W innej części internetu toczy się dyskusja o pokoleniu dzieci śmieci, dyskusja mocno daremna, bo jak dla mnie zjawisko bycia w sieci nie jest pokoleniowe, lecz środowiskowe. Taka ja, która przyszła do internetu już w czasach web 2.0, dosłownie parę dni temu po raz pierwszy w życiu rozmawiała na IRCu; byłam dorosła, gdy stała się sieć i tak jak inni uczyli się dyskutować na usenecie czy blogach, tak ja na forach i serwisach społecznościowych. Inny sposób dyskusji (bo czuwa admin lub właściciel serwisu), inny sposób przekazywania informacji o sobie, inne podejście do prywatności.
Inny język, choć środowisk internetowych jest wiele, przenikają się, są składane wzajemne wizyty z tych wielu światów równoległych; inne zaplecze memetyczne. Nie dalej jak dziś zostało mi zadane pytanie, czy wiem, co to prawo Godwina i poczułam się zaskoczona, że dyskutant nie dość, że to pytanie zadał, to jeszcze nie wychwycił, że posłużono się tym prawem całkowicie świadomie, bo w tej części internetu, w której przebywam przeważnie Godwin nie przegrywa, przegrywał piętnaście lat temu.
Język jest ważny, język nie istnieje w oderwaniu od społeczności, która się nim komunikuje i jej uwarunkowań kulturowych; wiem, że to wszystko wiecie, ale to taki elementarz, który muszę czasem zamantrować. Słowa mają znaczenie, jest ważny kontekst ich użycia i kontekst ich powstania.
Wspominam o tym dlatego, że mam problem z “Gwałtem” Chmielewskiej. Uświadomiłam sobie bowiem, że frazy “gwałcić” używano w pokoleniu mojej mamy i babci na zwykłe uprawianie seksu. Bez komponentu przemocowego, przez jaki gwałt jest definiowany. Mama zwykła tak mówić zwłaszcza na przejawianie seksualności przez nasze domowe zwierzaki (as in: nasza sunia gwałci poduszkę), słówko miało wydźwięk lekko żartobliwy i element zwierzęcości był raczej kinky niż scary.
Więc kiedy czytam u Chmielewskiej, że jej bohaterka marzy o gwałcie jako czymś, co ją wyróżni spośród innych mieszkanek miasteczka, dodającego jej splendoru i chwały, przez chwilę, z sentymentu dla czasu, jaki spędziłam nad Wszystkim Czerwonym czy Lesiem, szukam usprawiedliwienia. Że to może właśnie taki środowiskowy kontekst słowa “gwałt” jak u mnie w domu, że to tak naprawdę nie oznacza tego, co oznacza: najbardziej upokarzającego doświadczenia w życiu kobiety, przemocy zastosowanej do okazania władzy z naruszeniem największej intymności.
[Państwo z drugiego rzędu, którzy chcą wspomnieć o fantazjach seksualnych proszę o chwilę namysłu, czy
a) Chmielewska pisze porno
b) fantazjując erotycznie myślimy o splendorze w miasteczku czy też raczej wyświetla nam się film skoncentrowany na seksie (sprawdzić, czy nie Alex z Clockwork Orange)]
Ale nie: Chmielewska już na pierwszych stronach książki pisze o seksie jako o odrębnym zjawisku. Znaczy: odróżnia. Tego zresztą należałoby się spodziewać po pierwszej damie polskiego kryminału, niezmiennie piastującej swoje stanowisko od kilkudziesięciu lat: że będzie znała znaczenie słów, których używa. Można oczywiście szukać jeszcze wyjaśnienia w wieku literatki, bądź co bądź już podeszłym. Jednakże od tego też jest redakcja, by wychwycić taki brak precyzji; oczywiście przy założeniu, że redakcja nie chodzi wokół autorki na paluszkach w obawie urażenia kury znoszącej złote jaja. Z tym, jak wiemy, różnie bywa.
Fani jej literatury pamiętają jednak także to, że Chmielewska była znana z porządnego researchu, znawcy jej biografii uśmiechają się ciepło na wspomnienie małego czarnego z dnem i nawet dżampujące szarka wydłubywanie się szydełkiem z zamku w Całym Zdaniu Nieboszczyka było zweryfikowane pod kątem prawdopodobieństwa.
