SOLÓWA NA BOJU

Na spotkanie z Michaelem Walzerem w łódzkiej Świetlicy Krytyki Politycznej wtargnęła grupa faszystów z ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej – donosi na portalu Krytyki Politycznej Tomasz Piątek, ja klikam, czytam i ogarnia mnie stupor, ta krótka pauza skruchy i cierpienia, jaka zwykle następuje po rzezi na zdrowym rozsądku i znośnym stylu.

Disclaimer: do łódzkiej KP mam szalenie ciepłe uczucia, zaś państwa Piątków ogromnie lubię. Pastwię się nad tekstem, zakładam, że pisanym na gorąco i po prostu ani przemyślanym, ani przeredagowanym. Jaka z tego nauczka, pyta pan Piątek pod koniec tego tekstu; no właśnie, jaka? Że może dać komuś do przeczytania przed publikacją? (Pan Piątek nie jest jedynym blogerem, który wiele by zyskał korzystając z betareadingu, ale o tym, być może, w którychś z następnych odcinków).

Faszyści wtargnęli, wznieśli okrzyki, prawdopodobnie sprawili przykrość gościowi świetlicy. Pan Piątek odgraża się:

Zacząłbym się z nimi bić, a że mieliby przewagę liczebną, to pewnie by mnie pobili.

Widzicie, mogłem zostać męczennikiem!

Na szczęście do tego nie doszło, bo na scenie pojawiła się Pani Gill-Piątek i wyprowadziła za łokieć przywódcę grupy, co Pan Piątek komentuje ze smakiem:

ONR-owcy skierowali się za swoim wodzem do wyjścia, jak stado za samcem alfa.

Odmawianie przeciwnikom człowieczeństwa detected.

z: http://jezusprzegrywaflejmy.tumblr.com

Pan Piątek koncentruje się nieco na łupach, jakie z wyprawy wynieśli neonaziści. Szczególne zainteresowanie zarówno napastników, jak i naszego narratora, budzi tęczowa flaga.

Załóżmy, że tylko jako trofeum, aczkolwiek nie mogę oprzeć się myśli, że coś ich w tej fladze skrycie pociąga. Może są faszystami spod znaku SA, nazistowskiej formacji rozstrzelanej przez Hitlera za homoseksualizm?

Załóżmy, że pan Piątek widzi w tym temat do żartów. Tylko nie wiem, w czym: w byciu homoseksualistą, byciu nim w czasie wojny, czy też może, cherry on top, byciu za to rozstrzelanym.

Po wyprowadzeniu na podwórko ONR-owcy zaczęli się bardzo fachowo rozpraszać w tłumie na Piotrkowskiej. Widać było, że są nauczeni, żeby nie rozchodzić się grupkami.

Widać, że pan Piątek przeczytał w internecie, że neonaziole są tego uczeni i tak się tym przejął, że słowa “fachowo” użył aż trzykrotnie. Ja to rozumiem, warto dowartościować przeciwnika, im wszakże silniejsi, tym nasze nad nim zwycięstwo większe, nie.

Policjanci (i strażnicy miejscy, bo w Łodzi są mieszane patrole) zaproponowali, żeby zrobić penetrację. Ta groźnie brzmiąca propozycja…

haha, powiedział penetracja, haha

Penetracja okolicznych podwórek nie przyniosła rezultatu, ale zwycięstwo jest po naszej stronie!

Jaka z tego wszystkiego nauka? Po pierwsze, faszyści nie są tacy groźni, skoro jedna osoba może wyprowadzić z lokalu całą ich wrzeszczącą grupę.

NIECH PAN TO POWIE W TYM MIEŚCIE W 1941 ROKU!

Jednej osobie udało się wyprowadzić z lokalu całą grupę. To nie znaczy, że tak będzie zawsze. Bierzmy pod uwagę, że są to przeważnie nabuzowani, wysportowani chłopcy, nie mający oporów przed zastosowaniem przemocy. Ja bym ich nie lekceważyła. Tak samo, jak nie lekceważyłabym jakiejkolwiek grupy budującej swoją tożsamość na dyskryminacji i mowie nienawiści.

Po drugie, trzeba robić zdjęcia. Tym razem nikt o tym nie pamiętał w ogólnym zamęcie, ale następnym razem powinniśmy być przygotowani. Telefony w dłoń i trzaskamy fotki. Policja lubi zdjęcia, dzięki nim może ustalić tożsamość napastników

Rada tyleż słuszna, co nie zawsze skuteczna: spodziewam się, że fotografowany napastnik w pierwszej kolejności wyrwie mi aparat.

Po trzecie, proponuję Adamowi Małeckiemu – skoro jest taki odważny i tak dzielnie występował w Świetlicy KP, w której pracuje moja żona – żeby spotkał się ze mną sam na sam, bez swoich chłopaków

WYJDŹ NA SOLÓWĘ PO LEJBACH NA BOJO, CWANIAKU

 …z bardziej ciekawych tematów: dowiedziałem się właśnie, że twardy rockman Olaf Deriglasoff komponuje słodką muzyczkę do reklam soczku Kubuś. To coś takiego, jakby Czterej Jeźdźcy Apokalipsy przyjechali na kucykach My Little Pony.

A zgroza dokładnie czai się w czym? Bo mam wrażenie, że takich dziarskich chłopców jak pan Piątek bardziej przerażają te kucyki niż Apokalipsa.

Oto co z nami robi rynek. Smacznego.

No: artyści zarabiają pieniądze, takie prawdziwe. Straszne rzeczy.

pamięć

Polubiłam na fejsie stronę “Łódź wczoraj i dziś”, bo dostarcza ona sporo materiałów z historii Łodzi.

Dziś wywieszono na niej coś takiego:

Zapraszamy do pobrania pełnometrażowego filmu dokumentalnego o łódzkim getcie. To historia czeskich Żydów zesłanych do Litzmmanstadt Ghetto. A tutaj bezpośredni link do pobrania całego filmu (1:27 h)
http://dl.dropbox.com/u/54982464/Ba%C5%82uckie%20getto.avi

Jedna z ocalałych opowiada, że na początku to było nawet zabawne, bo nastąpiło rozluźnienie kontroli: mogła chodzić ze swoim absztyfikantem, ubierać się w co chce itp; i spali na podłogach, i ten jej narzeczony powiedział jej “popatrz, znalazłem ci wygodny materac”; i ona się śmieje na tym filmie, że to najpiękniejsze wyznanie miłosne wśród czeskich Żydów w Łodzi, w 1941, “znalazłem ci wygodny materac”.

Pierwsza rzecz: pamięć o wojnie; my jesteśmy tą pamięcią zmęczeni, karmi się nas nią od dzieciństwa: liczbami ofiar, poświęceniem w imię coraz mniej dla nas ważnych idei jak naród, państwo, place to belong.

