę i nadać swojemu wampirowi tych przymiotów, które czynią jego po-życie łatwiejszym jak: immunitet na wodę święconą, sianie blasku w słońcu czy też pozytywny stosunek do czosnku. Nie, jego wampir ma być taki, jak za starych dobrych czasów; poza tym: ma nie być komediowy i karykaturalny, tylko faktycznie straszny.

Czy Kubie to się uda, możemy się przekonać całkowicie darmowo, bo zastosował ciekawą formę promocji powieści: Wendy pójdzie w czterech odcinkach, przy czym drugi odcinek zostanie uwolniony do sieci, gdy pierwszy zyska 3000 pobrań; i tak samo z kolejnymi. Znając liczebność wielbicieli prozy Ćwieka, bułka z masłem.

Jako interesujący znalazłam też panel o złu w literaturze grozy z udziałem m.in. Łukasza Orbitowskiego i Dawida Kaina. Postawiono w trakcie panelu tezę, że zasadniczo nasze strachy można sprowadzić do lęku przed śmiercią, co może ciekawie ewoluować z nadejściem postludzi, których czas życia wydłuży się na tyle, by mówić o nieśmiertelności: co wtedy będzie nas przerażać? Inna kwestia: zyskaliśmy na mobilności. Wcześniej punktem wyjścia do horroru było (przeważnie) znane, oswojone miejsce, w którym nagle zaczyna się dziać. Ten lęk przeniósł się teraz na środki transportu oraz szeroko rozumiane komunikatory.

Ciekawe spostrzeżenie miał Łukasz Orbitowski, mówiąc „horror jest konserwatywną piątą kolumną w nihilistycznym świecie popkultury” (totalnie aż sobie zapisałam, bo zgrabny one-liner). Doprecyzowując: horror jest gatunkiem najbardziej osadzonym w mempleksie chrześcijańskim czy wręcz katolickim; operuje (to już sobie dopowiadam) przynależnym do tego zaplecza pojęciem moralności, poczucia winy i oczekiwania kary. Nasuwa się pytanie, czy zatem pisarz wybierający ten gatunek nie skazuje się sam na poruszanie się w obrębie konserwatywnych pojęć i czy aby nimi nie nasiąka.

Z zapowiedzi Powergraphu: jak długo młodzież będzie chciała czytać Felixa, in immortal words of Orbitoski, „Rafał będzie rypał”; innymi słowy: możemy spodziewać się kontynuacji powieści o dzielnych gimnazjalistach, powieści okraszanych samodzielnie wykonanymi okładkami. Pojawi się także zapowiadana od dwóch lat ekranizacja pierwszych dwóch części. Państwo Kosikowie orzekli oględnie, że „jest lepsza od Wiedźmina”, widać było jednak, że są dalecy od entuzjazmu. Inne zapowiedzi zdały mi się więcej frapujące. Jak wspomniała Kasia Sienkiewicz-Kosik, podczas jednego ze spotkań w Paradox Cafe Łukasz Orbitowski zaczął mówić głosem. Wiecie, TAKIM GŁOSEM. Zainspirował tym samym pomysł, by wydać antologię prozy erotycznej, która została zapowiedziana na przyszły rok. Na najbliższy, marcowy Pyrkon zapowiedziano także wydanie dwóch pierwszych części Przedksiężycowych Anny Kańtoch, a do końca przyszłego roku także i trzecią.

Powergraph rozwija się, i dobrze. Wspomniano również o mocniejszym nacisku na e-booki, co mnie jako wielbicielkę form elektronicznych bardzo cieszy.

O postępach w Lemologii doniósł Wojciech Orliński, no otóż postępy są: moim zdaniem warto odżałować tych parę złotych i pobrać sobie Lemologię na iPhone’a, iPada czy Samsunga z androidem, bo aplikacja doskonale wykorzystuje to, że nie jest jedynie papierem. No i te śliczne rysuneczki.

Miarą oswojenia WO z nowinkami technicznymi było pozyskanie przez Ausira i Inzmru jego autografów (Ausir na kindlu, Inzmru na iPadzie): autografy miały formę notatek na Lemologii w przypadku InżMru i Lemistry w przypadku Ausira. Pewien kontrast względem zatrwożonego iPadem Michio Jacka Dukaja.

Tenże sam Wojciech wziął nazajutrz udział w panelu o przyszłości prasy fantastycznej i wieszczył rychły upadek prasy papierowej; Malakh i Maciek Parowski nie podzielali jego czarnowidztwa. Zapowiedzieli jednak, że dopóki użytkowników tabletów jest tak niewielu, na razie nie przewidują udostępnienia Nowej Fantastyki na platformy mobilne. Na ile mogę ocenić, chwilowo priorytetem jest utrzymanie status quo, bo sprzedaż zaczyna wzrastać. Z całą pewnością teksty będą dłuższe; przewiduje się formę polemik np. Ćwiek contra Twardoch.

Tyle z rzeczy dobrych i ciekawych. Co było nieciekawe?

Oczywiście: sam pomysł zaproszenia Daenikena. Nawet już nie z uwagi na postać samego Daenikena, chociaż z całą pewnością przyczynił się do przyprawienia gęby fantastom jako grupie oszołomów wierzących, że pochodzimy od ufoludków. Niech będzie, że poinspirował; sama w wieku 14 lat dorysowywałam cycki Ais w Walce o Planetę (moja głęboka antypatia do Polcha bierze się także stąd, że on tych cycków nie narysował). Gorzej, że to równia pochyła, slippery slope: do Daenikena przyklejają się dziwolągi z otchłani wierzący w myśl szybszą od światła, spisek Jaszczurów i atomy węgla, co się u medytujących lamów zmieniają w płynny diament, dzięki czemu ci lamowie stają się, proszę ja was, niewidzialni. Sic i pfuj. Ze względów poznawczych poszłam na jeden wykład Zagórskiego i wyszłam po pięciu minutach, prawdopodobnie unikając wyrzucenia z sali za zabijanie śmiechem.

O co mi chodzi: fantastyka to przede wszystkim science fiction. Taką pisał Lem. Wiemy, co potrafi nauka, dokładamy do tego fantazje, co jeszcze mogłaby potrafić i tak powstaje gatunek. Ładnie o tym mówił Wojtek w prelekcji o Lemie: Lem cechował się między innymi dużym zamiłowaniem do mechaniki i z rozczulającą pieczołowitością (rzadko spotykaną u innych) opisywał np. przygody Tichego z niedobranym kluczem do odkręcanej śrubeczki. Bez pamięci o tym, że klucze muszą pasować do śrubeczek nie będze SF, tylko miałkie opowieści o ufoludkach, stosowne do półki z napisem „baśnie i podania”, a nie „fantastyka”.