Historia jest prosta: w trudnym do sprecyzowania czasie (teoretycznie czas błędów i wypaczeń tak naszego kraju, jak i autorki, ale pewne elementy zdały się przewędrować ze współczesności) pewien człowiek zostaje oskarżony o gwałt. Zdarzenie wydaje się być mało prawdopodobne, mężczyzna jest bowiem drobnej budowy i nie przejawiał dotychczas takich skłonności, jego ofiara zaś dorodna i zgodnie z zeznaniami świadków żywo nim zainteresowana. I choć już w tym momencie drga we mnie nerw, że zainteresowanie ofiary w żadnym przypadku sprawcy nie uniewinnia, to zamykam oczy i myślę o Anglii, Birmingham i bogato wyposażonej piwnicy… wróć! uznaję, że dla dobra opowieści faktycznie tym razem mężczyzna jest niewinny, a oskarżająca go kobieta naprawdę chce coś ugrać. Zwłaszcza, że, inaczej niż w prawdziwym życiu, zeznania na temat gwałtu nie są dla niej doświadczeniem szczególnie deprymującym, a sędzia jej sprzyja.
I gdyby do tej całej historii oskarżenia o gwałt Chmielewska dołożyła tylko tyle: motyw zemsty, no cóż, powieść generalnie jest odgrzewanym kotletem (wierni czytelnicy zapewne rozpoznali fragmenty publikowane dużo wcześniej w Autobiografii), więc nie należałaby do szczytowych osiągnięć pisarki, ale byłaby do przełknięcia. Z dawnej sympatii do autorki: kupić, uśmiechnąć się z rozrzewnieniem jak do wyblakłego zdjęcia i zapomnieć. Tak jak to było z wieloma innymi jej powieściami licząc od wczesnych 90s.
Niestety, Chmielewska dodaje ten kawałek, który budzi mój największy gniew: wpieranie bohaterce marzenia o gwałcie, snuje opowieść o tym, że chcącej nie mogła stać się krzywda. Wkłada w usta bohaterów między innymi takie słowa:
- Wzrost chuligaństwa, rozwydrzenia, bandytyzmu, bezkarność…
- A może odwrotnie? – wściekła się Patrycja. – Może bezkarność dziewczyn, oskarżających fałszywie, załatwiających tą drogą swoje prywatne porachunki, dodających sobie splendoru? Może te, których nikt nie napadł i nie próbował gwałcić, czują się gorsze? Poszkodowane? Idiotyczne, niepotrzebne obciążanie wymiaru sprawiedliwości!
Nadmiar jej emocji w końcu Kajtusia zirytował porządnie.
- Dobrze, nie obciążajmy wymiaru sprawiedliwości – rzekł zimno. – Dojdzie do tego, że samotna kobieta nie będzie mogła wyjść wieczorem na ulicę.
- Dojdzie do tego, że facet na widok dziewczyny w odludnej okolicy będzie uciekał w kartofliska i ugory!
- Ejże, to jest całkiem niezła myśl!
[edit: dzięki uprzejmości Janka wklejam jeszcze kolażyk najbardziej grozę budzących cytatów]

Prześladowanie biednych mężczyzn, bojących się zbliżyć do kobiety z lęku przed oskarżeniem o gwałt, no wypłaczcie mi, kurwa, taką rzekę. How about: nadal boimy się zgłaszać gwałt i molestowanie na policję, bo w dalszym ciągu pokutuje mit prowokatorek w mini i obwinianie ofiary?
Ja rozumiem, że Chmielewska nie pisze powieści społecznie zaangażowanych. Skoro jednak wkracza w tę tematykę, mogłaby ulec staremu nawykowi i rzucić okiem na statystyki policyjne. Sprawdzić liczbę fałszywych oskarżeń o gwałt. Zweryfikować długość procedury i szczegółowość pytań o przecież intymne sprawy (a z mówieniem na te tematy nadal mamy problemy). Zastanowić się przez chwilę, czy jest powód, dla którego tego typu przestępstwa nie są zgłaszane i jaki wpływ ma na to fakt, że sprawcą jest osoba bliska ofierze. Pomyśleć, czy napisanie o gwałcie w kontekście takiej fum, fum, fanaberii rozwydrzonej małolaty, której zechciało się zaistnieć w lokalnym środowisku to dobry pomysł na dobrą historię czy wręcz przeciwnie.