Druga rzecz: ale całkiem tego place to belong się nie pozbędziemy. Nie wszyscy z nas. Ja go potrzebuję. Pomaga mi w tym świadomość tego, co się działo na ulicy, którą chodzę (chodziłam!) codziennie. Po wojnie tam mieszkał brat Dzierżyńskiego, lekarz, pomagał biednym i był bardzo lubiany przez sąsiadów. W ejtisach przyjechała do nas Lucelia Stantos, tuliła opalony policzek do poduszki i powiedziała, że jej nie odda. Takie historie, wiecie. Nie bohaterstwo, narażanie życia, tylko takie zwykłe opowieści, jakie sobie żyją w mieszkańcach danego miejsca i są przekazywane.

Dlatego bardziej mnie wzruszyło “znalazłem ci wygodny materac” niż kolejne zdanie “on też nie wrócił”.

W historii łódzkiego getta przeplata się, co oczywiste, zarówno historia czasów wielkiej zarazy, jak i pojedyncze drobne historyjki zwykłych ludzi. Ktoś (Wojtek Orliński?) wspomniał, że we wspominaniu wojny giną nam ci zwykli ludzie. Opowieści o wojnach stają się opowieściami o liczbach i datach, nie ludziach.  Dlatego czytając o getcie staram się wyłuskiwać te wszystkie rzeczy, które opowiadały o codzienności: zaciemnienie, rumki, wydzielane jedzenie, dzieci w ochronkach przygotowujące speklakle, potajemnie konstruowane radia. Tak, by idąc po kwadracie Litzmanstadt Ghetto nie myśleć: ilu nie żyje, tylko: o, tutaj sobie przerzucali paczki żywnościowe spoza getta, o, a tutaj obozowali Romowie.

Chodząc po pomniku Pomordowanych Żydów w Berlinie zadawaliśmy sobie pytanie, czy odnalazłszy kogoś znajomego w obozie cieszono się na jego widok; i wiem, że tak. Bo historia wojny, historia getta, historia zagłady, to nie jest już historia wielkich ludzi i etycznych wyborów: te nam giną w przeładowanych pamięciach. To jest historia człowieka obok nas. Co trzeciego człowieka z mojego rodzinnego miasta, które stanęło w obliczu zarazy. I w epidemii nazizmu najważniejsze, najbardziej warte zapamiętania historie to te, ktore opowiadają o tym, jak ludziom jest odrobinę lepiej, gdy są obok siebie.

Mafalda

Nie mogłam wyrosnąć na nikogo innego, skoro jako dziecko czytałam Mafaldę, komiks Quino, który w 1985 ukazał się nakładem Wydawnictwa Współczesnego RSW Prasa Książka Ruch w serii Literatura na świecie dla dzieci i młodzieży (w tej samej serii były wydawane Fistaszki). Mafalda jest wojowniczką o ludzkie prawa, zaangażowaną w feminizm i pokój na świecie (i, oczywiście, nienawiść do zupy), a wszystko to w postaci krągłej, czarnowłosej dziewczynki, mającej na początku serii około pięciu lat. W wersji polskiej Mafalda musi mieć o rok czy dwa więcej, bo widzimy ją czytającą i raczej podlegającą już obowiązkowi szkolnemu.

Prawdopodobnie to dzięki niej słowo “feministka” nie było dla mnie nigdy obraźliwe.

W słowie wstępnym do polskiego wydania padają dość trafne słowa: bohaterami komiksu (bo Mafalda oczywiście ma przyjaciół) są dzieci, których immanentną cechą jest przemądrzałość. Na potrzeby takiej formy oczywiście takie być muszą: są małymi, trochę tylko krzywymi lusterkami, w których przeglądają się dorośli. Tym samym Quino stworzył światek uniwersalny, atrakcyjny dla dzieci i bawiący dorosłych. Rzadka umiejętność. Poza tym te rysuneczki są przecież prześliczne. Słowa “ty i ta twoja sławna równość” zalęgły mi się pod czaszką i uważam za nacechowane sporym potencjałem memetycznym.

Zagadką pozostaje, jak wydawnictwu udało się w ogóle puścić Mafaldę do druku, zważywszy, że pojawiają się w nim postaci z Fistaszków. Z drugiej zaś strony wiemy, że w krajach hiszpańskojęzycznych komiks zyskał popularność,  był wydawany w wielu seriach, doczekał się ekranizacji i ogromnie mi żal, że w Polsce skończyło się na jednym zeszycie. Może w czasach, gdy nadal nierozwiązane są kwestie równości kobiet czy praw pracowniczych, uda się znaleźć sposób na wydanie historyjek, w których nawet dzieci widzą, jak bardzo kluczowe są to kwestie?

Prekariuszka

Dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem z tego samego pokolenia, co Wojtek Orliński: oboje pamiętamy Sekretny Dziennik Adriana Mole’a (lat 13 i 3/4) i rodziców Pandory z UMC głosujących na Labour (chociaż mnie, jednakowoż, bardziej intrygowały pomiary Adriana) i widzę pewną wspólnotę w tym, że ludzie nawet na krok niezbliżeni do realnych problemów z LC próbują się jednak nad nimi pochylać: to niestety bywa porażkowe.

Jednocześnie zaś widzę, jak Wojtek wysiada ze swojego subaru i oto dostrzega na ulicach wielkich miast samotne kobiety, bezdzietne i matki, jak próbują tu przeżyć za 2k na śmieciowych umowach na niskich biurowych stanowiskach w korporacjach, wyszarpując zniżki w lokalnym coffeeheaven na korposmyczki i korzystając z refundacji na SSRI; więc czyż nie jest to tak samo daremne?

Znika w swoim artykule całą świetlicową działalność lokalnych oddziałów krytyk politycznych, znika badania Izy Desperak nad feminizacją biedy (w tym prekariackiej) , znika działalność publicystyczną Ostolskiego; konstruuje (nie pierwszy raz zresztą) swojego lewicowego kawiorowego hipstera w czapeczce i na ostrym kole, który sącząc leniwie latte za 20 pln planuje rewolucję na kanapie.

Pomija mnóstwo działań wolontariackich, oddolnych, obywatelskich, które są mało widoczne w mejnstrimowych mediach i o których raczej mogliby opowiedzieć moi komentatorzy niż ja.

To, co podzielam, to lęk o to, że zapatrzeni w problemy ludzi żyjących w ubóstwie pominiemy tych, którzy na jej granicy balansują, przechodzą przez zero na koncie kosztem opóźnionych wpłat za gaz i prąd, utrzymując pozory lepszej kondycji finansowej wyrażanej dobrym ciuchem czy markowym gadżetem. A ten lęk mógłby być szczególnie dla nas zrozumiały dlatego, że do opisywanej przez WO BKŚ-prekariat jest nam przeważnie bliżej niż do LC; ja osobiście czuję się trochę bohaterką jego narracji o wiązaniu końca z końcem i codziennych decyzjach, na co wydać ten śmieszny, różowy banknot. To jesteśmy my albo ludzie tuż obok.