Chyba nawet najbardziej bezkrytyczni wielbiciele są zgodni, że najlepsze czasy jej twórczości mamy już za sobą, pozostała wdzięczność dla godzin śmiechu, wstrzymanego oddechu przy wartkiej akcji i prawdopodobnie kompletnie nie do wyrugowania trwały ślad w stylu, co jest zresztą średnio dobre, bo wszyscy mający pretensje do lekkiego pióra piszą po chmielewsku i są zrazu nieodróżnialni. A i u samej autorki bohaterowie coraz bardziej mówią tak samo, jej charakterystyczną pospieszną i usianą rusycyzmami frazą (oraz kurweczka maciczka, jakże są wszyscy zdrobniali). I podobnie jak u Musierowicz – nie oczekuję, że Chmielewska będzie trzymać stały poziom, bo to jest po prostu niewykonalne. Podobnie jednak jak u Musierowicz widzę wplecione w wątki jej powieści poglądy, których nie akceptuję. We wcześniejszych powieściach z Chmielewskiej wychodziła homofobia:
- A tu poczwara niewiadomej płci, baba czy chłop…
- Transwestyta… ?
- Znaczy, po prostu pedał – zawyrokował Witek.
- Ty uważaj, oni chcą dla siebie szacunku.
Witek się nagle rozzłościł.
- Chcieć mogą, ich prawo. Tyle że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania.
- Zgadza się – przyświadczyłam. – Ja osobiście bardzo lubię myszy, nie tylko mogę na nie patrzeć, ale brać do ręki, głaskać… Takie mają śmieszne małe łapki i oczka jak koraliki, rozczulające, i nawet nie straciłam do nich serca, kiedy mi papiery zeżarły, a Małgosia na samą myśl o myszach otrząsa się i amoku dostaje…
- Wariatka – powiedziała z przekonaniem Małgosia. Klara poszła w niepamięć.
- Każdemu co innego wydaje się obrzydliwe, Alicja brała do ręki wszystko co żywe, gąsienice, robale, ślimaki, a ja na te gówna bez skorup patrzeć nie mogę…
- Ja też.
- Ale dla mnie są użyteczne. Budzą we mnie stanowczą niechęć do jedzenia. Budziłyby odruch wymiotny, gdyby nie to, że odruch wymiotny jest obcy mojej duszy, nawet jeśli gdzieś tam się lęgnie w zakamarkach organizmu, nie ośmiela się pisnąć. Niejedzenie natomiast jest wysoce korzystne, od niejedzenia się chudnie. Co nie znaczy, że będę siedziała i masochistycznie wpatrywała się w to świństwo, żeby tracić apetyt, w końcu jakiegoś ataku dostanę albo co. Brzydzę się.
- To czy ja mogę brzydzić się pederastami? – spytał cierpko Witek.
- Możesz. Chociaż, obiektywnie biorąc, z wierzchu są nieporównanie piękniejsi niż te cholerne ślimaki. I nie żrą liści akantusa.
- A ja się brzydzę lesbijkami i co mi kto zrobi? – zbuntowała się nagle Martusia.
Witek upierał się przy swoim, czego zazwyczaj unikał z całego serca.
- A pedały brzydzą się mną. I czy ja mam do nich pretensję? Czyja latam z transparentem po ulicy, tamuję ruch na jezdni i żądam, żeby mnie kochali?
- I nawet dzieci z nimi nie chcesz mieć – zachichotała Małgosia, co tak wstrząsnęło jej mężem, że odczepił się wreszcie od tematu.
(po zacytowanym fragmencie część jej fanów odesłało egzemplarze “Porwania” do wydawnictwa), antysemityzm, a teraz mizoginia. Gdyby były one wyrażane na łamach, bo ja wiem, jakiś odautorskich felietonów czy nawet pozostały na kartach Autobiografii, not a single fuck would be given. Skoro jednak wdzierają się one w fikcyjną powieść i nie mają uzasadnienia fabularnego, zatem są tylko projekcją poglądów autorki, a na to nie mam w sobie zgody.
I trochę mi smutno, że w innych czytelnikach ta zgoda jest.
Najnowsze komentarze