[Z drugiej strony, doskonale wiem, jak młoda warszawska lewica potrafi się wzajemnie wesprzeć, także finansowo, gdy młoda prekariuszka zaczyna odbijać się od ściany wielkiego miasta]

Więc choć w tym akapicie WO w sposób oczywisty jest małym kłamczuszkiem:

Bieda prekariatu, bieda warstwy społecznej ironicznie nazwanej w pewnej reklamie “biurową klasą średnią”, nie została dotąd w Polsce należycie opisana. W obronie tych ludzi nikt nie zrobi Manify, “Krytyka Polityczna” nie poświęci im kolejnego “Przewodnika”, nikt nie będzie zbierał 1 proc. podatku na najniższy szczebel korporacyjny.

[o czym była poprzednia manifa, hę?]

…to jednak widzę pozytyw w tym, że wprowadził do mejnstrimu prekariuszkę, bo do tej pory w powszechnie dostępnych mediach papierowych  o feminizacji śmieciówkowej młodzieży nie pisano.

Złe igrzyska

O Manifie napisano już mnóstwo, na szczęście nie tylko złych rzeczy. Tutaj chyba jest chyba najbardziej skompresowany tekst, odnoszący się do zarzutów Tomasza Lisa; przepięknie odpisała mu także Anna Dryjańska.

Lubię, gdy w taką dyskusję wpada głos męski; nie żebyśmy sobie bez niego nie poradziły, ale zawsze to zwiększa szanse, że mentalnie wąsaci panowie Lisowie posłuchają uważniej, bo mówi mężczyzna. Andrzej Gąsiorowski mówi ładnie i składnie, przecież jednak pozwolił sobie na krytykę obszaru, który budzi sporo kontrowersji.

W tym kontekście intelektualną nierzetelnością, którą można feministkom zarzucić, jest obarczanie winą za szaleństwo EURO 2012 „samczych instynktów”, gdy tymczasem jest to perfekcyjna emanacja mocy i możliwości (a raczej ich braku) polskiego społeczeństwa składającego się w równej części tak z kobiet jak mężczyzn.

(pisze Andrzej)

To oczywiście część prawdy.

Winę za szaleństwo EURO 2012 ponosi w dużej mierze niezasadnie uprzywilejowana pozycja piłki nożnej, a to z kolei jest powiązane, moim zdaniem, jednak przede wszystkim z utrwaloną pozycją sport machismo, supersamca, dla którego sport to przede wszystkim kult siły i wygranej. Nie radości z samej rywalizacji, bo ta jest (chyba) uniwersalna niezależnie od patriarchalności danej kultury, nie czerpania satysfakcji z coraz lepiej wytrenowanego ciała i przekraczania własnych granic, a właśnie możliwości ustawienia siebie w hierarchii: ja – silny – wygrany; ty – słaba – przegrana.

Pomijane jest (w argumentacji proEuro) tym samym wszystko to, co wynaturza sport sensu stricto. W zawodowym sporcie liczy się nie tyle kondycja fizyczna, co widowiskowa wygrana za wszelką cenę. Speakin’ of which: olbrzymie pieniądze, olbrzymie interesy, więc oczywiście olbrzymie nadużycia. Oraz, wraz z Euro, wraz z wszelkimi masowymi igrzyskami zrzeszającymi kibiców naprawdę możemy spodziewać się napływu młodych, silnych, nabuzowanych mężczyzn, tym samym, bardzo mi przykro, ale prawdopodobnie zwiększenia przestępczości, także o charakterze seksualnym.

Zgodnie z danymi z feminoteki podczas imprez sportowych kilkukrotnie zwiększa się liczba kobiet zmuszanych do prostytucji; porywanych z krajów bliskiego i dalekiego Wschodu i Afryki. Skutkiem ubocznym igrzysk jest zatem nie tylko władowanie grubych miliardów w obiekt o dyskusyjnej użyteczności (w mieście są stadiony mogące pomieścić porównywalne liczebnie imprezy i płyty lotnisk dla imprez bardziej masowych); nie tylko narażenie mieszkańców na chaos komunikacyjny czy wzrost zagrożenia napadami i rozbojami, lecz także cierpienie wielu kobiet zmuszanych do prostytucji.

Dalej: miłośnicy piłki nożnej w obliczu zarzutu Kazi Szczuki o samczych igrzyskach zaczynają pospiesznie przedstawiać świadectwa uprawiających tę dyscyplinę i kibicujących kobiet. Fraza o samczych igrzyskach zabolała wiele osób, którym mogło (miało prawo!) umknąć, że “samcze” w tym kontekście nie jest tożsame ze “wszystkim, co męskie” (co stawiałoby Kazię na cokolwiek przecież mizandrycznej pozycji), lecz równorzędne z “maczystowskie, stereotypowo męskie”: brutalne, przemocowe, zwycięskie za wszelką cenę.

Pragnę zwrócić uwagę, że kibicki i sportsmenki dzielą się w Polsce (z grubsza) na dwie kategorie. Albo są to drugofalowe feministki, które kibicując i biorąc udział w zawodach sportowych są równie fajne jak faceci, ale grają w ich grę i stosują ich reguły; ja to oczywiście szanuję, ale nie dajmy się zwieść: akceptacja tych reguł oznacza w obecnych warunkach tolerancję dla wszelkich skutków ubocznych, o których wspomniałam powyżej. Generalnie bawienie się z machochłopcami z przyjęciem ich reguł ma swoje konsekwencje jak narracja z pozycji siły “mnie się udało, to i tobie powinno, tylko nie bądź rozmazgajoną babą”.

[a figę, niezależnie od płci mam ochotę czasem się pomazgaić i nie widzę w tym nic złego ani słabego]

Albo też mają w pięcie międzynarodowe igrzyska jako takie i po prostu uprawiają sport dla formy i poprawienia kondycji, biorąc udział w zawodach o lokalnym zasięgu celem sprawdzenia się, ale nadal nie wtrybiając się w przemysłową machinę sportu zawodowego. Ta druga kategoria również jest pomijana w dyskursie lub podciągana pod tę pierwszą, mimo że w niej akceptacji dla kultu siły i apoteozy wygranej de facto nie ma.

Podsumowując, argumentując przeciw Euro nie musimy przeskakiwać nad zasadnością igrzysk i skupiać się na chlebie: mamy narzędzia, by pokazać, co złego jest w igrzyskach.

Międzynarodowy dzień Iggy’ego Popa

…takim zdaniem skwitował Inżynier Mruwnica moje dzisiejsze poranne oświadczenie, że z okazji dnia kobiet zrobię sobie dzień z Iggym Popem. No bo go lubię, jest stary, ale nadal ładny, tak, nawet na tym żylastym zdjęciu:

i ma ładne piosenki, na przykład tę:

i mam nadzieję zobaczyć go na żywo w sierpniu w Katowicach.

Wnet dorobiłam napis do krążącego w sieci zdjęcia:

i muszę przyznać, że nie spodziewałam się 15 szernięć z fb. Bardzo mi to dobrze zrobiło na ego.

Zdjęcie Iggy’ego w damskich ciuszkach pochodzi z kampanii francuskiego Slut Walk i jest opatrzone podpisem ”I’m not ashamed to dress ‘like a woman’ because I don’t think it’s shameful to be a woman” – Iggy Pop

Więc międzynarodowy dzień Iggy’ego Popa to nie tylko dzień z fajną muzyką robioną przez fajnego faceta; to także dzień tych, którzy wiedzą, że być kobietą nie jest powodem do wstydu. Tych, którzy wiedzą, że sukcesem jest nie być równie dobrą co facet w męskiej dziedzinie, lecz wyzbycie tej dziedziny przynależności do jakiejkolwiek płci.

Mam nadzieję, że za parę lat zdjęcie będzie krążyć bez podpisu, a faceci będą wkładali sukienki bez potrzeby przedstawiania specjalnych powodów.

red. Kwaśniewski zagląda swojemu lustru przez ramę i płacze

[tytuł by Fabulitas, kudosy]

Przeglądałam Wyborczą w sieci w nadziei na zassanie e-wydania  z pełnym tekstem Kya i rzuciły się na mnie zajawki ze “Wstydu”.
Już w czwartek w DF był spory art na temat filmu z bonusem pod postacią wywiadu z niejakim Piotrem N., psychoterapeutą (“Jestem psychoterapeutą i chcę, żeby pacjenci odnosili się do tego, jaki jestem tu i teraz. A nie do mojej historii”, wyjaśnia niechęć do ujawnienia nazwiska).

Lojalnie uprzedzam, że teraz jest kawałek z dużą ilością cytatów i niektórym może być przykro oraz źle. Trzymam was za ręce. Ja to czytałam na papierze, w pociągu Interregio relacji Łódź – Warszawa, po bardzo intensywnym dniu. Feel my pain, nawet nie mogłam zbyt głośno krzyczeć.

Wywiad prowadził Tomasz Kwaśniewski, co wiele wyjaśnia i nic nie usprawiedliwia.

Myślę , że kobietom jest łatwiej niż mężczyznom być tu i teraz.

Dlaczego?

- Mężczyzna, mówię o sobie, do tego, żeby czuć, że żyje, potrzebuje ryzykować.

Wzorzec męski, ten niedawno jeszcze obowiązujący, to był obraz maksymalnego ryzykanta. Jeździłeś konno, polowałeś, walczyłeś, a jak ci się spodobała jakaś kobieta, to ją zdobywałeś. Co nie oznacza, że zdobyłeś ją od razu. Generalnie było jednak tak, że miałeś poczucie, że funkcjonujesz z tą swoją męską agresywnością wobec świata, i to jest w porządku. Natomiast dzisiaj wszystko jest w zasadzie takim jednym wielkim hipermarketem, w którym o nic nie trzeba walczyć. No, może poza jedną rzeczą: kasą. Ale to jest nudne.

Prześladowanie mężczyzn, którzy nie mogą wrócić na sawannę; zdobywana kobieta nie miała nic do gadania. A teraz, panie, przychodzi taka kobieta i wybrzydza. Albo, co gorsza, zdobywa! Le trwoga. Zwróćmy też uwagę na przypisanie agresywności wyłącznie mężczyznom. Kobietom przystoi w milczeniu się stroić.

Bohaterem filmu jest mężczyzna, który ma trudności z wyrażaniem uczuć; żyje samotnie, rzucony w wielkomiejską dżunglę niczym świętokrzyski rolnik, kontakty ogranicza do przeglądania porno, masturbacji i korzystania z usług prostytutek. Pan terapeuta ma na to prostą diagnozę:

W filmie nie ma żadnej informacji o rodzicach.

- Ale tego typu osobowość bierze się między innymi z wczesnego niezaspokojenia przez matkę potrzeb dziecka. Niedawania mu miłości. To jest takie ”Nie widzę cię, nie istniejesz”. Wtedy dziecko ogarnia lęk i zaczyna się z niego wycinać.

Złe matki. Kochajcie swoje dzieci, bo w przeciwnym razie sięgną po porno i nie pobudują zdrowych relacji.

(oczywiście, że relacje z rodzicami mają wpływ na nasze dalsze życie uczuciowe, ale etap zamrożenia uczuć zdarza się także, surprise, w sytuacji rozczarowania bliskością z innymi; mam teorię, że jest to normalna dynamika emocji u człowieka przechodzącego przez różne związki, relacje, układy: potrzeba bycia osobno z potrzebą bliskości są w stałym konflikcie i układają się w elegancką sinusoidę)

Nasz bohater spotyka kobietę, do której zaczyna coś czuć i…

Nie staje mu.

- Gdybym miał użyć metafory, tobym powiedział, że ta krew z penisa zatrzymuje się w jego sercu. Sam mam takie doświadczenie, że jak była kobieta, do której coś silnie czułem, to łóżko dopiero tak za czwartym razem się pojawiło. (…) Zresztą jest też tak, że w wychowaniu, w dorastaniu mężczyzn chodzi o to, by zintegrować serce i penisa.

Nie zamierzam naśmiewać się z (tymczasowej) impotencji, bo rozsądni ludzie wiedzą, że nasze ciała nie muszą nas słuchać, zwłaszcza w sytuacjach mocno emocjonujących (a pierwszy seks z kimś kochanym jest wysoko na skali stresu). Jednym nie staje, inne doznają suchości czy pochwicy, innym ciała uciekają w migreny bądź sensacje żołądkowe. Normalna rzecz, proszę się rozejść. I co ma znaczyć ta fraza o dopływie krwi z penisa do serca i czy jest na sali lekarz?

- Poczuł (ciągnie dalej Piotr N.) i żeby przestać czuć, musiał się znieczulić. Czyli jakąś straszna krzywdę sobie zrobić. No to robi: najpierw prostytutka, potem wpierdol, a w końcu ten klub gejowski. To jest wręcz stopniowanie autowpierdolu.

OH NOES TYLKO NIE KLUB GEJOWSKI, NAD KAŻDYM Z NICH WISI NAPIS “WELCOME TO WPIERDOL CITY”

Dalej mamy opowieść z cyklu “jak dwa male Jasie wyobrażają sobie gejów”. Brakuje tylko dark-roomów i mrocznych parków na schadzki.

- Zacząłem się zastanawiać, czy w homoseksualizmie nie jest jakoś fajniej, bezpieczniej. Ale się okazało, że opór mam na maksa. Całe ciało zamyka mi się na samą myśl, że mógłbym to zrobić.

Też o tym myślałem (wyznaje odważnie Tomasz Kwaśniewski) i jako taki główny argument za homoseksualizmem było to, że z kobietami to trzeba te wszystkie ceregiele…

No, nie to, co z gejami, zgłaszasz kradzież portfela i od razu pyta, czy pójdziemy do mnie. Do niego. Na Futuramę. A za dawnych czasów można było babę za włosy i do jaskini, ech.

Ale na szczęście, są takie, z którymi nie trzeba ceregieli, niemniej bohater naszego wywiadu z takimi to niechętnie:

- Zdarzało się, że czasem im odmawiałem. ”No proszę! Otwórz! Weź mnie!”.

Żenada.

Dlaczego?

- Dla mnie taka laska to już był koniec.

Zrozumiałe, zdobywanie jest domeną mężczyzn, a nie, że przyjdzie taka i podkradnie kompetencje. Przecież powinno być tak:

- …że atrakcyjnych kobiet jest powiedzmy 20 proc., a wygłodniałych samczyków od zarąbania, a tu przychodzi gość, który jest inny, i do tego nie zwraca na nie uwagi, no to w tych samicach alfa rodzi się potrzeba: o!

Uważam, że za mało uwagi poświęca się memowi samca bzdeta, a terapeuta wyjątkowo zasługuje na taką etykietkę. Jakie samice alfa?! On naprawdę myśli, że nadal żyjemy w stadach? Ja rozumiem takie myślenie u człowieka z kręgu kultury pierwotnej, ale w Europie, w XXI wieku?

Z dalszej części tekstu wynika, że nasz specjalista nie słyszał także o kinksterach i relacje zahaczające o BDSM wprawiają go w nerwowy dygot:

Jak pierwszy raz usłyszałem od kobiety “zerżnij mnie”, to byłem zszokowany.
Z mojego doświadczenia wynika, że kobieta, która się tak do ciebie zwraca, prosi cię nie o to, żebyś był z nią w miłosnym związku, ale przemocowym. Nie zależy mi już na tym, żeby mieć kochankę. Tęsknię za relacją równą. Czyli dorosła kobieta, dorosły mężczyzna.

Nie wiem, co ma piernik do wiatraka, może przyjdzie tu ktoś mądry i mnie oświeci.

Znaczy, OK, rozumiem troskę o to, by nie popaść w związek przemocowy, o jakim pisałam kilka notek temu; zwracam jednak uwagę, że aby mógł powstać, musiały być spełnione pewne warunki u partnerów. W kontekście, w jakim opisuje to Piotr N. nie brzmi to inaczej niż jako zaproszenie do zabawy erotycznej. I nie musi mu się ona podobać, tylko po co wikłać w nią dużo poważniejszy problem? Jednocześnie banalizuje tym kwestię związków przemocowych i tłucze w BDSMowców. W dużym skrócie: nie, w odpowiedzialnym związku BDSM nie chodzi o przemoc domową, tylko role playing w konkretnych sytuacjach. Za zgodą obojga (lub większej ilości) partnerów.

Z drugiej strony fragmentarycznie zdaje się pan Piotr już łapać:

…ja już nie mam problemu, żeby powiedzieć swojej dziewczynie: na kolana i do buzi.

Mówisz tak?

- Nauczyłem się.

Ona ci powiedziała, że tak chce?

- Myślę, że zaczęła pierwsza. No i na początku byłem zaskoczony, że ona chce tak jak ja, ale się odważyłem i potem…

Dość duże spectrum było tego naszego spotkania seksualnego. Od takich czułych rzeczy, po takie nawet, wiesz, za włosy i o podłogę.

To jest kawałek, który, z tego, co zauważyłam, wywołał niepokój u znajomych feministek, bo w kontekście wcześniejszych opowieści o agresywnej naturze mężczyzn brzmi naprawdę jak opowieść macho. Mnie on nie zatrważa, ale tak jak wspomniałam: widzę go w konkretnym kontekście gry erotycznej, za przyzwoleniem obojga. Consensual sex, drodzy państwo. Nie ma powodu do obaw.

Tymczasem Tomasz Kwaśniewski ma wrażenie:

Mam wrażenie, że kobiety częściej używają seksualności do manipulacji.

- Bo tu jest im bardzo łatwo zbudować przewagę nad mężczyzną. Zwłaszcza takim, który nie jest pewny swojej męskości.

Znów narracja o biednych, przywalonych kobiecą przewagą mężczyznach. Panowie, serio: czasy są takie, że to żaden wstyd powiedzieć “jestem heteroseksualny, boję się relacji z kobietami, bo nie bardzo je rozumiem”. Wyjaśniajcie, czego nie rozumiecie. Nie jesteśmy (wbrew durnym poradnikom) z innych planet, jedyne, czym się (statystycznie) różnimy to takie głupie kulturowe nakładki, które dość łatwo się zdejmuje, gdy się chce.

Korzystasz ze stron pornograficznych?

- Kiedyś zdarzało mi się to znacznie częściej, a to dlatego, że zwyczajnie zmądrzałem. Słuchaj, gwiazdy porno to nie są laski, które mają jakiś słaby biust, pozapadane czy niezgrabne tyłki. No i potem wiesz, spotykasz się z Kowalską, do której nawet coś czujesz, rozbierasz ją i… o kurwa!

Oglądanie porno jest krzywdzeniem siebie.

Dzwoniło do panów zjawisko amatorskie porno i serdecznie poleciło się na przyszłość.

A w przypadku porno przemysłowego, szczególnie w polskim wydaniu, dużo sensowniej zadać sobie pytanie, kto jest krzywdzony.

I pamiętajcie, drogie dzieci, że:

Cokolwiek to oznacza.

A w Gazecie Świątecznej lament, bo nie będzie Oskara i wtem dziennikarze odkrywają, że w Akademii siedzą same dziadki, a Ameryka ma schizę na punkcie nagości (ohai, Zuckerberg, ohai, google, U HATE MANGA TITS) i tak sobie czytam i mam ochotę spytać “no ok, and the news is?”; i myślę, czy film  deprecjonujący prostą zmysłowość i radość z erotyki wyabstrahowanej od emocji będzie miał moc zmian w zakresie filmowego postrzegania tych zjawisk. Jakoś wątpię.

Jakoś mi się wydaje, że to będzie taki egotrip faceta, który tęskni do podbierania świerszczyków tatulkowi i żałuje, że dziś ma porno w dwóch kliknięciach.

Sugeruje pan, że w XXI wieku staliśmy się słabi i bezwolni? (pyta Steve’a McQueena Krzysztof Kwiatkowski)

Uczymy się tak funkcjonować. Bohater ”Wstydu” zaczyna coś czuć, kiedy trafia na koncert siostry. Dopiero wtedy przełamuje rutynę. Emocje wytrącają go z kolein rutyny i codziennych rytuałów pozbawionych Boga, z gotowych recept na wszystko – zaczynając od tańca porannej toalety, mycia zębów, przygotowywania śniadania, na sposobie kochania kończąc. Nie możemy dopuścić do tego, żeby nasze życie zaczęło przypominać taśmę produkcyjną. Czy naprawdę z rozwojem technologicznym straciliśmy ikrę?

To nie jest kwestia rozwoju technologicznego. Technologia, jaką znamy: internet w kieszeni, searching by image, GPS, zakupy jednym klikiem: to wszystko nam pomaga. Ułatwia nawiązywanie relacji i podtrzymywanie kontaktów; wyszukiwanie informacji, poruszanie się po mieście i oszczędza czas. Zamrożenie uczuć to nie jest efekt rozwoju jakichkolwiek technologii; to tylko konkretne okoliczności, w jakich znalazł się bohater i o jakich aktualnie lubi się opowiadać. To ciekawe historie i warto je poznać. Nie warto jednak, moim zdaniem, przypinać do nich etykiety strasznych dzisiejszych czasów zagubionych mężczyzn, bo są one, te historie, doświadczeniem pozaczasowym i pozapłciowym.

Wszystko zgwałcone

W innej części internetu toczy się dyskusja o pokoleniu dzieci śmieci, dyskusja mocno daremna, bo jak dla mnie zjawisko bycia w sieci nie jest pokoleniowe, lecz środowiskowe. Taka ja, która przyszła do internetu już w czasach web 2.0, dosłownie parę dni temu po raz pierwszy w życiu rozmawiała na IRCu; byłam dorosła, gdy stała się sieć i tak jak inni uczyli się dyskutować na usenecie czy blogach, tak ja na forach i serwisach społecznościowych. Inny sposób dyskusji (bo czuwa admin lub właściciel serwisu), inny sposób przekazywania informacji o sobie, inne podejście do prywatności.

Inny język, choć środowisk internetowych jest wiele, przenikają się, są składane wzajemne wizyty z tych wielu światów równoległych; inne zaplecze memetyczne. Nie dalej jak dziś zostało mi zadane pytanie, czy wiem, co to prawo Godwina i poczułam się zaskoczona, że dyskutant nie dość, że to pytanie zadał, to jeszcze nie wychwycił, że posłużono się tym prawem całkowicie świadomie, bo w tej części internetu, w której przebywam przeważnie Godwin nie przegrywa, przegrywał piętnaście lat temu.

Język jest ważny, język nie istnieje w oderwaniu od społeczności, która się nim komunikuje i jej uwarunkowań kulturowych; wiem, że to wszystko wiecie, ale to taki elementarz, który muszę czasem zamantrować. Słowa mają znaczenie, jest ważny kontekst ich użycia i kontekst ich powstania.

Wspominam o tym dlatego, że mam problem z “Gwałtem” Chmielewskiej. Uświadomiłam sobie bowiem, że frazy “gwałcić” używano w pokoleniu mojej mamy i babci na zwykłe uprawianie seksu. Bez komponentu przemocowego, przez jaki gwałt jest definiowany. Mama zwykła tak mówić zwłaszcza na przejawianie seksualności przez nasze domowe zwierzaki (as in: nasza sunia gwałci poduszkę), słówko miało wydźwięk lekko żartobliwy i element zwierzęcości był raczej kinky niż scary.

Więc kiedy czytam u Chmielewskiej, że jej bohaterka marzy o gwałcie jako czymś, co ją wyróżni spośród innych mieszkanek miasteczka, dodającego jej splendoru i chwały, przez chwilę, z sentymentu dla czasu, jaki spędziłam nad Wszystkim Czerwonym czy Lesiem, szukam usprawiedliwienia. Że to może właśnie taki środowiskowy kontekst słowa “gwałt” jak u mnie w domu, że to tak naprawdę nie oznacza tego, co oznacza: najbardziej upokarzającego doświadczenia w życiu kobiety, przemocy zastosowanej do okazania władzy z naruszeniem największej intymności.

[Państwo z drugiego rzędu, którzy chcą wspomnieć o fantazjach seksualnych proszę o chwilę namysłu, czy
a) Chmielewska pisze porno
b) fantazjując erotycznie myślimy o splendorze w miasteczku czy też raczej wyświetla nam się film skoncentrowany na seksie (sprawdzić, czy nie Alex z Clockwork Orange)]

Ale nie: Chmielewska już na pierwszych stronach książki pisze o seksie jako o odrębnym zjawisku. Znaczy: odróżnia. Tego zresztą należałoby się spodziewać po pierwszej damie polskiego kryminału, niezmiennie piastującej swoje stanowisko od kilkudziesięciu lat: że będzie znała znaczenie słów, których używa. Można oczywiście szukać jeszcze wyjaśnienia w wieku literatki, bądź co bądź już podeszłym. Jednakże od tego też jest redakcja, by wychwycić taki brak precyzji; oczywiście przy założeniu, że redakcja nie chodzi wokół autorki na paluszkach w obawie urażenia kury znoszącej złote jaja. Z tym, jak wiemy, różnie bywa.

Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu, znawcy jej biografii uśmiechają się ciepło na wspomnienie małego czarnego z dnem i nawet dżampujące szarka wydłubywanie się szydełkiem z zamku w Całym Zdaniu Nieboszczyka było zweryfikowane pod kątem prawdopodobieństwa.

Historia jest prosta: w trudnym do sprecyzowania czasie (teoretycznie czas błędów i wypaczeń tak naszego kraju, jak i autorki, ale pewne elementy zdały się przewędrować ze współczesności) pewien człowiek zostaje oskarżony o gwałt. Zdarzenie wydaje się być mało prawdopodobne, mężczyzna jest bowiem drobnej budowy i nie przejawiał dotychczas takich skłonności, jego ofiara zaś dorodna i zgodnie z zeznaniami świadków żywo nim zainteresowana. I choć już w tym momencie drga we mnie nerw, że zainteresowanie ofiary w żadnym przypadku sprawcy nie uniewinnia, to zamykam oczy i myślę o Anglii, Birmingham i bogato wyposażonej piwnicy… wróć! uznaję, że dla dobra opowieści faktycznie tym razem mężczyzna jest niewinny, a oskarżająca go kobieta naprawdę chce coś ugrać. Zwłaszcza, że, inaczej niż w prawdziwym życiu, zeznania na temat gwałtu nie są dla niej doświadczeniem szczególnie deprymującym, a sędzia jej sprzyja.

I gdyby do tej całej historii oskarżenia o gwałt Chmielewska dołożyła tylko tyle: motyw zemsty, no cóż, powieść generalnie jest odgrzewanym kotletem (wierni czytelnicy zapewne rozpoznali fragmenty publikowane dużo wcześniej w Autobiografii), więc nie należałaby do szczytowych osiągnięć pisarki, ale byłaby do przełknięcia. Z dawnej sympatii do autorki: kupić, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem jak do wyblakłego zdjęcia i zapomnieć. Tak jak to było z wieloma innymi jej powieściami licząc od wczesnych 90s.

Niestety, Chmielewska dodaje ten kawałek, który budzi mój największy gniew: wpieranie bohaterce marzenia o gwałcie, snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda. Wkłada w usta bohaterów między innymi takie słowa:

- Wzrost chuligaństwa, rozwydrzenia, bandytyzmu, bezkarność…
- A może odwrotnie? – wściekła się Patrycja. – Może bezkarność dziewczyn, oskarżających fałszywie, załatwiających tą drogą swoje prywatne porachunki, dodających sobie splendoru? Może te, których nikt nie napadł i nie próbował gwałcić, czują się gorsze? Poszkodowane? Idiotyczne, niepotrzebne obciążanie wymiaru sprawiedliwości!
Nadmiar jej emocji w końcu Kajtusia zirytował porządnie.
- Dobrze, nie obciążajmy wymiaru sprawiedliwości – rzekł zimno. – Dojdzie do tego, że samotna kobieta nie będzie mogła wyjść wieczorem na ulicę.
- Dojdzie do tego, że facet na widok dziewczyny w odludnej okolicy będzie uciekał w kartofliska i ugory!
- Ejże, to jest całkiem niezła myśl!

[edit: dzięki uprzejmości Janka wklejam jeszcze kolażyk najbardziej grozę budzących cytatów]

Prześladowanie biednych mężczyzn, bojących się zbliżyć do kobiety z lęku przed oskarżeniem o gwałt, no wypłaczcie mi, kurwa, taką rzekę. How about: nadal boimy się zgłaszać gwałt i molestowanie na policję, bo w dalszym ciągu pokutuje mit prowokatorek w mini i obwinianie ofiary?

Ja rozumiem, że Chmielewska nie pisze powieści społecznie zaangażowanych. Skoro jednak wkracza w tę tematykę, mogłaby ulec staremu nawykowi i rzucić okiem na statystyki policyjne. Sprawdzić liczbę fałszywych oskarżeń o gwałt. Zweryfikować długość procedury i szczegółowość pytań o przecież intymne sprawy (a z mówieniem na te tematy nadal mamy problemy). Zastanowić się przez chwilę, czy jest powód, dla którego tego typu przestępstwa nie są zgłaszane i jaki wpływ ma na to fakt, że sprawcą jest osoba bliska ofierze. Pomyśleć, czy napisanie o gwałcie w kontekście takiej fum, fum, fanaberii rozwydrzonej małolaty, której zechciało się zaistnieć w lokalnym środowisku to dobry pomysł na dobrą historię czy wręcz przeciwnie.

Chyba nawet najbardziej bezkrytyczni wielbiciele są zgodni, że najlepsze czasy jej twórczości mamy już za sobą, pozostała wdzięczność dla godzin śmiechu, wstrzymanego oddechu przy wartkiej akcji i prawdopodobnie kompletnie nie do wyrugowania trwały ślad w stylu, co jest zresztą średnio dobre, bo wszyscy mający pretensje do lekkiego pióra piszą po chmielewsku i są zrazu nieodróżnialni. A i u samej autorki bohaterowie coraz bardziej mówią tak samo, jej charakterystyczną pospieszną i usianą rusycyzmami frazą (oraz kurweczka maciczka, jakże są wszyscy zdrobniali). I podobnie jak u Musierowicz – nie oczekuję, że Chmielewska będzie trzymać stały poziom, bo to jest po prostu niewykonalne. Podobnie jednak jak u Musierowicz widzę wplecione w wątki jej powieści poglądy, których nie akceptuję. We wcześniejszych powieściach z Chmielewskiej wychodziła homofobia:

- A tu poczwara niewiadomej płci, baba czy chłop…
- Transwestyta… ?
- Znaczy, po prostu pedał – zawyrokował Witek.
- Ty uważaj, oni chcą dla siebie szacunku.
Witek się nagle rozzłościł.
- Chcieć mogą, ich prawo. Tyle że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania.
- Zgadza się – przyświadczyłam. – Ja osobiście bardzo lubię myszy, nie tylko mogę na nie patrzeć, ale brać do ręki, głaskać… Takie mają śmieszne małe łapki i oczka jak koraliki, rozczulające, i nawet nie straciłam do nich serca, kiedy mi papiery zeżarły, a Małgosia na samą myśl o myszach otrząsa się i amoku dostaje…
- Wariatka – powiedziała z przekonaniem Małgosia. Klara poszła w niepamięć.
- Każdemu co innego wydaje się obrzydliwe, Alicja brała do ręki wszystko co żywe, gąsienice, robale, ślimaki, a ja na te gówna bez skorup patrzeć nie mogę…
- Ja też.
- Ale dla mnie są użyteczne. Budzą we mnie stanowczą niechęć do jedzenia. Budziłyby odruch wymiotny, gdyby nie to, że odruch wymiotny jest obcy mojej duszy, nawet jeśli gdzieś tam się lęgnie w zakamarkach organizmu, nie ośmiela się pisnąć. Niejedzenie natomiast jest wysoce korzystne, od niejedzenia się chudnie. Co nie znaczy, że będę siedziała i masochistycznie wpatrywała się w to świństwo, żeby tracić apetyt, w końcu jakiegoś ataku dostanę albo co. Brzydzę się.
- To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
- Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. I nie żrą liści akantusa.
- A ja się brzydzę lesbijkami i co mi kto zrobi? – zbuntowała się nagle Martusia.
Witek upierał się przy swoim, czego zazwyczaj unikał z całego serca.
- A pedały brzydzą się mną. I czy ja mam do nich pretensję? Czyja latam z transparentem po ulicy, tamuję ruch na jezdni i żądam, żeby mnie kochali?
- I nawet dzieci z nimi nie chcesz mieć – zachichotała Małgosia, co tak wstrząsnęło jej mężem, że odczepił się wreszcie od tematu.

(po zacytowanym fragmencie część jej fanów odesłało egzemplarze “Porwania” do wydawnictwa), antysemityzm, a teraz mizoginia. Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.

I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.

Adam Szejnfeld i Kobiety

Zgodnie z info na stronie http://kobiecastronazycia.pl/

Poseł Adam Szejnfeld złożył akces do Parlamentarnego Zespołu Kobiet. Poseł od lat zajmuje się problematyką statusu kobiet w nowoczesnym społeczeństwie, szczególnie w gospodarce, jest zwolennikiem wyrównywania szans kobiet i mężczyzn, przekonuje też kobiety, że mają fantastyczny potencjał, by odnosić sukcesy w każdej dziedzinie życia publicznego i prywatnego. Dlatego 12 lat temu założył internetową stronę www na ten temat, organizuje ogólnopolskie oraz regionalne i lokalne konferencje, tworzy kluby kobiet. Współpracuje również z organizacjami kobiecymi, np. z Europejską Unią Kobiet. Poseł Adam Szejnfeld jest też członkiem kapituł kilku konkursów, np. „Bizneswoman Roku” programu Sukces Pisany Szminką oraz “Jestem szefową”.

To bardzo dobra wiadomość, że w świecie, w którym kwestia parytetów nadal jest przedmiotem dobrotliwych kpinek o kobietach w kopalniach, znalazł się mężczyzna, który widzi potrzebę większego uczestnictwa kobiet w życiu publicznym i daje im swoje wsparcie. Nawet jeśli to wsparcie ogranicza się tylko do przedsiębiorczości i pomija te kobiety, które nie widzą się w świecie biznesu. Nie można mieć wszystkiego.

Akces jednak został odrzucony i pan Adam Szejnfeld poczuł się wykluczony.
Jak czytamy w wywiadzie na stronie http://kobiety.szejnfeld.pl/?p=913

Działam na rzecz równości kobiet w życiu publicznym, szczególnie w biznesie od kilkunastu lat. Uznałem więc, ze moja wiedza i doświadczenie może się przydać (…) uważam, że jeżeli kobiety chcą załatwiać swoje sprawy w swoim gronie, to będą miały mniejsze szanse, bo społeczeństwo składa się z kobiet i mężczyzn, czyli z dwóch płci. Powinniśmy ze sobą współpracować na rzecz realizacji wspólnych idei. (…) Sądzę, że wielu posłów czy senatorów powinno mieć możliwość wstąpić do Parlamentarnej Grupy Kobiet i wraz z nimi pracować. Ale jak panie będą chciały same, czyli we własnym towarzystwie, załatwiać swoje sprawy, to – moim zdaniem – nie będzie to służyło wspieraniu ich roli i statusu w społeczeństwie. Będzie też powielaniem i utrwalaniem stereotypu podziału ról, na te, które są przynależne kobietom i na te, które są cechą mężczyzn. Ale każdy ma prawo do swojego poglądu.

Na mój nos to nikt nie podważa kompetencji pana Adama, tylko wykazał on mansplaining w stanie czystym i został, słusznie zresztą, nieco za to zbesztany. Jego akces do tego ugrupowania wydaje się bowiem niczym innym jak próbą powiedzenia “kobietki, ale to nie na wasze główki, ja wam jednak pokażę, jak się zorganizować”. Odmowa nie ma nic wspólnego z chęcią utrwalenia stereotypu podziału ról (o jakim zresztą tradycyjnym stereotypie możemy mówić względem grupy przedsiębiorczych kobiet obecnych w życiu publicznym?), lecz komunikatem, że ależ proszę pana, my mamy głowy na karkach, nam naprawdę nie trzeba mówić, co mamy robić, doskonale to wiemy.

No i brak obecności w Parlamentarnej Grupie Kobiet nie wyklucza przecież współpracy. Czy może jednak wyklucza? Zwróćmy uwagę na pewien dąs i przekąs, z jakim pan Adam komentuje “skoro panie chcą same… w swoim gronie…”; na koniec wywiadu wręcz wypuszcza z siebie symetrycznego bon-mota “Oczekiwałbym jednak, by to panie pierwsze zerwały ze stereotypami, które próbują zwalczać”.

Mnie to brzmi jak: “niewdzięcznice, ja im pokazałem drogę, poniosłem im kaganiec oświaty, a one co, zamykają mi drzwi przed nosem i mówią, że nie potrzebujemy”. I wiecie co, trochę tak jest, trochę faktycznie mamy tu elegancki dyg “pan już zrobił swoje i pan może odejść”.

[i czemu właściwie to panie mają być pierwsze, przecież chyba nie dlatego, że kobiety mają pierwszeństwo?]

Bo właściwie jedyne, co może zrobić mężczyzna, który przysłużył się sprawie kobiecej, to z odpowiedniej odległości ocenić, czy pomoc była skuteczna. I jeśli tak – nie pchać się tam, gdzie go nie proszą.

Zbyt często mamy tu takich, którzy jednak się pchają bez grzecznego pytania o akces i decydują za nas. Myślę, że pan Adam Szejnfeld to rozumie, jeśli zależy mu na współpracy tak, jak deklaruje.

delicious copypasta

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną indoktrynacją katolicką. Żal mi Tomasza Terlikowskiego. Mężczyźnie, który przyznaje, że kocha dzieci, a jednocześnie chce je wysyłać w ogień powstania, można tylko współczuć albo, jeśli jest się chrześcijaninem, to się za niego pomodlić. Badania dowodzą, że to ostatnie raczej zaszkodzi niż pomoże.

To współczucie i żal nie powinno jednak przeszkodzić w wyrażeniu wdzięczności panu Tomaszowi. On, zapewne nieświadomie, przez swój udział w mainstreamowych mediach i liczne wypowiedzi doskonale pokazał, na czym polega trauma katolickiego wychowania, jakie są jego konsekwencje dla mężczyzny i z czym musi się liczyć każdy człowiek, wybierający tę religię.

Tej opinii w niczym nie zmieniają wypowiedzi samego Terlikowskiego, który twierdzi, że nigdy nie czuł żalu ani traumy, a nawet zapewnia, że wszystko zawdzięcza Bogu. To bowiem są tylko słowa, a całe zachowanie tego dziennikarza, cała jego mowa ciała w programach telewizyjnych mówiła coś całkiem innego. Nie jest normalnym u człowieka tak bezwzględnie surowy stosunek wobec przejawów seksualności u homo sapiens.

To jednak, co jest zupełnie niezrozumiałe u stabilnego psychicznie mężczyzny, staje się czymś oczywistym u kogoś dotkniętego traumą katolickiego wychowania. Jednym z jego objawów jest bowiem właśnie niechęć, posunięta niekiedy do agresji, do seksu. Każde zetknięcie z erotyzmem, szczególnie jeśli nie miało się w tym zakresie zbyt wielu doświadczeń na własne życzenie, stawia nas wobec pytania o to, kto, kiedy, z kim, w jakich konfiguracjach, gdzie i czy podołam.

U części mężczyzn pytania te wywołują depresję, ale u innych gniew, wściekłość, która nie mogąc być nakierowana na siebie, skierowana jest ku erotyzmowi, które traumatyczne skutki własnych decyzji unaoczniają w całej rozciągłości.

Charakterystyczne dla traumy katolickiej socjalizacji jest także permanentne poczucie winy, a co za tym idzie, obniżenie poczucia własnej wartości, swoista samostygmatyzacja, uznanie się za osobę gorszą od innych. Takie objawy dostrzec można w wypowiedziach Tomasza Terlikowskiego, gdy zapewnia on (dla wielu będąc nieosiągalnym wzorem jako dobry mąż, ojciec i sprawny publicysta), że w swoim życiu nie zrobiłby nic bez swojego niewidzialnego przyjaciela.

Do bólu przewidywalna jest także ta jego gotowość do walki. Opowieści o tym, jak to idzie na wojnę w obronie ostatnich instytucji, które mu dają nadzieję na obronę Polski i wiary jako ostatnich enklaw wąsatego patriarchatu są oczywistą dla każdego formą wyparcia prawdy o tym, co się straciło.

Ilość negatywnych określeń, przy braku choćby najmniejszych pozytywów związanych z erotyzmem w jego wypowiedzi pokazuje, że nie ma w nim ani krzty realnego luzu czy zadowolenia. Jest słabo ukrywana pod maską ironii świadomość straty.

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Tomaszu Terlikowskim osobę zniszczoną traumą katolickiego wychowania (który wbrew temu, co próbują wmawiać nam mainstreamowe media, nie jest tylko prostym poczuciem dyskomfortu w kościele, ale dużo głębszym i bardziej niebezpiecznym syndromem psychicznym). Zaskakujące jest zatem, że niekiedy Tomaszowi zdarzają się rozsądne wypowiedzi, konsekwentne piętnowanie antysemityzmu czy obrona Katarzyny W.

sauce

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 34 other followers